O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 02 lipca 2015

Moja aktywność na blogu ostatnio trochę spadła z racji większego zaangażowania w pracę, ale też gorszego samopoczucia, które mnie w ostatni weekend wyłączyło z możliwości robienia czegokolwiek, dlatego na blog nie starczyło już czasu. Żeby było ciekawiej, zaszkodziła mi witamina. Konkretnie witamina B3, której wziąłem sobie jeden gram na noc. Skutki przyszły na drugi dzień koło południa. Coś, co wyglądało na zespół serotoninowy. Zgadzało się sporo objawów (na szczęście bez halucynacji) i pasuje to, że z jednej strony biorę jeszcze lek z grupy SSRI, a z drugiej witamina B3 w jakiś pośredni sposób podnosi poziom serotoniny. I chyba miałem jej chwilowo za dużo. A to wbrew pozorom ma bardzo nieprzyjemne skutki...

Ale miało być o pracy, więc przed wyjazdem na urlop, który zaczynam od jutra, opublikuję tutaj link do ciekawego wywiadu, który bardzo wiele mówi o stosunkach, jakie panują w polskich firmach i nie tylko firmach. Nie wiem, czy jest on dostępny bez opłat, ale może jak ktoś rzadko wchodzi na portal Gazeta.pl, to przeczyta go w ramach bezpłatnego limitu. Ja mam prenumeratę, więc się nad sposobem dostępu nie muszę zastanawiać. Ale naprawdę lekturę tego wywiadu polecam. Szczególnie szefom. Sam znam takich, niestety także z autopsji, o których mowa we wstępie. Ale szczegółami się nie będę dzielił, bo kto wie, czy nie będę jeszcze miał okazji z nimi współpracować, a przekonałem się kilka razy, że wszelkiej maści donosiciele też czytają ten blog i nie marnują okazji, żeby tak swojsko, po chrześcijańsku bliźniemu swemu zaszkodzić. ;)

Pracownikom w tym wywiadzie też się dostaje i przyznam samokrytycznie, że pewne wady dostrzegam też u siebie. Ale dla odmiany dodam, że to jest reakcja obronna. Jeśli ktoś jest gotów zapewnić mi te podstawowe warunki, o których mowa w artykule, to jest przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa, to może liczyć na moją samodzielność i kreatywność. Coś za coś. Myślę, że to uczciwe postawienie sprawy i transakcja, na której obie strony zawsze zyskują. :) Swoją drogą zastanawiam się, jakim ja byłbym szefem? Ale na razie nie zanosi się na to, żebym miał okazję to sprawdzić.

U jeszcze jedna ciekawostka na koniec. Zgłosiłem się, choć jeszcze nie zapłaciłem, na kurs MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction). Może nie dlatego, że mam ostatnio dużo stresów, bo stres na szczęście ma u mnie poziom umiarkowany i znośny. Ale zawsze może być gorzej, a poza tym jest szansa, że się wezmę poważnie za medytację, do czego zawsze dotąd brakowało mi dobrej motywacji. :)

Tagi: praca roman j
10:03, roman_j
Link Komentarze (5) »
piątek, 19 czerwca 2015

Tydzień temu nic nie napisałem w weekend. Więc w ten weekend choć kilka zdań, żeby dać znak życia.

Pracy mi się zrobiło ostatnio trochę dużo. Może nawet za dużo. I mam kłopot z właściwym jej rozplanowaniem. Za dużo osób za dużo rzeczy ode mnie chce. Najlepszy dowód to pięć nieodebranych połączeń dziś na telefonie. Ale nie będę oddzwaniał, choć wiem, kto dzwonił. Jak coś ważnego, to jeszcze zadzwonią. Może będę mógł porozmawiać.

Przez ten nadmiar pojawia się problem z ustaleniem priorytetów, co sprowadza się do tego, że nie wiem, komu powinienem powiedzieć, żeby się na razie odczepił. Na szczęście za dwa tygodnie idę na urlop. Obawiam się jednak w tej sytuacji, że nie będę miał czasu się do niego dobrze przygotować. I że nie zrobię przed nim wszystkich ważnych rzeczy, które mam do zrobienia.

Ale z drugiej strony patrząc i tak nie ma sensu się tym przejmować. Od przejmowania się nic się jeszcze nikomu dobrego nie zdarzyło. :)

Tagi: roman j
23:27, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 czerwca 2015

Koniec długiego weekendu nadeszedł, więc trzeba było jakoś to uczcić. I wziąć się wreszcie za siebie. Noga nie może być wieczną wymówką do odkładania na święte nigdy konieczności wzięcia się za swoją sylwetkę i kondycję. Tak też myśląc dałem się namówić W. na wspólny wypad do Z. w celu przebiegnięcia się po lesie.

Tak po prawdzie, to tego lasu w Z. jest tyle, że się go akurat pętelką biegową niemal w całości obiega. A pętelka ta ma jakieś 4,8 km. W. zaplanował sobie przebiegnąć tę pętelkę dwa razy, a ja zakładałem, że część przebiegnę, a część przejdę, bo był to chyba mój pierwszy poważniejszy bieg od czasu wypadku. Może wcześniej coś tam potruchtałem, ale chyba najwyżej do autobusu albo na bieżni przez kilka minut.

Jednym ciągiem udało mi się zrobić ok. 1,5 km, co można ocenić różnie. W porównaniu z moim życiowym rekordem dystansu - 13,6 km, to bardzo mało. Jednak biorąc pod uwagę moją obecną kondycję i fakt, że co najmniej taki dystans ostatnio pewnie przebiegłem w wakacje 2013 roku, to jest nieźle. Resztę trasy pokonałem techniką mieszaną. Jak mi się oddech uspokajał, to biegłem, jak się za mocno przeforsowałem biegiem, to maszerowałem.

I tak zrobiłem jedną pętlę postanawiając sobie, że moim najbliższym celem będzie przebiegnięcie całości za jednym razem. Ponieważ jednak realizacja tego postanowienia może mi zająć trochę czasu, więc uznałem, że warto sobie postawić jakiś cel pośredni. Ponieważ nie wiedziałem, ile czasu zajęło mi pokonanie tych 4,8 km, więc trochę na wyczucie próbowałem sobie ustalić, ile minut mam na tym dystansie złamać jeszcze zanim go w całości przebiegnę. Ustaliłem sobie, że będzie to 45 minut.

Ponieważ W. jeszcze nie było na "mecie", kiedy ja tam dotarłem, więc zrobiłem sobie jeszcze 2-kilometrowy spacer: po 1 kilometrze w przed siebie i z powrotem. Kiedy W. wrócił, zapytałem go, czy może sprawdzić, o której w przybliżeniu zaczęliśmy biec. Kiedy podał mi godzinę, okazało się, że pokonałem ten dystans w 40 minut! Czyli wyszła mi średnia prędkość biegu i marszu równa 7,2 km/h.

Trudno mi w to uwierzyć. Ale faktem jest, że momentami dość szybko prułem do przodu. No i niestety, trochę to teraz czuję, bo chyba nadwyrężyłem stopę. Dopóki siedzę, nic mnie nie boli, ale kiedy zaczynam chodzić, to po pewnym czasie bok stopy i okolice kostki zaczynają mi dokuczać. Jak siadam i ją odciążam, to od razu przestaje. Widocznie jakieś ścięgna lub mięśnie tam sobie naciągnąłem. Trudno. Posmaruje się czymś od bólu i przejdzie.

Ale w związku z powyższym muszę zrewidować swój pośredni cel. Nie będzie łatwo, ale chyba muszę ten dystans pokonać w około 35 minut. Nie wiem tylko, czy przy takim czasie nie okaże się, że trzeba będzie cały czas biec? Na razie więc chyba postawię sobie inny cel: przebiec bez przerwy dłuższy dystans niż obecnie. :)

sobota, 06 czerwca 2015

Ile to człowiek ma zajęcia, jak jest na coś przewlekle chory. Nawet jeśli ta choroba jakoś na co dzień się specjalnie nie objawia. Nic to, że codziennie trzeba zmieniać opatrunek, co stało się taką samą rutyną jak mycie zębów czy golenie (może nawet skrupulatniej przestrzeganą). Co jakiś czas trzeba jeszcze kończynę wystawić na działanie promieni X, żeby się dowiedzieć, czy kość się zrosła, rozrosła, rozpuściła, oblała czy może coś jeszcze się z nią ciekawego stało. Trzeba też co jakiś czas przypomnieć się lekarzom, w nadziei, że w końcu wyciągną gwóźdź z kości, żeby z tym żelastwem w piszczeli nie zostać pochowanym (choćby dlatego, że mogą mnie nie chcieć z tym spopielić).

Słowem, nie nudzi się człowiek.

Zrobiłem więc sobie zdjęcie RTG po dość dużej przerwie. I co? I bez większych zmian. W każdym razie zmian na gorsze nie widać, a zmian na lepsze jakby niewiele. Jest takie jedno miejsce z przodu mojej piszczeli, gdzie kość jest wyraźniej rzadsza. Dlatego widać ją mniej wyraźnie. I to jest właściwie teraz ostatnie miejsce, gdzie widać jakieś zmiany. Na początku była tam dość szeroka szpara wokół której kość była osłabiona. Na kolejnych zdjęciach ta szpara coraz bardziej się rozmywała tracąc na wyrazistości. A wraz z nią rozmazywała się kość wokół niej tracąc na gęstości. I tak w postępującym powoli procesie w końcu kość ze szparą tak się do siebie upodobniły, że mam teraz tam teraz jeden owalny fragment przez który promienie X przechodzą chętniej niż przez resztę kości.

Na kolejnych zdjęciach wygląda to tak, jakby ktoś rozmazywał Photoshopem ten fragment zdjęcia i ujednolicał go w ten sposób. Ciekawe, co będzie dalej, bo bardziej się tego ujednolicić już nie da. Czy kość zacznie w tym miejscu gęstnieć, czy wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się rozpuszczać? Czy ten obszar się powiększy, pomniejszy, a może się nie zmieni? Ile hipotez. Ile spekulacji. Ile radości można mieć z jednej złamanej kości. :)

Ale zamierzam zaingerować nieco w te kostne procesy, bo trochę mnie niecierpliwi ten przedłużający się proces chorobowy. Przez to nie mogę m.in. wziąć sesji floatingu, co sobie zaplanowałem już ze dwa lata temu czy np. skorzystać z sauny na siłowni. Pływalnia też odpada. Mam pewien pomysł, którego jednak na razie nie będę tu przybliżał. Jeśli przyniesie oczekiwane skutki, to się pochwale. Jeśli nie, to nie będę pisał o tym, bo po co? Efektu, jeśli się pojawi, na pewno nie osiągnę z dnia na dzień. Ale zakładam, że w ciągu miesiąca powinno być widać zmiany. No cóż, le temps le montrera. A może raczej: l'os le montrera? ;)

piątek, 05 czerwca 2015

Pewnie napisałbym o czymś innym dzisiaj, albo wcale, ale jedno krótkie spotkanie podsunęło mi pomysł na notkę. Po spotkaniu tym zacząłem bowiem wspominać swoje szkolne znajomości i to, jak niewiele z nich do dzisiaj podtrzymuję. A wszystko to, ponieważ spotkałem matkę mojego kolegi R. Z R. chodziliśmy razem do podstawówki przez 8 lat (informacja dla tych, którzy kończyli gimnazjum, nie zimowałem, kiedyś podstawówka trwała 8 lat) i mieszkaliśmy w jednym bloku. Potem mieliśmy chodzić do tego samego liceum, ale on się nie dostał do tego, co ja i skończyliśmy różne. Spotkaliśmy się znów na studiach, bo on się nie dostał na studia do stolicy, a ja zostałem na studiach w moim grajdołku, bo wtedy wierzyłem w siebie dużo mniej niż dziś. :)

Tymczasem ja na te same studia namówiłem kolegę z liceum, A., żeby mi było raźniej, a on i tak nie miał wtedy żadnego innego pomysłu na dalszą edukację. I w końcu, kiedy zacząłem studia, okazało się, że mam na roku nie tylko A., ale też R., a poza tym jeszcze A., kolegę z bloku i M. oraz A., kolegów z Zespołu. Z tym, że ten drugi zaczął studia rok wcześniej, ale mu matematyka stanęła na drodze i choć robił przez jakiś czas kolejne semestry awansem, to w końcu wylądował na dobre ze mną na roku.

Ale po tej dygresji czas wrócić do spotkania z matką R., która mnie poinformowała o czym, o czym już wiedziałem, choć dowiedziałem się ponad miesiąc później niż to się stało. Otóż mój kolega z liceum, M., zmarł na raka. Właściwie nie tylko z liceum, bo chodziliśmy razem do podstawówki i do klas 2-4 liceum. Potem on, jak większość moich kolegów z liceum, poszedł na studia do stolicy, a ja, jak pisałem powyżej, nie.

O tym, że nie żyje, dowiedziałem się przypadkiem, bo wszedłem na swoje konto na NK. Odkąd mam konto na FB na NK wchodzę raz na ruski rok. Dlatego o śmierci M. dowiedziałem się z ponad miesięcznym opóźnieniem. Nasz wspólny kolega z liceum, K., przekazał tę informację tym, których miał wśród znajomych na NK. I tak się dowiedziałem.

Matka R. nie podzieliła się ze mną żadnymi dodatkowymi szczegółami, a raczej swoją troską o rodziców M., których był jedynym synem, a których ona dobrze zna. Stwierdziła też, że koniecznie powinniśmy się z R. skontaktować, spotkać i nawet dała mi do niego numer. Chcąc nie chcąc wziąłem, ale do korzystania się nie palę. Nasze drogi praktycznie rozeszły się piętnaście lat temu. Od tego czasu widziałem go raz. Więcej o jego losach wie moja matka, bo zna jego teściową. Nie wiem, czy mielibyśmy o czym ze sobą rozmawiać po takim czasie.

Ja tymczasem chciałbym odnaleźć kontakt z innym kolegą ze studiów i z liceum, czyli ze wspomnianym wyżej A. Tutaj kontakt urwał się trochę wcześniej, bo A. celowo przedłużył sobie studia o jeden rok (miał dobry powód), więc w pewnym momencie zaczęliśmy się rzadziej widywać. I w końcu kontakt się urwał. Od skończenia studiów nie widziałem go chyba ani razu, choć wydaje mi się, że raz się minęliśmy na ulicy, ale do dziś nie mam pewności, że to był on. Ale może kiedyś uda mi się z nim spotkać, o ile nadal mieszka w naszym grajdołku. Choć ja teraz spędzam tu tylko weekendy i tak będzie jeszcze przez dłuższy czas.

I tak się to dziwnie plecie w życiu, jedne znajomości umierają śmiercią naturalną, inne nagłą, niektóre wracają niczym zombie, a jeszcze inne ja sam chciałbym wskrzesić.

Tagi: roman j
21:09, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 207

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters