O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Blog > Komentarze do wpisu

Zaczadzenie ideą nieustannego wzrostu...

Im dłużej żyję, a żyję w końcu jeszcze nie tak długo, tym mniej bezkrytycznie podchodzę do wzrostu gospodarczego i wszelkiego rozwoju. Nie trzeba skomplikowanej ekwilibrystki myślowej, żeby dojść do wniosku, że każdy wzrost i każda forma rozwoju ma swoje ograniczenia i ciemne strony, których zwykle nie chcemy dostrzegać. Niektóre z nich już znamy, a ich skutki odczuwamy na własnej skórze (klimat), inne wydają się nam możliwe do uniknięcia, bo wierzymy w nieograniczone możliwości nauki, która na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie.

Ten optymizm wobec możliwości nauki jest dość świeżej daty i jest chyba nieco na wyrost. Nauka jak dotąd, moim zdaniem, nie stanęła przed koniecznością rozwiązania jakiegoś fundamentalnego problemu zagrażającego globalnie istnieniu ludzkości lub jej rozwojowi (jeśli ktoś ma na ten temat odmienne zdanie, niech się nim ze mną podzieli). Wracając na chwilę jeszcze do barier rozwoju napiszę, że pobożnym życzeniem jest założenie, że cała ludzkość może żyć na takim poziomie rozwoju, jak mieszkańcy obecnych krajów rozwiniętych. To jest nieprawdopodobne choćby ze względu na ograniczone zasoby naturalne Ziemi.

To jeden z powodów mojej rezerwy wobec koncepcji nieustającego rozwoju. Kolejny wynika z faktu, że rozwój techniki sprawia, iż potrzeba coraz mniej rąk do wykonania coraz więcej wartej pracy. Rośnie wydajność, ale zatrudnienie już niekoniecznie. W takich układzie w pewnym momencie może zabraknąć konsumentów owoców pracy, bo coraz mniej osób będzie wytwarzać coraz większą ilość dóbr i usług otrzymywać będzie z tego tytułu wynagrodzenie. A co z resztą?

Jeszcze inne uzasadnienie mojego sceptycyzmu daje demografia. Demografowie biją na alarm, kiedy spada przyrost naturalny. Przyjęło się bowiem uważać wysoki przyrost naturalny za dowód żywotności społeczeństwa. Ale to myślenie ma uzasadnienie (wątłe) właściwie tylko na poziomie państw, narodów, czy grup etniczno-religijnych. Każda z tych społeczności chce być liczniejsza i tym samym silniejsza, żeby skuteczniej dbać o swoje interesy. W przypadku państwa dochodzi jeszcze ten czynnik, że zwykle tak nierozsądnie skonstruowane są systemy emerytalne, że potrzeba wciąż większej liczby pracowników, żeby zapewnić utrzymanie rosnącej liczby emerytów. Ale ta rosnąca liczba pracowników w końcu też zostanie emerytami i przy obecnych założeniach utrzymywać ich będzie musiała pewnie jeszcze większa liczba pracujących. Ale gdzieś przecież leży granica wzrostu liczby ludności. Ziemia nie jest z gumy i choć ja nie wiem, ile może wyżywić ludzi (pewnie dałoby się to z grubsza obliczyć ustalając ilość energii, jaką przekazuje Ziemi Słońce oraz szacując sprawność, z jaką ta energia przez łańcuch pokarmowy trafia do człowieka), ale wiadomo, że jest to liczba skończona. Być może jesteśmy bardzo blisko tej granicy.

Podsumowując, bo wybitnie się dziś rozpisałem, myślę, że trzeba raczej szukać jakiegoś położenia równowagi zamiast gonić za ciągłym wzrostem. Wystarczy poobserwować Naturę, żeby dojść do wniosku, że to równowaga (choć często krucha), a nie wzrost jest naczelną zasadą jej funkcjonowania. I nawet człowiek ze swoją nauką i techniką nie jest spod tej zasady wyłączony, choć odnoszę wrażenie, że ludzkość nie przyjmuje tego do wiadomości. Ale i tak w końcu kiedyś do tego wniosku dojdziemy wszyscy. Oby tylko nie było za późno.

czwartek, 18 stycznia 2007, roman_j
Tagi: roman j
Zaczadzenie ideą nieustannego wzrostu... roman j

Polecane wpisy

  • Raczej nie reaktywacja

    Wróciłem właśnie z kolejnego OWRP i naszła mnie myśl, żeby coś napisać w blogu, którego już dawno nawet nie odwiedzałem. Powrót do domu jak zwykle nie był łatwy

  • Tytuł zastępczy

    Nie miałem materiału na tytuł, więc skorzystałem z rozwiązania z czasów PRL, z których to czasów pamiętam coś takiego, jak "opakowanie zastępcze". Kto jest w mo

  • Wrażliwi i drażliwi...

    Stanisław Lem miał ponoć powiedzieć, że nie zdawał sobie sprawy, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzał do internetu. Trawestując to powiedzenie ja

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2007/06/02 22:35:18
Ha, w kwestii demograficznej: systemy emerytalne dobrze działały na zasadzie piramidy finansowej: dopóki stale powiększała się liczba uczestników. Retoryczne pytanie: dokąd tak można? A najlepszy jest Kościół Katolicki: ktoś kiedyś dowodził, że gdyby wszystkich ludzi ustawić ciasno obok siebie, to by zajęli malutką wysepkę gdzieś tam (konkluzja: nie ma mowy o groźbie przeludnienia). Jezu kochany, mózg staje. Niektórzy katolicy są tak malowniczo durni, jak agitatorzy stalinowscy...

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape