O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 22 października 2014

To drugie podeście do tej notki. Pierwszą Blox mi zeżarł. Nic z niej nie zostało. Ale temat na tyle mnie porusza, że zdecydowałem się napisać o tym po raz kolejny.

Pewnie nikt się mnie tutaj nie spodziewał w tak krótkim czasie po napisaniu poprzedniej notki. Tymczasem nasza służba zdrowia postarała się, żebym nie miał zbyt dużej przerwy w pisaniu. Nie przyjęli mnie na oddział. Powód? Poważny i banalny jednocześnie. Brak gwoździ.

Dowiedziałem się, że nie jest podpisana umowa i dlatego nie ma gwoździ. Resztę sam sobie znalazłem w Internecie i wydedukowałem. Wygląda na to, że przetarg na dostawę gwoździ został rozstrzygnięty z opóźnieniem w stosunku do planów, a przez to umowa, na podstawie której dostawca będzie zobowiązany dostarczać gwoździe do operacji, będzie podpisana dopiero 27 października.

I co w związku z tym ze mną? Powiedziano mi, że jak już umowa będzie podpisana, to lekarz zadzwoni do mnie. Jakoś mnie ta deklaracja nie cieszy. Poprzednio, kiedy powiedziano mi, żebym czekał na telefon, nie doczekałem się przez pół roku. Dlatego tym razem zamierzam szybciej przejąć inicjatywę. W przyszłym tygodniu pojadę porozmawiać z ordynatorem i ustalić nowy termin. Mam nadzieję, że się uda.

Poprzednio udało się dopiero za trzecim razem. Ale za długo wtedy zwlekałem. Pojawiałem się tam w odstępach kwartalnych. Teraz jestem gotów jestem jeździć tam nawet co dwa tygodnie (bo co tydzień to przesada), aż wyznaczą termin. Termin, nawet jakiś odległy, jest dla mnie najważniejszy, bo pozwala mi robić jakieś plany. Nie mając terminu nie mogę robić żadnych wiążących planów, bo mogą one wziąć w łeb po telefonie z Otwocka. A są sprawy, zwłaszcza związane z moją pracą, które wymagają planowania i to dość precyzyjnego.

Tagi: roman j
20:29, roman_j
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 października 2014

Niedziela co prawda jest dopiero jutro, przynajmniej teraz, kiedy zaczynam pisać, tę notkę. Ale ponieważ została do niej niecała godzina, więc może skończę pisać już po północy. A może nie, bo nie mam dziś nastroju na długie wynurzenia.

Jutro ostatnia niedziela przed pójściem do szpitala. I w ogóle ostatni dzień. A co potem? Nie wiem. Kiedy ktoś mnie pyta, na ile dni idę do szpitala, mogę tylko powiedzieć to, co usłyszałem od lekarza w lutym: dokładnie trudno określić, ale gdzieś dziesięć, dwanaście. Tyle było wtedy, a teraz?

Patrzę na nogę i widzę, że lepiej nie jest. Może na zdjęciach RTG widać jakiś niewielki postęp w zroście (a może ja go tam widzę, bo widzieć chcę), ale z tym, co widzę bezpośrednio, jest coraz gorzej. Była jedna przetoka, są dwie i trzecia się być może zrobi do poniedziałku. Skóra na nodze zaczerwieniona, naskórek złazi jak z węża. Noga od jakiegoś czasu puchnie, czego już przez jakiś czas nie było.

Są też pozytywne zmiany. Właściwie jedna. Coraz mniej odczuwam ograniczenie ruchu w stawie skokowym. I mam nadzieję, że to się już nie zmieni. Mogę też na plus zaliczyć, że właściwie noga mnie nie boli, a pamiętam, z jakim bólem zmagałem się jeszcze w lutym i jak te dolegliwości wracały jeszcze kilka razy.

Powinienem się w tym wszystkim cieszyć, że wreszcie idę do szpitala, bo założenie jest takie, że idę tam rozpocząć proces dochodzenia do zdrowia. Ale widząc to, co się dzieje z nogą, obawiam się, że różne wcześniejsze ustalenia mogą wziąć w łeb. Boję się, że zamiast wymiany gwoździa będzie stabilizacja zewnętrzna, że zamiast niecałych dwóch tygodni będzie dłuższy pobyt, że zamiast chodzenia na drugi dzień po operacji, będzie długi powrót do sprawności. Wreszcie, że wytną mi kawał kości ze względu na rozległość zakażenia i że operacja nie będzie krótka i prosta.

Myślę, że wiele moich obaw rozwieje się lub potwierdzi już w poniedziałek lub we wtorek. Ale tym się już nie podzielę na blogu. Nie biorę ze sobą komputera, choć dotąd tego nie wykluczałem. Tutaj i tak to niewiele zmieni. Poprzednią notkę napisałem prawie dwa tygodnie temu i może kolejna będzie za dwa tygodnie. Chyba, że jednak moje obawy znajdą potwierdzenie.

Pociesza mnie myśl, że według książki prof. Zawadzińskiego poświęconej zapaleniu tkanki kostnej śmiertelność z powodu zapaleń kości spadła z 30% w czasach przed wynalezieniem antybiotyków do 3% obecnie. Jednak inne wnioski z lektury tej książki nie napawają mnie już takim optymizmem...

Ale co będzie, to będzie. Od poniedziałkowego popołudnia wszelkie moje plany ulegają zawieszeniu na czas bliżej nieokreślony. Mentalnie już prawie jestem w szpitalu. Pozamykam jeszcze tylko sprawy, które mogę zamknąć. Odłożę zaś te, których zamknąć już nie zdążę. Moje myśli zaczynają powoli krążyć wokół pobytu w szpitalu jak sępy nad padliną, a horyzont moich planów na przyszłość drastycznie się skurczył...

Tagi: roman j
23:55, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 05 października 2014

Jeśli ktoś pomyślał, że miałem na myśli katastrofę pod Smoleńskiem, to od razu wyprowadzam z błędu, żeby nie trzeba było czytać tej notki do końca. Miałem na myśli moją, do pewnego stopnia prywatną, katastrofę w ruchu lotniczym. W końcu zajmowała się nią PKBWL, więc nie jest to całkiem moja prywatna sprawa. Nie jest to też pewnie, w fachowej nomenklaturze, katastrofa. Ale mniejsza o drobiazgi. Nie piszę ustawy, tylko blog.

Tak więc rocznica minęła niepostrzeżenie 29 września. Chyba na mojej ostatniej godzinie zajęć w tym dniu. Godziny nie pamiętam, ale coś mi się kojarzy, że mogło to być około godziny 15.00. Pewnie w rzeczywistości było wcześniej, bo raczej nie później, ale ta cyfra mi się nasunęła, kiedy o tym pomyślałem.

Miałem plan, żeby pojechać na lotnisko w przeddzień rocznicy. Nie, nie po to, żeby poskakać, choć nie wykluczam tego w przyszłości. Raczej, żeby przypomnieć sobie miejsce, ludzi, a może i jakieś okoliczności. Z planów nic nie wyszło. Raz, że mój stan ducha wykluczył taka podróż, dwa, że obowiązki (w sobotę umówiłem się na konsultacje z dyplomantem), trzy, że nie mogłem się zdecydować na środek transportu. Autobus i pociąg to wariant najtańszy i najłatwiejszy do zorganizowania. Prośba o podwózkę kogoś znajomego, to wyższe koszty i duże prawdopodobieństwo, że ktoś będzie miał inne plany niż wozić mnie na kilka godzin ponad 200 km.

Przyszło mi przez chwilę na myśl, żeby wykorzystać mojego dyplomanta (ale nie w tym sensie, jaki się może komuś nasunął). Przyjeżdża do mnie spod Radomia, a z Radomia jest już rzut beretem do Kielc. Ale przede wszystkim żaden z nas pewnie nie był przygotowany mentalnie na taką podróż. W końcu trzeba w czasie niej o czymś rozmawiać. A pogoda, czy praca to nie są tak pojemne tematy, żeby starczyły na całą drogę. Trzeba by przejść pewnie do poglądów albo jakichś osobistych wynurzeń, a to nie byłoby dobre ani dla mnie, ani dla mojego dyplomanta. No i pozostawała jeszcze kwestia godziny dotarcia na miejsce i godziny powrotu. Mogłoby się stać tak, że ledwie bym się zjawił na lotnisku, już bym się zbierał.

A pogoda w te weekendy dopisuje i na pewno w Masłowie skaczą. Ludzie kolekcjonują kolejne skoki i minuty lub sekundy swobodnego spadania do wymagań na Świadectwo Kwalifikacji. Ja zaś mam przymusową przerwę. Zakładając, że to w ogóle nie koniec, że do tego wrócę, czego wcale nie jestem pewien.

A dziś nie mam zbyt dobrego dnia. Przed południem temperatura 37,3, popołudniu 37,5, a teraz 38,9. Tymczasem mam do zrobienia jeszcze jeden poster konferencyjny (swój, a jakże, dla siebie rzeczy zwykle robię jako ostatnie). Poza tym muszę napisać kilka dość ważnych maili. No i jutro muszę być w znośnej formie na inauguracji roku akademickiego. Muszę, bo mój dyplomant zajął I miejsce w konkursie urzędu miasta.

Byłby to poważny zgrzyt, gdyby mnie nie było przy wręczaniu nagrody z powodów innych niż zagrożenie życia lub wypadek (jak to właśnie miało miejsce w zeszłym roku). Jeśli będę jutro wyglądał nieciekawie, to młodsza część uczestników uroczystości zinterpretuje to zapewne jednoznacznie - syndrom dnia następnego. I nie będzie miało znaczenia, że już nie pamiętam, kiedy tego zespołu doświadczyłem.

Jak to niby spytał, niby stwierdził jakiś czas temu mój kolega turysta z KTP ZG PTTK, ja chyba lubię być trzeźwy. Odpowiedziałem mu na to, będąc po jednym piwie, które wypiłem ze dwie godziny wcześniej, że tak właśnie jest. Lubię stan trzeźwości, co nie oznacza, że jestem abstynentem. Alkohol staram się przyjmować po prostu w takich dawkach, które gwarantują brak przykrych następstw zarówno w dniu spożycia, jak i w kolejnym. Czasem nie jest to łatwe, ale to dobre ćwiczenie asertywności. :) I bardzo cenię sobie ludzi, którzy mają zasadę, żeby do modlitwy i alkoholu nikogo nie namawiać.

Mierzę sobie dziś gorączkę wyjątkowo często. Przed chwilą miałem 38,6, czyli zanotowałem niewielki spadek. Oby do rana był on wyraźniejszy. Miałem już w ciągu ostatniego roku ze dwie takie infekcje, przy których po 24 godzinach sytuacja wracała do normy. Oby było tak i tym razem.

Tak mi przyszło jeszcze do głowy na koniec, że w zeszłym tygodniu deklarowałem, że w niedzielę cały dzień nie wyjdę z wyrka. I właściwie tak dziś powinienem postąpić w moim stanie. Tyle, że ja miałem na myśli relaks w dzień, w którym nie muszę nic zrobić (bo nawet w sobotę pracowałem), a nie gorączkę i dreszcze.

Zastanawiam się, dlaczego tak często sprawdza się to, co mówię, tylko czasem w zupełnie innych kontekstach? I dlaczego nie spełniają się takie rzeczy, na których zależy mi najbardziej? Chociaż może to drugie to i dobrze. Im bardziej czegoś pragniemy, tym większe rozczarowanie tym, kiedy już to dostajemy z dobrodziejstwem inwentarza i okazuje się, że mieliśmy o tym zdecydowanie zbyt idealistyczne wyobrażenie...

Tagi: roman j
18:02, roman_j
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 września 2014

Słucham jednym uchem, co się tam dzisiaj mówi w TV w programie Lisa i nagle przyszła mi do głowy taka refleksja dotycząca tzw. obrońców życia (na)poczętego i przeciwników metody in vitro.

Ludzie ci handryczą się o kilkanaście komórek, które na tym etapie, na którym ewentualnie obumrą, nie czują, nie myślą, nie tworzą żadnej złożonej struktury biologicznej. W porównaniu z nimi taki komar, czy mucha, na pewno uśmiercane nagminnie i bezrefleksyjnie przez tychże "obrońców życia", w porównaniu z tą kupką komórek tworzącą zarodek to prawdziwy biologiczny mikrokosmos.

Że co? Że ten zarodek to potencjalny człowiek? Potencjalnie, proszę państwa, to każdy z nas jest Einsteinem...

poniedziałek, 01 września 2014

To nie będzie recenzja premiery filmowej. Chyba nie da się tego filmu zobaczyć obecnie w żadnym kinie. Film, o którym piszę, powstał bowiem trzydzieści lat temu. Ja obejrzałem go dopiero dziś. Legalnie, na serwisie oferującym filmy w Sieci. Na dodatek za darmo. Widocznie nie jest to taki hit, żeby opłacalne było pobieranie opłaty za jego oglądanie. Trzeba za to zaakceptować reklamy w trakcie.

Przed obejrzeniem filmu dwukrotnie przeczytałem powieść będącą jego kanwą. Pierwszy raz dziesięć lat temu, a drugi raz w tym roku. Po tegorocznej lekturze podzieliłem się wrażeniami z B. i ona podpowiedziała mi, gdzie można obejrzeć film, bo wiedziałem, że taki powstał. Chciałem go obejrzeć, żeby skonfrontować swój obraz bohaterów oraz miejsc z tym, jaki odmalowali twórcy ekranizacji.

Wynik tej konfrontacji zdecydowanie wypada na niekorzyść filmu. Z jednym może wyjątkiem. Obsadę dobrano tak, że z prawdziwą przyjemnością ogląda się bohaterów. W tym głównego bohatera książki, John-Johna, który jednak w filmie pod względem pierwszeństwa został zdetronizowany. Tam głównym bohaterem jest cała rodzina Berrych.

To niejedyna różnica. Zwłaszcza dla kogoś, kto czytał książkę, ten film pędzi jak samochód wyścigowy. Niemal dostałem zadyszki oglądając go. Gdyby to na podstawie filmu napisano książkę i zrobiłby to ktoś inny niż John Irving, mistrz dygresji i opisu, to pewnie byłaby cztery razy cieńsza niż jest. Jeśli nie więcej. Poszczególne sceny z książki, gdzie akcja rozwija się niespiesznie, w filmie następują po sobie tak szybko, że bałem się, że się w końcu na siebie nałożą.

Kilka szczegółów zmieniono. Pewnie nie wszystkie nawet wyłapałem ze względu na tempo filmu. Na przykład scena, w której Ronda Ray proponuje John-Johnowi seks zamiast porannego treningu (oczywiście nie tak bezpośrednio, jak o tym piszę), jeśli znów będzie padać. W książce John-John biegał po drewnianych schodach i hałasując tym przeszkadzał Rondzie. W filmie biega po jakimś zadaszonym, betonowym tarasie.

Dalej, mundurki szkoły, do której chodzą bohaterowie w początkowej części filmu (i książki), są szaro-niebieskie albo biało-niebieskie. Tymczasem w książce mają one kolor "śmierci i gówna", jak to określił Ralph de Meo albo "błota i chmur" jak mawiał Win Berry, czyli są brązowo-srebrne.

Scena, w której Franny dokonuje niesatysfakcjonującej zemsty na swoim gwałcicielu, Chipperze Dove, w książce jest tak opisana, że można by z niej zrobić punkt kulminacyjny filmu, ale filmowcy przelecieli przez nią, jak pendolino przez Kutno. Tego mi chyba najbardziej szkoda, bo to powinna być kluczowa scena, a tak ją strywializowano. Choć z drugiej strony, przy takim tempie filmu zrealizowanie jej w pełniejszej wersji raczej nie wchodziło w grę. Widz miałby wrażenie, że z bolidu przesiadł się na chwilę do furmanki.

Ale wystarczy tej "recenzji". Zastanawiam się po obejrzeniu tej adaptacji, czy oglądać ekranizację "Świata według Garpa"? Książkę czytałem dawno. Niedługo potem komuś ją pożyczyłem. Komuś, od kogo już jej nie odzyskam. Chętnie bym ją przeczytał i to w takim wydaniu, jakie miałem. W twardej, głównie białej okładce w wydaniu Prószyńskiego i spółki. I chyba na czytaniu bym poprzestał. Skoro tak zrealizowano "Hotel New Hampshire", to nie spodziewam się nic lepszego po "Świecie według Garpa".

Wygląda na to, że książki Irvinga są trudne do przeniesienia na ekran. Chyba, żeby robić je w kilku częściach. Ale może nawet tak się nie da, bo gawędziarskiego stylu Irvinga, z jego rozciągającymi do niemożliwości akcję dygresjami, w filmie oddać nie sposób. Jednak chyba właśnie ze względu na ten styl Irving jest moim ulubionym autorem. Gdybym ja miał więcej wyobraźni (lub tylko wiary w nią), to pewnie pisałbym takie książki, jak Irving. Takie, po przeczytaniu których, mimo że są czasem naprawdę długie i rozwlekłe, żałuje się, że się skończyły, bo chciałoby się dalej czytać o tym, co się dzieje w życiu bohaterów. Życiu w swojej większości zwyczajnym, lecz z nadzwyczajnymi, niekiedy, zwrotami.

 

Uzupełnienie: Zapomniałem pisząc powyższy tekst o jednej ważnej różnicy między książką, w wersji, którą czytałem, a filmem. A różnica ta jest chyba jednak jest na korzyść filmu. Chodzi o niedźwiedzia, który nazywa się w filmie (po przetłumaczeniu) Stan Umysłu, a w książce nazywał się Stan Maine. W oryginale niedźwiedź miał na imię State o' Maine (czyli po polsku Stan Maine), co fonetycznie brzmi pewnie  podobnie do State of Mind (co znaczy oczywiście Stan Umysłu). Ponieważ właściciel niedźwiedzia nazywa się Freud, więc w zasadzie to drugie tłumaczenie jest bardziej pasujące. Ale i tak denerwowało mnie, kiedy słyszałem je w filmie. Dopiero potem sięgnąłem po książkę, po streszczenie w angielskiej Wikipedii i uznałem, że to jednak tłumaczenie z filmu lepiej oddaje tę niemożliwą do odtworzenia w języku polskim grę słów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 201

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters