O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 11 czerwca 2017

To będzie kolejny wpis demaskujący manipulacje, jakich dokonuje się w mediach społecznościowych. Dziś na mojej ścianie na Facebooku zobaczyłem udostępnione zdjęcie, na którym przedstawiona jest dr Elizabeth Blackburn (laureatka Nagrody Nobla z dziedziny medycyny) i hasło "Laureatka Nagrody Nobla, Elizabeth Blackburn, udowodniła, że dieta wegańska…". Zajrzałem do blogu, gdzie tę rewelację opublikowano, czyli tutaj, skąd przeszedłem tutaj. Na obu tych stronach zostawiłem komentarze, ale ponieważ nie mam pewności, czy się pojawią (są moderowane), więc znów napiszę o sprawie u siebie na blogu.

Znamienne są te trzy kropki pozostawione na końcu tego zdania, które pozostawiają niedomówienie. Albo osoba to pisząca chciała zainteresować czytelnika, albo nie chciała napisać czegoś, co łatwo byłoby podważyć. Tak naprawdę bowiem pani dr Blackburn niczego nie udowodniła w badaniach, na które się powołano. Prawdą jest natomiast, że dostała Nagrodę Nobla. :)

Ale do rzeczy. W drugim z zacytowanych wyżej wpisów są dwa odnośniki do artykułów badawczych. Do jednego z nich, którego pierwszym autorem jest dr Blackburn nie udało mi się dotrzeć. Ale wśród odnośników znalazłem jeszcze jeden, gdzie badania dr Blackburn są omówione (https://www.psychologicalscience.org/observer/the-long-and-the-short-of-it). Dotyczą one jednak przede wszystkim wpływu stresu na proces skracania się telomerów (Over the last decade, these scientists [czyli dr Blackburn i jej współpracownicy - przyp. RJ] and others have investigated how protracted psychological stress lowers telomerase activity, leading to shorter telomeres). To okaże się ważne w kontekście drugiego artykułu (https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18799354), którego pierwszym autorem jest dr Dean Ornish, na którego badaniach rzekomo opiera się dowód cudownego wpływu diety wegańskiej.

Ponieważ artykuł drugi jest płatny, więc musiałem ograniczyć się do lektury streszczenia, ale i ono przynosi ciekawe informacje. Ale zacznę od listy autorów. Dr Blackburn znajduje się na niej, ale jest tylko jednym z wielu współautorów i umieszczono ją na samym końcu listy tychże. Czyli można zakładać, że jej udział był najmniejszy. Możliwe, że znalazła się w tym gronie, bo badania dotyczyły też wpływu redukcji stresu, a nie tylko zmiany diety, na skracanie się telomerów. Ale zapewne z racji Nagrody Nobla to ją zrobiono twarzą uzyskanych wyników, które rzekomo coś udowadniają.

Do tego już w tytule artykułu napisane jest, że jest to a pilot study, czyli badania wstępne, żeby coś dopiero rozpoznać. No i nic dziwnego, skoro okazuje się, że: 30 men with biopsy-diagnosed low-risk prostate cancer were asked to make comprehensive lifestyle changes. (...) 24 patients had sufficient PBMCs needed for longitudinal analysis. Czyli badania, które rzekomo coś udowodniły przeprowadzone były na... 24 pacjentach. Co więcej, na końcu abstraktu można znaleźć takie zdanie Larger randomised controlled trials are warranted to confirm the findings of this study. Czyli autorzy zdają sobie sprawę, że są dopiero na początku drogi, żeby coś wykazać.

Ciekawe informacje można też znaleźć na stronie, gdzie opisane jest to badanie w serwisie, gdzie podaje się informacje na temat badań klinicznych prowadzonych w USA. Otóż na tej stronie (https://clinicaltrials.gov/show/NCT00739791) znajduje się taka informacja: Patients are placed on a comprehensive lifestyle change program comprising a low-fat vegan diet, stress management, moderate aerobic exercise, and regular participation in a support group for 3 months. Czyli pacjentom nakazano: zmienić dietę na niskotłuszczową wegańską, zarządzać stresem (czyli pewnie po prostu nauczyć się go redukować), podjąć umiarkowaną aktywność fizyczną i uczęszczać na spotkania grupy wsparcia (co pewnie też miało na celu redukcję stresu). Efektem, znów według abstraktu, było wydłużenie telomerów, spadek poziomu złego cholesterolu i zmniejszenie poziomu stresu. Nie ma tam nic o tym, że „Przemieniło” się ponad 500 genów, które poruszały się w korzystnym kierunku (cytat z podanej na początku strony, od której temat się zaczął). 

