O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze.
Blog > Komentarze do wpisu

Dlaczego nie piszę?

Wbrew zapowiedziom nie poruszę dziś żadnego z tych tematów, które mam w zapasie, a o których pisałem w poprzedniej notce. Możliwe, że nie poruszę ich już w ogóle, bo i tak bywało niekiedy. Chyba niepotrzebnie o nich wspomniałem. Już dawniej zauważyłem, że w bardzo wielu przypadkach mówienie o swoich planach działa na mnie demotywująco, bo mówiąc o nich odczuwwam od razu część tego zadowolenia, jakie odczułbym, gdybym je zrealizował i to mi czasami wystarcza. :)

Tytuł tej notki jest, i znowu nic to nowego w tym blogu, nieco mylący. Nie odnosi się bowiem do blogu, jak można by się spodziewać, ale do mojego dziennika, o którym zresztą po raz kolejny wspomniałem w poprzedniej notce. Zastanawiam się, a ta myśl dopiero co mi przyszła do głowy, czy nie gonię już tutaj w piętkę pisząc w coraz węższym kręgu tematów? Ale nawet jeśli, to właśnie się z tego usprawiedliwiłem, bo choć piszę to wszystko publicznie, to jednak piszę to dla siebie i to, co mnie akurat w jakiś sposób porusza. A jeśli porusza mnie wciąż to samo, to można sobie darować czytanie, jeśli komuś ta monokultura tematyczna doskwiera. :)

Zastanawiam się więc, dlaczego już nie piszę dziennika, bo łudzę się, że jeśli znajdę odpowiedź na to pytanie, to wrócę do tego nawyku (a może pasji? albo zwyczaju?). Szukając odpowiedzi przypomniałem sobie, jakie były pierwociny i co czułem zapełniając kolejne strony pismem.

Jeśli dobrze pamiętam, a utkwiło mi to w pamięci trochę lepiej niż inne zdarzenia dni codziennych, to pierwsze zapiski zrobiłem u moich dziadków na wsi. Poprosiłem o kartkę i długopis, bo miałem tak silną potrzebę napisania czego, jak silną potrzebę pójścia do wygódki ma ktoś dręczony sraczką.

Chyba dość niedługo po tym, jak opanowałem sztukę pisania, poczułem jakieś nabożeństwo do zapełniania dziewiczo białych (lub żółtych, ale pustych) kartek treścią. Przy czym nie chodziło o samo zapełnienie ich czymkolwiek, ale właśnie równymi linijkami tekstu mającego jakiś sens. Niekoniecznie doniosły.

Miałem też nabożeństwo do piór wiecznych, które uważałem i uważam nadal za arystokrację wśród przyborów pisarskich i jakkolwiek komuś dziś to się może wydać śmieszne, miałem w domu kilka chińskich piór, z których większość tylko co jakiś czas oglądałem, nie chcąc ich zbrukać. ;) Korzystałem tylko z jednego i dbałem o nie, jak o mało co. Takie pióra dziś można kupić za kilka lub kilkanaście złotych, ale za PRL-u było trudniej i kiedy ojciec kupił mi pierwsze chińskie pióro, które zastąpiło używane przeze mnie wcześniej polskie (nic nie warte), to było dla mnie wielkie przeżycie.

Zresztą to dziś mam słabość do piór wiecznych i choć niekiedy używam długopisu, a było kilka takich lat, kiedy pisanie piórem w ogóle zarzuciłem (na co wpływ miała pogarszająca się jakość papieru), to pióro uważam za przybór pisarski niemal naturalny. Nie mam jednak wielkich wymagań co do jakości i mój sentyment do chińszczyzny nadal jest silny. To, że używam najczęściej jednak Parkera, zawdzięczam zaprzyjaźnionemu dyplomantowi, który już po obronie pracy sprezentował mi je. Mam do niego (i do pióra i do dyplomanta) sentyment, ale z drugiej strony liczę na to, że więcej tak nie będę obdarowywany, bo choć było to miłe, to jednak nie mogę się pozbyć myśli, że był to prezent niezasłużony, bo przecież nie zrobiłem nic więcej niż było moim obowiązkiem.

