O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 29 listopada 2014

Nie wiem, czy ktoś tutaj jeszcze zagląda. Ale jeśli tak, to będzie miał bonus w postaci kolejnej notki. :)

Czasu mam ostatnio niezbyt dużo wolnego, a i chęci też jakoś mniej, żeby się tutaj pisarsko udzielać. Roboty mam dużo, bo robię cały rok w pół roku i to jeszcze w wersji częściowo skompresowanej, żeby mój pobyt w szpitalu jak najmniej skomplikował sytuację w pracy. Pensum roczne mam wyrobić w pół roku, bo może przez kolejne pół roku nie będzie mnie na uczelni. Jak to będzie wyglądało w kolejnym roku, zobaczymy, ale może podobnie, tylko ciężej. Natomiast ze względu na przerwę w życiorysie spowodowaną terapią złamanej nogi część zajęć dodatkowo zamiast przez semestr robię przez pół semestru za to w zwiększonej dawce. Do tego dochodzą dodatkowe różne zajęcia i summa summarum rzadko się takiej sytuacji chce coś więcej robić, w tym prowadzić blog.

W tej sytuacji z pewnym utęsknieniem czekam na 8 grudnia, kiedy, mam nadzieję, że tym razem już bez falstartu, zacznę proces doprowadzania mojej nogi do właściwego stanu. Dowiedziałem się przy okazji ustalania tego terminu, że po 6 tygodniach od pierwszej bytności w szpitalu czeka mnie kolejna. A to mianowicie dlatego, że ten gwóźdź leczący zapalenie (z cementem antybiotykowym) wstawiają tylko na sześć tygodni. A potem następuje wymiana na taki zwykły. Ten zwykły trzeba będzie potem jeszcze wyjąć, ale to już pieśń dalszej przyszłości.

Ale miało być o kolorach, a to dlatego, że korzystając z wolnego weekendu i mojej jeszcze jako takiej sprawności (zaraz po wyjściu ze szpitala pewnie nie będzie tak dobrze ze mną), postanowiłem pomalować mieszkanie. A dokładniej dwa pokoje, które jeszcze tej procedury nie przeszły. Ambitnie zaplanowałem, że razem z M. uwiniemy się z tym w jeden dzień. I trochę się przeliczyliśmy.

Przede wszystkim trzeba było najpierw przygotować front robót i to zajęło sporo czasu. Poza tym okazało się, że dobrze byłoby zrobić dodatkowo pewne zakupy. To znowu trochę czasu pochłonęło. Potem okazało się, że jakby były dwie drabiny, to robota pewnie szła by szybciej, a tak mieliśmy przestoje, kiedy trzeba było coś robić na wysokościach. W końcu trzeba było w trakcie coś zjeść, bo robota okrutnie męcząca była, więc chcąc zjeść jak ludzie poszliśmy na pizzę, co też zajęło trochę czasu.

W ten sposób udało się nam pomalować dwa sufity i ściany w jednym pokoju. I to tylko raz. Sufit zamarzyłem sobie mieć taki bardzo, bardzo, bardzo, bardzo jasnobłękitny. Taki, żeby ledwo było widać, że to błękit, a nie biel. Niestety, "Polarne niebo" okazało się tylko jasnobłękitne. Lepszy byłby kolor o nazwie (kodzie?) MN.02.87, ale takiego zdaje się nie było w sklepie. Może dlatego, że nie nazywa się zbyt romantycznie. No ale niech będzie. Nie jest najgorzej.

Ściany, które miały być przemalowane z żółtego, docelowo miały przyjąć kolor o nazwie "Burza piaskowa". Niestety, po pierwszym malowaniu będzie to raczej "Burza piaskowa mająca się ku końcowi". Słońce już prześwituje. Zresztą nie jestem pewien, czy to po wyschnięciu będzie budziło jakiekolwiek skojarzenia z burzą piaskową, bo mnie to na razie wyglądało raczej jak "Rozpierducha w cementowni" albo "Pękł nam silos z klinkierem". No ale może to właściwy kolor do sypialni inżyniera budownictwa?

Trochę jest ten kolor depresyjny. Ale za to trochę optymizmu wnosi żółty pasek dookoła, który został, bo nakleiłem sobie przed malowaniem sufitu taśmę malarską, której nie zdjąłem przed malowaniem ścian (celowo; będę ten ostatni pasek zamalowywał później). I teraz mam w pokoju polarne niebo nad rozpieprzoną cementownią z odrobiną słońca pomiędzy. Myślałem nawet, czy tego nie zostawić, bo M. mówi, że pasuje to nawet do siebie. Ale niestety to słońce w jednym miejscu kryje się za chmurą, bo fragment ściany wokół narożnika miałem gipsowany po tym jak układałem na nowo instalację elektryczną.

Ciekaw jestem, co wyjdzie w większym pokoju, gdzie mandarynkę będę przemalowywał na coś, czego nazwy nie pamiętam w tej chwili, ale możliwe, że są to "Ryżowe pola". Na suficie już jest "Polarne niebo". Pewnie po pierwszym podejściu na ścianach będą miał "Lekko dojrzewające ryżowe pola", ale po nałożeniu drugiej warstwy mandarynka powinna się schować. Oby. Ale to będę sprawdzał już po powrocie ze szpitala i po dojściu do sprawności pozwalającej mi się uporać do końca z malowaniem. :)

środa, 22 października 2014

To drugie podeście do tej notki. Pierwszą Blox mi zeżarł. Nic z niej nie zostało. Ale temat na tyle mnie porusza, że zdecydowałem się napisać o tym po raz kolejny.

Pewnie nikt się mnie tutaj nie spodziewał w tak krótkim czasie po napisaniu poprzedniej notki. Tymczasem nasza służba zdrowia postarała się, żebym nie miał zbyt dużej przerwy w pisaniu. Nie przyjęli mnie na oddział. Powód? Poważny i banalny jednocześnie. Brak gwoździ.

Dowiedziałem się, że nie jest podpisana umowa i dlatego nie ma gwoździ. Resztę sam sobie znalazłem w Internecie i wydedukowałem. Wygląda na to, że przetarg na dostawę gwoździ został rozstrzygnięty z opóźnieniem w stosunku do planów, a przez to umowa, na podstawie której dostawca będzie zobowiązany dostarczać gwoździe do operacji, będzie podpisana dopiero 27 października.

I co w związku z tym ze mną? Powiedziano mi, że jak już umowa będzie podpisana, to lekarz zadzwoni do mnie. Jakoś mnie ta deklaracja nie cieszy. Poprzednio, kiedy powiedziano mi, żebym czekał na telefon, nie doczekałem się przez pół roku. Dlatego tym razem zamierzam szybciej przejąć inicjatywę. W przyszłym tygodniu pojadę porozmawiać z ordynatorem i ustalić nowy termin. Mam nadzieję, że się uda.

Poprzednio udało się dopiero za trzecim razem. Ale za długo wtedy zwlekałem. Pojawiałem się tam w odstępach kwartalnych. Teraz jestem gotów jestem jeździć tam nawet co dwa tygodnie (bo co tydzień to przesada), aż wyznaczą termin. Termin, nawet jakiś odległy, jest dla mnie najważniejszy, bo pozwala mi robić jakieś plany. Nie mając terminu nie mogę robić żadnych wiążących planów, bo mogą one wziąć w łeb po telefonie z Otwocka. A są sprawy, zwłaszcza związane z moją pracą, które wymagają planowania i to dość precyzyjnego.

Tagi: roman j
20:29, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 października 2014

Niedziela co prawda jest dopiero jutro, przynajmniej teraz, kiedy zaczynam pisać, tę notkę. Ale ponieważ została do niej niecała godzina, więc może skończę pisać już po północy. A może nie, bo nie mam dziś nastroju na długie wynurzenia.

Jutro ostatnia niedziela przed pójściem do szpitala. I w ogóle ostatni dzień. A co potem? Nie wiem. Kiedy ktoś mnie pyta, na ile dni idę do szpitala, mogę tylko powiedzieć to, co usłyszałem od lekarza w lutym: dokładnie trudno określić, ale gdzieś dziesięć, dwanaście. Tyle było wtedy, a teraz?

Patrzę na nogę i widzę, że lepiej nie jest. Może na zdjęciach RTG widać jakiś niewielki postęp w zroście (a może ja go tam widzę, bo widzieć chcę), ale z tym, co widzę bezpośrednio, jest coraz gorzej. Była jedna przetoka, są dwie i trzecia się być może zrobi do poniedziałku. Skóra na nodze zaczerwieniona, naskórek złazi jak z węża. Noga od jakiegoś czasu puchnie, czego już przez jakiś czas nie było.

Są też pozytywne zmiany. Właściwie jedna. Coraz mniej odczuwam ograniczenie ruchu w stawie skokowym. I mam nadzieję, że to się już nie zmieni. Mogę też na plus zaliczyć, że właściwie noga mnie nie boli, a pamiętam, z jakim bólem zmagałem się jeszcze w lutym i jak te dolegliwości wracały jeszcze kilka razy.

Powinienem się w tym wszystkim cieszyć, że wreszcie idę do szpitala, bo założenie jest takie, że idę tam rozpocząć proces dochodzenia do zdrowia. Ale widząc to, co się dzieje z nogą, obawiam się, że różne wcześniejsze ustalenia mogą wziąć w łeb. Boję się, że zamiast wymiany gwoździa będzie stabilizacja zewnętrzna, że zamiast niecałych dwóch tygodni będzie dłuższy pobyt, że zamiast chodzenia na drugi dzień po operacji, będzie długi powrót do sprawności. Wreszcie, że wytną mi kawał kości ze względu na rozległość zakażenia i że operacja nie będzie krótka i prosta.

Myślę, że wiele moich obaw rozwieje się lub potwierdzi już w poniedziałek lub we wtorek. Ale tym się już nie podzielę na blogu. Nie biorę ze sobą komputera, choć dotąd tego nie wykluczałem. Tutaj i tak to niewiele zmieni. Poprzednią notkę napisałem prawie dwa tygodnie temu i może kolejna będzie za dwa tygodnie. Chyba, że jednak moje obawy znajdą potwierdzenie.

Pociesza mnie myśl, że według książki prof. Zawadzińskiego poświęconej zapaleniu tkanki kostnej śmiertelność z powodu zapaleń kości spadła z 30% w czasach przed wynalezieniem antybiotyków do 3% obecnie. Jednak inne wnioski z lektury tej książki nie napawają mnie już takim optymizmem...

Ale co będzie, to będzie. Od poniedziałkowego popołudnia wszelkie moje plany ulegają zawieszeniu na czas bliżej nieokreślony. Mentalnie już prawie jestem w szpitalu. Pozamykam jeszcze tylko sprawy, które mogę zamknąć. Odłożę zaś te, których zamknąć już nie zdążę. Moje myśli zaczynają powoli krążyć wokół pobytu w szpitalu jak sępy nad padliną, a horyzont moich planów na przyszłość drastycznie się skurczył...

Tagi: roman j
23:55, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 05 października 2014

Jeśli ktoś pomyślał, że miałem na myśli katastrofę pod Smoleńskiem, to od razu wyprowadzam z błędu, żeby nie trzeba było czytać tej notki do końca. Miałem na myśli moją, do pewnego stopnia prywatną, katastrofę w ruchu lotniczym. W końcu zajmowała się nią PKBWL, więc nie jest to całkiem moja prywatna sprawa. Nie jest to też pewnie, w fachowej nomenklaturze, katastrofa. Ale mniejsza o drobiazgi. Nie piszę ustawy, tylko blog.

Tak więc rocznica minęła niepostrzeżenie 29 września. Chyba na mojej ostatniej godzinie zajęć w tym dniu. Godziny nie pamiętam, ale coś mi się kojarzy, że mogło to być około godziny 15.00. Pewnie w rzeczywistości było wcześniej, bo raczej nie później, ale ta cyfra mi się nasunęła, kiedy o tym pomyślałem.

Miałem plan, żeby pojechać na lotnisko w przeddzień rocznicy. Nie, nie po to, żeby poskakać, choć nie wykluczam tego w przyszłości. Raczej, żeby przypomnieć sobie miejsce, ludzi, a może i jakieś okoliczności. Z planów nic nie wyszło. Raz, że mój stan ducha wykluczył taka podróż, dwa, że obowiązki (w sobotę umówiłem się na konsultacje z dyplomantem), trzy, że nie mogłem się zdecydować na środek transportu. Autobus i pociąg to wariant najtańszy i najłatwiejszy do zorganizowania. Prośba o podwózkę kogoś znajomego, to wyższe koszty i duże prawdopodobieństwo, że ktoś będzie miał inne plany niż wozić mnie na kilka godzin ponad 200 km.

Przyszło mi przez chwilę na myśl, żeby wykorzystać mojego dyplomanta (ale nie w tym sensie, jaki się może komuś nasunął). Przyjeżdża do mnie spod Radomia, a z Radomia jest już rzut beretem do Kielc. Ale przede wszystkim żaden z nas pewnie nie był przygotowany mentalnie na taką podróż. W końcu trzeba w czasie niej o czymś rozmawiać. A pogoda, czy praca to nie są tak pojemne tematy, żeby starczyły na całą drogę. Trzeba by przejść pewnie do poglądów albo jakichś osobistych wynurzeń, a to nie byłoby dobre ani dla mnie, ani dla mojego dyplomanta. No i pozostawała jeszcze kwestia godziny dotarcia na miejsce i godziny powrotu. Mogłoby się stać tak, że ledwie bym się zjawił na lotnisku, już bym się zbierał.

A pogoda w te weekendy dopisuje i na pewno w Masłowie skaczą. Ludzie kolekcjonują kolejne skoki i minuty lub sekundy swobodnego spadania do wymagań na Świadectwo Kwalifikacji. Ja zaś mam przymusową przerwę. Zakładając, że to w ogóle nie koniec, że do tego wrócę, czego wcale nie jestem pewien.

A dziś nie mam zbyt dobrego dnia. Przed południem temperatura 37,3, popołudniu 37,5, a teraz 38,9. Tymczasem mam do zrobienia jeszcze jeden poster konferencyjny (swój, a jakże, dla siebie rzeczy zwykle robię jako ostatnie). Poza tym muszę napisać kilka dość ważnych maili. No i jutro muszę być w znośnej formie na inauguracji roku akademickiego. Muszę, bo mój dyplomant zajął I miejsce w konkursie urzędu miasta.

Byłby to poważny zgrzyt, gdyby mnie nie było przy wręczaniu nagrody z powodów innych niż zagrożenie życia lub wypadek (jak to właśnie miało miejsce w zeszłym roku). Jeśli będę jutro wyglądał nieciekawie, to młodsza część uczestników uroczystości zinterpretuje to zapewne jednoznacznie - syndrom dnia następnego. I nie będzie miało znaczenia, że już nie pamiętam, kiedy tego zespołu doświadczyłem.

Jak to niby spytał, niby stwierdził jakiś czas temu mój kolega turysta z KTP ZG PTTK, ja chyba lubię być trzeźwy. Odpowiedziałem mu na to, będąc po jednym piwie, które wypiłem ze dwie godziny wcześniej, że tak właśnie jest. Lubię stan trzeźwości, co nie oznacza, że jestem abstynentem. Alkohol staram się przyjmować po prostu w takich dawkach, które gwarantują brak przykrych następstw zarówno w dniu spożycia, jak i w kolejnym. Czasem nie jest to łatwe, ale to dobre ćwiczenie asertywności. :) I bardzo cenię sobie ludzi, którzy mają zasadę, żeby do modlitwy i alkoholu nikogo nie namawiać.

Mierzę sobie dziś gorączkę wyjątkowo często. Przed chwilą miałem 38,6, czyli zanotowałem niewielki spadek. Oby do rana był on wyraźniejszy. Miałem już w ciągu ostatniego roku ze dwie takie infekcje, przy których po 24 godzinach sytuacja wracała do normy. Oby było tak i tym razem.

Tak mi przyszło jeszcze do głowy na koniec, że w zeszłym tygodniu deklarowałem, że w niedzielę cały dzień nie wyjdę z wyrka. I właściwie tak dziś powinienem postąpić w moim stanie. Tyle, że ja miałem na myśli relaks w dzień, w którym nie muszę nic zrobić (bo nawet w sobotę pracowałem), a nie gorączkę i dreszcze.

Zastanawiam się, dlaczego tak często sprawdza się to, co mówię, tylko czasem w zupełnie innych kontekstach? I dlaczego nie spełniają się takie rzeczy, na których zależy mi najbardziej? Chociaż może to drugie to i dobrze. Im bardziej czegoś pragniemy, tym większe rozczarowanie tym, kiedy już to dostajemy z dobrodziejstwem inwentarza i okazuje się, że mieliśmy o tym zdecydowanie zbyt idealistyczne wyobrażenie...

Tagi: roman j
18:02, roman_j
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 września 2014

Słucham jednym uchem, co się tam dzisiaj mówi w TV w programie Lisa i nagle przyszła mi do głowy taka refleksja dotycząca tzw. obrońców życia (na)poczętego i przeciwników metody in vitro.

Ludzie ci handryczą się o kilkanaście komórek, które na tym etapie, na którym ewentualnie obumrą, nie czują, nie myślą, nie tworzą żadnej złożonej struktury biologicznej. W porównaniu z nimi taki komar, czy mucha, na pewno uśmiercane nagminnie i bezrefleksyjnie przez tychże "obrońców życia", w porównaniu z tą kupką komórek tworzącą zarodek to prawdziwy biologiczny mikrokosmos.

Że co? Że ten zarodek to potencjalny człowiek? Potencjalnie, proszę państwa, to każdy z nas jest Einsteinem...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 201

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters