O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 01 września 2014

To nie będzie recenzja premiery filmowej. Chyba nie da się tego filmu zobaczyć obecnie w żadnym kinie. Film, o którym piszę, powstał bowiem trzydzieści lat temu. Ja obejrzałem go dopiero dziś. Legalnie, na serwisie oferującym filmy w Sieci. Na dodatek za darmo. Widocznie nie jest to taki hit, żeby opłacalne było pobieranie opłaty za jego oglądanie. Trzeba za to zaakceptować reklamy w trakcie.

Przed obejrzeniem filmu dwukrotnie przeczytałem powieść będącą jego kanwą. Pierwszy raz dziesięć lat temu, a drugi raz w tym roku. Po tegorocznej lekturze podzieliłem się wrażeniami z B. i ona podpowiedziała mi, gdzie można obejrzeć film, bo wiedziałem, że taki powstał. Chciałem go obejrzeć, żeby skonfrontować swój obraz bohaterów oraz miejsc z tym, jaki odmalowali twórcy ekranizacji.

Wynik tej konfrontacji zdecydowanie wypada na niekorzyść filmu. Z jednym może wyjątkiem. Obsadę dobrano tak, że z prawdziwą przyjemnością ogląda się bohaterów. W tym głównego bohatera książki, John-Johna, który jednak w filmie pod względem pierwszeństwa został zdetronizowany. Tam głównym bohaterem jest cała rodzina Berrych.

To niejedyna różnica. Zwłaszcza dla kogoś, kto czytał książkę, ten film pędzi jak samochód wyścigowy. Niemal dostałem zadyszki oglądając go. Gdyby to na podstawie filmu napisano książkę i zrobiłby to ktoś inny niż John Irving, mistrz dygresji i opisu, to pewnie byłaby cztery razy cieńsza niż jest. Jeśli nie więcej. Poszczególne sceny z książki, gdzie akcja rozwija się niespiesznie, w filmie następują po sobie tak szybko, że bałem się, że się w końcu na siebie nałożą.

Kilka szczegółów zmieniono. Pewnie nie wszystkie nawet wyłapałem ze względu na tempo filmu. Na przykład scena, w której Ronda Ray proponuje John-Johnowi seks zamiast porannego treningu (oczywiście nie tak bezpośrednio, jak o tym piszę), jeśli znów będzie padać. W książce John-John biegał po drewnianych schodach i hałasując tym przeszkadzał Rondzie. W filmie biega po jakimś zadaszonym, betonowym tarasie.

Dalej, mundurki szkoły, do której chodzą bohaterowie w początkowej części filmu (i książki), są szaro-niebieskie albo biało-niebieskie. Tymczasem w książce mają one kolor "śmierci i gówna", jak to określił Ralph de Meo albo "błota i chmur" jak mawiał Win Berry, czyli są brązowo-srebrne.

Scena, w której Franny dokonuje niesatysfakcjonującej zemsty na swoim gwałcicielu, Chipperze Dove, w książce jest tak opisana, że można by z niej zrobić punkt kulminacyjny filmu, ale filmowcy przelecieli przez nią, jak pendolino przez Kutno. Tego mi chyba najbardziej szkoda, bo to powinna być kluczowa scena, a tak ją strywializowano. Choć z drugiej strony, przy takim tempie filmu zrealizowanie jej w pełniejszej wersji raczej nie wchodziło w grę. Widz miałby wrażenie, że z bolidu przesiadł się na chwilę do furmanki.

Ale wystarczy tej "recenzji". Zastanawiam się po obejrzeniu tej adaptacji, czy oglądać ekranizację "Świata według Garpa"? Książkę czytałem dawno. Niedługo potem komuś ją pożyczyłem. Komuś, od kogo już jej nie odzyskam. Chętnie bym ją przeczytał i to w takim wydaniu, jakie miałem. W twardej, głównie białej okładce w wydaniu Prószyńskiego i spółki. I chyba na czytaniu bym poprzestał. Skoro tak zrealizowano "Hotel New Hampshire", to nie spodziewam się nic lepszego po "Świecie według Garpa".

Wygląda na to, że książki Irvinga są trudne do przeniesienia na ekran. Chyba, żeby robić je w kilku częściach. Ale może nawet tak się nie da, bo gawędziarskiego stylu Irvinga, z jego rozciągającymi do niemożliwości akcję dygresjami, w filmie oddać nie sposób. Jednak chyba właśnie ze względu na ten styl Irving jest moim ulubionym autorem. Gdybym ja miał więcej wyobraźni (lub tylko wiary w nią), to pewnie pisałbym takie książki, jak Irving. Takie, po przeczytaniu których, mimo że są czasem naprawdę długie i rozwlekłe, żałuje się, że się skończyły, bo chciałoby się dalej czytać o tym, co się dzieje w życiu bohaterów. Życiu w swojej większości zwyczajnym, lecz z nadzwyczajnymi, niekiedy, zwrotami.

 

Uzupełnienie: Zapomniałem pisząc powyższy tekst o jednej ważnej różnicy między książką, w wersji, którą czytałem, a filmem. A różnica ta jest chyba jednak jest na korzyść filmu. Chodzi o niedźwiedzia, który nazywa się w filmie (po przetłumaczeniu) Stan Umysłu, a w książce nazywał się Stan Maine. W oryginale niedźwiedź miał na imię State o' Maine (czyli po polsku Stan Maine), co fonetycznie brzmi pewnie  podobnie do State of Mind (co znaczy oczywiście Stan Umysłu). Ponieważ właściciel niedźwiedzia nazywa się Freud, więc w zasadzie to drugie tłumaczenie jest bardziej pasujące. Ale i tak denerwowało mnie, kiedy słyszałem je w filmie. Dopiero potem sięgnąłem po książkę, po streszczenie w angielskiej Wikipedii i uznałem, że to jednak tłumaczenie z filmu lepiej oddaje tę niemożliwą do odtworzenia w języku polskim grę słów.

piątek, 29 sierpnia 2014

Do napisania tej notki skłoniłam mnie krótka wymiana poglądów na FB. Krótka, bo nie chciałem jej tam rozwijać. Ale ponieważ mam uczucie niedosytu, dlatego tu napiszę to, czego tam już pisać nie chciałem.

No ale potrzebne jest wprowadzenie w temat dla osób niezorientowanych, czyli pewnie większości spośród tych, którzy trafią na tę notkę. Najpierw przeczytałem na FB dowcip z gatunku humour noir. Dowcip jak dowcip, czytałem i słyszałem znacznie gorsze. Ale tak się złożyło, że niewiele brakowało, a odnosiłby się do mnie, więc napisałem właśnie taki komentarz. Chodziło o mój wypadek na spadochronie. Odpowiedź była neutralna, że właśnie dlatego osoba, która wrzuciła ten dowcip nie skoczy nigdy na spadochronie.

Mogłem już na to nie odpowiadać, ale licho mnie podkusiło, żeby zaproponować skok tandemowy. Przeżycia są podobne do samodzielnego skoku. Ryzyko zaś jest jeszcze mniejsze niż przy skoku solo, bo tandem-pilot ma zwykle bardzo duże doświadczenie i czasem nawet kilka tysięcy skoków na koncie. Ja miałem 22 przed wypadkiem. Z odpowiedzi wynikało, że osoba, z którą prowadziłem tę wymianę komentarzy, kocha życie i nie zdecyduje się z tego powodu nawet na taki skok, bo wypadki zdarzają się nawet najlepszym (na dowód czego został podany przykład).

Ponieważ lubię tę osobę, z którą dyskutowałem, dlatego już nie nakręcałem polemiki. Ale stwierdzenie "kocham życie" jako uzasadnienie niechęci do uprawiania sportów ekstremalnych utkwiło mi w głowie. Można by z niego bowiem wysnuć wniosek, że m.in. spadochroniarze życia nie kochają. Można to nawet łatwo uzasadnić, bo przecież narażają je bez potrzeby. Tyle, że ja poznałem trochę ludzi parających się tym sportem, a nawet jednego człowieka uprawiającego sky diving, i mogę napisać, że to nie są potencjalni samobójcy.

Wręcz przeciwnie. Oni kochają życie i chcą z niego wycisnąć jak najwięcej. A to, że mogą zginąć? Owszem, ale zginąć można za kierownicą własnego auta (z dużo większym prawdopodobieństwem), a to chyba nikogo nie skłoniło do rezygnacji z jeżdżenia samochodem. Po to spadochroniarze szkolą się i doskonalą swoje umiejętności, żeby ich życie nie zakończyło się niefortunnym skokiem. Poza tym jeśli ktoś nie kocha życia, to ze swoim życiem można skończyć w zdecydowanie prostszy, tańszy i szybszy sposób niż oddając nieudany skok spadochronowy. :)

Na koniec dodam, że mimo wypadku, jakiemu uległem, perspektywa śmierci w wyniku nieudanego skoku na spadochronie wcale mnie nie zniechęca. O ile byłaby to śmierć szybka. Zdecydowanie bardziej zniechęca mnie wizja kalectwa, jakiemu mógłbym ulec. Śmierć rozwiązuje bowiem wszystkie problemy, przynajmniej dla tego, kto umiera. I to, co napisałem wcale nie przeczy temu, że kocham życie. Kocham je. Przynajmniej w tych okresach, kiedy radości życia nie odbiera mi choroba, z którą pewnie będę toczył bój już do końca życia.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W jednej z wcześniejszych notek wspomniałem o wizycie w skansenie w Klukach, gdzie byłem świadkiem powstawania różnych form rękodzieła. Wcześniej jednak, zanim jeszcze ruszyliśmy na zwiedzanie skansenu, weszliśmy do sklepiku, gdzie można było kupić różne rękodzielnicze wyroby. I nie tylko, bo asortyment składał się też z pamiątek, które powstały w wyniku przemysłowej produkcji. Moją uwagę przyciągały, z oczywistych względów, te pierwsze.

Szczególnie interesowały mnie wyroby haftowane. Trochę ich było, a ich wspólną cechą było to, zresztą podobnie jak innych wyrobów rękodzielniczych, że dużo kosztowały. Oczywiście „dużo” to określenie subiektywne i względne. Myślę jednak, że podobne do moich odczucia miała większość potencjalnej klienteli tego sklepiku.

Wszedłem tam z mocnym postanowieniem, że coś kupię, ale nie chcąc zbyt mocno nadszarpnąć swoich zasobów pieniężnych miałem dość ograniczony wybór. Ostatecznie kupiłem sobie haftowaną zakładkę do książki. Niezbyt wyszukaną, sam zrobiłem kilka dużo ładniejszych, ale za to oryginalną i jedyną w swoim rodzaju. Jak każde dzieło rąk ludzkich. Poza tym ze względu na wyszyty napis „Kluki” zakładka ta świadczy o swoim miejscu pochodzenia, co też jest jej zaletą.

Nie jestem pewien, ale zapłaciłem za nią chyba dziesięć albo może nawet piętnaście złotych. I pewnie niemal każdy, kto by zobaczył tę zakładkę, stwierdziłby, że przepłaciłem. Nie piszę jednak o tym, żeby się poskarżyć, czy w jakiejkolwiek formie wyrazić oburzenie. Przeciwnie, ja jestem zdania, że rękodzieło powinno być kosztowne i nie mam poczucia, że zostałem naciągnięty.

Uważam, że trzeba doceniać takie wyroby ze względu na włożony w nie mozół własnoręcznej pracy wykonawcy. I mówię to z punktu widzenia człowieka, który ten mozół zna z doświadczenia. To mnie pewnie czyni w oczach niektórych osób mało obiektywnym, bo można stwierdzić, że lobbuję za tym, z czego może sam chciałbym czerpać przychody. Ale na razie planów takich nie mam i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.

Chociaż nie ukrywam, że na swoje potrzeby opracowałem sobie taki przykładowy „cennik” swoich wyrobów wykonywanych haftem. Bardziej jednak dla własnej ciekawości i dla porównywania pracochłonności różnych produktów moich rąk. Przyjąłem wyjściowo stawkę 1 gr za jeden krzyżyk (to robocizna, stawki na materiały nie kalkulowałem). Dodatkowo w przypadku wyrobów wielokolorowych (czyli jak dotąd praktycznie wszystkich), kwotę podstawową powiększałbym o 1% za każdy dodatkowy kolor (tj. za dwa kolory - 101% podstawowej kwoty, za trzy kolory 102%, itd.). To stawka zdecydowanie hobbystyczna. Przeliczyłem sobie, że przy moim obecnym tempie stawiania krzyżyków, gdybym nawet poświęcał temu 40 godzin tygodniowo, czyli etat, to żeby zarobić na marną płacę minimalną (licząc ją brutto, jakbym był na etacie) musiałbym brać 3-4 razy więcej. Co to oznacza?

Na przykład dzieło moich rąk przedstawione na zdjęciu poniżej (niestety, zdjęcie nie wyszło za dobre) składa się z ponad 33 tysięcy krzyżyków. Czyli w wycenie hobbystycznej jest warte, nie licząc materiałów, ponad 330 zł. Po uwzględnieniu dodatku za liczbę kolorów (a jest ich szesnaście) wychodzi prawie 380 zł. Gdybym chciał się z wykonywania takich rzeczy utrzymywać, to cena musiałaby przekroczyć 1200 zł. A do tego trzeba doliczyć materiał, głównie nici, których zużyć trzeba było na to sporo. W wycenie hobbystycznej doszedłbym w ten sposób z ceną do 450 złotych. Sądzę, że nawet za taką cenę trudno byłoby znaleźć amatora na ten wyrób, a co dopiero po cenie „komercyjnej”.

Haft

Na szczęście jestem w tej dobrej sytuacji, że nie muszę się utrzymywać z takich dzieł własnych rąk. Mogę je robić wyłącznie po to, żeby cieszyły moje oko i dawały mi frajdę w trakcie ich tworzenia. Ale mając świadomość, ile czasu i cierpliwości wymaga tworzenie takich rękodzieł, jestem gotów przy ich zakupie zapłacić więcej, niż się większości ludzi wydaje za stosowne.

Oczywiście w pewnych granicach. Ale te granice określają raczej moje możliwości finansowe niż subiektywna wycena produktu. W końcu należy brać pod uwagę to, że prawdopodobnie nie ma dwóch takich samych egzemplarzy, nawet jeśli na pierwszy rzut oka będą wyglądać identycznie. Człowiek jest omylny i tylko ja wiem, ile na przykład krzyżyków w powyższym obrazku zostało wyszytych przez pomyłkę w kolorze innym niż był we wzorze. Ale ponieważ takie drobne niedoróbki są praktycznie nie do wychwycenia (poważniejsze błędy koryguję zawsze na bieżąco), więc dodają tylko swoistego uroku i niepowtarzalności. Gdybym się zdecydował wyszyć to jeszcze raz, na pewno nie pomyliłbym się dokładnie w tych samych miejscach i powstałoby coś niezwykle podobnego, ale jednak byłoby odrobinę inne.

Dlatego jeśli kiedyś będziecie się zastanawiać, czy warto za jakiś rękodzielniczy wyrób zapłacić więcej, niż wydaje się Wam wart na pierwszy rzut oka, to ja twierdzę, że warto. :)

piątek, 22 sierpnia 2014

Kilka lat temu zdecydowałem, że udostępnię swój blog potencjalnym reklamodawcom. Bardziej z ciekawości niż z chęci zysku, bo zysków z tego wielkich się nie spodziewałem. Zakładałem, że będą to grosze, których nawet nie będzie warto podejmować z konta, chyba że raz na dekadę. Udostępniłem i po pierwszych doświadczeniach, które potwierdziły moje przypuszczenia, przestałem się sprawą interesować.

Dziś jednak zajrzałem na moje konto, żeby zobaczyć, ile mi się tam tej mamony nagromadziło i czy w ogóle coś. No i coś jest. Wygląda na to, że popularność mojego blogu wyrażona w twardej walucie to nieco ponad 1 zł na... miesiąc. Po prostu kokosy! ;)

Domyślam się, że większość czytelników i tak nie widzi reklam, bo w przeglądarkach mają dodatki, które blokują ich wyświetlanie. Zresztą nawet gdyby widzieli, to jeszcze za mało, bo te reklamy, które u mnie się wyświetlają, rozliczane są za kliknięcie. Biorąc więc pod uwagę, że żeby na moje konto wpłynęły jakieś grosze, trafiający do mnie czytelnik musi mieć w przeglądarce niezablokowane wyświetlanie reklam na moim blogu i jeszcze kliknąć na jeden z banerów, to prawdopodobieństwo takich zdarzeń jest niewielkie.

Ale nie szkodzi. Na szczęście mam się z czego utrzymać i mogę pisać dla przyjemności. A jeśli jakieś grosiki przy okazji wpadną przypadkiem, to jak się ich nazbiera więcej, wtedy kupię sobie za to jakiś niedrogi trunek i wypiję zdrowie moich czytelników. I tych stałych i tych incydentalnych. :)

czwartek, 21 sierpnia 2014

Mówi się, że podróże kształcą. Nie chce mi się poświęcać czasu na szukanie źródeł tego powiedzenia. Zamiast tego dodam od siebie, że podróże mogą też owocować odnajdowaniem pasji. Albo uświadomieniem sobie, za pomocą naocznego przykładu, że zajęcie się czymś, co człowiekowi od jakiegoś czasu po głowie chodziło, wcale wymaga wielkich nakładów sił, środków czy wygospodarowywania miejsca.

No i tak właśnie było ze mną, a wszystko dzięki wizycie w skansenie w Klukach. Trafiłem tam w ramach tegorocznego OWRP. Byłem już wtedy na etapie "zmotoryzowanym", bo z różnych względów przechodzenie dziennych etapów okazało się dość trudne. Z drugiej strony może gdybym się zawziął, to wróciłbym na nogi, zamiast korzystać z gościnnych czterech kółek, ale zwyciężyła mentalność rekonwalescenta i przekonanie, że osłabionego i odzwyczajonego od wysiłku organizmu nie powinienem forsować.

Ale wracając do skansenu w Klukach, to miałem tam okazję obejrzeć kilka czynności, które chętnie sam bym popraktykował na własne potrzeby. Może niekoniecznie pranie ręczne za pomocą przyrządu przypominającego nieco dzwonek na kiju. Także kopanie torfu, z racji tego, że nie mam żadnych torfowisk w posiadaniu, raczej nie wchodzi w grę. Rzeźbieniem może się jeszcze kiedyś zajmę, ale na razie nie mam przekonania, że udałoby mi się to z pożytkiem jakimś robić. Co więc do mnie przemówiło?

Zacznę od banalniejszej rzeczy, która praktykowana jest dość powszechnie i do której potrzebowałbym tylko chęci i one może się znajdą. Chodzi o przetwory, a konkretnie robienie konfitur. Za to się jeszcze na razie nie wziąłem i nawet nie myślałem, żeby o tym tu wspominać. Ale uznałem, że kronikarska rzetelność wymaga, żebym napisał, że ku prowadzeniu tej "działalności" również poczułem silny impuls. I że blisko było tego, żebym w tym roku się jeszcze tym zajął.

Jednak to, co stało się kanwą tego wpisu, ma z kanwą i wątkiem wiele wspólnego. Jeśli ktoś się domyślił, że chodzi o tkactwo, to brawo. A jak nie, to i tak już wie. Pewnie niejednej osobie wyda się to dziwne, że chciałbym się zajmować, oczywiście wyłącznie hobbystycznie, tkaniem. Mnie jednak coś pociąga w takich rękodziełach. Nie potrafię jasno określić, co mnie w tym pociąga, bo się nad tym zbyt głęboko nie zastanawiałem. Jeśli ktoś chciałby to próbować to złośliwie wyjaśniać jako skłonność do czynności uważanych za kobiece, to jest raczej ślepa uliczka. Bo już na przykład robienie na drutach czy szydełkowanie to bajka zupełnie nie dla mnie. Lubię zresztą też różne prace uważane zdecydowanie za męskie. Należy do nich choćby mój zawód, którego nie praktykuję w takim obszarze, w jakim planowałem, kiedy go wybierałem. A wybrałem go nie z konieczności, ale z autentycznego przekonania, że to jest to, co chciałbym w życiu robić. I chociaż na razie moja ścieżka zawodowa biegnie inaczej, nie wykluczam, że podejmę kiedyś praktykę zawodową i myślę, że nadal miałbym z tego sporo przyjemności.

Skoro już na chwilę odszedłem od tematu (chciałem bowiem pisać głównie o źródle inspiracji) i zacząłem na rozważania w duchu gender, to podzielę się moimi niedawnymi przemyśleniami na temat tego, czy są zajęcia typowo (lub wyłącznie) męskie i kobiece. Myślałem o tym jakiś czas temu zastanawiając się, czy się w tę nową pasję angażować, czy nie? I doszedłem do wniosku, że podział na zajęcia "typowo męskie" i "typowo kobiece" ma zwykle bardzo słabe uzasadnienie. Jest to co najwyżej tradycja, czy jakieś kulturowe uwarunkowania. Kultura zaś, jako wytwór człowieka, może być przez tego człowieka modyfikowana (co zresztą o niektórych wzbudza silny niepokój i opór). Moim zdaniem jedyny nieprzekraczalny podział na czynności męskie i kobiece przebiega tam, gdzie granice wytyczyła natura. Na pewno typową i wyłączną czynnością kobiecą jest rodzenie dzieci i karmienie piersią. A ponieważ do wyszywania czy tkania nie jest potrzebna cipka, macica ani biust, więc niech mnie nikt nie przekonuje, że nie jest to coś, czym nie może się zajmować mężczyzna. Zresztą mężczyźni na przestrzeni dziejów zajmowali się tym wielokrotnie i to z bardzo dobrym skutkiem, o czym wzmianki można znaleźć choćby tutaj.

Wracając do tematu napiszę, że kiedy zobaczyłem kobietę, która w skansenie w Klukach tkała krajkę za pomocą tzw. bardka (jeśli ktoś nie wie, co to jest bardko, niech zapyta wujka Google), wtedy doznałem iluminacji. Polegała ona dojściu do wniosku, że do tkania nie trzeba zaraz zaopatrywać się w krosno, które niestety zajmuje sporo miejsca. Ale to był dopiero początek małej rewolucji w moim spojrzeniu na tkanie. Kolejny etap to było odkrycie tabliczek tkackich, a nawet programu służącego do projektowania wzorów wykonywanych za ich pomocą. Potem było już z górki. Ściągnąłem program, zaopatrzyłem się w tabliczki (na początek 30 sztuk, czyli dużo za dużo, żebym je jako początkujący wszystkie na raz wykorzystał) i zacząłem tkać moją pierwszą krajkę. Na razie jednokolorową, żeby w ogóle rozpoznać bojem to, na co się porywam. Ale już snuję ambitniejsze plany, ale o nich sza, bo należy się chwalić tym, co się zrobiło, a nie tym, co się dopiero planuje.

Na zdjęciach poniżej umieściłem odpowiednio: mój cały "warsztat" (no, może nie cały, bo brakuje elementu, do którego trzeba zamocować nici, żeby je naciągnąć, ale może to być jakiś hak w ścianie czy część mebla) i pierwsza moja krajka w zbliżeniu.

 

 

Moja pierwsza krajka

I tylko jedna rzecz mnie trochę martwi: czy ja na tę kolejną pasję znajdę czas?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 200

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters