|
O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze.
środa, 10 lutego 2010
Do napisania tej notki zachęciła mnie notka Ernesta, chociaż związek mojej notki z jego notką jest trudny do uchwycenia. Nie będę się nad tymi powiązaniami rozwodził, ale od razu przejdę do tematu. Otóż w okolicach świąt tzw. Bożego Narodzenia matka poprosiła mnie, żebym jej kupił jakieś butelkowane cudo z apteki. Jedno z tych, po którym, jeśli wierzyć reklamom, żyje się sto lat z dwoma sercami jak dzwon, ma się łeb jak Karpow z Kasparowem razem wzięci, doskonałą pamięć i wyraźne symptomy nadpobudliwości. Mój stosunek do takich wynalazków jest raczej sceptyczny, ale co będę matce żałował. Poszedłem do apteki i wypatrzyłem coś, co już z racji samej nazwy robi wrażenie na klientach: (baczność!) Doppelherz Energovital Tonik K (spocznij!). Podkreślam tutaj, że to niepozorne "K" na końcu w ostatecznym rozrachunku robi dużą różnicę. Nie zastanawiając się dłuog kupiłem ten wynalazek, zaniosłem matce i mówię: zażywaj, jeśli masz się po tym lepiej czuć, niż czujesz się teraz. Myślałem, że się ucieszy, ale jakieś pół godziny później widzę, że minę ma niewyraźną. Sądziłem, że może jej zaszkodził ten specyfik, ale okazało się, że przyczyną była lektura ulotki. Na ulotce był skład, a ze składu tego wynikało, że oprócz wina czerwonego słodkiego i jakichś tam wyciągów z ziół nie ma w tym tego, czego moja matka się spodziewała, czyli zatrzęsienia witamin i mikroelementów. Nieco podminowany tym odkryciem siadłem do komputera i ustaliłem, że są dwa bardzo podobne produkty, których nazwa różni się o to wspomniane "K". Ta wersja, która zawiera witaminy i mikroelementy, dla równowagi nie zawiera "K" w nazwie. To mnie zmyliło w aptece. Sądziłem bowiem, że jeśli do nazwy podstawowej produktu dodaje się jakąś literę, to tak oznaczony produkt jest czymś dodatkowo wzbogacony albo ma nieco zmodyfikowany skład, ale nie podejrzewałem, że może w nim brakować większości ważnych składników. No cóż, zapłaciłem się frycowe. Wziąłem ten nieszczęsny tonik z intencją, że sam się nim będę kurował, a matce za czas jakiś zakupiłem już ten właściwy, zgodnie z jej zamówieniem, produkt. Kiedy już wysączyłem do końca ten preparat w dawkach 60 ml na dzień, naszła mnie refleksja, że ten Doppelwkręt Energozioło Winiacz to nic innego jak inaczej opakowany wermut dystrybuowany kanałami aptecznymi. A ponieważ w smaku było to bardzo przyjemne, no i z ulotki wynikało, że ma efekty zdrowotne, więc pomyślałem, że warto by tę kurację kontynuować. Pomyślałem też jednocześnie, że nie ma sensu wydawać pieniędzy na kartonowe opakowanie, ulotkę i marżę dla producenta. Tak postanowiwszy będąc któregoś dnia w Auchan kupiłem sobie butelkę... wermutu. Myślę, że pod względem składu nie różni się on znacząco od tego, co wcześniej kupiłem w aptece, a jeśli nawet, to na korzyść. No i kosztuje mniej. Od tamtej pory codziennie konserwuję się trzema dawkami wermutu dziennie. Głównie Martini albo Cinzano, bo uważam, że najlepsze są wermuty włoskie. Na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie tu zwyzywać od alkoholików, dodam, że 60 ml wina (sumaryczna dawka dzienna) zawiera około 9 ml alkoholu, czyli tyle, ile niecała szklanka piwa (200 ml) o zawartości alkoholu 4,5%. Jeśli podzielić to jeszcze na trzy dawki dzienne, to wychodzi po... filiżance piwa. Dla tych, którzy alkohol spożywają wyłącznie w postaci napojów wysokoprocentowych, podam inne wyliczenie: dawka równoważna (dzienna) 40-procentowej wódki to 23 ml. Jeśli podzielić to na trzy, to wyjdzie tak mało, iż do takiej ilości nie opłaca się nawet odkręcać nakrętki, że o siadaniu do stołu nie wspomnę. Jak jest dobra impreza, to czasami straty przy nalewaniu bywają większe. ;) Reasumując polecam tę kurację każdemu (podana dawka nie naraża na kłopoty z policją, o ile oczywiście nie jest czymś uzupełniana). I proponuję krytycznie patrzeć na reklamowane w TV wynalazki prozdrowotne. Niekiedy ten sam efekt można osiągnąć taniej. :)
niedziela, 07 lutego 2010
Obiecałem wcześniej jeszcze jeden cytat z "Piątego etapu" Sergiusza Piaseckiego i oto on. "Kiedyś, mając lat 13, wyciągnąłem z wody na Berezynie topiącego się Żydka. (...) Gdy Żydek oprzytomniał i ubrał się, to jakoś niezdarnie dziękował nam... Odeszliśmy prawie zawstydzeni... Za duże przysługi nie należy dziękować, bo szczęściem są dla tych, którzy je oddają; to okupuje ich istnienie i podnosi wartość." To chyba nie wymaga komentarza. Pozostaje tylko życzyć wszystkim czytelnikom mojego blogu (i sobie też) jak największej liczby okazji do oddawania takich życiowych przysług.
sobota, 06 lutego 2010
Zmieniłem jakiś czas temu strategię doboru lektur. Nie kieruję się już tylko wskazaniami ulubionego serwisu i nie próbuję, jak wcześniej, przeczytać po kolei wszystko, co mi poleca, ale trafiwszy na jakiegoś autora, który mi pasuje, eksploatuję go do końca. Obecnie padło na Sergiusza Piaseckiego. Zacząłem od "Żywota człowieka rozbrojonego", a potem samo poszło. Obecnie czytam "Piąty etap" i co kilkanaście stron sięgam po ołówek i zakreślam fragmenty, które do mnie przemawiają. Zacytuję dwa poniżej. Trzeci zaś wrzucę w osobnej notce. Raz, że do tych mało pasuje, a do tego tak mi w duszy zarezonował, iż uznałem, że osobna notka mu się należy. Wrzucę ją tu może jutro. 1. "(...) jeśli człowiekowi dać największy nawet dobrobyt, a obedrzeć go z własnej inicjatywy w pracy i w życiu, to pozostanie tylko dobrze utrzymane bydle, tchórzliwe, leniwe i tępe." Przeczytałem to i przyszły mi do głowy dwie refleksje. Pierwsza, że wiele osób chętnie by się dobrowolnie w takie bydlęta zamieniło. I druga taka, że wielu polityków chętnie dałoby ludziom ten dobrobyt w zamian za odebranie im prawa do podejmowania decyzji o swoim życiu. I obie te tendencje dobrze widać nawet w obecnych czasach. W mniejszej skali widzę to np. w swoim grajdołku, gdzie wokół władzy nagromadziło się takich bydląt sporo. Może właśnie dlatego, że inicjatywa to ostatnia rzecz, jakiej ta władza od ludzi oczekuje, ale deklaruje na każdym kroku, że chętnie ludziom zrobi dobrze... 2. "Krzyczą: burżuazja, burżuazja. A co im burżuazja zawiniła? Chyba to, że sami burżujami nie są. Zwykła chciwość i zazdrość. Ja proszę pana nie Rosjanin, ale Rosjan znam dobrze. To naród niekulturalny i niezdolny do przyjecia wyższej kultury. (...) Kultura, cywilizacja to nie są mądre słowa, tylko po prostu: praca, wynik pracy i suma pracy. Jeśli naród ukocha pracę, to nie może nie stać się kulturalnym. A jeśli pracuje z niechęcią, obrzydzeniem, z konieczności albo tak jak my: pod batem, z musu, to kultury nie zdobędzie. (...) najbliższy sąsiad nasz, Finlandia: na skałach żyją, w surowym klimacie, a porównajcie ich kulturę z naszą... (...) U nas kultury europejskiej nigdy nie było i nie będzie, bo ludzie tu - gnój, a gnój tylko do tego się nadaje, żeby ziemię zasilać, do pracy zaś inteligentnej rozumu potrzeba... (...) zazdroszczą burżuazyjnego kołnierzyka Niemcowi, a nie wiedzą, szuje, że ten Niemiec, gdy trzeba, po 16 godzin dziennie pracuje i to jak pracuje..." Zamienić słowo "burżuazja" na "bogaci", a za Rosjan wstawić Polaków i wypisz, wymaluj wyjdzie cała prawda o naszym stosunku do pracy i do cudzego bogactwa z pracy pochodzącego. Słów szkoda, ale napiszę jeszcze, że u nas nie pracowitość jest cnotą, a bumelanctwo. I nie sumienny pracownik (czy też student), a sprawny kombinator cieszy się szacunkiem. A jak ktoś się dorobi majątku, to na pewno nakradł.
piątek, 05 lutego 2010
Czasu mało. Spać chodzę czasem po 2:00, więc i notka będzie krótka, choć miałem ochotę napisać dłuższą i nawet trochę pok...ć. Jednak nie tym razem. Ale jak mnie taki jeden facet mocniej wkurzy, to jemu wygarnę, a tutaj odreaguję jego i jeszcze kilka pokrewnych przypadków. A tymczasem może moi czytelnicy zaangażują się trochę i pomogą mi rozwikłać dylemat, jakiego języka się uczyć: fińskiego czy węgierskiego? I dlaczego? Składniam się ku fińskiemu, bo Nokia, sauna i te sprawy. Poza tym Finów jest mniej, więc i język bardziej ekskluzywny. Ale i Węgrzy mają swoje zalety: Tokaj czy inne węgrzyny, Józef Bem, no i w końcu to bratanki. A dlaczego taki wybór? A dlatego, że chciałbym poznać język z grupy ugrofińskiej. To może być ciekawe doświadczenie, bo oni mają na przykład kilkanaście przypadków. Poza tym uczyłem się dotąd języków fleksyjnych, a chciałbym opanować też jakiś język aglutynacyjny. To określenie kojarzy się z glutami i jest w tym jakiś sens, bo w takich językach dokleja się do wyrazu kolejne różne przed- i przyrostki i na przykład efekt jest taki: talo - dom, ale taloissanikinko - czy też w naszych domach? (przykład z Wikipedii; wierzę na słowo). Tak więc jeśli Wam się chce, to napiszcie, czy lepiej fińskiego czy węgierskiego się pouczyć? :)
środa, 03 lutego 2010
Pisałem już kiedyś w tym blogu, że jestem fanem recyklingu. I nie ze względów ekonomicznych czy ekologicznych, ale z tego prostego powodu, że życie i natura wokół nas to nic innego jak wielki kocioł w którym nieustannie zachodzi recykling. Moim zdaniem nie powinniśmy się z tego cyklu wyłamywać, ale go wspomagać. Ja jestem zwolennikiem recyklingu "totalnego". To znaczy, że nie interesują mnie półśrodki. Sytuacja, w której jakieś śmieci tnie się na mniejsze kawałki i wbudowuje w coś innego, to nie jest recykling, tylko zagospodarowywanie śmieci. Recykling w moim rozumieniu, to rozłożenie czegoś, co się zużyło, na najmniejsze cegiełki, po których nie znać tego zużycia. Rozłożenie lub przerobienie. Te najmniejsze cegiełki to zwykle po prostu jakieś cząstki prostych lub nieco bardziej złożonych związków chemicznych, które mogą być surowcami do produkcji wyrobów o takiej samej jakości, jaką miałyby, gdyby wyprodukowano je z surowców nie pochodzących z odzysku. W tym momencie, dopiero, kończę wprowadzenie i przechodzę do meritum. Otóż do napisania tej notki skłoniła mnie nowa moda, którą zauważyłem w swojej poczcie elektronicznej. Mianowicie od jakiegoś czasu niektóre maile, które dostaję, mają na dole dopisane hasła apelujące o niedrukowanie tej wiadomości, jeśli nie jest to niezbędne i zapewniające mnie, że jeśli tak postąpię, to lasy będą mi wdzięczne. Moim zdaniem, to g...uzik prawda. I spróbuję wyjaśnić dlaczego. Uważa się u nas powszechnie, że im mniej papieru zużyjemy i im więcej makulatury zbierzemy, tym lepiej dla naszych lasów. To przekonanie utrwalają w nas ekolodzy, a mają do tego dobry grunt zapewniony jeszcze w czasach PRL-u, kiedy papier toaletowy był towarem deficytowym. A ja uważam, że im więcej papieru zużyjemy, tym... więcej lasów posadzimy. A przynajmniej powinniśmy posadzić. Zamiast po trzy razy używać te same kartki, zbierać makulaturę, żeby ocalić kilka drzew, nie używać papieru nadaremno trzeba pójść w zupełnie innym kierunku - sadzić lasy. Tym więcej, im większe będzie zapotrzebowanie na drewno czy papier. Przykład daje od lat np. Finlandia. Proponuję zauważyć taki mechanizm, że im większe zapotrzebowanie przemysłu i społeczeństwa na produkty otrzymywane z drewna czy drzewa, tym większe połacie naszego kraju pokryć powinny lasy, żeby temu zapotrzebowaniu sprostać. A czy nie jest marzeniem każdego ekologa, żeby lasów było jak najwięcej? Nie łudźmy się bowiem, że lasy będą sadzone w coraz większej ilości z samej czystej sympatii do haseł głoszonych przez ekologów. Większość lasów w Polsce to tak zwane lasy gospodarcze, z których właściciele (w tym państwo) czerpią określone pożytki. Las może i rośnie sam, ale to nie znaczy, że jego utrzymanie nic nie kosztuje i na pewno większą motywacją do powiększania się areałów zalesień są zyski mogące przynieść te lasy niż najszczytniejsze hasła ekologów. Nie dajmy też sobie wmówić, że las gospodarczy nie może być ostoją zwierzyny czy miejscem rekreacji. Rozsądnie prowadzona gospodarka leśna potrafi pogodzić te pozornie sprzeczne interesy ze sobą. No dobra, może ktoś zapytać, ale co to ma wspólnego z tym recyklingiem, o którym była mowa na początku. Otóż ma to wspólnego wiele, bo w przypadku wykorzystanego papieru totalnym recyklingiem jest według mnie... spalanie. Papier spalając się daje ciepło (fakt, że niewiele, ale zawsze) i rozkłada się na CO2, H2O oraz pewne ilości związków mineralnych. Wszystkie te produkty natura potrafi świetnie zagospodarować np. wbudowując je w drzewa w tych lasach, które zasadzimy, jeśli przestaniemy makulaturę przerabiać na papier i wzrośnie nasze zapotrzebowanie na surowce drzewne. Przerabianie makulatury na papier zwykle w efekcie daje papier gorszej jakości i bynajmniej nie jest działalnością stricte ekologiczną (chyba, że ktoś sobie sam w domu produkuje papier amatorsko). Tak więc jak jestem gorącym zwolennikiem zbierania wszelkich surowców wtórnych i poddawania ich obróbce, tak w przypadku papieru jestem nieprzejednanym zwolennikiem swojej wizji recyklingu totalnego. Dlatego proszę mnie nie drażnić hasłami, że lasy będą mi wdzięczne, jak nie wydrukuję tego czy tamtego. Zwłaszcza, że i tak wyjątkowo rzadko drukuję wiadomości z poczty elektronicznej. Ale jeśli będę miał już jakąś wydrukować, to na pewno nie będę się zastanawiał, czy powinienem. Zastanawiam się raczej, gdzie mógłbym na własną rękę i w zgodzie z przepisami poddawać recyklingowi totalnemu zbierającą się w domu makulaturę? :)
wtorek, 02 lutego 2010
sobota, 30 stycznia 2010
Ponieważ studenci na egzaminach u mnie nie mogą korzystać z komórek (z wyjątkiem szarych komórek, ale i te czasem są nieużywane), a wielu z nich nie ma już dziś zegarków, bo godzinę sprawdzają właśnie na tychże telefonach, więc trzeba było jakoś ten problem rozwiązać. Z pomocą przyszła technika multimedialna:
Uboczną zaletą tego rozwiązania był fakt, że nikt nie pytał, ile jeszcze zostało czasu. :)
środa, 27 stycznia 2010
Tytuł jest melodramatyczny, ale notka bynajmniej nie będzie o romantycznych porywach serca. Rozstałem się z... dyplomantem. Na gruncie zawodowym, żeby nie było nieodmówień. Pisałem kiedyś o tej sprawie na blogu i sądziłem, że sprawa już się sama rozwiązała, bo rzeczonego dyplomanta widziałem na liście skreślonych studentów. Tymczasem dzisiaj przyszedł do mnie chcąc ustalić, co dalej z tym jego dyplomem u mnie i powiedziałem mu, że chciałbym, żeby znalazł sobie innego promotora. Kiedy się nad tym zastanawiałem wcześniej, mając jeszcze tamten incydent na świeżo w pamięci, myślałem nad tym, czy nie dać mu szansy zrehabilitowania się, czyli tego, co chrześcijanie nazywają zadośćuczynieniem. Zastanawiałem się nad tym i tyle samo miałem argumentów za, co i przeciw. Dodatkowo miałem pewien kłopot, żeby wymyślić formę samego zadośćuczynienia jak i okoliczności towarzyszących. Po pierwsze chciałem pozostawić decyzję w rękach zainteresowanego, czy chce, czy nie chce ponownie zasłużyć sobie na moje zaufanie. Żeby nie było w tym żadnego przymusu z mojej strony, bo jesteśmy na nierównych pozycjach względem siebie. Ja mam pewną przewagę, której nie chciałbym wykorzystywać. W mojej ocenie wymuszone zadośćuczynienie jest niewiele warte. Po drugie chciałem, żeby zadośćuczynienie to odnosiło się do skutków przewinienia. Czyli powinno to być coś, co sprawi, że odzyskam stracone zaufanie i przekonanie o uczciwości drugiej strony. I to było chyba najtrudniejsze do spełnienia, bo kiedy ktoś coś ukradnie, to może to np. oddać czy odpracować, a kiedy oszuka i zawiedzie zaufanie, to jak ma to "odpracować"? Po trzecie musiałoby to być do pewnego stopnia dolegliwe (ale nie w stopniu zniechęcającym czy wywołującym bunt), bo tylko wtedy jest szansa, że będzie miało jakieś długofalowe, pozytywne skutki. Po czwarte, ale może najważniejsze, nie mogłem mieć z tego zadośćuczynienia żadnych korzyści prywatnych lub osobistych. Dopuszczałem jedynie poczucie satysfakcji, o ile miałbym przekonanie, że zainteresowany zrozumiał, że postąpił źle i była szansa na to, że już tak nie postąpi wobec nikogo (marzyciel ze mnie). Nie pamiętam już, czy nie postawiłem sobie jeszcze jakichś wymagań. I tak uznałem później, że sprawa jest nieaktualna, więc nie poświęcałem jej czasu i uwagi. Dlatego teraz nawet nie byłem gotowy na ewentualną rozmowę co do szans naszej dalszej współpracy. Z drugiej strony wydaje mi się, że studentowi też niespecjalnie zależało na tej współpracy, więc tym razem chyba sprawa jest zamknięta na dobre. I chyba obie strony w gruncie rzeczy to zadowala, chociaż pewnie żadnej do końca.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wiem, że wszystko, co tutaj piszę, będzie kiedyś wykorzystane przeciwko mnie, ale mimo to ogłaszam wszem i wobec, że każdego kolejnego studenta, który przyniesie mi projekt, w którym każdy rysunek jest złożony i zapakowany w oddzielną koszulkę, a wszystko to spięte jeszcze w plastikowe okładki, uduszę własnoręcznie! Albo nie. Będę bardziej perfidny. Poproszę takowego studenta o asystowanie przy sprawdzaniu i wyjmowanie oraz wkładanie tych rysunków w koszulki w trakcie tegoż. No bo niby dlaczego to ja mam ponosić konsekwencje cudzego braku wyobraźni? Myślę, że gdyby tak bezmyślnie i niepraktycznie zapakowany projekt trafił na budowę, to projektantowi ucho by zwiędło już pierwszego dnia po telefonie od kierownika. Dopisek (tegoż samego dnia; 23:19): Ale temu, który mnie do tego wpisu sprowokował, daruję, bo rozśmieszył mnie pisząc na jednym z rysunków "spust uliczny", zamiast "wpust uliczny". To mi przypomina opowieść, jak korzystający bezmyślnie z przodków studenci Lądówki w Warszawie gromadnie pisali na rysunkach "szlachta cementowa" zamiast "szlichta cementowa". Ciekawe, czy i ta zabawna pomyłka, o której wyżej wspomniałem, rozpleni w kolejnych latach jak kilka innych wcześniej? :)
niedziela, 24 stycznia 2010
Dziś była ostatnia niedziela ostatniego zjazdu zaocznych. Potem jeszcze dwa dni semestru (oba akurat pracujące w moim przypadku) i zacznie się sesja, czyli jak niektórzy to tłumaczą System Eliminacji Studentów Jest Aktywny. Coś w tym jest, bo patrzę na moje listy i widzę, że dla pewnej liczby studentów przygoda z moimi przedmiotami nie skończy się dobrze. Ale to pewnego rodzaju norma. Powiedziałem kiedyś studentom, że z dotychczasowych doświadczeń wynika, że część z nich tego przedmiotu nie zaliczy. I że to jest zła wiadomość. Dobra natomiast jest taka, że ani liczba, ani personalia tych pechowców nie zostały z góry ustalone. To znaczy, że szansę ma każdy i od każdego zależy, czy ją wykorzysta. Dodałem też, że jest też możliwe, że zaliczą wszyscy, tyle że to raczej mało prawdopodobne. A tymczasem zrobiło się chłodno. Rano było dziś na termometrze dwadzieścia jeden stopni na minusie. I byłoby nawet całkiem przyjemnie na dworzu, gdyby nie wiatr, który dodatkowo ziębił. W takich warunkach 35-minutowy spacer do i z pracy zaczyna się robić trochę nieprzyjemny. Całe szczęście, że kupiłem sobie jesienią ciepłą kurtkę, bo inaczej musiałbym wyciągnąć z szafy kożuch po ojcu. Jest ciepły, ale trochę niewygodny. Liczę na to, że do przerwy międzysemestralnej mróz jednak trochę zelżeje, bo chciałbym się trochę przespacerować po okolicznych lasach, a w taką pogodę kilka godzin marszu, nawet szybkiego, to spore wyzwanie. Temperatura nie musi być nawet na plusie. Wystarczy, że mróz będzie jednocyfrowy.
piątek, 22 stycznia 2010
Lubię sobie od czasu do czasu zjeść kromkę własnoręcznie upieczonego chleba z masłem (jeszcze nie własnej roboty, ale może wkrótce też) i miodem (także nie z własnej pasieki i tak pewnie pozostanie). Zwykle kupując miód nie zastanawiam się nad jego ceną, ale mam gdzieś tam z tyłu głowy, że nie jest to artykuł tani, choć też wydawał mi się dotąd także niespecjalnie drogi. Od jakiegoś czasu staram się kupować tylko miód w całości pochodzący z Polski, dlatego uważnie czytam wszystkie etykiety, na których niestety w większości wypadków małymi literkami napisane jest "mieszanka miodów pochodzących z krajów członkowskich Unii Europejskiej" lub "mieszanka miodów pochodzących z krajów członkowskich Unii Europejskiej i spoza Unii Europejskiej". O dziwo, w dużych sklepach typu Auchan czy nawet Kaufland udaje mi się zwykle znaleźć najwyżej dwa gatunki miodu, które są, jeśli wierzyć etykiecie, w całości "wyprodukowane" w Polsce. Przy okazji ostatnich zakupów w supermarkecie osiedlowym trafiłem na stoisko z miodem w całości pochodzącym z Polski, więc zatrzymałem się, obejrzałem i wziąłem sobie słoiczek 550-gramowy miodu lipowego. Niby to żaden wielki rarytas, ale przy kasie okazało się, że rachunek jest dziwnie wysoki. Po obejrzeniu paragonu w domu odkryłem, że ten słoik miodu kosztował ponad 38 zł, czyli cena za kilogram wynosi prawie 70 zł. Ale nie piszę o tym dlatego, że zakupu żałuję, czy też żeby kogoś przestrzeć. Nie. Jestem z zakupu zadowolony, choć pewnie następnym razem uważniej przyjrzę się ceno. Natomiast zakup ten skłonił mnie do refleksji, jak zmieniają się synonimy luksusu. Kiedyś takim luksusem była szynka, a ludzie dorabiający sobie na boku mówili, że pracują na chleb z masłem i szynką, bo na chleb z masłem to już mają. Tymczasem dziś szynkę można kupić już za cenę poniżej 20 zł/kg (choć są i takie powyżej 100 zł/kg), a cena przyzwoitej, wiejskiej szynki rzadko przekracza 50 zł/kg. Na tym tle miód za podaną wyżej cenę jawi się jako towar luksusowy. Dlatego od dziś biorąc jakieś fuchy na boku będę mówił, że chcę sobie zarobić na chleb z masłem i miodem, bo na chleb z masłem to już mam. :)
czwartek, 21 stycznia 2010
Działam od jakiegoś czasu w tym kierunku, żeby tytuł tej notki był w jak najmniejszym stopniu prawdziwy. A to dlatego, że czas by wreszcie zrealizować swój plan i przejść się do świętego Jakuba. Terminu sobie na razie żadnego nie wyznaczyłem, ale myślę, że musi to być najbliższa dekada. 2012? 2013? Trochę później? Zobaczymy. Na razie uczę się hiszpańskiego i rozglądam za towarzystwem na tej Drodze. Sam też oczywiście pójdę, jeśli nikogo chętnego nie znajdę, ale w towarzystwie byłoby raźniej no i byłoby potem z kim to wyzwanie wspominać. Tymczasem hiszpański sprawia mi wiele frajdy. Na przykład dowiedziałem się, że strażak po hiszpańsku to el bombero. Czyli liczba mnoga - strażacy to los bomberos. Świetna nazwa dla jakiejś kapeli. Oczywiście pod warunkiem, że nie będą koncertować w Hiszpanii albo będą strażakami z zawodu. :D Ucząc się kolejnego języka (licząc rosyjski, którego mnie uczono, będzie to chyba piąty lub szósty z kolei, bo nie wiem, czy liczyć łacinę, której na dobre uczyć się nie zacząłem, choć mam podręcznik) dochodzę do wniosku, że nauka każdego kolejnego przychodzi łatwiej. Zarówno jeśli chodzi o gramatykę, jak i słownictwo. Faktem jest jednak, że nie uczę się arabskiego, chińskiego czy suahili, a tylko języków europejskich. Inaczej mogłoby się okazać, że to spostrzeżenie jest błędne. Ale nic straconego. Może i jakiegoś egoztycznego języka się kiedyś pouczę. A tymczasem wracam do hiszpańskiego.
środa, 20 stycznia 2010
I znów krótko. Tym razem nie cytat, ale myśl, bo sam to wymyśliłem. Nawet jeśli nie ja pierwszy: Czasami żałoba po żyjących jest dłuższa i bardziej bolesna niż po zmarłych.
wtorek, 19 stycznia 2010
Nie mam czasu pisać, więc dziś niech przemówi w moim imieniu ktoś inny... (jeśli nie widać, kto, proszę przeładować stronę).
czwartek, 14 stycznia 2010
Od pewnego czasu (zdaje się, że od dwóch semestrów) wymagam od studentów, żeby oddawane mi projekty wykonywane w ramach przedmiotów, które prowadzę, nie były pakowane w plastikowe koszulki, takież okładki, czy teczki. Zamiast tego proszę o pakowanie ich do zwykłych, szarych tekturowych teczek. Udaje mi się te wymagania dość skutecznie egzekwować, ale incydentalnie zdarza się, że studenci oddają projekty bez teczki. W takich przypadkach zdarza mi się zapytać nieco złośliwie, czy na teczkę go lub jej nie stać? Tym razem nie zapytałem...
Pewnie student z rodziny krawieckiej pochodzi. ;) |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
1. Moje blogi:
2. Czytam i znam:
3. Czytam lub oglądam:
4. Moje "naj-":
Tagi
|