O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 19 sierpnia 2014

Kolejna w ostatnim czasie notka dotycząca snu. Po raz kolejny jest okazja przyjrzeć się logice i "mechanice" marzeń sennych. Miniona noc była bogata w dość realistyczne marzenia senne, z których, jak zwykle, zapamiętałem głównie te, które miałem tuż przed przebudzeniem. Tak przy okazji, to określenie "marzenia senne" jest nieco mylące, bo sugeruje, że ktoś marzy o tym, co mu się śni. W przypadku koszmarów to chyba dość przewrotna logika. :) Ale do rzeczy.

Śniło mi się dziś między innymi, że byłem w przychodni. Tradycyjnie, było to miejsce, którego na jawie nigdy nie widziałem. Na dodatek przypominało dziwne połączenie ośrodka zdrowia, szkoły i sali balowej. Ale nie dziwi mnie to. Sny mają swoją własną logikę. W tymże śnie występował m.in. mój ortopeda, który szykował się właśnie do rozpoczęcia przyjmowania pacjentów, kiedy wszedłem do niego do gabinetu, bo... potrzebowałem nitki. Chciałem powiesić coś w sali balowej.

Przy okazji, skoro już się zobaczyłem z lekarzem, poinformowałem go, że niedługo przyjdę też na wizytę. Jeszcze tego samego dnia. Wywiązała się krótka rozmowa, której konkluzje, gdyby potraktować je poważnie, byłyby bardzo niepokojące. Otóż lekarz zrobił zbolałą minę i stwierdził, że nie wie, czy jest sens, żebym kontynuował leczenie u niego. Powiedział, że chyba niepotrzebnie robi mi nadzieję, że moją złamaną nogę da się wyleczyć. Ale on tak już ma, że nie potrafi powiedzieć prosto z mostu, że sytuacja jest beznadziejna. Dodał też, jakby to miało cokolwiek do rzeczy, że postępuje tak, jak jego starsza siostra.

Zrozumiałe jest chyba, że słysząc we śnie takie słowa raczej się nie ucieszyłem. Ale zadziałał mechanizm zaprzeczenia i z wymuszonym uśmiechem odpowiedziałem, że i tak przyjdę na wizytę i na pewno z moją nogą będzie dobrze. W końcu medycyna to nie matematyka, a nawet w matematyce nie można określić rozwiązania wielu skomplikowanych zagadnień. I ten sen się akurat na tym skończył. Nie zamierzam się jego przesłaniem przejmować. Myślę, że jest on raczej odbiciem moich częściowo nieuświadomionych lęków. Ale na wszelki wypadek może zapytam mojego ortopedę, czy ma siostrę. ;)

Drugi, króciutki sen zaskoczył mnie, bo wynika z niego, że człowiek śniąc nie ma dostępu do części swojej wiedzy i to w dość zasadniczym zakresie. Sen był dość chaotyczny i trudno właściwie streścić jego fabułę. Napiszę więc jedynie, że próbowałem sobie w nim przypomnieć, kiedy zmarł mój ojciec i w jakich okolicznościach złamałem nogę. Tego drugiego sobie nie przypomniałem. Natomiast w tym pierwszym przypadku we śnie doszedłem do niezachwianego przekonania, po kilku nietrafionych "strzałach", że był to sierpień tego roku. A sam sen dział się gdzieś w połowie września.

Tymczasem to oczywista bzdura. Kilka minut po obudzeniu, kiedy już na dobre oprzytomniałem, natychmiast przypomniałem sobie, że to był kwiecień dwanaście lat temu. W sierpniu, ale zeszłego roku, to mi zmarł kot. Za trzy dni minie dokładnie rok od tamtego dnia. I, co mnie nieustannie dziwi, wciąż brakuje mi tego zwierzaka. Czasem wieczorem, kiedy zasypiam i dom wydaje jakieś dźwięki, słyszę coś jakby delikatne stąpnięcie kociej łapy na wykładzinie. Wytężam słuch, czy nie usłyszę kolejnych stąpnięć albo po dłuższej chwili ciszy nie poczuję, jak na kołdrze ląduje miękko czarne stworzenie. Ale nic się takiego nie dzieje, a ja zasypiam mogąc sobie co najwyżej wspominać, jak to wcześniej bywało.

Swoją drogą to o tyle dziwne, że brakuje mi tego kota, bo nie ona nie była bynajmniej pieszczochem czy taką kocią przylepą. Wręcz przeciwnie. Niezależna, rzadko okazująca jakąś sympatię czy zainteresowanie (chyba, że się akurat było w kuchni w porze, kiedy kot był głodny). Nie lubiła brania na ręce, stroniła od siadania na kolana. Dopiero pod koniec swojego życia zmieniła trochę swoje zwyczaje i kiedy siadałem w jednym konkretnym miejscu, zwykle z książką, to nieodmiennie po kilku minutach miałem na kolanach kokoszącego się kota. 

Ale jest w tym jakaś życiowa prawda, że bardziej brakuje nam tych, którzy byli oszczędni w okazywaniu nam względów. I nie dotyczy to tylko zwierząt, a przede wszystkim ludzi. Okaż komuś wyraźnie swoje przywiązanie, a możesz być niemal pewien, że nie spotkasz się z wzajemnością. Bądź na czyjeś każde skinienie, a w rewanżu rzadko znajdzie tylko dla Ciebie czas. Sam niestety często popełniam te błędy w relacjach z ludźmi i potem zbieram tego żniwo. A raczej nie zbieram, bo oczekiwanego plonu nie ma. I to jest niestety akurat w moim przypadku bardzo aktualna konkluzja...



Tagi: kot roman j sen
10:48, roman_j
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Co prawda do turystyki mam inny blog, ale czasami notka bardziej pasuje tutaj, jako że tamten zawiera głównie moje relacje z uprawiania turystyki. I tak jest właśnie z tą notką.

Niedługo po powrocie z tegorocznego OWRP postanowiłem dokonać przeglądu sprzętu turystycznego. Przede wszystkim w Internecie - z myślą o niezbędnych zakupach wynikających z potrzeby przeprowadzenia uzupełnień lub wymiany. Myślałem, że to będzie krótka sprawa, a wsiąkłem w Sieć na prawie pół dnia. W końcu wziąłem kartkę i zacząłem robić listę priorytetów, bo gdybym chciał nabyć wszystko, co wpadło mi w oko, to bym chyba zbankrutował. A na dodatek większość oglądanych rzeczy nie jest mi akurat niezbędna.

Na przykład hamak. Czytam akurat książkę, której bohater akurat na tym etapie rozwoju akcji poleguje sobie na hamaku i czyta książki. To mi nasunęło myśl, że ja chyba nigdy nie leżałem na hamaku z książką. A to przecież nie jest tak wymyślna czy kosztowna konstrukcja, żeby sobie takiego hamaka nie sprawić. Choćby na weekendowy wypad czy wakacyjny wyjazd.

Inny przykład to rozkładany brezentowy dach. Kawał materiału, dwa maszty, kilka odciągów i już można zadaszyć kawałek terenu między namiotami. Wtedy deszczowa pogoda nie zmusza do szukania stałego zadaszenia, czy siedzenia w namiotach, które nie zawsze oferują dość miejsca na liczniejsze spotkania towarzyskie. Ostatecznie, w sytuacji awaryjnej taki dach można rozłożyć nad namiotem, jeśli jest uszkodzony lub jeśli chcemy go zwinąć na deszczu. A nawet wyobrażam sobie rozkładanie pod takim dachem namiotu podczas opadów.

Ale na razie ani dachu ani hamaka nie kupiłem. Choć nie wykluczam. Na razie pilniejsze okazały się inne zakupy. Przede wszystkim karimata, bo wstyd już nosić tę, którą mam od dziesięciu lat. Nie tyle wstyd, że taka stara i niemodna, ile że mocno zmaltretowana. Kupiłem więc nową i pokrowiec do niej. Do tego szpilki. Aluminiowe i (niby) zaostrzone. Na pewno będą lżejsze, może łatwiejsze do wbijania, ale na pewno prostsze, bo te, które mam obecnie, mają różne fantazyjne kształty. Nie ułatwia to ich używania. Może aluminiowe będą lepsze.

Kupiłem też elementy masztu do namiotu. Ostatnio dokonany przegląd ujawnił uszkodzenia grożące poważnymi komplikacjami. No ale czego się spodziewać po 10-letnim namiocie, który przeżył już pewnie ponad sto rozłożeń i złożeń. I tak się dobrze trzyma. Dlatego, chociaż za namiotem też się rozglądam, to na razie kupować nowego nie planuję. Po prostu zapoznaję się z trendami i wybieram, co kupię, jeśli sytuacja mnie zmusi do takiego zakupu. Najbliższy mojemu aktualnemu namiotowi jest Muwang II firmy Fjord Nansen. Ale inne modele tej firmy też mają swoje zalety. Niestety, mojej leciwej Islandii II nie ma już w ofercie. Jeszcze kilka lat temu była w wersji odświeżonej. Może wtedy trzeba było kupić "na zapas"? W końcu namiot to nie jacht. Nie trzeba być burżujem, żeby mieć dwa. :)

Szukam też w sieci od jakiegoś czasu naczyń. Ale żadne nie przekonują mnie wyraźnie do siebie. Powinny być lekkie, trwałe i… niewykonane z aluminium. :) Dostałem kiedyś w prezencie takie aluminiowe i miałem je na rajdzie dwa razy: pierwszy i ostatni. Więcej takich nie chcę. Ale i z pozostałych niełatwo coś wybrać. Dobre są stalowe, ale zwykle dość duże no i ciężkawe. Podobają mi się silikonowe składane, ale znowu jakoś ten silikon mnie nie przekonuje. Widziałem też płaskie, wykonane z czegoś, co wygląda na wytrzymały brezent, który składa się na rzepy. Te znowu wydają mi się dość rewolucyjne. Ale może takie ostatecznie kupię.

O innych potencjalnych zakupach nie będę się rozpisywał. Może warto rozejrzeć się za nowym plecakiem, bo ten jest jeszcze starszy niż namiot. Choć jak na swój wiek bardzo dobrze się sprawuje. Śpiwór, choć ma już kilka lat, też wciąż zdaje egzamin. Buty trekkingowe, po naklejeniu łatki na dziurę przebitą przez odłam mojej kości, też dają radę. W namiocie w ramach corocznego serwisu wystarczy uszczelnić szwy impregnatem (choć w tym roku nie przeciekały). Dlatego też kupiłem impregnat.

Nie mam za wiele potrzeb, ale popatrzeć na to, co oferuje turystom rynek, zawsze można. Byle tylko bez nagłych, nieprzemyślanych decyzji skutkujących zakupami, których przydatność okazałaby się potem dyskusyjna.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

A co mi tam. Właśnie zajrzałem do zestawienia 1000 najpopularniejszych blogów na Blox.pl i drugi tydzień z rzędu znalazłem tam swój blog. Nie tak wysoko, jak zdarzało mi się bywać drzewiej (w okolicach 3. czy 4. setki), bo na 717. miejscu, ale na prawie 380.000 blogów to i tak nieźle. Zwłaszcza biorąc pod uwagę przerwę w dostępności mojego blogu.

Podbijanie statystyk nie są moim celem, ale mimo to lubię nimi połechtać swoją próżność. ;)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Jak ktoś nie zna odpowiedzi na tytułowe pytanie, niech się nie martwi. Ja też nie wiedziałem, dopóki... sam tego określenia nie wymyśliłem. :) Nie sprawdzałem jeszcze w Google, choć pewnie zrobię to po napisaniu tej notki, czy takie słowo nie funkcjonuje już w jakimś znaczeniu. Teoretycznie jest to możliwe, w końcu w tym kraju jest ponad trzydzieści milionów mózgów i może komuś tak samo się coś w głowie ułożyło.

Ale do rzeczy. Myślę, że czytelnicy mojego blogu znają słowo selfie jako określenie pewnego rodzaju zdjęcia. Po polsku określa się to mało wyrafinowanym słowem samojebka. Może są też inne określenia. Ja bym proponował określenie samosia, ale nie wiem, czy to by się przyjęło. Ale co to w takim razie jest cieniufka? Otóż cieniufka to takie zdjęcie, na którym autor zdjęcia umieszcza w kadrze swój cień. Można napisać, że to taka subtelniejsza odmiana samosi.

Dlaczego akurat cieniufka? Jako połączenie słów cień i fotka. Inna możliwa wersja tej nazwy, bardziej konserwatywna, to cieniówka. Lepiej brzmi i wygląda po polsku, ale nie ma tego "f" ze słowa fotka. A po co w ogóle nadawać nazwę takiej formie zdjęcia? Mnie zainspirowała B., która takie zdjęcia robi celowo. Nie zawsze można kogoś poprosić o zrobienie zdjęcia albo ktoś może nie lubi umieszczać na zdjęciach siebie, ale chce mieć "dowód", że gdzieś był. I wtedy można sobie właśnie zrobić cieniufkę lub cieniówkę (to drugie słowo chyba istnieje w słowniku języka polskiego, bo kiedy piszę tę notkę, nie jest ono podkreślane jako błędne).

Spodobał mi się taki sposób samouwieczniania, dlatego postanowiłem nadać temu rodzajowi zdjęć nazwę. Jeśli ten trend zrobi kiedyś karierę, to polskie określenie już jest. :) Gdyby chcieć to nazywać po angielsku, to chyba dobry neologizm shalfie pochodzący od słów shadow i selfie.

Żeby zilustrować, jak wygląda cieniufka vel shalfie, poniżej dwa przykłady. Jedno z tych zdjęć powstało celowo w tej konwencji, za to drugie wydaje mi się bardziej pasujące do mojej definicji, bo uważam, że klasyczna cieniufka nie powinna zawierać wyłącznie własny cień fotografa, ale coś jeszcze lub ewentualnie więcej cieni.

Cieniufka 1

Cieniufka 2

Na koniec napiszę, na wypadek, gdyby moje powyższe propozycje okazały się nieoryginalne (w tym sensie, że nie ja pierwszy na to wpadłem), że nie zamierzam egzekwować swoich praw autorskich do tych nazw. A przynajmniej praw majątkowych. ;) Natomiast na pewno pomysł na te określenia nie jest ściągnięty przeze mnie z kogokolwiek, czy gdzieś podpatrzony. Jeśli ktoś na coś takiego już wpadł, to fajnie. :)

Uzupełnienie: Dzięki wujkowi Google znalazłem na Instagramie zdjęcia otagowane jako shalfie i wiele z nich to zdjęcia własnych cieni. No cóż, chyba to byłoby jednak trochę dziwne, gdyby na to akurat określenie nikt dotąd nie wpadł. Ale cieniufka nie funkcjonuje. Jest za to cieniówka m. in. jako określenie folii używanej w ogrodnictwie. :)

wtorek, 05 sierpnia 2014

Ciekawie zaczął mi się dzisiaj dzień. Najpierw po 3,5 godzinach snu zwlekałem się rano z łóżka przez 45 minut. Jak nigdy. W końcu się zwlokłem i zataszczyłem swoje zwłoki do kuchni na śniadanie i do łazienki na poranne ablucje (nie pamiętam w jakiej kolejności). Gdyby nie fakt, że umówiłem się wcześniej na ważne spotkanie w pracy na 9.00, to spałbym pewnie jeszcze przynajmniej ze trzy godziny. Ale w tej sytuacji nie mogłem sobie na to pozwolić.

Zaplanowałem sobie, że będę miał ponad godzinę zapasu między godziną wyjścia z łóżka, a porą, o której muszę wyjść z domu, żeby się nie spóźnić do pracy. Ale ze względu na poranną nieprzytomność mój zapas czasu bardzo mocno się skurczył. Na tyle, że wychodziłem z przekonaniem, że nie mam szansy przyjść punktualnie, choć spóźnienie nie byłoby duże.

Wyszedłszy z domu, w niezbyt dobrej formie fizycznej mimo wypitej kawy, w miarę raźno ruszyłem na 3,5-kilometrową trasę spaceru do pracy. Jak zwykle pogrążyłem się w rozmyślaniach, choć nie na tyle głęboko, żeby stracić kontakt z otoczeniem. I właśnie z tego otoczenia dobiegł mnie głos starszej pani, która pytała mnie, gdzie jest przystanek komunikacji miejskiej. Zatrzymałem się, wróciłem całkiem do rzeczywistości, chwilę pomyślałem nad odpowiedzią i pokazałem, gdzie jest ten przystanek.

Starszej pani jednak to najwyraźniej nie zadowoliło. Marudnym głosem stwierdziła, że to jakiś tymczasowy. Odpowiedziałem jej, zgodnie z prawdą, że stały został tymczasowo zlikwidowany, a ten tymczasowy go zastępuje. Nie przekonałem starszej pani, bo pokazując w kierunku tymczasowego dworca PKS zapytała: "A tam?". "Tam jest PKS", odpowiedziałem, ale najwyraźniej znów nie po myśli starszej pani, bo zamruczała pod nosem ni to z pretensją, ni to z rozczarowaniem, że będzie musiała poszukać.

W tym momencie pomyślałem, że mnie coś zaraz pizgnie. Zirytowany zapytałem, po co ma szukać, skoro ten przystanek jest tam, gdzie pokazuję. Po czym odwróciłem się na pięcie i poszedłem dalej klnąc w cichości ducha, że mi się zebrało na grzeczność (jak zwykle, kiedy ktoś mnie pyta o drogę) i zechciałem kobiecie pomóc trwoniąc swój i tak już nadszarpnięty limit czasu na dojście do pracy. Zastanawiam się, po co ktoś zadaje tego typu pytanie, jeśli poprawna i jedynie właściwa odpowiedź, nie jest tą, której oczekuje?

Zabawnie zrobiło się jakieś 50 metrów dalej, kiedy świńskim truchtem podbiegł do mnie jakiś niezbyt świeżo wyglądający jegomość w średnim wieku i zapytał, czy przystanek komunikacji miejskiej jest tam, gdzie jednocześnie pokazywał pytając. Ponieważ tam był, więc powiedziałem, że tak oraz, że drugi jest w miejscu, które wcześniej wskazałem starszej pani. Nie czekając na reakcję abnegata ruszyłem dalej. Pomyślałem, że jeśli jeszcze ktoś mnie dziś zapyta o lokalizację przystanku komunikacji miejskiej, to bez słowa wyjaśnienia zdzielę go parasolem przez łepetynę.

Ludzie, kupcie sobie GPSy, plany miast czy inne pomoce naukowe tudzież sprzętowe, jeśli nie zadowalają was odpowiedzi, których udzielają wam zagadnięci przygodni przechodnie. Ja naprawdę nie pasjonuję się topografią mojego grajdołka na tyle, żeby każdemu potencjalnemu chętnemu tłumaczyć, jak ma gdzieś dojechać, czy gdzie coś się znajduje. A już naprawdę nie lubię, kiedy się namyślę, potem naprodukuję, a mina i reakcja pytającego wskazuje, że wolałby, żebym powiedział coś innego. Nawet jeśli byłaby to nieprawdziwa odpowiedź. Czasem mówi się, że prawda boli, ale chyba, do cholery, nie przy odpowiedziach na takie pytania!

Tagi: roman j
21:02, roman_j
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Pisałem już tutaj o moich snach w różnych kontekstach. Dzisiejszy mój sen skłonił mnie do napisania krótkiej notki na temat sennej logiki, a raczej jej braku.

Dziś przez jakiś czas miałem sen związany z podróżą koleją. Miewam czasem takie sny i bardzo często zdumiewa mnie w nich to, że widzę w nich dworce, których w rzeczywistości nigdy nie widziałem, bo albo na jakiejś stacji nigdy nie byłem, albo ona zupełnie inaczej wygląda niż we śnie. Częściej zdarza się ten drugi przypadek. Na przykład stacja Wrocław Główny w postaci podziemnego dworca czołowego, który bardziej przypomina zespół basenów (ale bez wody), gdzie pociągi ruszają spod białej, wysokiej ściany, na której kończą się tory. Albo występują w tych snach tak dziwne wagony i lokomotywy, że choć jak najbardziej mogłyby tak wyglądać, jeśli chodzi o wystrój, układ siedzeń czy rozwiązania techniczne, to takich wagonów nie ma. A przynajmniej ja takich w życiu nie widziałem na jawie.

Dziś śniło mi się, że byłem na stacji Łowicz Główny. Tylko, że ta stacja ze stacją w Łowiczu nie miała nic wspólnego (wiem, bo kilka razy tam byłem). Na dodatek we śnie byłem przekonany, że żeby dojechać do mojego grajdołka z tegoż Łowicza, powinienem jechać przez Łódź (to jeszcze ma trochę sensu) albo przez Bydgoszcz (niezbyt mądry pomysł). Jakby tego było mało, zdecydowałem się jechać przez Bydgoszcz, bo mogłem tak rzekomo dojechać bezpośrednio dzięki jakiejś łącznicy dwóch linii i starej, rzadko używanej linii do mojego grajdołka. Oczywiście na jawie niczego takiego nie ma.

Ledwo się otrząsnąłem z tych rewelacji, okazało się, że jestem już w moim grajdołku, ale nie przyjechałem tam pociągiem (czym innym, tego nie wiem) i studiuje rozkład jazdy. Po co? Ano po to, żeby zdecydować, na jaką stację pojechać, żeby wsiąść do któregoś z pociągów (przez Łódź lub przez Bydgoszcz) i dojechać nim z powrotem do siebie. Pamiętam myśl z tego snu, że ponieważ oba pociągi są już w drodze, a dojazd do takiej stacji też zajmie trochę czasu, to powinienem wsiąść na jakiejś, która jest bliska mojego grajdołka.

Reasumując. Chciałem wrócić możliwie najwygodniej pociągiem do domu, po czym znalazłszy się w nim nagle w niewiadomy sposób zamiast uznać, że sprawa jest zamknięta, zacząłem kombinować, gdzie powinienem pojechać, żeby wrócić do domu tak, jak zaplanowałem. Logika godna skeczów Monty Pythona.

Ale chyba dlatego lubię śnić o kolei. Kiedyś w jednym śnie na stację w moim grajdołku od strony zdecydowanie mniej doinwestowanej prowadziło dziesięć (sic!) torów. Na dodatek wszystkie wynurzały się z tuneli i były torami kolei szybkich prędkości. Ale żeby nie było za dobrze, dworzec był stary, a w drugą stronę prowadził nadal ten sam jeden samotny tor co teraz. Na dodatek bilet trudno było kupić w zamkniętej kasie, a jak już go kupiłem, to okazało się, że jest kartonikowy. Ot, logika senna w pełnej krasie. W zasadzie trochę nawet pokrywa się z logiką PKP... ;)

niedziela, 03 sierpnia 2014

Miałem pisać o czymś innym (poza tym tak w ogóle, to powinienem pisać artykuł za 7 punktów na konferencję do Czech), ale zachciało mi się zajrzeć do kilku blogów z mojego niezbyt rozbudowanego spisu. A potem do kolejnych kilku i w końcu zajrzałem do każdego. A przynajmniej próbowałem.

Wrażenie jest przygnębiające. Kilka blogów nie istnieje. Kilka blogów jest zamkniętych przede mną. Kilka blogów, a może nawet nieco więcej niż kilka, jest martwych lub z rozmysłem zakończonych. Zniknęły, zamknęły się lub zamarły blogi, które uważałem za ciekawsze i żywotniejsze od mojego. Takie, których autorów i autorki jakbym znał, choć nie widzieliśmy się nigdy w realu. Normalnie apel poległych mógłbym urządzić.

Życie jednak toczy się dalej, więc zamiast apelu poległych zrobiłem trochę czystki w odnośnikach. Usunąłem jednak tylko linki prowadzące donikąd. Blogi martwe wszak mogą ożyć (mój blog mógł się takim wydawać ostatnio). A nawet jeśli nie, to w końcu przez jakiś czas lubiłem tam zaglądać po świeże notki, więc nie powinienem teraz udawać, że martwy blog to blog już nic niewart. Wcale nie. Ot, to taki zatrzymany w biegu obrazek.

Zastanawiam się, czy nie zasilić mojej listy blogów w świeżą krew. Ale chyba nie zrobię z tego jakiejś akcji. Ot, może coś samo wpadnie w oko przypadkiem, może przejrzę czasem wpisy z listy ostatnich wpisów na Blox albo blogi komentujących na znajomych blogach. Za to na pewno nie będę odwiedzać blogów z polecenia. Gusta są wszak różne i to, co się jednemu podoba, drugiego może odstręczać. Wyjątek zrobię tylko, jeśli będzie chodziło o blog kogoś, kogo znam osobiście. Wtedy chętnie zajrzę, choć nie obiecuję, że zostanę na stałe. :)

Tagi: blogi roman j
12:44, roman_j
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 sierpnia 2014

Nie dane mi się dziś było wyspać, choć noc wreszcie nie była parna, jak większość poprzednich. Niemal dokładnie o godzinie 5.00 rano obudziły mnie dwie głośne eksplozje za oknem. Zanim się na dobre przebudziłem, pomyślałem, że brzmiało to tak, jakby ktoś odpalił petardy o dużej średnicy. Albo jakby pękły wielkie opony za bardzo i za szybko napompowane.

W międzyczasie usłyszałem po raz trzeci dziwny hałas. Może to zabrzmi dziwnie, ale skojarzył mi się z odgłosem, jaki musiałby wydać duży pęk grubych prętów zbrojeniowych, gdyby przenoszony dźwigiem na pewnej wysokości rozsypał się i spadł na betonowe podłoże. Następne skojarzenie było z odgłosem błyskawicznie opróżnionego zbiornika gazu pod wysokim ciśnieniem.

Stąd też przyszła mi do głowy myśl, że może to były wybuchy gazu. Może rozerwało gdzieś rurę? Ta myśl sprawiła, że wstałem, żeby się rozejrzeć. Kiedy uniosłem roletę w sypialni, między drzewami odgradzającymi mnie od parkingu znajdującego się jakieś 30-50 metrów z tyłu bloku zauważyłem spory ogień sięgający może nawet drugiego piętra. Niestety, drzewa skutecznie zasłaniały widok na to, co się paliło, ale domyśliłem się, że pali się samochód. Może nawet nie jeden (sprawdzę to później, jak wyjdę po zakupy).

Straż przyjechała dość szybko od chwili, kiedy usłyszałem pierwszą eksplozję. Po kilkunastu sekundach działań strażaków zamiast ognia widać było tylko kłęby pary i dymu. Uspokojony tym widokiem poszedłem spać. Zanim zasnąłem pomyślałem, że ktoś godnie uczcił wybuch powstania warszawskiego, tylko się o pół doby pomylił. Swoją drogą, gdyby to miał być rzeczywiście hołd dla powstańców, to byłby on równie pozbawiony sensu i przynoszący zbędne straty, co sam zryw.

czwartek, 24 lipca 2014

No i stało się to, na co czekałem od lutego. Mam już wyznaczony termin przyjęcia na oddział w celu wymiany mojego gwoździa śródszpikowego na wersję deluxe. ;) Łatwo nie było i niekoniecznie zanosiło się, że sprawę uda się tak załatwić, ale jednak się udało.

Najpierw dzięki W. w ogóle dostałem się do Otwocka na czas i do tego dość komfortowo. Pojechaliśmy przez Płońsk i myślę, że to był dobry wybór. Na miejsce przyjechaliśmy nieco po godzinie 10.00. Na oddziale czekało na doktora R. już dwoje interesantów. A po mnie doszła jeszcze dwójka.

Niedługo przed południem pojawił się doktor R. i wszyscy rzucili się na niego niemal jak sępy na padlinę. Nie miało znaczenia, kto był przed kim lub po kim. Jedna paniusia, która przyjechała z mężem jako ostatnia, bezceremonialnie wparowała jako druga. Czasem żałuję, że nie mam w sobie tyle asertywności (czy może raczej agresji), żeby komuś takiemu wygarnąć. Mam czasem wrażenie, że są ludzie, którym wydaje się, że należą im się w życiu jakieś przywileje wyłącznie z tej racji, że są o tym przekonani.

Niestety, za pierwszym rzutem doktor R. omówił tylko dwa przypadki, po czym oddalił się na salę operacyjną informując, że ma tam jedną krótką sprawę. Po tej jednej była niestety następna z ostrego dyżuru, co przedłużyło mój czas oczekiwania o kolejne dwie godziny.

Było już po 15.00, kiedy doktor R. wyraźnie zmęczony wyszedł w końcu z sali operacyjnej. Wyraźnie było widać, że ma już dość pracy na dziś i najchętniej odesłałby wszystkich interesantów do domu. Ale chyba jego braki w asertywności są dużo poważniejsze niż moje, bo choć zaprotestował na widok liczby osób, która nań czekała, to wszystkich przyjął. Mnie jako ostatniego. I tak udało mi się ustalić termin. Za 88 dni. Dużo czasu, ale jak to napisałem w SMS-ie do mojego brata, trzy miesiące oczekiwania w polskich realiach to prawie jak jutro. :)

Chodzi mi też po głowie myśl, żeby wziąć od mojego ortopedy skierowanie do "Szaserówka" i spróbować tam szczęścia. Może dostałbym szybszy termin, wtedy zwolniłbym miejsce w Otwocku. Ale im dłużej myślę nad tym, tym mniej mi się to podoba. W Otwocku przynajmniej wiem, że zostanę zoperowany tak, jak chcę, czyli bez aparatu Ilizarowa (mam nadzieję, że doktor R. będzie się trzymał tej koncepcji i że stan nogi w dniu mojego przyjęcia na oddział nie zmieni jego decyzji). Poza tym nie mam żadnej gwarancji, że na Szaserów przyjęliby mnie szybciej. Próba zweryfikowania moim przypuszczeń wymagałaby dodatkowych starań, kosztów, energii i czasu. Nie wiem, czy ją podejmę.

Muszę to jeszcze skonsultować z moim ortopedą. O ile będzie chciał jeszcze ze mną gadać, a nie oskarży mnie o stalking, mobbing czy inne molestowanie, bo na różne sposoby zawracam mu głowę: osobiście, mailowo, esemesami. Co prawda na razie się nie skarży, a nawet zachęca mnie, żebym go informował, co się dzieje u mnie. Mówił, żeby dzwonić i się nie zniechęcać, bo w końcu za którymś razem się dodzwonię. Ja jednak wolę porozumiewać się na piśmie. I jak na razie to on do mnie raz zadzwonił.

Ale wszystko ma swoje granice. Skoro widząc mnie dopiero trzeci raz przywitał mnie żartobliwym: "O, stały pacjent. Złota karta", to chyba musiałem mu zapaść w pamięć. Inna sprawa, że specyfika jego pracy (przede wszystkim USG ortopedyczne z konsultacją) raczej nie sprawia, że widuje on swoich pacjentów (a może raczej interesantów?) częściej niż raz. To tylko ja zdecydowałem, że zostanie moim ortopedą prowadzącym. Podoba mi się jego zaangażowanie i podejście do pacjenta. Dlatego to przede wszystkim z nim skonsultuję swoje dalsze kroki. :)

Na koniec jeszcze napiszę, że jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawia, że cieszy mnie nawet ten niezbyt bliski termin. Zniknęła niepewność oraz konieczność szkicowania planów na przyszłość z obowiązkowym uwzględnianiem mojego możliwego pobytu w szpitalu w niedoprecyzowanym terminie. Teraz już umawiając się z kimś na jakieś przyszłe działania nie będę musiał dodawać sakramentalnego "o ile akurat nie będę w tym czasie w szpitalu". To naprawdę duża ulga i warto było zmitrężyć prawie cały dzień, żeby tę ulgę poczuć. :)

wtorek, 22 lipca 2014

W niedzielę wieczorem, a właściwie w poniedziałek bardzo rano wróciłem z OWRP 2014. Nie będę na ten temat zbyt wiele pisał, bo poświęciłem temu tematowi notkę w blogu turystycznym. Natomiast tutaj wspomnieć mogę, jak moje zdrowie kształtowało się podczas Rajdu.

Noga pozwoliła mi przejść przez pierwsze pięć dni łącznie 97 km. Potem już nie była tak uprzejma. Zresztą nie mam pewności, czy to noga się zbuntowała (trochę pobolewała), czy raczej zawiniło słabe przygotowanie kondycyjne. Przez czas, jaki minął od wypadku do dziś, bardzo mocno ograniczyłem swoją fizyczną aktywność. Odbiło się to niestety widocznie - na mojej wadze i niewidocznie - na mojej kondycji. Byłem po tych pięciu dniach mocno zmęczony i choć może noga pozwoliłaby na kolejne wędrówki, to organizm jako całość się buntował.

I tak większość z reszty OWRP odbyłem wożąc się. Chociaż miałem sobie zrobić tylko jeden dzień przerwy. Jednak najpierw poważnie pogorszyła się pogoda, a wkrótce po tym także moje zdrowie. Odnowił mi się wrzód na nodze i dostałem gorączki (wiem to, bo lekarz kazał mi mierzyć temperaturę trzy razy dziennie). Czyrak niespecjalnie chciał się oczyścić, więc zdecydowałem, że już do końca Rajdu nie będę za dużo chodził. Co prawda zrobiłem jeszcze w sumie łącznie 24 kilometry w trzech wycieczkach, lecz nie były to wędrówki z noclegu na nocleg, ale po okolicach miejsc, gdzie nocowaliśmy.

Skutek dalszy moich wędrówek był niespodziewany. Wczoraj rano przy okazji zmiany opatrunku moim oczom ukazał się łeb śruby. Nie powinien on wystawać ponad skórę, ale być jakiś centymetr do dwóch pod nią. Tymczasem wylazł przez dziurę w skórze pozostałą po wrzodzie. Dobrze, że miałem skierowanie na RTG, bo nie byłem pewien, czy ta śruba się złamała czy wykręciła.

Zdjęcie wykazało, że się wykręciła. Skonsultowałem się więc dość szybko z moim ortopedą, który doradził mi, żebym jeszcze tego samego dnia pojechał do szpitala, żeby mi tę śrubę wyjęli, bo w tym położeniu, to ona już do niczego nie służy. Nie chciało mi się jechać wczoraj, bo był późny wieczór. Odłożyłem to na dziś, ale rano przy zmianie opatrunku sam ją sobie wyciągnąłem. Zajęło mi to jakieś dwie sekundy. Poinformowałem o tym samodzielnie wykonanym zabiegu mojego lekarza i jednocześnie obiecałem, że operacji wymiany gwoździa, który stabilizuję moją kończynę, sam nie będę przeprowadzał. :) Zostawię to fachowcom, których zamierzam po raz kolejny popędzić, żeby się mną wreszcie zajęli.

Śrubę zachowałem sobie na pamiątkę. Nie wiem, czy w szpitalu by mi ją oddali. Poza tym w szpitalu, znając polskie realia, czekałbym pół dnia albo dłużej na to, żeby jakiś dyplomowany medyk zrobił mi to samo i w takim samym czasie, co zrobiłem sobie sam. Pewnie asystowałaby przy tym jeszcze pielęgniarka. Czyli zatrudniłbym dwie fachowe osoby, a do tego budżet NFZ na pewno zostałby obciążony kosztami ich pracy. Uważam, że NFZ ma poważniejsze sprawy do finansowania, a personel medyczny poważniejsze przypadki niż wyciąganie śrubki, która wyszła z mojej nogi tak szybko i łatwo, iż przypuszczam, że mogłaby sama wypaść, gdybym odpowiednio ustawił nogę i nią potrząsnął. :)

Zostały mi jeszcze cztery w nodze i nie zanosi się na to, żeby któraś miała ochotę iść w ślady tej pierwszej. I dobrze. Na obecnym etapie raczej jeszcze potrzebuję ich wszystkich.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters