|
O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze.
Blog > Komentarze do wpisu
Zmierzch b(l)oga?W tytule jest błąd. Wiem. Powinno być "blogu", choć może mniej purytańscy znawcy polszczyzny stwierdzą, że taka forma też jest poprawna. Poprawna, czy nie, jest w użyciu i pozwoliła mi na mały językowy żarcik. Piszę ostatnio zauważalnie rzadziej. I zastanawiam się, czego jest to skutek? Ponieważ zawsze, w każdej sprawie, próbuję znaleźć co najmniej dwa wyjaśnienia (a kiedy szukam drugiego, często do głowy przychodzą kolejne), dlatego i tym razem przedstawię dwa możliwe powody. Pierwszy właściwie tylko zasygnalizuję, bo nie chcę się za mocno zagłębiać w moje prywatne sprawy. Jest coś, co sprawia, że z trudem znajduję motywację do robienia wielu rzeczy, nie tylko pisania blogu. Od jakiegoś czasu jest trochę lepiej, ale nadal nie jest tak, jak bywało wcześniej. Drugi powód różni się od pierwszego swoimi długofalowymi skutkami, o ile bowiem pierwszy może przestać istnieć lub przestać istotnie wpływać na mnie i moje działania, o tyle drugi nieuchronnie doprowadzi do uwiądu tego blogu. Być może po prostu nadchodzi kres okresu pisania blogu w moim życiu. Na pociechę tym, o ile są tacy, którym mogłoby brakować nowych notek, dodam, że nie przesądzam, iż nadchodzi kres pisania blogu przeze mnie. Ale tylko dlatego, że tego nie da się powiedzieć z góry. Przynajmniej tyle i tylko tyle wiem z własnego dotychczasowego doświadczenia. Patrząc wstecz widzę, że pewne aktywności uprawiałem w życiu w pewnych jego okresach, a potem to się kończyło bez żadnego konkretnego powodu, a przynajmniej bez mojej świadomej decyzji, że z tym kończę. Na przykład kiedyś kleiłem modele kartonowe, o czym zresztą już w blogu pisałem. I pewnego dnia usiadłem do tego po raz ostatni. Oczywiście nie wiedziałem o tym, że to był ostatni raz (przynajmniej jak dotąd). Dziś wiem, bo od tamtego czasu nie usiadłem więcej przy stole, żeby sklejać jakiś model. Ale mogę do tego jeszcze wrócić, bo mam całą szafę czekających na sklejenie modeli. Podobnie kiedyś kolekcjonowałem etykietki z butelek od piwa. Zacząłem chyba gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych i pasjonowałem się tym ładne kilka lat. Uzbierałem tego z kilkaset sztuk, w czym pomagał mi ojciec pijąc takie piwo, którego naklejkę akurat miałem ochotę włączyć do kolekcji (ja sam za piwem nie przepadam, choć i nie stronię). Miałem śmiałe plany uporządkowania swojej kolekcji, nawet zacząłem to robić i... skończyło się. Nie wyrzuciłem zbiorów, ale leżą one zapomniane w szufladzie i kurzą się czekając albo na lepsze czasy, albo na swój koniec. Kolejny, sztandarowy przykład, to mój odręczny dziennik. Zacząłem go pisać w roku..., kurcze, nie pamiętam. Ale na pewno byłem jeszcze wtedy w szkole podstawowej. Pisałem go dość wiernie i namiętnie co najmniej do roku 2000, bo była to jedna z moich nielicznych rozrywek na pamiętnym wyjeździe do Niemiec na ostatnim roku studiów (muszę kiedyś przeczytać swoje zapiski z tamtego okresu). Ale od pewnego czasu notuję już tylko pojedyncze wpisy ze średnią częstotliwością raz na kilka miesięcy. I z każdego takiego kolejnego powrotu do pisania jestem niezadowolony, bo to już nie jest to. I choć obiecuję sobie, że wrócę do tego na dobre, jak za dawnych czasów, to nic z tego nie wychodzi. Gdybym spojrzał wstecz w swoje życie pewnie znalazłbym pewnie jeszcze kilka nagrobków swoich pasji, które zmarły śmiercią cichą i bezbolesną. Znając jednak siebie nie odbierałbym im szansy na zmartwychwstanie. Do tego jednak potrzebna byłaby łaska motywacji. Motywacji do podjęcia czegoś na nowo. Taką motywacją zapewne byłby współudział. To znaczy na pewno chętniej wróciłbym do jakiejś pasji, gdybym ją z kimś dzielił. Ale raczej nie wierzę w to, że ja kogoś czymś zarażę (chyba, że kiedyś grypą, bo HIV na szczęście nie mam, a to, co mnie najczęściej męczy, nie jest zakaźne). Kiedyś się łudziłem, że to możliwe, ale życie z tych złudzeń mnie wyleczyło. Także na moim przykładzie, kiedy nie dałem się zarazić pewną pasją, którą próbował mnie zarazić ktoś, kogo lubiłem tak bardzo, że chciałem się dać zarazić. I nic. Już wiem, że tak się nie da. Albo trzeba szukać wspólnych pasji z kimś, kogo się darzy sympatią, albo należy szukać bliskich sobie ludzi wśród tych, którzy dzielą nasze pasje. A co jeśli nasze sympatie idą w poprzek naszych pasji? Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że nie są to przypadki bez szans na pomyślną przyszłość, choć czasem takie obawy mnie obsiadają jak sępy padlinę. Zmierzając powoli do końca, żeby czytelników nie zanudzać, dam iskierkę nadziei tym, co lubią tu zaglądać i czytać od czasu do czasu, co się w mojej głowie rodzi. Ta notka miała mieć inny tytuł i inną treść, bo miałem w niej poruszyć jeszcze ze dwa tematy, które dojrzały we mnie ostatnio. Jednak rozpisawszy się na ten jeden temat tak obszernie zdecydowałem, że nowego tematu nie napocznę i tym samym co najmniej dwa tematy mam jeszcze w zanadrzu (raczej na jedną notkę, chyba, że znów się w jednym z nich rozwinę bardziej niż zakładam). Mam ostatnio nieco więcej czasu i nieco więcej ochoty, więc może, czego jednak nie obiecuję, to nie będzie ostatnia notka w tym blogu i napiszę jeszcze przynajmniej coś na te tematy, których nie zmieściłem w tej notce. poniedziałek, 30 stycznia 2012, roman_j
Tagi:
roman j
TrackBack
|
|