Podsumowując. Mamy badania na 24 mężczyznach ze zdiagnozowanych rakiem prostaty. U mężczyzn tych po trzech miesiącach stwierdzono, że wydłużyły im się telomery, co samo w sobie jest zapewne dobrym prognostykiem poprawy zdrowia. Ten efekt został osiągnięty przez współdziałanie co najmniej trzech czynników: zmiany diety na niskotłuszczową wegańską, redukcji stresu osiągniętej na dwa sposoby oraz podjęciem umiarkowanej aktywności fizycznej. Nie wiadomo, który z czynników był kluczowy. W badaniach wzięła udział pani doktor, która legitymuje się Nagrodą Nobla z medycyny, ale jej udział wcale nie był kluczowy.

Co z tym robimy? Wyciągamy noblistkę z samego końca na wierzch. Dokładamy do tego wegańską dietę jako czynnik decydujący, choć nic na to nie wskazuje, a są zdecydowanie inne, lepsze wyjaśnienia. Podlewamy to sosem mniej lub bardziej prawdziwych i sensownych stwierdzeń. Niemożliwych do zweryfikowania, ale działających na wyobraźnię. Jako zwieńczenie dzieła dodajemy tytuł: "Laureatka Nagrody Nobla, Elizabeth Blackburn, udowodniła, że dieta wegańska…". Puszczamy w obieg, a ciemny lud to kupi, jak mówi polski guru manipulacji i propagandy, którego personalia litościwie pominę...

12:18, roman_j
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 maja 2017

Dostałem dziś link do wpisu w innym blogu i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie udostępnić go na moim blogu, bo celnie opisuje sytuacje, z którą sam się borykam. Szczegółów nie będę podawał, ale jeśli czyta to ktoś z moich współpracowników, to i bez tychże szczegółów dostrzeże podobieństwa. Najpierw podam link do wpisu: http://zmihor.blogspot.nl/2017/04/ocena-ekspercka-najlepszy-przyjaciel.html

A teraz jeszcze dwa pierwsze akapity, które dedykuje moim współpracownikom z instytutu. Co prawda wątpię, żeby ktoś z nich tutaj zabłądził, ale jeśli tak się stanie, to bez trudu odnajdzie podobieństwa między częścią poniższych stwierdzeń, a sytuacją, w której funkcjonujemy:

"Polska nauka jest jak czarodziejska kraina - tu może zdarzyć się wszystko. Geniusz może być nazwany głupkiem i wyrzucony z pracy, genialny wynalazca, którym interesują się nobliści, nie znajduje etatu w polskim zapyziałym instytucie. Człowiek z dobrym dorobkiem przegrywa konkurencję z "panią Basią", a młody doktorant jest tak długo tresowany przez administrację, dopóki nie zrezygnuje ze swoich ambicji. Naukowo nic nieznacząca jednostka może dostać miliony na nowe budynki, a czasopismo o międzynarodowym zasięgu musi żebrać o okruchy. Dyrektorem lub szefem zespołu może zostać nieuk, ignorant i leń bez publikacji, szczątkowy dorobek naukowy może zostać okrzyknięty "wybitnym", osoba niepotrafiąca znaleźć pulpitu w systemie windows może zrobić habilitację i uczyć doktorantów, brak znajomości angielskiego nie jest przeciwwskazaniem do zrobienia profesury, tym bardziej plagiat itd, itd. 

 
Jak to wszystko możliwe? Bo system oceny w polskiej nauce jest subiektywny - o wszystkim decydują komisje, komitety, ciała doradcze, grupy ekspertów, zasłużone profesorstwo. Decydują dyskutując, oceniając, radząc, używając swojego doświadczenia, intuicji, głębokich przemyśleń, przekonań i przeczucia, obficie podlanych dobrą wolą, najszczerszymi chęciami i poczuciem patriotycznego obowiązku. Ta mieszanka sprawia, że oni mogą przegłosować dosłownie wszystko, a my toniemy - mamy drenaż młodych i ambitnych, a nasze uniwersytety zapadają się coraz ębiej  w rankingach."
22:23, roman_j
Link Komentarze (6) »
sobota, 11 lutego 2017

Już po raz drugi na mój profil na Facebooku trafił link do bzdurnego artykułu ostrzegającego przez kawą rozpuszczalną. I drugi raz napisałem sążnisty komentarz punktując zawarte w nim bzdury. Ponieważ przypuszczam, że ten artykuł może trafić do mnie jeszcze raz, a mnie nie chce się ponownie szukać argumentów na jego nierzetelność, więc następnym razem podlinkuję ten wpis. 
Nie będę podawał linku do bzdury, której autorką jest niejaka "greenwitch", żeby jej nie generować dodatkowego ruchu i nie robić jej reklamy. Będę za to cytował fragmenty tych "mądrości" i je komentował. Także ze źródłami wiarygodnych badań, tam gdzie trzeba.

Jednym z takich pomylonych wynalazków jest coś, co na ogół określa się mianem „kawy rozpuszczalnej”. To myląca nazwa, ale kryje się w niej ziarnko prawdy – choć z kawą ta substancja wiele wspólnego nie ma, to ciało człowieka wyniszcza nie gorzej od przemysłowego rozpuszczalnika.
Dziwne stwierdzenie. Kawa rozpuszczalna powstaje z kawy ziarnistej, więc ma z nią więcej wspólnego niż np. kawa zbożowa, której autorka miana kawy nie odbiera. Niestety, w dalszej części artykułu nie ma ani słowa uzasadnienia stwierdzenia o wyniszczaniu ciała nie gorzej od przemysłowego rozpuszczalnika. Zwłaszcza, że rozpuszczalniki są różne. Na przykład aceton nasz organizm sam wytwarza w niewielkich ilościach. ;)

Jednym z jej najcenniejszych i najzdrowszych dla nas składników są tzw. antyoksydanty (...) w kawie rozpuszczalnej nie ma ich niemal wcale – są wytracane w wyniku przetwarzania ziaren!
Antyoksydantów w kawie rozpuszczalnej jest mniej niż w parzonej, ale czy ktoś traktuje kawę wyłącznie jako źródło antyoksydantów i to na dodatek jako jedyne ich źródło? A poza tym jaki to dowód szkodliwości? Woda, o ile wiem, też nie zawiera antyoksydantów. :)

Drugim jest fakt, że zgodnie z wynikami badań naukowych, w 90% próbek brazylijskich i włoskich kaw rozpuszczalnych znajduje się ochratoksyna A – niezwykle toksyczna substancja. Podobne badania były prowadzone także w Polsce. W niektórych markach stężenie ochratoksyny A sięgało nawet 21,8 mikrogramów/kilogram – ponad czterokrotnie więcej od dopuszczalnej przez prawo unijne normy (5 mikrogramów/kg).
O ochratoksynie A proponuje poczytać w Wikipedii, gdzie jest napisane, że występuje na niewłaściwie przechowywanych np. ziarnach surowej kawy. Jeśli zawiera ją kawa rozpuszczalna, to tak samo kawa z ekspresu z nieodpowiednio przechowywanych wcześniej ziaren. A także produkty zbożowe np. mąka czy kasze. Dobrze też zastanowić się, ile spożywamy rocznie kawy rozpuszczalnej, a ile mąki. Poza tym według Wikipedii ochratoksyna A: "Wykazuje niestabilność w stosunku do światła dziennego oraz powietrza. Nawet krótkotrwała ekspozycja na światło dzienne, powoduje jej rozpad i degradację, zwłaszcza w warunkach wysokiej wilgotności." A kawę rozpuszczalną sprzedaje się w przeźroczystych słoikach. :)
Szkoda też , że autorka nie podaje źródeł wyników tych badań na zawartość ochratoksyny A, na które się powołuje. Ja znalazłem trzy artykuły. W pierwszym artykule wyniki wskazują, że w badanych próbkach kawy rozpuszczalnej jest najwyżej 25% dopuszczalnej zawartości, a za to w jednej z próbek kaszy gryczanej – ponad 100%. Drugi artykuł zawiera takie wyniki: kawa rozpuszczalna 25 – 50% dopuszczalnej zawartości, a np. mąka żytnia ponad 70% wartości dopuszczalnej. Jest tam też dyskusja wyników krajowych i zagranicznych. Wynika z niej, że tylko w jednym przypadku, spośród przytoczonych, badana wartość przekroczyła wartość dopuszczalną i wyniosła 11,9 mcg/kg przy normie wynoszącej 10 mcg/kg (nie wiem, skąd autorka wzięła wartość dopuszczalną równą 5 mcg/kg...). I jeszcze trzeci artykuł, z którego wynika, że we wszystkich badanych na jego potrzeby próbkach normy nie są przekroczone. Zawarta tam analiza zawartości ochratoksyny A uzyskanych przez innych autorów  mieści się w zakresie od wartości poniżej 0,5 mcg/kg do 11,8 mcg/kg. Skąd się więc autorce wzięło to 21,9 mcg/kg? To chyba pozostanie jej tajemnicą. :)

Jakby tego było mało, w tzw. „kawie” rozpuszczalnej praktycznie nie występuje jedna z najważniejszych (choć w nadmiarze szkodliwych) substancji – kofeina. Wypicie filiżanki takiego napoju nie zapewni nam więc typowego dla „małej czarnej” zastrzyku energii w ciągu ciężkiego dnia.
Do rozprawienia się z tą bzdurą posłuży mi kolejny artykuł, w którym zawarte są wyniki badań zawartości kofeiny między innymi w kawie ziarnistej, jak i w ekstrakcie kawy, czyli w w kawie rozpuszczalnej. I wynika z nich, że badane próbki kawy ziarnistej zawierały kofeinę w ilości 0,32 – 2,95 g/100g, a próbki kawy rozpuszczalnej 1,03 – 2,01 g/100g. Znajduje się tam też następujący passus: "Do przygotowania w filiżance zwykłej porcji kawy, używa się wg danych producentów ok. 7 – 10 g kawy mielonej (co odpowiada 120 – 200 mg kofeiny), w celu zaparzenia kawy rozpuszczalnej używa się ok. 2,5 g (co stanowi średnio 65 mg kofeiny)." Czyli taka sama porcja kawy ziarnistej może zawierać od 2 do 3,5 raza więcej kofeiny, ale przy jakichś uśrednionych ilościach kawy użytej do zaparzenia tego napoju. Ale czy to uzasadnia stwierdzenie, że kawa rozpuszczalna kofeina prawie nie występuje?

Niestety [kawa rozpuszczalna - przyp. RJ], zapewni nam za to energię innego rodzaju – kalorie. W odróżnieniu od kawy tradycyjnej (mowa oczywiście o czarnej i gorzkiej – cukier i różnego rodzaju „śmietanki” to osobna historia), która praktycznie nie ma wartości kalorycznej, ta rozpuszczalna może mieć realny i negatywny wpływ na naszą kształt naszej sylwetki.
Tutaj nie znalazłem żadnego artykułu naukowego, ale wystarczy przejrzeć różne kalkulatory kalorii. Wynika z nich, że napar z kawy ziarnistej zawiera około 1-1,5 kcal/100 ml, a z kawy rozpuszczalnej... 1-1,5 kcal/100 ml. Sama kawa rozpuszczalna pewnie zawiera dużo więcej kilokalorii na 100 g, ale nikt się kawą w proszku nie zajada. Inną kategorią są też wynalazki w rodzaju napojów kawowych 3 w 1. Może to miała na myśli autorka?

Ogólnie rzecz biorąc, komentowany przeze mnie artykuł o szkodliwości kawy rozpuszczalnej zawiera głównie głupoty, bzdury i przekłamania. A jednak cieszy się wzięciem na FB.To chyba znak czasów. :(

niedziela, 24 lipca 2016

Wróciłem właśnie z kolejnego OWRP i naszła mnie myśl, żeby coś napisać w blogu, którego już dawno nawet nie odwiedzałem. Powrót do domu jak zwykle nie był łatwy. I pod względem logistycznym i psychicznym. Chociaż pod tym pierwszym względem udało mi się dość sprawnie to zorganizować, a jeśli chodzi o to drugie, to chyba najgorsze dopiero przede mną. Choć już wiem, że robota, którą przed wyjazdem nastawiłem i miała się sama robić, z jakiegoś powodu w całości poszła do kosza. Dziwne, że jak zostawiam coś do zrobienia na weekend, to się robi, jak zostawię na dwa tygodnie, to już pierwszego dnia nieobecności wszystko się sypie.

Na OWRP jak zwykle było fajnie, choć inaczej, bo nie było B. Ale, że to nie pierwszy raz, to udało się to przeżyć. Przeszedłem prawie wszystkie trasy, z wyjątkiem takich, które były proponowane na podwójnych noclegach i jednej trasy w dniu, kiedy połączone siły migreny i przeziębienia zmogły mnie na dobre. Ale nawet wtedy zrobiłem prawie 10 km. Za pokutę potem jechaliśmy na miejsce noclegu trzeba busami, których trasy mocno odbiegały od najkrótszej, czy choćby nawet logicznie uzasadnionej trasy, jaką powinniśmy tego dnia przebyć.

Jak zwykle po OWRP będzie trochę dodatkowej pracy. Trzeba się rozpakować, to raz. Trzeba opracować przebyte trasy i na podstawie śladów wpisać kilometry, to dwa. Trzeba przejrzeć sprzęt i zdecydować, co będzie wyrzucone i kupione nowe, to trzy. A wszystko to poza zwykłymi obowiązkami, których od jakiegoś czasy mam dość dużo. Żeby więc mieć na to więcej czasu, tymczasem kończę. :)

Tagi: OWRP roman j
11:47, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 stycznia 2016

Nie miałem materiału na tytuł, więc skorzystałem z rozwiązania z czasów PRL, z których to czasów pamiętam coś takiego, jak "opakowanie zastępcze". Kto jest w moim wieku lub starszy, ten pewnie wie, o co chodzi, kto jest młodszy, temu tłumaczyć nie będę, bo są rzeczy, których się nie wyjaśnia. :)

Skoro wspomniałem PRL, to pozwolę sobie na małą uszczypliwość i napiszę, że nasz kraj pod obecnymi rządami powoli zaczyna przypominać tamten sprzed 1989 roku. Ale nie rozwinę tej myśli, bo szkoda poświęcać czas i miejsce ludziom, którzy do tego prowadzą.

Warto chyba wyjaśnić, skąd w ogóle ta notka, skoro ani nie ma pomysłu na tytuł, ani jakoś temat przewodni, mimo tylu już napisanych linijek, jakoś się nie nasuwa. Otóż dostałem niedawno alarmistyczny w tonie mail od mojej koleżanki i czytelniczki blogu, niejakiej A., że mi blog "kotami zarasta". Przyszedłem tu więc, sprawdziłem i niestety, nie okazało się to prawdą. Obecności kotów żadnych nie stwierdziłem. Szkoda.

Ale skoro mowa o kotach, na które czasami natykam się wracając z pracy w moim grajdołku (wracając, bo kiedy idę do pracy, to zawsze taką trasą, gdzie kotów nie widać; no i w moim grajdołku, bo w stolicy koty widuję na trasie z i do pracy bardzo rzadko), to dziś właśnie zobaczyłem dość zabawną scenkę rodzajową z kotem. Otóż wracałem sobie właśnie z pracy, po raz pierwszy od dłuższego czasu w sobotę jeszcze przed zmierzchem, i natknąłem się na kota. Na pierwszy rzut oka niby nic specjalnego. Na tej drodze zdarzało mi zobaczyć nawet kilka jednego dnia. Ale ten był inny. Po pierwsze, wyjątkowo dobrze odżywiony. Po drugie, inaczej niż zwykle, kot ten nie trzymał się ode mnie na dystans co najmniej kilkunastu metrów, ale wręcz truchtał w moim kierunku podgryzając co jakiś czas gałązki krzaczków. Ostatecznie nasze drogi się nie skrzyżowały, bo ja w przeciwieństwie do zwierząt, staram się nie łazić po trawnikach. Ale minęliśmy się może w odległości jakiś dwóch metrów, a zwierzak wcale nie wyglądał na wypłoszonego moją obecnością, a nawet nie do końca go ona interesowała.

Wyjaśnienie tego nietypowego jak na kota zachowania okazało się dość proste, choć trochę zaskakujące. Otóż kot był na spacerze. Ze swoją właścicielką. Przynajmniej tak to wyglądało, bo kiedy zbliżałem się do kota, minęła mnie na chodniku starsza pani rozmawiająca przez telefon i prowadząca na smyczy psa. Nie skojarzyłbym jej z tym kotem, gdyby nie to, że oglądając się za nim kilka razy, widziałem go za każdym razem w bardzo bliskim sąsiedztwie tej pani i jej psa. Oddalali się wzdłuż ulicy w podobnym tempie. Pani z grzecznie drepczącym na smyczy pieskiem i kot, który krocząc sobie dumnie to zbliżał się do nich, to oddalał się, ale nie dalej niż na 2-3 metry. Cała ta grupka wyglądała tak pociesznie, że oglądałem się za siebie jeszcze kilka razy.

A skoro już tak o kotach się rozpisałem, to napiszę jeszcze, że jadąc w piątek tramwajem na Dworzec Centralny, z którego wracałem jak co tydzień do swojego grajdołka pociągiem, zobaczyłem informację, że na Woli otwarto pierwszą w Warszawie (a możliwe, że dopiero drugą w Polsce) kocią kawiarnię. Pomyślałem, że fajnie byłoby ją odwiedzić. Nie wiem jednak, czy się do tego zmobilizuję, choć Wolę mam po sąsiedzku. Skoro nawet do biblioteki PW nie mam się kiedy wybrać, żeby oddać "przeterminowaną" książkę, za której przetrzymywanie codziennie wzrasta mi opłata. A do PW mogę dojechać dość szybko i bez przesiadek tramwajem. No ale na razie tak mam, że jak wyjdę z pracy, to już nic mi się nie chce. Zwłaszcza, że ostatniego tygodnia rzadko wychodziłem stamtąd przed 20.00.

Tagi: koty roman j
20:51, roman_j
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 210

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape