O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 24 lipca 2014

No i stało się to, na co czekałem od lutego. Mam już wyznaczony termin przyjęcia na oddział w celu wymiany mojego gwoździa śródszpikowego na wersję deluxe. ;) Łatwo nie było i niekoniecznie zanosiło się, że sprawę uda się tak załatwić, ale jednak się udało.

Najpierw dzięki W. w ogóle dostałem się do Otwocka na czas i do tego dość komfortowo. Pojechaliśmy przez Płońsk i myślę, że to był dobry wybór. Na miejsce przyjechaliśmy nieco po godzinie 10.00. Na oddziale czekało na doktora R. już dwoje interesantów. A po mnie doszła jeszcze dwójka.

Niedługo przed południem pojawił się doktor R. i wszyscy rzucili się na niego niemal jak sępy na padlinę. Nie miało znaczenia, kto był przed kim lub po kim. Jedna paniusia, która przyjechała z mężem jako ostatnia, bezceremonialnie wparowała jako druga. Czasem żałuję, że nie mam w sobie tyle asertywności (czy może raczej agresji), żeby komuś takiemu wygarnąć. Mam czasem wrażenie, że są ludzie, którym wydaje się, że należą im się w życiu jakieś przywileje wyłącznie z tej racji, że są o tym przekonani.

Niestety, za pierwszym rzutem doktor R. omówił tylko dwa przypadki, po czym oddalił się na salę operacyjną informując, że ma tam jedną krótką sprawę. Po tej jednej była niestety następna z ostrego dyżuru, co przedłużyło mój czas oczekiwania o kolejne dwie godziny.

Było już po 15.00, kiedy doktor R. wyraźnie zmęczony wyszedł w końcu z sali operacyjnej. Wyraźnie było widać, że ma już dość pracy na dziś i najchętniej odesłałby wszystkich interesantów do domu. Ale chyba jego braki w asertywności są dużo poważniejsze niż moje, bo choć zaprotestował na widok liczby osób, która nań czekała, to wszystkich przyjął. Mnie jako ostatniego. I tak udało mi się ustalić termin. Za 88 dni. Dużo czasu, ale jak to napisałem w SMS-ie do mojego brata, trzy miesiące oczekiwania w polskich realiach to prawie jak jutro. :)

Chodzi mi też po głowie myśl, żeby wziąć od mojego ortopedy skierowanie do "Szaserówka" i spróbować tam szczęścia. Może dostałbym szybszy termin, wtedy zwolniłbym miejsce w Otwocku. Ale im dłużej myślę nad tym, tym mniej mi się to podoba. W Otwocku przynajmniej wiem, że zostanę zoperowany tak, jak chcę, czyli bez aparatu Ilizarowa (mam nadzieję, że doktor R. będzie się trzymał tej koncepcji i że stan nogi w dniu mojego przyjęcia na oddział nie zmieni jego decyzji). Poza tym nie mam żadnej gwarancji, że na Szaserów przyjęliby mnie szybciej. Próba zweryfikowania moim przypuszczeń wymagałaby dodatkowych starań, kosztów, energii i czasu. Nie wiem, czy ją podejmę.

Muszę to jeszcze skonsultować z moim ortopedą. O ile będzie chciał jeszcze ze mną gadać, a nie oskarży mnie o stalking, mobbing czy inne molestowanie, bo na różne sposoby zawracam mu głowę: osobiście, mailowo, esemesami. Co prawda na razie się nie skarży, a nawet zachęca mnie, żebym go informował, co się dzieje u mnie. Mówił, żeby dzwonić i się nie zniechęcać, bo w końcu za którymś razem się dodzwonię. Ja jednak wolę porozumiewać się na piśmie. I jak na razie to on do mnie raz zadzwonił.

Ale wszystko ma swoje granice. Skoro widząc mnie dopiero trzeci raz przywitał mnie żartobliwym: "O, stały pacjent. Złota karta", to chyba musiałem mu zapaść w pamięć. Inna sprawa, że specyfika jego pracy (przede wszystkim USG ortopedyczne z konsultacją) raczej nie sprawia, że widuje on swoich pacjentów (a może raczej interesantów?) częściej niż raz. To tylko ja zdecydowałem, że zostanie moim ortopedą prowadzącym. Podoba mi się jego zaangażowanie i podejście do pacjenta. Dlatego to przede wszystkim z nim skonsultuję swoje dalsze kroki. :)

Na koniec jeszcze napiszę, że jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawia, że cieszy mnie nawet ten niezbyt bliski termin. Zniknęła niepewność oraz konieczność szkicowania planów na przyszłość z obowiązkowym uwzględnianiem mojego możliwego pobytu w szpitalu w niedoprecyzowanym terminie. Teraz już umawiając się z kimś na jakieś przyszłe działania nie będę musiał dodawać sakramentalnego "o ile akurat nie będę w tym czasie w szpitalu". To naprawdę duża ulga i warto było zmitrężyć prawie cały dzień, żeby tę ulgę poczuć. :)

wtorek, 22 lipca 2014

W niedzielę wieczorem, a właściwie w poniedziałek bardzo rano wróciłem z OWRP 2014. Nie będę na ten temat zbyt wiele pisał, bo poświęciłem temu tematowi notkę w blogu turystycznym. Natomiast tutaj wspomnieć mogę, jak moje zdrowie kształtowało się podczas Rajdu.

Noga pozwoliła mi przejść przez pierwsze pięć dni łącznie 97 km. Potem już nie była tak uprzejma. Zresztą nie mam pewności, czy to noga się zbuntowała (trochę pobolewała), czy raczej zawiniło słabe przygotowanie kondycyjne. Przez czas, jaki minął od wypadku do dziś, bardzo mocno ograniczyłem swoją fizyczną aktywność. Odbiło się to niestety widocznie - na mojej wadze i niewidocznie - na mojej kondycji. Byłem po tych pięciu dniach mocno zmęczony i choć może noga pozwoliłaby na kolejne wędrówki, to organizm jako całość się buntował.

I tak większość z reszty OWRP odbyłem wożąc się. Chociaż miałem sobie zrobić tylko jeden dzień przerwy. Jednak najpierw poważnie pogorszyła się pogoda, a wkrótce po tym także moje zdrowie. Odnowił mi się wrzód na nodze i dostałem gorączki (wiem to, bo lekarz kazał mi mierzyć temperaturę trzy razy dziennie). Czyrak niespecjalnie chciał się oczyścić, więc zdecydowałem, że już do końca Rajdu nie będę za dużo chodził. Co prawda zrobiłem jeszcze w sumie łącznie 24 kilometry w trzech wycieczkach, ale nie były to wędrówki z noclegu na nocleg, ale po okolicach miejsc, gdzie nocowaliśmy.

Skutek dalszy moich wędrówek był niespodziewany. Wczoraj rano przy okazji zmiany opatrunku moim oczom ukazał się łeb śruby. Nie powinien on wystawać ponad skórę, ale być jakiś centymetr do dwóch pod nią. Tymczasem wylazł przez dziurę w skórze pozostałą po wrzodzie. Dobrze, że miałem skierowanie na RTG, bo nie byłem pewien, czy ta śruba się złamała czy wykręciła.

Zdjęcie wykazało, że się wykręciła. Skonsultowałem się więc dość szybko z moim ortopedą, który doradził mi, żebym jeszcze tego samego dnia pojechał do szpitala, żeby mi tę śrubę wyjęli, bo w tym położeniu, to ona już do niczego nie służy. Nie chciało mi się jechać wczoraj, bo był późny wieczór. Odłożyłem to na dziś, ale rano przy zmianie opatrunku sam ją sobie wyciągnąłem. Poinformowałem o tym mojego lekarza i jednocześnie obiecałem, że operacji wymiany gwoździa, który stabilizuję moją kończynę, sam nie będę przeprowadzał. :) Zostawię to fachowcom, których zamierzam po raz kolejny popędzić, żeby się mną wreszcie zajęli.

Śrubę zachowałem sobie na pamiątkę. Nie wiem, czy w szpitalu by mi ją oddali. Poza tym w szpitalu, znając polskie realia, czekałbym pół dnia albo dłużej na to, żeby jakiś dyplomowany medyk zrobił mi to samo i w takim samym czasie, co zrobiłem sobie sam. Pewnie asystowałaby przy tym jeszcze pielęgniarka. Czyli zatrudniłbym dwie fachowe osoby, a do tego budżet NFZ na pewno zostałby obciążony kosztami ich pracy. Uważam, że NFZ ma poważniejsze sprawy do finansowania, a personel medyczny poważniejsze przypadki niż wyciąganie śrubki, która wyszła z mojej nogi tak szybko i łatwo, iż przypuszczam, że mogłaby sama wypaść, gdybym odpowiednio ustawił nogę i nią potrząsnął. :)

Zostały mi jeszcze cztery w nodze i nie zanosi się na to, żeby któraś miała ochotę iść w ślady tej pierwszej. I dobrze. Na obecnym etapie raczej jeszcze potrzebuję ich wszystkich.

piątek, 04 lipca 2014

Jak co roku mniej więcej o tej porze wybywam na OWRP. Tym razem w rejony Sławna, Słupska, Ustki, Łeby i Lęborka. Nie wiem, czy mi noga pozwoli przejść planowane ok. 280 km, ale jestem dobrze zabezpieczony farmakologicznie. Przezornie przed wyjazdem odwiedziłem lekarza i ten zaopatrzył mnie we wszystkie niezbędne i zbędne recepty, które od razu zrealizowałem. Nie łudzę się, że mi się od tego wszystkiego polepszy, ale plan jest taki, że ma mi się nie pogorszyć. Na czas mojego wyjazdu przywracam widoczność blogu. A jak wrócę, to zdecyduję, czy tak zostanie, czy nie. :)

Tagi: roman j
22:20, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 maja 2014

Trochę przewietrzyłem blog, ale czas wrócić za zasłonkę. Dałem szansę tym, którzy szukają u mnie przydatnych informacji, żeby je znaleźli, ale teraz będą musieli poczekać na kolejną. :)

Przy okazji sprawdziłem, jak dużo osób do mnie zagląda. Niezbyt dużo. Ale nie ma w tym nic dziwnego, kiedy się na długie miesiące chowa blog przed potencjalnymi czytelnikami. Trzeba więcej czasu na powrót do dawnej pozycji niż niecałe dwa tygodnie. Ten czas jeszcze nie nadszedł. Jeszcze nie są spełnione warunki, które sam sobie w tej kwestii postawiłem i które do swojej wiedzy pozostawiam.

Niemniej jednak od czasu do czasu na jakiś otworzę drzwi i wpuszczę tu trochę ludzi z zewnątrz. A na razie do lektury zapraszam osoby, które wcześniej wyraziły wolę posiadania dostępu do tworzonych przeze mnie notek. :)

Tagi: roman j
16:22, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 25 maja 2014

Od pewnego czasu dokuczał mi brak książek. Ale nie w sensie ich fizycznej nieobecności, tylko brak takich, które mógłbym czytać. Mam sporo książek w domu, ale znakomita większość spełnia jeden z dwóch warunków, które dotąd wykluczały je z lektury: już je przeczytałem lub nie są beletrystyką (np. książki fachowe czy filozoficzne).

Wcześniej nie było takiego problemu, bo chodziłem do biblioteki i dość regularnie dostarczałem sobie w ten sposób środków do zaspokajania mojego nałogu czytelnictwa. Jakoś tak się jednak złożyło, że przed moim wypadkiem oddałem książki i nie wziąłem nowych, a teraz nie mogę się zmobilizować, żeby pójść do biblioteki. A nawet nie tyle pójść, co wejść, bo już kilka razy przechodziłem obok.

W końcu tak mnie przycisnęło, że postanowiłem sięgnąć po książki już przeczytane, które mam w domu. Nie jest to coś nowego w moim przypadku, bo w dzieciństwie kilka razy (bo chyba jednak nie kilkanaście) przeczytałem książkę "Czterej pancerni i pies". Jednak poza tą jedną lekturą raczej takiego ponownego czytania nie praktykowałem. Piszę "raczej", bo przypominam sobie kilka książek, które czytałem powtórnie. Nie było ich jednak zbyt wiele. Preferuję "świeżyznę". ;)

Ale jak się nie ma, co się lubi, to się czyta, co się ma pod ręką. Padło na razie na prozę Johna Irvinga. Najpierw była "Modlitwa za Owena", a potem "Regulamin tłoczni win". Przed tą pierwszą książką obawiałem się, że nie będzie mnie cieszyć jej lektura, bo za wiele z niej pamiętam. Okazało się, w trakcie czytania, że nie pamiętałem prawie nic poza bardzo ogólnym zarysem akcji i samym zakończeniem, które zresztą też pamiętałem bardzo słabo (przynajmniej jeśli chodzi o różne szczegóły).

No cóż. Czternaście lat to dużo. Wystarczy, żeby móc wrócić do książki, którą się kiedyś czytało z uwagą oraz zainteresowaniem i móc się cieszyć jej lekturą na nowo. Skąd wiem, że poprzednio czytałem ją właśnie niespełna czternaście lat temu? Otóż kiedyś miałem zwyczaj używania jako zakładek kartek z kalendarza. Karta zawsze była z dnia, w którym zaczynałem lekturę. W przypadku "Modlitwy za Owena" to był lipiec 2000 roku. Nie wiem, jaki dzień dokładnie, bo książkę po przeczytaniu pożyczyłem i nie mogę akurat spojrzeć na kartkę.

W lipcu 2000 roku studiowałem w Niemczech i w związku z tym spędzałem prawie cały czas na zmianę w dwóch miastach, których nazwy zaczynały się na D. Bardzo miło wspominam ten okres, choć czasem próbowała mi tam doskwierać nuda i brakowało mi towarzystwa osoby, którą wtedy uważałem za bliską. Osoba ta zresztą miała mnie odwiedzić, ale w końcu się nie zdecydowała. Gdybyśmy się zamienili miejscami, to ja na pewno bym przyjechał. No cóż, mam wrażenie, że ja zawsze angażuję się mocniej. Zwykle pewnie za mocno i źle potem na tym wychodzę.

Pobyt w D. (i w D.) wspominam bardzo miło. Było mi tam tak przyjemnie, że po powrocie przez kilka lat każdej wiosny, a wyjechałem tam w marcu, czułem tęsknotę za tamtym pobytem. Doskwierała mi ona do tego stopnia, że miałem ochotę wyrwać się tam choćby na jeden weekend. Albo na jeden dzień, biorąc pod uwagę, że sporo czasu z tego weekendu musiałbym poświęcić na dojazd i powrót. Jednak ani razu tam nie byłem od 2000 roku. A i tęsknota w końcu osłabła. Przyszła mi do głowy myśl, że może mógłbym się wybrać tam teraz. Tyle, że akurat dokładnie teraz nic z tego nie będzie, bo z niewyleczoną nogą nie chcę się narażać na trudy podróży. Ale może za rok na wiosnę? Jeśli noga pozwoli, to może się wybiorę. Tylko czy znajdę tam jeszcze to wszystko, co mnie zauroczyło za pierwszym razem? Może...

Tagi: roman j
09:03, roman_j
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 maja 2014

Wczoraj udałem się do O., do doktora R., w celu dokonania przełomu w sprawie dalszego leczenia mojej nogi. Przełom miał polegać na ustaleniu daty koniecznej operacji. Niestety, plan mój spalił na panewce. Co prawda z doktorem R. porozmawiałem. Ale tylko chwilę. I dowiedziałem się jedynie, że takich operacji, jak ta wymagana w moim przypadku, oni robią jedną na tydzień. I że mam czekać na telefon.

Tyle, to ja wiedziałem już wcześniej. To znaczy to, że mam czekać na telefon. Natomiast informacja o wielkości "przerobu" dała mi do myślenia. Według moich obliczeń w czasie, kiedy ja czekam na moją operację, na oddziale zoperowano jakieś 12 osób. A kiedy ustalałem pierwotnie z doktorem R., co trzeba u mnie zrobić, napomknął, że jest takich osób jeszcze 4-5. Znaczy, że coś tu się nie zgadza. Niestety, nie było czasu, ani sprzyjających okoliczności, żeby sprawę wyjaśnić.

Postanowiłem sprawę spróbować załatwić z innej strony. Skontaktowałem się z moim byłym dyplomantem, który już wcześniej ułatwił mi kontakt z dr. R. Może tym razem uda się wpłynąć tym kanałem na przyspieszenie operacji. W mojej sytuacji czas nie działa na korzyść, o czym przekonała mnie wizyta u drugiego ortopedy, dr. K.

Na tej drugiej wizycie poczułem się przynajmniej dobrze obsłużony. Noga została obejrzana, obmacana, a następnie opatrzona. Zdjęcie obejrzane uważnie, skomentowane, objaśnione. Recepty wypisane na to, o co poprosiłem (co nie znaczy, że na coś, co w moim przypadku nie jest konieczne). Dr. K. usłyszawszy, jak mi poszło z dr. R. zasugerował, że rozejrzy się za jakimś innym ośrodkiem, który mógłby tę operację przeprowadzić. Chociaż uważa, że dr. R. to zdecydowanie najlepszy wybór i trudno byłoby znaleźć kogoś równie dobrego w okolicy. No cóż, jeśli mam czekać z potencjalnie pogarszającym się stanem na wybitnego fachowca przez jeszcze nie wiadomo jak długo, to wolę być załatwiony w rozsądnym czasie przez nieco mniej wybitnego.

Wziąłem od dr. K skierowanie na RTG i obiecałem, że prześlę mu zdjęcia. Oczywiście jeśli zeskanują się w przyzwoity sposób, bo raz podjąłem próbę ich zeskanowania i wyszło to bardzo marnie. Prawie nic nie było widać. Ale może potrenuję. Dr K. uznał też, że nie zaszkodzi mnie zabezpieczyć przeciwbólowo, jak to on określa. Nie protestowałem, choć po ostatniej jego próbie zabezpieczenia mnie miałem przykre doświadczenia. Przepisał mi taki lek, który choć skuteczny, wywoływał silne mdłości (ponoć taki już urok leków działających na receptor opioidowy). Dwa razy po nim zwymiotowałem w tym raz na uczelni (na szczęście nie na zajęciach). A wziąłem ten lek w sumie trzy czy cztery razy.

Podzieliłem się tym doświadczenie z dr. K. Powiedziałem, że jak się porzygam na zajęciach, to studenci na pewno nie pomyślą, że to przez leki, ale że się pewnie spiłem. I to nie dlatego, że mam taką opinię czy daję podstawy do takiego myślenia. Po prostu ludzie są zwykle umysłowo dość leniwi i to, co widzą, zwykle interpretują w najprostszy sposób. Nie sądzę, żeby komuś w takiej sytuacji chciało się rozważać inne możliwe powody moich torsji.

Dr K. wykazał się zrozumieniem mojej sytuacji i przepisał mi coś innego. Żeby było lepiej, dostałem nawet dwa różne leki. Jeden, jak mnie uprzedził, jest drogi. Nie szkodzi, nie będę za często z niego korzystał, bo mnie ostatnio zwykle ta noga nie boli. Choć fakt, że we wtorek miałem z nią przejścia. Dopiero dwie dawki opokanu (ale w odstępie doby) i pięć tabletek nurofenu (ale bez przekroczenia dozwolonej dawki dobowej) sprowadziły problem po dwóch dobach do mało dokuczliwego bólu, który ostatecznie mi całkiem minął. Może teraz, po wykupieniu przepisanych leków, efekt będzie szybszy, jeśli znów będę miał taki problem. A problem był poważny, bo ból nogi niemal uniemożliwiał mi chodzenie.

Przy okazji wizyt u lekarzy wybrałem się z też z W. do mojej dobrej koleżanki ze studiów doktoranckich, omc. dr hab. inż. D. Możliwe, że nawiążemy bliższą współpracę z korzyścią dla wszystkich stron, na co się zanosi. Wtedy i moja habilitacja może wreszcie stać się bardziej realna, choć do stadium omc. jej jeszcze sporo brakuje. No ale tej kwestii nie będę rozwijał. :)

Cieszy mnie, że pogoda zrobiła się taka ładna. Truskawki na tym słońcu na pewno szybko dojrzewają i robią się słodkie. Może zdecyduję się w tym roku na nastawienie z nich wina. Zrobiłem już raz wino z truskawek kilka lat temu i było pyszne. Ale fakt, że surowiec też był przedni. Nie wiem, czy teraz uda mi się kupić tak czerwone, że aż prawie czarne, wielkie i słodkie truskawki. Ale może tak. Pogoda zdaje się mi sprzyjać. :)

niedziela, 18 maja 2014

Nie jestem fanem Eurowizji. Może dlatego, że Polska od jakiegoś czasu niewiele znaczy w tym konkursie, a ponadto zmiana zasad oceniania występów (wprowadzenie głosowania telewidzów) obniżyła poziom konkursu. Kiedyś, owszem, spędzałem cały wieczór przed telewizorem, żeby obejrzeć wszystkie występy, wytypować swoich faworytów i sprawdzić, na ile moje typy okazały się trafne. Ale to było wiele lat temu. Co najmniej kilkanaście.

Jednak tegoroczna Eurowizja przyciągnęła moją uwagę. W mniejszym stopniu w trakcie swojego trwania, a w większym po zakończeniu. Szczególnie interesująca okazała się reakcja naszych rodaków na wyniki, która mówi o nas może nawet więcej niż myślimy i niż byśmy chcieli.

W tegorocznej Eurowizji uważaliśmy się za faworytów. Tutaj mała dygresja. Będę pisał o tych odczuciach i poglądach, które wydają mi się podzielane przez większość tych członków naszego społeczeństwa, których Eurowizja cokolwiek obchodzi. Jeśli ktoś się pod moimi obserwacjami nie podpisuje, bo sam ma inne poglądy czy odczucia, to niech założy po prostu, że nie należy do grupy przeze mnie opisywanej. Ja sam zresztą też do nie należę, ale wygodniej mi będzie pisać w pierwszej osobie.

Tak więc narastało w nas przeczucie zwycięstwa. Nadzieje na nie wyraźnie wzrosły, kiedy Polska przeszła pomyślnie etap półfinałów. Dalej miało być już tylko lepiej. A jak się skończyło, wiadomo. Skończyliśmy w środku stawki, co jest osiągnięciem dużo poniżej oczekiwań. Trzeba było znaleźć winnego. I taki sam się nawinął. Thomas Neuwirth vel Conchita Wurst. Uosobienie wynaturzeń i przeciwieństwo zdrowego, przaśnego, słowiańskiego świata reprezentowanego przez Donatana i jego grupę.

To rzekomo przez Thomasa czy też Muszelkę (jak można przetłumaczyć imię Conchita) polska propozycja przepadła i nie zawojowała widzów Eurowizji. Według nas Europa wolała zagłosować na faceta z brodą wystylizowanego na kobietę, niż na zdecydowanie lepiej wyposażone przez naturę przedstawicielki Polski. Obfite biusty zdrowych, słowiańskich dziewoi nie zrobiły oczekiwanego wrażenia, bo to dziwactwo Wurst ukradło nam show.

Nie zgadzam się z tymi opiniami. Byłyby one w jakimś stopniu uzasadnione, gdyby polska reprezentacja zajęła na Eurowizji drugie lub trzecie miejsce. Ale my zajęliśmy miejsce w drugiej połowie stawki. Tak więc nie tylko Conchita Wurst była lepsza od nas, ale jeszcze dwanaścioro innych wykonawców, z których żaden nie miał jednocześnie brody i sukienki. Mieli za to pewnie coś innego. Ciekawy tekst, ładne głosy, interesującą aranżację. Nie oparli swojego pomysłu na sukces o piskliwe szczekanie okraszone majtaniem biustami ze szczególnym uwzględnieniem tego ostatniego. To, owszem, spodobało się widzom, bo gdyby uwzględnić tylko ich głosy bylibyśmy na piątym miejscu. Ale to jest konkurs, jednak, piosenki i ostateczne wyniki, z uwzględnieniem głosów jury, boleśnie nam o tym przypomniały.

Dlaczego więc to Thomas Neuwirth stał się głównym winowajcą? Powodów jest zapewne wiele. Łatwiej obwinić jest jedną osobę, niż grupę bliżej nieokreślonych jurorów. Łatwo jest też w naszym bardzo "tolerancyjnym" kraju skierować gniew na osobę, która mocno odbiega od naszych konserwatywnych wyobrażeń, jak powinna wyglądać kobieta, a jak mężczyzna. W ten sposób można odwrócić uwagę od własnego, mało wyrafinowanego i po prostu słabego występu. Może Eurowizja to jest konkurs, gdzie ostatnio mniej coraz liczy się dobry tekst czy ładna melodia, ale najwyraźniej nadal są to ważne kryteria oceny. Inaczej bylibyśmy dużo wyżej.

Jeśli o mnie chodzi, to nie jestem fanem Conchity Wurst. Ładna, kobieca twarz (mimo, że należąca do mężczyzny) oszpecona czarnym gęstym zarostem to nie jest coś, co oglądam z przyjemnością. Raczej przeciwnie. Zdecydowanie wolę oglądać Thomasa Neuwirtha w takim wydaniu:

 

Ale nie zamierzam go (czy też jej) winić za niepowodzenie polskiej propozycji na konkurs Eurowizji. Ona zajęła należne sobie miejsce w szeregu, bo była po prostu słaba. Chciała zagrać na najniższych instynktach i niestety, nie udało jej się w ten sposób zapewnić sobie sukcesu. To poniekąd nawet dobrze. Nie zamierzam też odmawiać prawa Thomasowi Neuwirthowi do przeobrażania się na scenie w Conchitę Wurst (poza sceną ponoć tego nie robi). W końcu ja mogę zawsze zmienić kanał. A wszystkim obrońcom normalności dedykuję kolejny teledysk:

Może się mylę, ale chyba nikt dotąd nie wyrażał się niepochlebnie o Freddiem Mercurym i jego kolegach z Queen z powodu tego klipu. Pewnie dlatego, że nie mieli pecha wystąpić w takiej stylizacji w konkursie Eurowizji i jeszcze go wygrać wbrew nadziejom wielu polskich widzów.

czwartek, 15 maja 2014

Miałem to napisać na Facebooku, bo z racji ukrycia tego blogu mam tam większą oglądalność niż tutaj. Ale pomyślałem, że szkoda takiego tematu na taki serwis. Zwłaszcza, że dłuższe komentarze raczej nie są tam normą. A ja chciałbym trochę się rozpisać.

Temat wpisu odnosi się do wczorajszej rozmowy z Wojciechem Cejrowskim w TVP. Oglądając WC na ekranie stwierdziłem po raz kolejny, że wyjątkowy z niego okaz. I skojarzenie z programem państwa Gucwińskich samo się pojawiło.

Z rozmowy z Cejrowskim najbardziej utkwiło mi w głowie jego stwierdzenie, że tęcza na placu Zbawiciela kojarzy mu się z "grzechem sodomskim". Wydało mi się to nieco dziwne, że człowiekowi tak głęboko pozującemu na wierzącego ten kolorowy łuk, obecny przecież także w malarstwie religijnym, nie kojarzy się z przymierzem boga z ludźmi. No ale cóż, każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasłuży. Może coś złego dzieje się w podświadomości pana WC, że tak mu się akurat tęcza kojarzy. Może jest tam jakaś dezorientacja co do własnej orientacji i stąd takie myśli.

Ciekaw jestem w takim razie, jakie skojarzenia ma Cejrowski, kiedy modli się przed krzyżem, na którym wisi zwykle niemal nagi facet? Facet ten, oprócz tego, że jest nagi, zwykle ma też całkiem muskularne ciało, bo przecież Chrystus, jako syn boga, nie może być jakimś tam chuchrem albo choćby facetem z lekką nadwagą. Dlatego Chrystus ma zwykle muskularne ciało, jakby w przerwach między głoszeniem Ewangelii spędzał sporo czasu na siłowni. Sam pamiętam taką figurę z kościoła, do którego chodziłem dawniej. Nie jestem pewien, czy ten Chrystus nie miał nawet kaloryfera na brzuchu. A co, kto bogu temu zabroni? ;)

Dlatego jestem ciekaw, co też sobie też myśli pan Cejrowski, kiedy widzi taki przykład męskiego niemal aktu? Czy też ma jakieś nieczyste myśli i sprośne skojarzenia? Czy nie razi go to męskie ciało, jak jego kolegę po wierze, pana Terlikowskiego, raziły zdjęcia nagich pleców polskich skoczków narciarskich? Swoją drogą Chrystus nigdy swoich nagich pleców nie prezentuje, bo jest nimi odwrócony w stronę krzyża. Może więc dlatego pana Terlikowskiego, nie przyzwyczajonego do takiego widoku, te plecy tak wzburzyły.

A jeśli chodzi o symbole i ich znaczenie oraz obecność w życiu publicznym, to na koniec podzielę się taką refleksją, że z dwóch możliwości wolałbym widzieć tęczę na każdym tym miejscu, gdzie dziś widuję krzyż. Krzyż bowiem jest symbolem, pod którym i w imię którego przez wieki wymordowano całkiem sporo ludzi. I to nie tylko innowierców, ale również współwyznawców. Tęcza zaś, o ile wiem, nie jest w ten sposób historycznie obciążona. Gdyby trzymać się sfery, której dotyczą skojarzenia pana Cejrowskiego, to symbolizuje ona miłość. I to zdecydowanie bardziej niż krzyż, który za swoje logo przyjęli ci, którzy do głoszenia miłości bliźniego są ponoć powołani. A fakt, że miłość symbolizowana przez tęczę jest tego rodzaju, którego pan Cejrowski tolerować nie chce, to już jest chyba przede wszystkim jego problem. Zwłaszcza, że nikt go przecież do praktykowania takiej miłości zmuszać ani namawiać nie zamierza.

P.S.: Zdecydowałem się po napisaniu tej notki na kilka dni upublicznić znowu blog. Nie wiem, jeszcze, na jak długo. Czas pokaże. :)

Tagi: roman j
19:59, roman_j
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 12 maja 2014

Wiele wskazuje na to, że w moim życiu nachodzi czas zmian. I to zmian, których skala może być nieadekwatnie duża w stosunku do inicjującego je zdarzenia. Zmiany te będą, mam nadzieję, na lepsze. Jednym z ich pierwszych skutków może być przywrócenie publicznego dostępu do tego blogu. Ale to byłby drobiazg, na dodatek raczej odprysk luźno związany ze zmianami.

Nie chcę na razie pisać więcej na temat charakteru tych zmian, choć wiem, że czyta te słowa tylko grono osób, do których mam zaufanie. Po prostu nie chcę zapeszyć. I tak chyba będzie do chwili, kiedy będę miał pewność, że te zmiany nastąpią. Myślę, że taką pewność uzyskam najpóźniej we wrześniu tego roku. Wtedy o tym napiszę więcej. A jeśli jednak nic się nie zmieni, to też napiszę, żeby brak wiadomości nie był interpretowany jako wiadomość. Dlatego jeśli nic nie napiszę, to będzie znaczyło tylko tyle, że nie miałem czasu albo chęci. :)

Tagi: roman j
16:44, roman_j
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 lutego 2014

Z racji moich kłopotów ze zdrowiem, które sprawiają, że wiele mniej istotnych dla mnie aktywności czasowo porzuciłem, przestałem także i tutaj zaglądać. I blog wygląda na opuszczony. No ale dopóki go nie skasowałem, dopóty jest nadzieja, że wrócę do dawnej aktywności w pisaniu. Ale kiedy, tego nie chcę przewidywać, bo ostatnio różne moje rachuby biorą w łeb.

Dziś wszedłem tutaj tylko dlatego, że dziś jest Światowy Dzień Kota. Mój pierwszy obchodzony bez kota. Ale za to miałem dziś bardzo realistyczny sen o kocie. Może jest jakiś związek jednego z drugim? :) Śniło mi się, że przez otwarte drzwi na klatkę wlazł do mieszkania jakiś kot. Właściwie kocię. Wlazło i od razu chciało zapakować mi się pod kołdrę.

Ja, rozespany i nie do końca rozumiejący, co się dzieje, najpierw zwierzę spłoszyłem. Ale okazało się, że ono było nie z tych, co łatwo odpuszczają. I tak zaczęło się skakanie po mnie, gryzienie po osłoniętych kończynach, itp. kocie figle. W końcu kocię się zmęczyło i gdzieś usnęło na kołdrze. Sen był tak realistyczny, a na dodatek dział się w takichże okolicznościach, że rano po przebudzeniu obejrzałem łóżko, chcąc upewnić się, czy to był sen, czy może coś jest na rzeczy.

Okazało się, że to jednak sen. I z Dniem Kota zbieżność raczej przypadkowa, bo o tym, że to akurat dziś jest to święto dowiedziałem się kilkanaście minut temu. I to by było na tyle. Więcej pisał dziś nie będę, bo tyle wystarczy jako znak życia i podtrzymanie nadziei, że będzie w przyszłości znów tak, jak już było. Czyli lepiej, a raczej częściej i ciekawiej. :)

Tagi: roman j
11:21, roman_j
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters