|
O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze.
środa, 11 listopada 2009
Powróciłem do "Doktora Faustusa" Tomasza Manna. Pisałem jakiś czas temu, że nie udało mi się przez tę książkę przebrną, ale że wrócę do niej w przyszłości i przeczytam ją do końca. Uznałem właśnie, że nadszedł odpowiedni moment i znów czytam tę powieść od początku. I znów, chyba, wzrasta moje zainteresowanie i fascynacja muzyką. To znaczy "chyba znów", a nie "chyba wzrasta". Zacząłem się zastanawiać, dlaczego do muzyki mam wyjątkowy stosunek spośród wszystkich dziedzin sztuki. Do żadnej innej nie mam takiej atencji. To znaczy próbowałem taki stosunek w sobie wykształcić, ale bezskutecznie. Chociaż w pewnym stopniu podobną estymą, jak muzykę, obdarzam literaturę piękną. Czym się jednak muzyka tak wyróżnia? Otóż przede wszystkim tym, że działa przede wszystkim na zmysły. A dokładnie na jeden z nich - słuch. Za pomocą muzyki można gmerać bezpośrednio w czyimś mózgu bez pośrednictwa słów i wywoływać stany emocjonalne u człowieka, który nie dość, że nie opanował sztuki czytania to również nie musi w ogóle znać jakiegokolwiek języka. Muzyka ma więc po pierwsze walor uniwersalności. Ale przecież nie jest muzyka jedyną sztuką, która działa bezpośrednio na zmysły. Mamy przecież tych zmysłów aż pięć i na każdy z nich można bezpośrednio zadziałać. Zacznę od tego najmniej oczywistego, czyli dotyku. Tutaj chyba stosunkowo najtrudniej jest mi wyobrazić sobie taką sztukę oddziaływania. Chyba najbliższa temu pojęciu byłaby sztuka kochania czy też masaż podniesiony do rangi sztuki. Sztukę taką trudno chyba jednak byłoby uprawiać publicznie i w większym gronie na podobieństwo koncertów. To stanowi poważne jej ograniczenie. Jako kolejne "sztuki zmysłowe" wezmę ma warsztat te, które oddziałują na węch i smak. Potraktuje je razem, jako że zmysły te są ze sobą powiązane i jeden bez drugiego, a zwłaszcza drugi bez pierwszego wiele traci. Tutaj również można wskazać sztuki, które oddziałują bezpośrednio na zmysły, a jako pierwsza wysuwa się sztuka kulinarna. Ma ona jednak tę wadę, że zbyt częste i intensywne oddawanie się jej może prowadzić do zdrowotnych komplikacji i to o zarówno dość szybkich jak też i długofalowych skutkach. Myślę, że muzyka nie niesie ze sobą podobnych zagrożeń, choć w nadmiarze wszystko szkodzi, zapewne też i ona. Ale myślę, że ten "nadmiar" w przypadku muzyki znacznie trudniej osiągnąć niż w przypadku konsumpcji wytworów sztuki kulinarnej. Poza tym narząd zmysłu smaku jest dość prymitywny, bo rozróżnia tylko pięć smaków. W zestawieniu z bogactwem dźwięków jest to nędza. Gdyby nie wspierający smak zmysł węchu odznaczający się znacznie większą "rozdzielczością", sztuka kulinarna niewielką dysponowałaby skalą wywieranych wpływów, doznań, jakie by oferowała. Są też jeszcze co najmniej dwie okoliczności, które warto tutaj wspomnieć przy okazji omawiania doznań smakowych i zapachowych. Pierwsza dotyczy tych drugich i wynika ze sposobu działania zmysłu powonienia, który wykazuje szybko wzrastającą tolerancję na bodźce, jeśli działają one ciągle. A zwykle taki jest charakter ich działania, który dodatkowo cechuje się niewielką różnorodnością w czasie. To tak, jakby na koncercie orkiestra grała pojedyncze akordy wydłużając ich trwanie do kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu minut. I tu doszedłem do kolejnej cechy muzyki, do której jednak wrócę później w tym wpisie, bo powinienem najpierw napisać o jednej jeszcze okoliczności. Otóż zarówno nasze zmysły węchu, jak i smaku, a raczej płynące z niego sygnały, w toku ewolucji zostały przystosowane do wskazywania zagrożeń. To dlatego niektóre smaki czy też zapachy uznajemy za nieprzyjemne. Co prawda również pewne dźwięki wywołują w nas różne przykre odczucia, czy stawiają nas w stan alarmu, ale wydaje się, że zmysł słuchu mniej jest w tym kierunku wyspecjalizowany, przynajmniej jeśli chodzi o dźwięki, a nie przyswajane przez ten kanał komunikacji ze światem komunikaty werbalne. Niewykluczone jednak, że spłycam to zagadnienie i przez to podkreślam różnicę, która być może nie ma zasadniczego znaczenia lub wręcz jest pozorna. Na sam koniec moich rozważań pozostawiłem zmysł wzroku, wydaje mi się bowiem, że przez ten zmysł można zadziałać w najbardziej podobny sposób, w jaki muzyka działa przez zmysł słuchu. Mam tu na myśli działanie raczej przez kolor niż przez formę, bo forma (na przykład smukła sylwetka konia) podlega analizie, czasami nawet nieuświadamianej sobie przez odbiorcę, a kolor działa bezpośrednio. Dlaczego jednak pozbawione zrozumiałej formy zestawienia kolorów nie potrafią wywołać, (przynajmniej we mnie; co do innych się nie upieram), tego samego odczucia, co muzyka? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest chyba ruch, następstwo, dynamika. Obraz, jakkolwiek nie byłby kolorowy, jest statyczny. Wszystkie bodźce docierają do nas jednocześnie, choć niekiedy uda nam się dostrzec jakieś niuanse, które umknęły nam wcześniej. To jest tak, jakby orkiestra zagrała na raz wszystkie nuty zapisane na partyturze. Oczywiście żeby zachować podobieństwo w tym porównaniu, orkiestra ta powinna się składać z tylu muzyków, ile jest dźwięków do zagrania. Chociaż i to porównanie nie jest dobre, bo jednoczesne współbrzmienie dźwięków, zachowując analogię ich odbioru przez odpowiednie zmysły, powinno być raczej porównane do zmieszania kolorów niż do ich umieszczenia w postaci osobnych plam różnej wielkości. W drugą zaś stronę trudno chyba znaleźć w sposobie wykonania muzyki analogię do obrazu przy założeniu, że miałoby się odbywać przez jednoczesne odegranie dźwięków. Zmysł wzroku dysponuje pewną rozdzielczością, która pozwala mu rozróżniać różne kolory jednocześnie i składać je w jeden obraz. Z dźwiękami jest trudniej. Co prawda możemy nauczyć się rozróżnić, ale nie mamy tej zdolności z natury, dźwięki różnych instrumentów nawet, jeśli są tej samej wysokości. W pewnych sytuacjach możemy też wskazać, z jakiego kierunku dźwięki te dochodzą, ale to wszystko nie pozwala chyba znaleźć pełnej analogii między sposobem odbioru dźwięków układających się w melodię i kolorów tworzących obraz. Może gdyby kolorom nadać dynamikę, w tym sensie, że zmieniałyby się w czasie w jakimś określonym rytmie i porządku, nawet tworząc jakieś skomplikowane wzory, ich oglądanie dostarczałoby podobnych wrażeń, co słuchanie muzyki. Notabene zastanawiałem się, w jaki sposób można by utwory muzyczne "przetłumaczyć", możliwie najwierniej, na widowiska optyczne? Być może będę się nad tym jeszcze zastanawiał, bo zagadnienie mnie zainteresowało i zainspirowało. :) Niezależnie od tego uważam, że muzyka jest ze wszystkich sztuk wyjątkowa. Ale oczywiście do tego mojego poglądu nie zamierzam nikogo przekonywać. Pewnie podobnie jak ja powyżej udałoby się wykazać, że każda inna dziedzina sztuki jest wyjątkowa.
środa, 04 listopada 2009
Tak, wiem, to już zaczyna być nudne, kiedy po raz kolejny piszę, że doszedłem do wniosku, że pisanie tego blogu uważam za pozbawione sensu. Zresztą ta notka jest tej tezy koronnym dowodem, bo argumentem, jaki zamierzałem wytoczyć, jest to, że się powtarzam. I nawet domyślam się, w jakim tonie będą utrzymane komentarze (chyba, że ich nie będzie albo czytelnicy dowiedziawszy się, że ich przejrzałem napiszą coś innego niż mi się wydaje). Myśl o bezsensowności pisania bloga przyszła mi na myśl na ulicy, wieczorem, kiedy w zacinającym deszczu szedłem... zresztą nie ważne gdzie, bo o tym też już było wielokrotnie w blogu. Kolejną myślą było to, że napiszę o tym tutaj. A kolejną, że napiszę, że nie zamierzam tego bloga kasować, a to poczucie bezsensowności jest chwilowe i pewnie za jakiś czas minie, co zamierzam sobie w spokoju przeczekać. Później jednak przyszła mi jeszcze jedna myśl. Otóż miałem kiedyś na blogrollu adres bloga, którego autor wrzucał do notek bardzo piękne zdjęcia. Jeśli dobrze pamiętam, dodawał do nich jakiś krótki komentarz. W pewnym momencie stwierdził, że nie widzi sensu dalszego prowadzenia blogu i dlatego od tego dnia będzie codziennie usuwał jedno zdjęcie od końca. Oczywiście czytelnicy apelowali, żeby tego nie robił, ale on był konsekwentny. Codziennie znikała jedna notka, aż zniknął w końcu cały blog. Przyznam, że to mi zaimponowało. Co innego jednym ruchem skasować blog. To można zrobić w chwili słabości. Co innego zaś konsekwentnie codziennie usuwać z niego kolejne notki i w ten sposób konsekwentnie uśmiercać go na raty. Nie wiem, czy bym tak potrafił i jak na razie nie planuję tego sprawdzać. Kolejna myśl, jaka mi przyszła do głowy, wiąże się z tym wywiadem, a szczególnie z tym fragmentem, którego lektura wywołała we mnie rezonans: Pańscy bohaterowie prowadzą podwójne życie. W dzień pracują w firmach komputerowych, są nauczycielami, bankierami, a nocą urządzają fikcyjne pogrzeby, piją krew. Co ich motywuje? Uspokoję czytelników, szczególnie tych, którzy znają mnie osobiście, że nie jestem zainteresowany w urządzaniu fikcyjnych pogrzebów czy piciu krwi. Zresztą podkreśliłem powyżej to, co we mnie zarezonowało. Niektóre stany psychiczne poznałem. Wiem na przykład, jak to jest lecieć głową w dół z prędkością 200 km/h. Ale nie wiem, jak to jest, kiedy jest się odciętym od wszelkich bodźców ze świata zewnętrznego, a chciałbym wiedzieć. Jest pewnie jeszcze wiele stanów wartych przeżycia, z czego bardzo chciałbym poznać co najmniej jeden. Ale nie napiszę jaki, bo muszę dbać o reputację. ;) Na koniec jeszcze jedna refleksja. Kiedyś pisałem, że dobrze, że są komentarze, bo można na nie odpowiedzieć, jak się nie ma ochoty pisać notki. Teraz dla odmiany nie chce mi się na nie odpowiadać.
niedziela, 01 listopada 2009
Uznałem, że trzeba trochę złagodzić wymowę tej notki, w której tytule użyłem słowa "klęska". Nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać po jej lekturze. Właściwie, to jest nawet całkiem nieźle. Tamta notka powstała pod tytuł, który wpadł mi do głowy, kiedy wysilałem mózgownicę, jak zatytułować kolejną notkę. Tytuł wymyśliłem niezbyt szczęśliwy, jak to dziś widzę. Na dodatek brak mi ostatnio polotu, więc i notka wyszła ciężkawa (ta zresztą jak dotąd też lekkością nie grzeszy). Pierwszy wolny weekend tego semestru mam za sobą. Drugi będzie niedługo, bo już za dwa tygodnie, ale potem znów seria - trzy pracujące pod rząd. Ale jakoś to zleci, bo czas płynie niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Tak samo jak zleci pół roku do kolejnego przylotu M., który wylatuje do siebie na początku przyszłego tygodnia. Z tej okazji spotkaliśmy się w piątek ostatni raz przed jego wylotem w jego "posiadłości" w B. Trochę porozmawialiśmy, a potem M. zaproponował niespodziewanie, żeby pojechać na obiad do Płońska. Do tej samej restauracji, w której byliśmy, jak przed chwilą sprawdziłem, prawie dokładnie rok temu, bo 20 października 2007 r. (napisałem po tamtej wizycie notkę, która dziś wydaje mi się nieco infantylna; no cóż, jestem o dwa lata starszy...). Oczywiście zgodziłem się, bo też chciałem się tam wybrać, a była to ostatnia okazja, żeby udało się to jeszcze w tym roku. Zaprosiliśmy do towarzystwa B. i we trójkę pojechaliśmy na obiad do "Kaprysu". Przy okazji wspomniałem nieszczęsne krewetki w warzywach, którymi raczyłem się w Płońsku podczas jeszcze jednej wizyty przed dwoma laty (o czym też pisałem wtedy w blogu). A skoro o Płońsku mowa, to nawiązałem ostatnio kontakt z A. Właściwie to on go zainicjował, a ja zrobiłem krok dalej. Trochę się przy tej okazji po nim przejechałem. Może nawet za mocno. Nadal mam wątpliwości, czy chcę tę znajomość odnowić, więc być może chciałem ją przerwać zanim się na nowo nie zadzierzgnie. A może po prostu uznałem, że na to zasłużył. I albo to zniesie bez słowa pretensji, albo kontakt się znów urwie, co będzie oznaczało, że i tak nie warto go było odnawiać. Przyjmując tę drugą wersję sprawa jest nierozstrzygnięta. Zapadło milczenie. Jeśli nie zostanie przerwane jakąś poważną rozmową w najbliższym czasie, to sam ją rozstrzygnę na korzyść wersji o nieudanej i niecelowej próbie odnowienia kontaktu. M. pewnie powiedziałby mi w tej sytuacji "nie bądź trudny!". Próbuję się do tego wezwania stosować. Ale są sytuację, kiedy w wyborze między byciem sobą, a byciem an easygoing person wybieram to pierwsze. Zresztą to, co zdobyte (a tym razem raczej odzyskane) w trudzie, zwykle bardziej się ceni niż to, co przyszło łatwo. Dlatego bywam czasem trudny.
sobota, 31 października 2009
Adin... Wpłacajcie pieniądze... Dwa... Podaję konto... Tri... Kupcie zestaw satelitarny... Czetyrje... Czy macie już moją komórkę? Pjat'... Podaję konto... Szest'... Wpłacajcie pieniądze... Sjem... Rząd kłamie, inne media manipulują... Wosjem... Ja was pogłaszczę, a wy wpłacajcie pieniądze... Dzjewjat'... Podaję konto... Dzjesjat'... Alleluja i płacimy... Adinnadcat'... Słuchasz, ale czy płacisz? Dwjenadcat'... Podaję konto... Trinadcat'... Macie lżejszy portfel, czujecie się lepiej, dużo lepiej...
Notka powstała po rozmowie z bliską osobą...
czwartek, 29 października 2009
Byłoby nieźle, gdyby nie pewne drobne klęski, które zresztą znoszę nadzwyczaj spokojnie (przynajmniej jak na mnie). Klęska pierwsza - wymyśliłem sobie ciekawy temat badań, praktycznie samograj, zajęcie na dłuższy czas. I co? To, co mi się już kilka razy zdarzyło wcześniej. Ktoś wpadł wcześniej na ten sam pomysł. Dużo wcześniej. Znalazłem w Sieci patent z 1962 roku, w którym wzmiankowany jest mój pomysł. Co prawda nie jako przedmiot patentu, ale to niewiele zmienia. Teraz może poświęcę nieco czasu na grzebanie w literaturze naukowej, próbując ustalić, czy temat jest ostrzelany całkowicie, czy są jeszcze jakieś niezbadane obszary, gdzie mógłbym podziałać. Mam jeszcze co najmniej dwa inne pomysły, ale znając moje szczęście, te też już są ostrzelane. Na razie nie sprawdzałem. Trzeba sobie dawkować złe wiadomości. Klęska druga - w Auchan nie ma mąki żytniej pełnoziarnistej. Bieda z nędzą. Dotychczas kiedy brakowało tej jednej, którą zawsze kupowałem, zawsze była inna. Dwa razy droższa, ale pal diabli, nie zużywam jej tyle, żeby mnie to miało zrujnować. A tym razem ani jednej, ani drugiej. Wymiotło. Poważnie myślę nad tym, żeby jakąś większą ilość kupić sobie przez Internet, ale koszt od razu się podwaja, bo transport kosztuje niemal tyle, co sama mąka. Kiedyś myślałem, żeby sobie kupić żyta i samemu mielić, ale chyba ten pomysł definitywnie odłożyłem do lamusa. Tym razem wziąłem mąkę żurkową. Najwyżej chleb będzie bielszy. Co jeszcze? Nic ważnego. Szukam siebie. Nieustannie. Może tym razem z sukcesem. Nie wiem tylko, czy się ucieszę, jak się znajdę. Znajdują mnie za to inni ludzie. Na NK. Ludzie, których nie kojarzę. Pewnie oni kojarzą mnie, skoro wysyłają mi zaproszenia. Nie odrzucam ich, ale i nie przyjmuję. Przynajmniej dopóki nie dowiem się, skąd się znamy. Nie jestem kolekcjonerem znajomych, a i z grona tych, których już mam na liście, też bym trochę osób wykluczył. Dziennik odręczny nadal piszę, choć dość rzadko. Nie znajduję w jego pisaniu tego, co kiedyś. Szkoda, bo to mnie dopingowało, żeby do tego wrócić. Mimo to nie zamierzam przestać. Nawet jeśli tamto, co czułem kiedyś pisząc, nie wróci.
środa, 21 października 2009
Życie się jakoś toczy do przodu. Dni mijają, czasem mam wrażenie, że za szybko, kiedy kładę się wieczorem spać i robię rachunek sumienia spraw, których nie załatwiłem. Są to zwykle takie sprawy, które można odłożyć na później bez przykrych konsekwencji, bo dotyczą zaspokajania potrzeb własnych lub wywiązywania się ze zobowiązań podjętych wobec siebie. Nawiązując do dylematu z jednej z poprzednich notek doszedłem do wniosku, że nie będę kontrowersyjny. Przynajmniej nie tym razem. No może trochę, bo napiszę, że chciałem się podzielić swoimi wątpliwościami związanymi z niejakim cudem w Sokółce. Dla tych, którzy nic o tym jeszcze nie słyszeli (wydaje mi się, że media są w tej akurat sprawie wyjątkowo wstrzemięźliwe), napiszę tylko, że cud polega na tym, że wyrób piekarniczy w niewyjaśniony zamienił się w wyrób garmażeryjny. Podobno na skutek tej zamiany natychmiast nawrócił się jeden lekarz badający ten cud. No cóż, widocznie był człowiekiem małej niewiary. A skoro mowa o lekarzach i wierze, to w dzisiejszym odcinku "Dra House'a" były nawiązania do tego tematu. Dziwne, ale coraz mniej rozumiem, o co chodzi w tym serialu. Początkowo bardzo mi się podobał, ale teraz gubię się w gąszczu wzajemnych relacji bohaterów i zaczyna mnie męczyć ich odszyfrowywanie. Może nie powinni kręcić kolejnych odcinków, bo chyba zaczyna im brakować pomysłów na utrzymanie klimatu? Odebrałem dziś książeczkę GOT z oddziału PTTK. Mam małą brązową odznakę. Niewiele, ale kolejny kroczek zrobiłem. A wczoraj dostałem pocztą pudło z gadżetami ze zjazdu przodowników TP w Jaworze, na który nie dojechałem. Zapłaciłem, więc mi się należały. Nie wiem tylko teraz, co z tym robić? Przysłali mi m.in. kolejną smycz i kolejny kubek. Czy tym, którzy to przygotowują, wydaje się, że to jest naprawdę taka atrakcja? Jeszcze trochę i z kubków będę mógł zrobić wystawę, a ze smyczy utkam jakiś kilim na ścianę. W miarę rozsądnymi upominkami-pamiątkami wydają mi się notatniki i długopisy, bo te się przynajmniej zużywają. Ale na co mi te kolejne kubki, jeśli na co dzień piję kawę z jednego i tego samego od wielu lat? Wyrzucić to wszystko mi szkoda, bo są to rzeczy nowe i użyteczne. No i z drugiej strony zawsze to jednak jakaś pamiątka. Może za 30 lat wzruszę się na widok takiego kubka i przypomnę sobie imprezę sprzed 30 lat (na której zresztą nie byłem)? Tylko że za 30 lat mogę się do tego kubka nie dogrzebać wśród sterty innych, którymi mnie w międzyczasie zasypią organizatorzy takich imprez.
wtorek, 20 października 2009
Dzisiaj przed pójściem na zajęcia postanowiłem wyskoczyć do sklepu po zakupy. Ubrałem się więc szybko w sweter przewieszony od kilku dni na oparciu krzesła stojącego pod ścianą. Nie przyglądałem mu się bliżej podczas zakładania, ale kiedy podniosłem lewą rękę, zauważyłem kątem oka, że coś odstaje od rękawa. Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, była taka, że musiałem kiedyś przez nieuwagę rozerwać sweter, a to, co odstaje, to kawałek oddartego materiału. Jednak po chwili rzuciłem okiem wprost na to coś i ze zdumieniem skonstatowałem, że to... motyl. Jakby tego było mało, to był jak najbardziej żywy motyl. Rusałka pawik (Inachis io). Drżał w drobnych spazmach na moim ramieniu. Nie bardzo wiedziałem, co z nim zrobić. Po chwili namysłu wziąłem go delikatnie palcami za skrzydła (wtedy nieco się ożywił, bo dotąd tylko drżał wczepiony w materiał swetra) i uchyliwszy wcześniej drzwi balkonu puściłem go. Obawiałem się, że pacnie na posadzkę i tak zostanie, ale on od razu, kiedy tylko poczuł, że jest wolny, odleciał. Długo pewnie w tej temperaturze nie pożyje. Ale z drugiej strony to nie jest już chyba pora na motyle. I tak miał szczęście, że nie zainteresowała się nim wcześniej kocica, bo skończyłby jako jej wytworna przekąska.
niedziela, 18 października 2009
Dobrze, że są komentarze, bo kiedy człowiek nie ma melodii do pisania nowych notek, to przynajmniej odpowiadając na komentarze można dać znak życia. A nowe notki jakoś nie chcą powstawać. Myślę, że głównie z braku czasu, bo pomysłów już kilka było, ale się rozmyły. Naszło mnie ostatnio na to, żeby prowadzić higieniczny tryb życia, co w moim konkretnym przypadku oznacza chodzenie spać o rozsądnej porze. Niestety, taki tryb życia oznacza, że zwykle na coś zabraknie czasu. Najczęściej także na blog. Zauważyłem podczas ostatniej wizyty na moim blogu turystycznym, który zapadł na dobre w sen zimowy, z którego być może się już nie obudzi, zaskakującą aktywność czytelników 14 i 15 października. Miałem w te dni rekordową liczbę odwiedzin od samego początku istnienia tamtego blogu. Sprawa szybko się wyjaśniła. Wszystko przez... powódź na Żuławach. Ja co prawda o tej powodzi nie napisałem tam chyba ani słowa, ale wśród słów kluczowych, któe tego dnia kierowały czytelników na mój blog turystyczny dominują słowa "powódź" i "Nowy Dwór Gdański". I tak oto natura zafundowała mojemu blogowi dzień chwały. Niezasłużonej zresztą. Mam pomysł na nieco bardziej konkretną notkę. Ale bardzo kontrowersyjną. I zastanawiam się, czy ją tutaj zredagować, czy jednak sobie odpuścić. Nie wiem, czym mam dość siły, żeby się zmierzyć ze skutkami jej publikacji. Chyba nie.
środa, 14 października 2009
Brakuje mi Mocy. Albo mocy. Przeczytałem niedawno w jakimś artykule w Sieci, że źródłem problemów może być brak poczucia mocy sprawczej. Spodobało mi się to określenie. Wydaje mi się, że to jest właśnie to, co mi dolega. Chciałem coś więcej na ten temat przeczytać i znalazłem jakiś inny artykuł. Podlinkowałem go, bo nie chce mi się go streszczać (co też pewnie jest przejawem braku mocy). Szkoda, że ten artykuł jest taki krótki i z racji tego traktuje temat pobieżnie. Chętnie dowiedziałbym się coś więcej o odzyskiwaniu utraconej mocy i o tym, co jej człowieka pozbawia. O niektórych czynnikach wiem i wiedzę tę posiadłem intuicyjnie, ale na pewno nie wiem wszystkiego, co wiedzieć chciałbym. Ciekawe, że źródłem mocy mogą być zabobony. I to zarówno te instytucjonalne jak i te równie powszechne, nazwijmy je "ludowe". Nie jest to dobra wiadomość dla racjonalisty, czyli człowieka, który nie potrafi przekonać siebie, że coś istnieje, po to, żeby za pośrednictwem tego czegoś czerpać moc z samego siebie wierząc, że pochodzi ona z tego czegoś, czego istnienia nie sposób dowieść. Po co korzystać z fikcyjnych pośredników? Trzeba znaleźć sposób, żeby osiągnąć ten sam efekt bez mnożenia nierealnych bytów i całkiem realnych instytucji je obsługujących. Z powodu braku mocy na tym zakończę dzisiejszą notkę. Chcę jeszcze napisać kilka słów w swoim odręcznie pisanym dzienniku, a pora jest już dość późna.
wtorek, 13 października 2009
Dawno nie publikowałem tu żadnych cytatów, więc dziś zamieszczam myśl, jaką przeczytałem dziś rano na kartce z kalendarza (może okaże się, że macie ten sam kalendarz, co ja):
"Czas leczy rany, lecz pogłębia blizny"
Niech będzie to cytat miesiąca, choć liczę na to, że nim miesiąc upłynie opublikuję tutaj coś dłuższego i zawierającego więcej konkretów.
środa, 07 października 2009
Tytułowa poprawka niekoniecznie dotyczy tylko Google'a, ale przydałaby się w każdej porządnej wyszukiwarce. Zresztą być może w innych wyszukiwarkach już jest, tylko ja o tym nic nie wiem, bo korzystam przede wszystkim z tej pierwszej (gdzie te czasy, gdy korzystałem z Yahoo, bo o Google jeszcze nie słyszano). Ale do rzeczy, o jaką poprawkę chodzi? Może nie tyle jest to poprawka, co nowa funkcjonalność. W związku z tym, że zasoby sieciowe szybko rosną, wpisanie jakiegoś hasła do wyszukiwarki powoduje zwykle wyświetlenie mnóstwa wyników o różnej wartości poznawczej. Zwykle niestety niewielkiej. Cóż z tego, że jakieś hasło jest np. opisane w Wikipedii, jeśli notka na jego temat daje zwykle tylko ogólne pojęcie na jego temat. Zresztą ogólnie łatwo zauważyć, że wyszukiwarka podrzuci nam jakiś wynik, jeśli dana strona zawiera konkretne słowo, niezależnie od tego, ile razy się to słowo tam powtarza i jak długi jest tekst, który to słowo zawiera. I tak właśnie po wielu bezskutecznych poszukiwaniach pogłębionych informacji na interesujące mnie tematy doszedłem do wniosku, że przydatnym usprawnieniem (choć na pewno nie rozwiązującym problemu zalewu powierzchownych i mało treściwych tekstów w wynikach wyszukiwania) byłaby możliwość ustawienia dwóch progów w poszukiwaniach: minimalnej liczby wystąpień danego słowa w wyszukiwanym tekście oraz minimalnego rozmiaru tekstu liczonego w słowach lub w zdaniach. Jak wspominałem, to nie jest cudowne rozwiązanie, ale na pewno sprawdziłoby się w wielu przypadkach. W wielu innych pewnie by się nie sprawdziło, ale i tak moim zdaniem warto spróbować. Co prawda wymaga to opracowania algorytmów zliczających ilość słów (zdań) w tekście, określających, co jest pojedynczym "tekstem" (czy cała strona, czy jej część) i być może wykonujących jeszcze jakieś analizy, ale myślę, że jest to jak najbardziej do zrobienia. Ciekawe, czy mój pomysł znalazłby uznanie w oczach autorów Google'a. Zresztą co ja się będę nad tym zastanawiał, zaraz sam to sprawdzę.
niedziela, 04 października 2009
W poprzednim wpisie nie poświęciłem zbyt wiele miejsca inauguracji roku akademickiego, ale uznałem, że warto napisać na temat kilka słów. Zresztą poczułem się wywołany do tablicy przez Ernesta, który w komentarzu wspomniał o pewnym uścisku ręki. :) Inauguracja była dla mnie szczególna pod dwoma względami. Przede wszystkim po raz pierwszy byłem na niej "po drugiej stronie rektora" ubrany w togę i biret. Mogę napisać, że tym razem się załapałem, bo rok temu zabrakło miejsca. Liczba członków Rady Wydziału, spośród których rekrutują się uczestnicy orszaku, jest większa niż liczba miejsc, które są przewidziane dla nich na rozpoczęciu roku. Zakłada się, słusznie zresztą, że nie wszyscy będą mieli chęć, czas czy możliwość, żeby brać udział w inauguracji wchodząc w skład orszaku rektora. W zeszłym roku było więcej osób godniejszych ode mnie, a w tym już nie. Drugim powodem, dla którego była to dla mnie szczególna inauguracja, był fakt, że mój dyplomant dostał pierwszą nagrodę w konkursie organizowanym przez Urząd Miasta. Nagroda została przyznana właśnie na inauguracji. Przyznam, że było to dla mnie duże zaskoczenie. Mój stosunek do prezydenta mojego grajdołka jest krytyczny i powszechnie znany jestem jako jego adwersarz i bezlitosny krytyk. W tej sytuacji fakt wygrania przez mojego dyplomanta pierwszej nagrody w konkursie pod patronatem tegoż prezydenta bardzo mnie zdziwił. I nasunął różne domysły, których tutaj nie będę jednak upubliczniał, bo po co. Fakt wygrania przez mojego dyplomanta tej nagrody zrodził pewne komplikacje natury publiczno-towarzyskiej. Otóż przyjęte jest, że przy wręczaniu nagrody dyplomantowi towarzyszy promotor, on też odbiera gratulacje i ściska rękę fundatorowi. Tak więc nie mogłem uniknąć tego gestu, choć zastanawiałem się, czy wyciągniętej do mnie ręki po prostu zignorować i swojej nie podać. Jednak ostatecznie uznałem, że byłaby to niezrozumiała demonstracja odebrana raczej jako przejaw braku kultury z mojej strony. Dlatego uścisnąłem tę rękę. To była sytuacja trochę podobna do tej, o jakiej mówi powiedzenie: "dlaczego kobiety przy powitaniu publicznie się całują? bo nie mogą się pogryźć". Trawestując to mógłbym napisać, że podaliśmy sobie ręce, bo nie wypadało, żebyśmy sobie dali po pysku. Ale niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że to był znak pokoju.
piątek, 02 października 2009
Zaczął się już nowy rok akademicki. To informacja dla tych, którym to umknęło. ;) Tym samym kilka rzeczy się w moim życiu zmienia. Zmiany są drobne. Nie jestem już sekretarzem WKR, bo zostałem powołany do końca roku minionego. Oczywiście nie oznacza to, że z rekrutacją nie będę miał już nic wspólnego, bo muszę jeszcze napisać protokół. Poza tym wkrótce pewnie stanie na Radzie Wydziału uchwała w sprawie powołania sekretarza WKR na kolejny rok i możliwe, że będę nim znów ja. Druga zmiana jest taka, że od najbliższego tygodnia wracam do: nauczania, śpiewania i grania. Nauczać będę głównie na zaocznych, ale też i trochę na dziennych. Śpiewać będę oczywiście w chórze, bo do śpiewania przy porannym goleniu nastrój mnie nie skłania. A grać będę na pianinie po próbach chóru. Jak w zeszłym roku. Przy okazji tych wszystkich drobnych zmian zaszła w moim życiu jeszcze jedna zmiana chyba nieco większa i paradoksalna. Mianowicie zmieniła mi się miara czasu. Tydzień zaczyna się dla mnie od piątku, a kończy w czwartek. Może z tej okazji założę jakąś kolejną religię, bo skoro dla muzułmanów świętem jest piątek, dla żydów sobota, a chrześcijan niedziela, to ja z moim czwartkiem w żadną z tych tradycji się nie wpisuję. :) A skąd ta zmiana? Wynika z mojego planu zajęć, w którym tradycyjny weekend jest wyjątkowo obłożony pracą, natomiast wolne mam dwa inne dni: środę i czwartek. Zatem mój weekend zaczyna się w środę, która jest moją sobotą. :) Dlatego w środę i czwartek proszę mi niczym d... nie zawracać. Całe szczęście, że posiedzenia Rady Wydziału są w piątek, znaczy we wtorek, czyli dzień pracy. Dalsza część notki będzie poświęcona rozważaniom światopoglądowym, o czym uprzedzam osoby, których moje poglądy, dywagacje, wątpliwości, rozważania, itp. nie interesują. :) Czytam sobie ostatnio "Mini-wykłady o maxi-sprawach" Leszka Kołakowskiego. Czytam powoli, żeby nic nie uronić, niektóre fragmenty czytam nawet po kilka razy. W znakomitej większości poglądy Kołakowskiego przyjmuję bez sprzeciwu. Ostatnio jednak trafiłem na odcinek o wolności i po jego lekturze miałem chęć podjąć polemikę z autorem na temat podanej przez niego definicji tego pojęcia. Oczywiście polemika taka z przyczyn obiektywnych możliwa nie jest. Ze zmarłymi nie da się polemizować, ale nawet gdyby autor żył, to i tak nie miałbym zapewne okazji do wymiany poglądów. A poszło o to, że słowem wolność prof. Kołakowski w swoim felietonie nazwał tę część przestrzeni ludzkich możliwych wyborów, która pozostaje po wyłączeniu z niej nakazów i zakazów. To wydaje się sensowne, ale autor stwierdza dalej, że wolność nie istnieje bez tego zbioru nakazów i zakazów, które z jednej strony ją ograniczają, ale z drugiej konstytuują. Takie określenie wolności wydało mi się, nie znajduję lepszego słowa, mocno deprecjonujące dla tego pojęcia. Wolność jako dopełnienie zakazów i nakazów. Tam, gdzie nie ma zakazów, tam nie ma wolności, a przecież na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że tam właśnie wolność osiąga swój najwyższy poziom. Z tym się początkowo nie chciałem zgodzić. Jednak przeczytałem ten kawałek jeszcze raz, a potem zamyśliłem się nad tym i doszedłem do wniosku, że to może być dobra definicja wolności. Znalazłem bowiem analogię do dobra i zła. Zło nie istnieje bez dobra i odwrotnie. Przez opozycję do siebie te dwa pojęcia się definiują. Podobnie może być z wolnością. Może być, bo to jest jedna z możliwych definicji. Po namyśle uważam nawet, że jedna z lepszych. Wiąże bowiem wolność z ograniczeniami, które zawsze jej towarzyszą. Wydaje mi się, że większość z nas tutaj w Polsce ma dość naiwne wyobrażenie o wolności jako o prawie do robienia wszystkiego, co się nam żywnie podoba. Tym cenniejsza jest definicja, która taki pogląd z miejsca unieważnia. Czy wyobrażamy sobie życie bez prawa? Ja nie (jakkolwiek potrafię sobie wyobrazić życie pod rządami prawa lepszej jakości). A przecież prawo to są zakazy i nakazy. Czy prawo zabiera nam zatem wolność? Godzi w nią? Według definicji podanej przez prof. Kołakowskiego wręcz przeciwnie. Ono nam wolność definiuje. Tak jak ściany domu ograniczając przestrzeń i naszą swobodę poruszania się, jednocześnie dom ten konstytuują. Nie ma domu bez ścian (przynajmniej w naszym klimacie). Innym tematem, o którym czytałem ostatnio, jest tolerancja. Na ten temat już kiedyś pisałem. Podałem wtedy definicję, którą teraz znalazłem u prof. Kołakowskiego. Nie chcę tego tematu dalej rozwijać, ale chce się odnieść przy tej okazji do artykułu, który ostatnio przeczytałem, a z którego wynika, że najwięcej czasu poświęcamy na lekturę tych artykułów, z których treścią się zgadzamy. Coś w tym jest. Wcześniej sobie tego nie uświadamiałem, ale rzeczywiście raczej jest mało prawdopodobne, żebym sięgnął w wolnej chwili po "Gościa Niedzielnego", czy "Nasz Dziennik". Wydaje mi się jednak, że nie tyle odstręcza mnie w nich to, że prezentują zwykle diametralnie różne od moich poglądy, ale bardziej to, w jaki sposób to robią. Odnoszę bowiem wrażenie, że robią to często nierzetelnie, jednostronnie i bez szacunku dla oponentów. Czy można innymi słowy opisać to, jak "Gość Niedzielny" zestawił osobę Alicji Tysiąc z nazistami? Albo czy nie jest odstręczające, że "Nasz Dziennik" uważa się za jedyne medium polskie w odróżnieniu od pozostałych mediów, które są rzekomo "polskojęzyczne"? To jest język pogardy, wrogości i konfrontacji. Na pewno jest i tak, że media, które prezentują poglądy bliskie moim ulegają podobnym grzechom, ale mam wrażenie, że dzieje się tak zdecydowanie rzadziej i w mniejszym natężeniu. To wrażenie może być oczywiście mylne. Skoro wiem już, że chętniej czytam to, z czym się zgadzam, to zapewne jestem dla tego typu przekazów również bardziej wyrozumiały. Jednak i ta wyrozumiałość ma swoje granicę. Nie każdy sposób wyrażania bliskich mi poglądów uznałbym za akceptowalny. A swoją drogą zastanawiam się, czy nie powinienem czytać także jakichś gazet i czasopism, na których łamach znajdują się poglądy sprzeczne z moimi? Pomyślę nad tym. Jakoś mnie ten pomysł odstręcza, ale może właśnie dlatego powinienem go podjąć. Na koniec napiszę jeszcze, że brakuje mi dyskusji na tematy światopoglądowe z kimś, kto czytałby te same lektury, co ja, ale niekoniecznie miałby takie same poglądy. Blog to jednak nie to samo, bo chociaż można wymieniać poglądy w komentarzach, to jednak zawsze będzie to tylko namiastka dyskusji. Coś jak korespondencyjna gra w szachy.
poniedziałek, 28 września 2009
Dołek właściwie już jeden jest, a teraz obok będzie drugi. A z dwóch dołków, jak wiadomo, górki nie usypiesz. Na dodatek szykuje się ciężki semestr. Liczba godzin zajęć, jakie szykują mi się na zaocznych, przyprawia mnie o ból głowy. Do tego zjazdy mam akurat w te weekendy, kiedy coś ciekawego się dzieje. Na przykład wszystkie trzy rajdy PTTK-u, jakie odbędą się do końca roku, będą w soboty zjazdowe. Przez to się nie będę mógł na nich udzielać, a chciałbym. Także dla higieny psychicznej. Znów poczułem potrzebę pisania dziennika odręcznie. Poprzednio na potrzebie się skończyło, bo po napisaniu o niej w blogu, ta jakoś mi minęła. Zobaczymy, jak będzie tym razem. Okoliczności nie sprzyjają, ale potrzeba jest silniejsza niż wcześniej. Mam czasami takie przemyślenia, które nie nadają się do tego publicznego spowiednika. Są na przykład zbyt osobiste. W artykule o dziennikach z ostatniej "Polityki" przeczytałem opinię Michała Witkowskiego, że "dziennik do publikacji to jest oksymoron. To jak kamera pod kołdrą." Ja do takiego etapu ekshibicjonizmu nie doszedłem i myślę, że tego Rubikonu tutaj już nie przekroczę. Nie teraz, kiedy przekonałem się, jaki ma zasięg ta moja pisanina. Za to może w swoich prywatnych zapiskach zdobędę się na większą szczerość wobec siebie, bo pamiętam, że pisząc wcześniej miałem zawsze z tyłu głowy myśl, że może ktoś to jeszcze przeczyta za mojego życia i to w jakiś sposób nieraz wpływało na moje zapiski. Chociaż nie zawsze. Niekiedy dawałem się ponieść natchnieniu. Jeśli wrócę do moich odręcznych zapisków, to pewnie rzadziej będę pisał tutaj. Trudno będzie mi przyzwoicie prowadzić trzy dzienniki na raz: ten, blog turystyczny (który aktualizuję skandalicznie rzadko) i odręczny dziennik. Z nich trzech priorytet będzie miał ten trzeci. I żeby nie zasypiać gruszek w popiele biorę się za niego od zaraz. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, ale nikt nie zaprzeczył, że można dwa i więcej razy w już "nie tej samej" rzece doznać tego samego orzeźwienia. Zobaczymy, czy mi się to uda. Oby.
piątek, 25 września 2009
Miałem być dzisiaj w górach, ale po wczorajszej wizycie w barze sushi kiepsko spałem w nocy, a ponieważ musiałbym wstać wcześnie i to właśnie akurat wtedy, gdy zaczęło mi się lepiej spać, więc zostałem w domu. Zrobię sobie dziś zamiast tego "tour de Wrocław". Najpierw jednak napiszę kilka zdań sprowokowany wpisem w statystykach mojego turystycznego blogu. Znalazłem tam mianowicie dziś rano taka frazę: "moje odczucia po wycieczce do stutthofu". Domyślam się, że ktoś dostał za zadanie opisać swoje odczucia po wycieczce do obozu. Zastanawia mnie tylko, że ten ktoś szukał gotowca na ten temat. Wszak wypracowanie zawierające w tytule frazę "moje odczucia" wymaga zajrzenia raczej w głąb siebie niż przeglądania zawartości Sieci. Ciekawe, czy moje odczucia z wizyty w Stutthof trafią do czyjejś pracy jako autora własne odczucia? Myślę, że nie, bo ktoś, kto szuka w Sieci odpowiedzi na pytanie, jakie są jego odczucia, szuka raczej sztampy, czegoś, co spodoba się (prawie każdemu) nauczycielowi. Myślę, że mógłbym nawet takie schematyczne wypracowanie stworzyć. Ładnie napisane i gwarantujące dobrą ocenę, ale bezwartościowe. Natomiast moje odczucia, które opisałem w blogu turystycznym, są chyba nieprzydatne. Ich opis jest skąpy, pozbawiony emocji, wzniosłych słów, itp. Ktoś piszący swoje prace metodą "kopiuj-wklej", raczej z mojego blogu w tym temacie nie skorzysta. Ale może znajdzie gdzieś lepsze "swoje odczucia". Zamierzałem początkowo wyrazić się lekceważąco i pogardliwie o tej osobie, która u mnie szukała "swoich" odczuć (wskazuje na to choćby tytuł notki), ale w gruncie rzeczy szkoda mi tej osoby. Niezależnie od tego, jak bardzo sztampowy wydaje mi się temat tego wypracowania, uważam, że daje ono szansę poznania siebie. Poznania i nazwania niektórych swoich uczuć, a przez to może też nauczenia się rozpoznawania uczuć innych. Tego nigdy dość. Ktoś z tej szansy nie chce skorzystać. Jego strata. Miałem też napisać, w nawiązaniu do znanego zdania Lema o Internecie i idiotach, że Sieć rzeczywiście otwiera nam oczy na ludzi i ich przywary intelektualne, które istniały od zawsze, ale dopiero teraz przez Internet, jak przez wielką lupę, możemy się im bliżej przyjrzeć. I czasem jesteśmy zdumieni tym, co widzimy. A jednak zwykle jest to nihil novi sub sole, nawet jeśli dla nas jest to jakieś osobiste odkrycie. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
1. Mój blog:
2. Czytam i znam:
3. Czytam lub oglądam:
4. Moje "naj-":
|