Wracając jednak z tej dygresji do tematu to moje pierwsze zapiski mające charakter kronikarski, to był opis tego, co danego dnia robiłem od rana. Napisałem, że zjadłem obiad, że był smaczny, że mój wuj gdzieś pojechał (dziś nie pamiętam już, gdzie), że wrócił, co powiedział, jak wrócił (coś chyba o wysokich cenach), itp. duperelki. Kiedy to przelałem na papier, dumny ze swego dokonania pokazałem zapiski matce, która podeszła do sprawy obojętnie. Ani nie wyraziła aprobaty, ani, za co w sumie jestem jej wdzięczny, dezaprobaty. Po tamtej próbie, która zaspokoiła moją potrzebę pisania, na jakiś czas przestałem pisać.

Tamte zapiski nie zachowały się, o ile wiem, a ich treść odtwarzam z pamięci, co dowodzi, że musiało być to dla mnie ważne przeżycie, skoro dość dobrze pamiętam różne szczegóły, a minęło od tego czasu dobrze ponad 20 lat.

Tak na dobre zacząłem prowadzić dziennik, kiedy kupiłem sobie do tego celu zeszyt. Mam go jeszcze, ale praktycznie do niego nie sięgam, bo z zażenowaniem przypominam sobie to, co w nim pisałem. Mam na myśli zarówno styl, jak i to, co uważałem za warte zapisania. Co prawda zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia jedenastolatka, bo pewnie tyle miałem wtedy lat, pewne rzeczy wyglądają inaczej, ale i tak płonę ze wstydu czytając swoją dziecięcą nadętą grafomanię. I wiem, że za życia nikomu jej nie pokaże. ;)

W pisaniu miałem różne okresy. Były takie, że pisałem niemal na siłę zmuszając się, żeby codziennie pojawiło się choć jedno zdanie, choćby głoszące to, że jestem zbyt zmęczony, żeby coś napisać. Potem nie mają pomysłu, a mając potrzebę zapełniania kolejnych kartek, pisałem o godzinach wschodu i zachodu księżyca, o moich biorytmach danego dnia, itp. Ważne było, że znów jakiś kawałek dziewiczo czystej kartki pokrył się moim pismem.

Ale były też momenty wzlotów, jak na przykład pisana na raty relacja z pobytu we Francji, którą wpisałem chyba na prawie trzydziestu stronach dość wiernie odtwarzając dzień po dniu. Inny przypadek, to mój wyjazd do Niemiec, który też dość obszernie, ale wtedy na bieżąco, dokumentowałem w dzienniku. Inna sprawa, że cierpiałem wtedy na nadmiar wolnego czasu i był to jakiś sposób czasu tego zabijania.

Ostatnio jednak jeśli piszę, to nie dlatego, że mam taką potrzebę, ale dlatego, że chciałbym do tego wrócić. Niemal zmuszam się do pisania, ale widzę, że efekty są mizerne. To znaczy nawet udaje mi się sporo stron zapełnić treścią, ale albo jest ona miałka, albo robię to niemal wbrew sobie. Kiedyś przyjemność sprawiało mi oglądanie stron zapisanych wcześniej równym pismem, choć nie zawsze tak samo (widać było, że w różnych stanach emocjonalnych pisałem), dziś widzę głównie bazgroły. Tak jakby jedna część mnie zmuszała rękę do trzymania pióra i wodzenia nim po papierze, a druga to pióro z tej ręki chciała wyrzucić. I nie wiem, dlaczego tak jest?

Coś się na pewno popsuło, kiedy moje zapiski, które zawsze traktowałem jako dziennik intymny nie do upubliczniania, wpadły w niepowołane ręce bez mojej wiedzy i zgody. Potem były też pretensje o to, co napisałem, bo nie zawsze pochlebnie wyrażałem się o osobie, która te moje zapiski przejrzała. To sprawiło, że pisząc mam teraz nie mogę się pozbyć myśli, że mimo moich intencji, ktoś to jednak przeczyta, a to odbiera sporo przyjemności z pisania i mimowolnie prowadzi do cenzurowania treści.

Poza tym brak mi chyba cierpliwości i umiejętności skupienia. Kiedy piszę, co rusz jakaś myśl mnie od tego odrywa, mam coś innego do zrobienia, coś się przypomina, itd. To niestety sprawia, że czasem zaczynam pisać i... urywam w trakcie. Już kilka razy tak właśnie się stało.

Jeszcze inna sprawa to ten wspomniany wewnętrzny konflikt między chęcią i niechęcią do pisania. Na razie nie udało mi się go rozwiązać. Nie do końca też rozumiem jego istotę. Miałem nadzieję, że może ta notka przybliży mnie do niej. Zobaczymy.

Brak mi też tematów. Nie targają mną jakieś silne emocje, którym chciałbym dać upust pisząc o nich, bo albo mam inne sposoby odreagowywania albo nie wydaje mi się, żeby ten sposób był skuteczny.

No i wreszcie chyba brak czasu. Czasu, który marnotrawię czasami na inne mało sensowne działania. Żeby napisać wpis w dzienniku muszę mieć pewnie ze dwie godziny czasu w jednym kawałku. Czasu, którego nie poświęcę na nic innego, czasu, w którym nic mnie nie oderwie od pisania, czasu, który miałbym tylko dla siebie. Ale żeby mieć taki czas musiałbym się chyba dać zamknąć w jakiejś mnisiej celi, a nie mam takiej na podorędziu. Mój pokój mnie niestety za mocno rozprasza, a najbardziej rozprasza komputer i Internet, który wręcz jest mistrzowskim narzędziem do szatkowania uwagi na malutkie kawałeczki.

Zresztą jestem chyba bardziej zajętym człowiekiem, niż byłem w czasach, kiedy prowadziłem swój dziennik regularnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. No i bardziej leniwym, bo dużo łatwiej jest w wolnej chwili włączyć komputer i poklikać tu czy tam dla zabicia czasu niż wysilić mózg, żeby poprowadziła rękę znacząc biel kartki atramentowymi znakami układającymi się najpierw w słowa, potem w sensowne zdania, a ostatecznie w jakąś całość.

Ale coś we mnie wciąż ma nadzieję, że wrócę do pisania dziennika, bo w głębi duszy uważam, że to coś, co warto robić w przeciwieństwie do wielu innych rzeczy, które teraz robię. Próbując się do tego przygotować zacząłem nawet robić coś, co zacząłem jakiś czas temu, a potem porzuciłem na miesiące, a może nawet lata. Nie napiszę, co to, bo to może się wydać śmieszne, ale wspomnę tylko, że jest to związane z pisaniem. Może tą drogą wrócę do regularnego pisania swojego dziennika. :)

piątek, 03 lutego 2012, roman_j
Tagi: roman j
Dlaczego nie piszę? roman j
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2012/02/15 15:23:00
Może po prostu brakuje Panu naprawdę wyjątkowego pióra wiecznego? :)

Pióra chińskie to już legenda. Chyba każdy z pokolenia przedgimnazjalnego ma sentyment do tych przyborów piśmienniczych i bynajmniej nie kojarzą się one z tandetą, jak dziś kojarzy się większość produktów made in China.
A do chińskich piór - chiński atrament :). Pamiętam takie w białym pudełku z niebieskimi znaczkami :). Wspomnienia, których pokolenie postgimnazjalne, uzależnione od klawiatury, może nam pozazdrościć.

Swoją drogą, ciekawe czy pisanie piórem, które tyle kosztuje, różni się w znaczący sposób od pisania zwykłym chińczykiem.
-
2012/02/16 09:51:33
Depresja twórcza?
Na depresję coś ze słodyczy jest dobre.
Zapraszam więc do siebie na pączki.
Smacznego.
-
2012/02/19 10:59:48
@Teresa.maj: Co do pióra, to wygląda na to, że to droższe i lepsze okazało się gorsze. Od ponad tygodnia staram się dość regularnie pisywać w dzienniku i notek dokonuję za pomocą właśnie takiego dość już starego chińskiego pióra. Mam wrażenie, że daje ono mojej ręce nieco mniej swobody niż wspomniany w notce Parker, ale to mi najwyraźniej służy. :)
Pióro za 18.000 zł to nie jest przybór piśmienny. To jest lokata kapitału. :) W każdym razie ja nie chciałbym takim piórem pisać, ani nawet go mieć. Uważam, że powyżej pewnej ceny i powyżej pewnego stopnia "udziwnienia" pióro przestaje być piórem. Ja cenię solidność, ale i prostotę. :)
A chiński atrament oczywiście pamiętam. I chociaż nadal go spotykam w sklepach, to od jakiegoś czasu używam już tylko niemieckiego Pelikana. Choćby dlatego, że ma szerszą paletę barw (używam czterech), a wolę używać atramentów tylko jednej marki. :)
-
2012/02/19 11:01:19
@Hanula: Dziękuję za zaproszenie. Ale ja powinienem raczej zażywać większej ilości ruchu niż o konsumować słodkości. Moja waga codziennie mi o tym przypomina. ;)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters