O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 30 stycznia 2016

Nie miałem materiału na tytuł, więc skorzystałem z rozwiązania z czasów PRL, z których to czasów pamiętam coś takiego, jak "opakowanie zastępcze". Kto jest w moim wieku lub starszy, ten pewnie wie, o co chodzi, kto jest młodszy, temu tłumaczyć nie będę, bo są rzeczy, których się nie wyjaśnia. :)

Skoro wspomniałem PRL, to pozwolę sobie na małą uszczypliwość i napiszę, że nasz kraj pod obecnymi rządami powoli zaczyna przypominać tamten sprzed 1989 roku. Ale nie rozwinę tej myśli, bo szkoda poświęcać czas i miejsce ludziom, którzy do tego prowadzą.

Warto chyba wyjaśnić, skąd w ogóle ta notka, skoro ani nie ma pomysłu na tytuł, ani jakoś temat przewodni, mimo tylu już napisanych linijek, jakoś się nie nasuwa. Otóż dostałem niedawno alarmistyczny w tonie mail od mojej koleżanki i czytelniczki blogu, niejakiej A., że mi blog "kotami zarasta". Przyszedłem tu więc, sprawdziłem i niestety, nie okazało się to prawdą. Obecności kotów żadnych nie stwierdziłem. Szkoda.

Ale skoro mowa o kotach, na które czasami natykam się wracając z pracy w moim grajdołku (wracając, bo kiedy idę do pracy, to zawsze taką trasą, gdzie kotów nie widać; no i w moim grajdołku, bo w stolicy koty widuję na trasie z i do pracy bardzo rzadko), to dziś właśnie zobaczyłem dość zabawną scenkę rodzajową z kotem. Otóż wracałem sobie właśnie z pracy, po raz pierwszy od dłuższego czasu w sobotę jeszcze przed zmierzchem, i natknąłem się na kota. Na pierwszy rzut oka niby nic specjalnego. Na tej drodze zdarzało mi zobaczyć nawet kilka jednego dnia. Ale ten był inny. Po pierwsze, wyjątkowo dobrze odżywiony. Po drugie, inaczej niż zwykle, kot ten nie trzymał się ode mnie na dystans co najmniej kilkunastu metrów, ale wręcz truchtał w moim kierunku podgryzając co jakiś czas gałązki krzaczków. Ostatecznie nasze drogi się nie skrzyżowały, bo ja w przeciwieństwie do zwierząt, staram się nie łazić po trawnikach. Ale minęliśmy się może w odległości jakiś dwóch metrów, a zwierzak wcale nie wyglądał na wypłoszonego moją obecnością, a nawet nie do końca go ona interesowała.

Wyjaśnienie tego nietypowego jak na kota zachowania okazało się dość proste, choć trochę zaskakujące. Otóż kot był na spacerze. Ze swoją właścicielką. Przynajmniej tak to wyglądało, bo kiedy zbliżałem się do kota, minęła mnie na chodniku starsza pani rozmawiająca przez telefon i prowadząca na smyczy psa. Nie skojarzyłbym jej z tym kotem, gdyby nie to, że oglądając się za nim kilka razy, widziałem go za każdym razem w bardzo bliskim sąsiedztwie tej pani i jej psa. Oddalali się wzdłuż ulicy w podobnym tempie. Pani z grzecznie drepczącym na smyczy pieskiem i kot, który krocząc sobie dumnie to zbliżał się do nich, to oddalał się, ale nie dalej niż na 2-3 metry. Cała ta grupka wyglądała tak pociesznie, że oglądałem się za siebie jeszcze kilka razy.

A skoro już tak o kotach się rozpisałem, to napiszę jeszcze, że jadąc w piątek tramwajem na Dworzec Centralny, z którego wracałem jak co tydzień do swojego grajdołka pociągiem, zobaczyłem informację, że na Woli otwarto pierwszą w Warszawie (a możliwe, że dopiero drugą w Polsce) kocią kawiarnię. Pomyślałem, że fajnie byłoby ją odwiedzić. Nie wiem jednak, czy się do tego zmobilizuję, choć Wolę mam po sąsiedzku. Skoro nawet do biblioteki PW nie mam się kiedy wybrać, żeby oddać "przeterminowaną" książkę, za której przetrzymywanie codziennie wzrasta mi opłata. A do PW mogę dojechać dość szybko i bez przesiadek tramwajem. No ale na razie tak mam, że jak wyjdę z pracy, to już nic mi się nie chce. Zwłaszcza, że ostatniego tygodnia rzadko wychodziłem stamtąd przed 20.00.

Tagi: koty roman j
20:51, roman_j
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 listopada 2015

Stanisław Lem miał ponoć powiedzieć, że nie zdawał sobie sprawy, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzał do internetu. Trawestując to powiedzenie ja mógłbym napisać, że nie wiedziałem, że na świecie jest tylu drażliwców, dopóki nie zajrzałem na Facebooka. A przekonałem się o tym po zamachu w Paryżu.

Najpierw mój znajomy, choć nie wiem, czy to określenie nie jest na wyrost, napisał dość niemądry komentarz w pewnej dyskusji, która przez to stała się widoczna u mnie na fejsbukowej "ścianie". A zaczęła się od stwierdzenia jego znajomego (a jednocześnie mojego studenta), który nie rozumie, po co ludzie zmieniają swoje zdjęcia profilowe na FB (dodając do nich barwy flagi Francji), skoro to nic nie da?

Ponieważ nie mogłem się do dyskusji włączyć, więc swoje zdanie wyraziłem pisząc własne przemyślenie na ten temat, które sprowadziło się do stwierdzenia, że ludzie bardzo często dokonują pewnych manifestacji (np. noszą żałobę, wywieszają flagi z różnych okazji, noszą krzyżyki na szyjach, itp.), w wyniku których absolutnie nic się nie dzieje, ale to ich nie powstrzymuje przed dokonywaniem tych manifestacji. I takie zdziwienie trąca hipokryzją, bo chyba niemal każdy człowiek dokonał w życiu tego typu manifestacji.

Ja też zmieniłem swoje zdjęcie. Na tydzień, nie na stałe. Chciałem w ten sposób wyrazić swoją solidarność z francuskim społeczeństwem, które dotknęła tragedia. Inaczej tego nie umiem zrobić, a mam taką potrzebę. I robiąc to nie przypuszczałem, że to może kogoś drażnić. Że komuś może przeszkadzać, co robię z własnym zdjęciem profilowym. Skąd w tym kraju tylu wrażliwców, których tak bardzo to rozdrażniło, że nawet pojawiły się memy wyśmiewające te zmiany zdjęć?

Czy zrobiłem coś głupiego? W moim przypadku to nie był owczy pęd, bo z moich znajomych tylko 6 osób dokonało takiej zmiany, a tylko jedna zrobiła to przede mną. Nie wzbogaciłem też swego czasu swojego zdjęcia o barwy tęczy, co było dość popularne na FB trochę wcześniej. Nie widziałem wtedy takiej potrzeby, ale też nie przeszkadzało mi to.

Przyjmijmy na zakończenie tezę, że może ja jestem zbyt wrażliwy, że poszedłem za głosem serca i chciałem pokazać w jakiś sposób, że solidaryzuję się z ofiarami. Może lepiej byłoby, gdybym patrzył sobie na to cynicznie, z dystansem, rzucając jakiś celny bon mot. Potrafię tak. Ale w tym przypadku, i pewnie nie tylko w tym, wolę być zbyt wrażliwy, niż zbyt drażliwy. Drażliwy jak ci, którym przeszkadza to, co robią inni, choć ich to w żaden sposób nie dotyka.

Zastanawiając się nad tym wszystkim doszedłem do wniosku, że wrażliwość i drażliwość to tak naprawdę dwa oblicza tej samej cechy. Ja wolę z  nich to pierwsze. :)

 

Tagi: roman j
20:32, roman_j
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 października 2015

Ponieważ już znam swój plan zajęć na studiach zaocznych, więc wiem już, że do końca stycznia jedynym zawsze wolnym dniem tygodnia będzie niedziela. Przez kolejne trzy miesiące będę miał 6-dniowy tydzień pracy i pewnie mało którego z tych sześciu dni spędzę w pracy mniej niż 10 godzin. Ale nie narzekam, po prostu stwierdzam fakty. I korzystając z wolnej niedzieli postanawiam nadrobić braki w pisaniu blogu.

A teraz na temat. Byłem niedawno u mojego ulubionego lekarza prawie ortopedy ("prawie", bo jest blisko finiszu swojej specjalizacji). Wizyta jak zwykle była bardzo sympatyczna i jak zwykle trwała dłużej niż powinna. Ale że wszedłem kwadrans przed czasem, więc wyszedłem jeszcze zanim przyszła pora na kolejnego pacjenta. :)

Lekarz obejrzał moją nogę i wyraził się optymistycznie na temat tego, co zobaczył, choć specjalnym optymizmem to według mnie nie napawało. Niedługo przed tą wizytą zrobiła mi się kolejna przetoka. Czwarta w sumie, a trzecia czynna obecnie. Potem powiało jeszcze większym optymizmem, jak już udało się obejrzeć zdjęcia RTG mojej nogi (bezrefleksyjnie wysłałem je mailem w wersji spakowanej, jakby format JPG sam z siebie nie zapewniał kompresji, i było trochę zabawy z rozpakowywaniem zawartości, bo komputer w przychodni był do takich działań nieprzygotowany). Kość się zrosła i nawet chyba przebudowała. To jest dobra wiadomość. Zła jest taka, że zapalenie ma się dobrze, co zresztą wiedziałem i bez oglądania zdjęć, bo świadczą o tym czynne przetoki. Umiarkowanie zła, a może nawet nie zła, ale też nie dobra, była informacja, że między piszczelą a strzałką utworzył się kościozrost i mogę mieć przez to sztywniejszy staw skokowy. Poczytałem sobie trochę w Internecie, co to jest, i jakoś mnie to nie martwi.

Ponieważ uważam, że w relacji pacjent - lekarz powinna panować szczerość, więc powiedziałem mojemu lekarzowi, że od jakiegoś samowolnie praktykuję na przetokach brutalne ich płukanie. Tutaj czytelników o słabszych nerwach i żołądkach proszę o przejście do następnego akapitu, bo będzie naturalistyczny opis praktyk paramedycznych. ;) Otóż robię to tak, że nabieram do strzykawki kilka centymetrów sześciennych Octeniseptu i pompuję przez jedną dziurkę w nodze co najmniej do chwili, kiedy zacznie on wypływać z innej dziurki w nodze. Zwykle z jakąś dodatkową zawartością. Właśnie w ten sposób dorobiłem się tej trzeciej obecnie aktywnej dziurki, bo skóra jakby osłabiła się na jednej ze śrub i puściła.

Spodziewałem się, że lekarz mnie za te praktyki opieprzy, ale on uznał, że to bardzo dobry pomysł z tym płukaniem przetok i nawet zaoferował mi jakąś igłę z kulką. Nie wiedziałem wtedy, co to, więc podziękowałem, że nie chcę. Teraz wiem i żałuję, bo to faktycznie byłaby przydana rzecz, i jeśli bym ją dostał, to zaoszczędziłbym parę złotych.

Po wstępnych obrzędach nad moją nogą zapytałem lekarza, czy możliwe byłoby usunięcie z mojej kości gwoździa, ale bez tych wszystkich dodatkowych operacji, które unieruchomiłyby mnie na kolejne miesiące z wystającymi z nogi drutami. Okazało się, że tak. I że przy okazji można by wyciąć przetoki, wypłukać kanał szpikowy, wyskrobać kość i włożyć gąbki z gentamycyną. Wszystko to wyłączyłoby mnie z pracy, bo o nią głównie chodzi, na około dwa tygodnie. Po tej informacji od lekarza zapytałem niezobowiązująco, czy mogę liczyć na to, że to on mnie zoperuje. Okazało się, że tak. Muszę tylko zdecydować się, kiedy i powiadomić go co najmniej miesiąc wcześniej.

Wygląda więc na to, że widać jakieś światełko w tunelu moich zmagań z kością. Oczywiście nikt mi nie zagwarantuje, że wszystko skończy się raz na dobre za jakiś czas, ale pojawiła się taka perspektywa i to z dość konkretnym horyzontem czasowym (który w dużym stopniu ja określę). Wstępnie zakładam, że położyłbym się szpitala na początku kwietnia. Ale muszę to jeszcze uzgodnić z co najmniej jednym przełożonym. W tej sytuacji na razie odpuszczę sobie próby nawiązania ponownych kontaktów z oddziałem zapaleń kości w szpitalu w Otwocku. Nie ma sensu działać na dwa fronty. Cierpliwie poczekam te pięć miesięcy. Myślę, że zleci mi ten czas błyskawicznie biorąc pod uwagę, jak bardzo będę w tym okresie zapracowany. :)

sobota, 24 października 2015

Mamy gorący czas przedwyborczy, więc czytając tytuł mojej notki ktoś może pomyśleć, że będzie poświęcona polityce. Nic bardziej mylnego. Tym razem nie będzie prawie wcale odniesień do polityki ("prawie wcale", bo jak ktoś się uprze, to znajdzie takie odniesienia wszędzie). Moja pomyłka dotyczy sfery muzycznej i tego oto utworu.

Słyszałem ten utwór kilka razy w radio nie mając pojęcia ani o tym, kto jest jego wykonawcą, ani jaki jest jego tytuł. Natomiast od pierwszego razu utwór ten złapał mnie i za serce i "za ucho", że tak to ujmę. Mój zapał jednak mocno ostygł, kiedy dosłuchałem się w nim takich fraz jak "take me to the church" (co się okazało potem tytułem), czy też powtarzanego kilka razy "amen".

Pomyślałem sobie, że szkoda, że taki świetny kawałek, który sam bym pewnie chętnie sobie głośno zaśpiewał czasem (o ile wyciągnąłbym górne dźwięki) śpiewa jakiś mocno religijnie nawiedzony człowiek. Ci, którzy już wiedzą, kim jest Hosier, w tym momencie pewnie uśmiechnęli się do siebie. A ja, jeszcze tego nie wiedząc, postanowiłem po prostu przestać się tym kawałkiem zachwycać. Ale nie dało się. Utkwił mi w pamięci na dobre i nuciłem go w głowie chcąc, nie chcąc. Nawet teraz go nucę.

Postanowiłem więc dowiedzieć się, o czym to jest? Z pewnym trudem udało mi się znaleźć odpowiedni kawałek na You Tube (nie znałem przecież ani wykonawcy ani tytułu) i obejrzawszy początek videoklipu już wiedziałem, jak bardzo się pomyliłem. Jeśli wcześniej ten utwór chwycił mnie za serce i za ucho, to jego teledysk jeszcze dodatkowo chwycił mnie za gardło. Kiedy zajrzałem do Wikipedii i przeczytałem, kim jest wykonawca, dopełniło to obrazu mojej wielkiej pomyłki, czyli przekonania, że to jakiś łzawy kawałek wielbiący boga czy religię. Nic bardziej mylnego. :)

Życzę miłego słuchania, a na koniec napiszę, że zabawny i paradoksalny jest taki drobny szczegół, że jak się z pseudonimu artysty usunie jedną literę, to otrzyma się jego całkowite przeciwieństwo. I to chyba niemal pod każdym względem. Którą literę, to już sobie sami ustalcie. ;)

Tagi: roman j
15:38, roman_j
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 października 2015

Korzystając w chwili wolnego czasu przed pójściem do łóżka (jutro muszę wstać ok. 6 i przeprowadzić 9 godzin zajęć, więc raczej do łóżka pójdę szybko), postanowiłem podzielić się pewną myślą wyborczą, ale nie polityczną. Wybory wkrótce i ja już się do nich mentalnie przygotowuję. I tak jak za każdym razem, kiedy idę wybierać parlamentarzystów (a byłem chyba na wszystkich tego typu wyborach), będę miał poczucie niedosytu. Człowiek w siedzibie komisji wyborczej dostaje stertę makulatury i na tych wszystkich listach może postawić tylko jeden krzyżyk. Za mało! Zdecydowanie. Nie mam poczucia, że mój głos się w całej masie liczy, choć wiem, że ta masa składa się właśnie z takich samych pojedynczych głosów. A można by to dość łatwo zmienić. Przynajmniej jeśli chodzi o moje poczucie sprawczości, bo nie wiem, jak by to podziałało na innych. Może wcale, bo nie mają takich odczuć.

Otóż gdybym miał coś zmieniać w obecnej ordynacji wyborczej, to wprowadziłbym zasadę, że każdy może oddać tyle głosów, ile jest miejsc do obsadzenia w parlamencie w danym okręgu wyborczym. I jeszcze jedna ważna zasada - tak oddane głosy liczyłyby się poszczególnym kandydatom, ale jeśli ktoś postawiłby więcej niż jeden krzyżyk na tej samej liście, to sama lista i tak dostawałaby tylko jeden głos. Całą resztę ordynacji zostawiłbym bez zmian. Napisałem "może oddać", bo oczywiście nie byłby to obowiązek. Można byłoby postawić mniej krzyżyków. Jeśli w okręgu na przykład wybiera się 7 posłów, to ważny byłby głos, gdzie postawiono od 1 do 7 krzyżyków. Żeby ułatwić pracę komisjom wyborczym i choć trochę utrudnić jakieś potencjalne fałszerstwa, wyborca miałby oprócz list kandydatów jeszcze dodatkową kartkę, na której zaznaczałby, ile postawił na karcie krzyżyków.

Myślę, że nie jest to pomysł z kosmosu, bo procedura głosowania, w której oddaje się tyle głosów, ile jest mandatów do obsadzenia, jest znana. Ja sam brałem udział w takich wyborach dwukrotnie jako kandydat (w obu przypadkach, choć zupełnie odmiennych, uzyskałem mandat). Chociaż przyznaję, że tamte wybory były prostsze, bo nie było wielu list, co gmatwa trochę sprawę. Na przykład trzeba by się zastanowić, jak liczyć przekroczenie 5% progu? Myślę, że można by to liczyć jako liczbę głosów oddaną na daną listę odniesioną do liczby wszystkich głosów oddanych na listy. Przy czym nie byłaby ona zwykle równa liczbie wydanych kart (byłaby większa). Najlepiej chyba to wytłumaczyć na przykładzie. Załóżmy, że trzy osoby mogą oddać po 5 głosów. Jeśli każda z nich poprze tylko kandydatów z jednej listy, to oznaczać to będzie łącznie 3 głosy na listy i każda z list dostanie 33% głosów. Jeśli jedna osoba poprze pięć różnych list, a pozostałe dwie osoby po jednej liście spośród tych pięciu i będą to różne listy, to: dwie listy dostaną po dwa głosy, a trzy listy po jednym głosie. Suma głosów na wszystkie listy wyniesie siedem, a procentowe udziały: dwie listy po około 28,6% i trzy listy po około 14,3%. Trochę to wszystko skomplikowane, ale jakie ciekawe! Ile możliwych strategii wykorzystania swoich krzyżyków! Jeśli popieram listę mającą małe poparcie, to nie powinienem oddawać głosów na inne listy, tylko na tę jedną. Jeśli zaś mam wśród faworytów listę z silnym poparciem, to mogę poprzeć też inną, bo bardzo jej w ten sposób nie zaszkodzę, a może pomogę tej drugiej.

Jeszcze ciekawiej byłoby, gdyby na daną listę liczyły się wszystkie oddane przez jednego wyborcę głosy. Wtedy żelazny elektorat mocno wzmacniałby pozycję danej listy, ale też większe byłyby szanse wyboru posłów z jakichś mniej popularnych list. :) A jeśli byłoby ciekawie, bo niekoniecznie wszystko byłoby z góry przesądzone, to myślę, że wzrosłaby frekwencja. Trochę mniej przydatne stałyby się sondaże. A i badania exit polls pewnie stałyby się trudniejsze. Ale to nie jest argument przeciw. Zresztą moje rozważania i tak pozostaną tylko moimi rozważaniami. Nie sądzę, żeby w przewidywalnej przyszłości komuś przyszło do głowy wprowadzać mój pomysł w życie. ;)

Miały być w tej notce jeszcze inne przemyślenia, jak sugeruje tytuł, ale tak się rozpisałem, że więcej nic już nie będzie. :)

21:47, roman_j
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 209

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters