|
O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze.
sobota, 07 stycznia 2012
Tytuł banalny aż do bólu. Banał do potęgi. Nieważne, której. Nie ma sensu mnożyć wykładników dla taniego efekciarstwa. Czasami jednak warto napisać coś banalnego, o czym niby wszyscy wiedzą. Albo raczej co każdy kiedyś słyszał, bo to nie wiedza, ale pogląd, z którym można się zgodzić lub nie. Właściwie powinienem teraz siedzieć i pracowicie czytać płód cudzego umysłu, czyli pracę, jaką napisała osoba pisząca u mnie dyplom. Jednak z racji tego, że płód ten (pozwolę sobie pozostać przy tej ginekologicznej terminologii) jest zdecydowanie poroniony, postanowiłem odłożyć lekturę na jutro. Zamiast tego spróbuję zrobić to, na co mam od dłuższego czasu chęć, a do czego brakuje mi natchnienia, czyli zapełnić słowami kolejnych kilka linijek tego blogu. Kilka osób wie, dlaczego jest to dla mnie obecnie trudniejsze niż zwykle. Myślę, że jest tych osób cztery sztuki. Z tej czwórki, którą tutaj wymienię alfabetycznie: A, A, M, W, prawdopodobnie tylko dwie osoby przeczytają te słowa. Z pozostałych czytelników na pewno dwie kolejne się domyślą, jeśli tu zajrzą, a może też i ktoś jeszcze, ale nie zamierzam nikomu ułatwiać zadania. Do konkluzji, że świat jest ciekawy, doszedłem dzisiaj, kiedy próbując się skupić na lekturze, którą, w przeciwieństwie do każdego innego gniota, jaki trafił w moje ręce, muszę doczytać do końca. Świat jest ciekawy i można go poznawać na tak wielu płaszczyznach, że może być tak, że dwie osoby nigdy nie znajdą wspólnej sobie płaszczyzny, choćby nawet chciały, bo czują do siebie sympatię. Do takiego wniosku też doszedłem dziś i jest to smutne podsumowanie dotychczasowego etapu pewnej znajomości. Ta smutna konkluzja przyszła mi do głowy po spotkaniu z kimś, z kim dziwnym trafem znajduję bardzo wiele wspólnych płaszczyzn, choć ktoś patrząc na nas z boku bynajmniej by nas o to nie posądził. Co więcej, sam bym nas o to nie posądził, gdybym nie miał twardych dowodów, że tak właśnie jest. Ale nad tym nie będę się rozwodził. Należę bowiem do tej kategorii ludzi, którzy nie potrafią skupić się na dłużej (czy wręcz na stałe) na czerpaniu radości z tego, co posiadają, za to wiele zmartwień przysparza im to, czego im według nich brak. Ta słynna różnica w postrzeganiu świata, jako wypełnionej do połowy szklanki, w której jedni widzą przede wszystkim pełną, a inni pustą połowę. Niedawno doszedłem do wniosku, że ta strywializowana kwalifikacja ma głębszy sens. Nie potrafię tego poczucia przełożyć na słowa, a raczej na zrozumiały i logicznie spójny ciąg powiązanych ze sobą zdań, za pomocą których ludzie próbują przekazać sobie nawzajem swoje myśli (do czego w gruncie rzeczy sprowadza się cała międzyludzka komunikacja). Świat myśli jest bogatszy od języka, którym próbujemy te myśli przekazywać innym, bowiem językiem rządzą reguły gramatyki, semantyki, frazeologii, stylistyki, a świat myśli wolny jest od tych ograniczeń. Zresztą nieodłączne od myśli są emocje, które im towarzyszą, a także obrazy, czy jeszcze inne składowe ludzkiej psychiki (jak zakwalifikować np. intuicję?), które jeszcze trudniej wyrazić słowami. Wracając jednak do tej różnicy między "optymistami" i "pesymistami" (świadomie używam cudzysłowów, bo te kategorie w potocznym znaczeniu spłycają istotę podziału), to zastanawiam się, co decyduje o przynależności do jednej z tych grup i czy można z jednej do drugiej przejść? Jak na "pesymistę" to doszedłem ostatnio do wręcz szalenie optymistycznej odpowiedzi na to drugie pytanie, a mianowicie, że można. Przy czym nie znając odpowiedzi, na pytanie pierwsze, czyli co o tym decyduje, że jesteśmy tacy lub tacy (no i związane z tym pytanie dodatkowe: czy jesteśmy tacy, czy może raczej bywamy?) opieram swój optymizm raczej na wierze niż na wiedzy. Ale nie jest to wiara o charakterze religijnym. A skoro o religii mowa, to trochę na marginesie tych rozważań doszedłem do wniosku, który utwierdził mnie w moim ateistycznym światopoglądzie. Otóż jeśli przyjąłbym za ludźmi wierzącymi, że świat i rządzące nim zasady stworzył jakiś bóg, to niestety, bóg ten w moich oczach nie zasługuje na atrybut doskonałości. Nie dopracował bowiem tego świata. Z jednej strony okazał się świetnym fizykiem i chemikiem. Te podstawowe mechanizmy świata działają doskonale, może dlatego, że są proste. Na wyższym poziomie komplikacji, czyli tam, gdzie mamy do czynienia z biologią, nie wszystko jest już tak dobrze dopracowane. Ten poziom cechuje wielkie bogactwo form, ale też ich nietrwałość. Na tym poziomie dość często trafiają się błędy, chociaż natura jest tak skonstruowana, że te błędne efekty dość sprawnie eliminuje, czego jednym z nieodzownych elementów jest śmierć. Na poziomie tym świat również się doskonali, to znaczy próbuje lepiej przystosować się do warunków, w jakich funkcjonuje. Proces ten nazwaliśmy ewolucją. Niestety, na wyższym stopniu komplikacji tego postępu już nie widać. Jest wręcz regres. Ten poziom, to psychika. Nie tylko ludzka, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nie tylko gatunek ludzki obdarzony jest psychiką, chociaż ten ma ją w największym stopniu skomplikowaną, co nota bene jest jego wielkim obciążeniem. Bóg, jeśli istnieje i stworzył ten świat i rządzące nim reguły, w co nie wierzę, o ile poradził sobie jeszcze jako tako z biologią, okazał się być bardzo kiepskim psychologiem. Ludzka psychika jest tak krucha i wyjątkowo podatna na defekty. Właściwie każdy z nas ma na niej choćby jakieś drobne rysy lub wgniecenia, które często na szczęście nie upośledzają wyraźnie jej funkcjonowanie. Ale, co gorsza, nie ma ona wbudowanych mechanizmów naprawczych. Nie istnieje też mechanizm "psychicznej apoptozy" unicestwiającej wadliwe jej formy. Chyba, że za taki mechanizm uznamy samobójstwo... Ale dość tych religijnych rozważań o naturze świata i jego niedoskonałości. Mógłbym na ten temat jeszcze sporo napisać, bo mam trochę ciekawych, jak mi się wydaje, przemyśleń. Pozostawię je jednak na kolejne wpisy albo zachowam je dla siebie lub podzielę się nimi z kimś, kto myśli podobnie do mnie. Szkoda, że nie będzie to prawdopodobnie ta osoba, którą chciałbym w tej roli widzieć. Ale może właśnie to powinienem w swoim myśleniu zmienić: nie mieć oczekiwań, ale cieszyć się z tego, co życie przynosi. To nie jest łatwe, ale jeśli alternatywą jest trwanie w wiecznym niezadowoleniu z życia aż do śmierci, to jest poważna motywacja, żeby to zmienić. Tylko, że sama wiara w to, że to można zmienić, to może być za mało.
piątek, 23 grudnia 2011
W tytule napisałem o "garści" refleksji, podczas gdy siadając do pisania tej notki miałem w głowie właściwie tylko dwie i to krótkie, ale ponieważ wiem, że moje notki niekiedy lubią puchnąć podczas pisania i rozrastać się jak ciasto drożdżowe, więc żeby nie wracać do tytułu i nie zmieniać w nim liczebnika z "dwie" na "trzy" albo więcej, nadałem mu bardziej uniwersalne brzmienie. Refleksję tak naprawdę miałem początkowo jedną i tą umieszczę tutaj jako pierwszą. Dotyczyła ona dwóch śmierci, które miały miejsce jedna po drugiej (choć nie ma pewności, co do dokładnego miejsca i terminu jednej z nich). Zmarło dwóch ludzi, którzy dość mocno odcisnęli swoje piętno w dziejach współczesnego świata: Václav Havel i Kim Dzong Il. Najpierw dowiedziałem się o śmierci pierwszego, a dwa dni później agencje doniosły, że zmarł drugi. Usłyszałem wtedy taką opinię, że jest remis. Komuś przyszło coś takiego do głowy pewnie dlatego, że z jednej strony zmarł polityk, który zanim nim został walczył jak intelektualista o wolność, a z drugiej strony zmarł dyktator, władca państwa, w którym deficyt wolności obywateli jest chyba największy na świecie. Ale to nie prawda, że mamy remis. Świat jednak stał się gorszy. O ile bowiem miejsce zmarłego dyktatora Korei Północnej naturalnie zajął jego syn i następca, o tyle puste miejsce pozostało po śmierci ostatniego prezydenta Czechosłowacji, nie da się wypełnić. To miejsce może się najwyżej zabliźnić, jak zabliźnia się rana na pniu drzewa po złamanej gałęzi. Tak bowiem jest ten świat zbudowany, że głupców i kandydatów na dyktatorów nie zabraknie, a ludzie mądrzy i szlachetni nie rodzą się na kamieniu i żadnego z nich nie da się zastąpić. Rozrosła mi się ta pierwsza refleksja, choć myślałem, że zajmie mi co najwyżej jeden krótki akapit. Teraz czas na drugą, do której doszedłem, kiedy położyłem się na chwilę dzisiaj po obiedzie licząc, że krótka drzemka uśmierzy ból głowy, jaki mi od rana dokucza. Niestety, nie dane mi było się nawet zdrzemnąć, bo niedługo po tym, jak zamknąłem oczy, odezwał się dzwonek domofonu. To był doręczyciel z jednej z prywatnych firm pocztowych, który przyniósł ostatni numer "Polityki" w tym roku. Zwykle zostawiał go w skrzynce, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tym razem musiałem pokwitować jego odbiór. To mi nasunęło myśl, że nie znam nikogo z mojego najbliższego otoczenia, kto czytałby "Politykę" czy jakiś inny tygodnik opinii. Na palcach jednej ręki mogę też policzyć osoby, o których wiem, że czytają codzienną prasę lub książki. I chodzi mi głównie o te osoby, które spotykam na co dzień, w tym także studentów. Zastanawiam się, na ile jest to signum temporis, a na ile dowód słabości intelektualnej środowiska, w jakim się obracam. Produkuje się (sic!) coraz więcej ludzi z wyższym wykształceniem, którzy stają się automatycznie przedstawicielami inteligencji z racji wykształcenia. Mamy takich ludzi już w Polsce prawie 18% (według ostatniego spisu powszechnego). Ale wzrost ilości odbija się na jakości. I właściwie nie wiadomo, czy to grono ludzi, to jeszcze jest inteligencja. No bo czy można się uważać za przedstawiciela inteligencji, jeśli jedyne słowo pisane, z jakim się obcuje, to zawartość stron internetowych? Czy można się uważać za inteligenta czerpiąc wiedzę o świecie wyłącznie z Wikipedii, Google i Facebooka? Zostawię to pytanie bez odpowiedzi i przejdę do tej refleksji, jaka mi się nasunęła na końcu rozważań rozpoczętych przez wizytę doręczyciela. A nie dotyczyła ona słabości intelektualnej inteligencji, ale przyczyn tego stanu rzeczy, który sprawia, że tak zmieniły się zwyczaje ludzi wykształconych. Wszystko to sprawiła technologia, w tym internet. Ale technologia pozbawiła nas moim zdaniem jeszcze jednej ważnej rzeczy. Dzięki temu, a może raczej przez to, że mamy telefony komórkowe, internet, komunikatory, pocztę elektroniczną, Skype'a, serwisy społecznościowe i inne... nie mamy szansy za sobą zatęsknić. Technologia pozbawiła nas tego i ja nie jestem jej za to wdzięczny, bo jeśli nie ma prawdziwej tęsknoty, to nie ma też prawdziwej radości ze spotkania. Skoro bowiem nigdy tak do końca ze sobą na dobre nie tracimy kontaktu, to też nie możemy się cieszyć z jego ponownego nawiązania. Nikt już nie odczuwa radości z otrzymania listu, bo nawet jeśli ktoś coś do kogoś by napisał, to zanim list, który kiedyś był formą kontaktu, dojdzie do adresata, można z tym adresatem na kilka i kilkoma kanałami sposobów wymienić myśli, podzielić się wiadomościami, uczuciami, czy refleksjami. I można to zrobić niemal natychmiast, on-line. A najgorsze jest to, że nie można z tego systemu komunikacji się wyłączyć, wykluczyć bez ryzyka, że znajdziemy się na marginesie życia. Spróbujcie wyrzucić telefon komórkowy, odłączyć internet, zamknąć konto na Facebooku czy Naszej Klasie. Ja rozważałem taką możliwość czysto teoretycznie i doszedłem do wniosku, że to najprostsza droga do tego, żeby znaleźć się poza nawiasem mojego obecnego środowiska. Nie, na to nie jestem gotów. I nie wiem, czy kiedykolwiek będę, choć chciałbym. Byłoby to formą cywilnej śmierci. I chyba tylko śmierć, ta rzeczywista, jest jedyną szansą odcięcia się od tego wszystkiego na dobre. Ale to żadne rozwiązanie. Zresztą i śmierć oznacza dziś co innego. Jak to już kiedyś pisałem na łamach tego blogu, śmierć oznacza jedynie, że "abonent jest na zawsze niedostępny".
wtorek, 06 grudnia 2011
Reanimowałem, przynajmniej czasowo, mój drugi blog na Blox.pl, bo trochę materiału na nowe notki znalazłem i nie mogłem sobie odmówić opublikowania ich. Jak ktoś chce obejrzeć, to zapraszam. Na tym blogu dziś zmieniłem jedną rzecz tytułem eksperymentu. Nie napiszę co, ale uważni czytelnicy zauważą. Za jakiś czas sprawdzę, czy zmiana ta zaowocowała tak, jak się spodziewam, czy nie. Jeśli nie, to niewykluczone, że zmienioną rzecz przywrócę do stanu poprzedniego, bo wobec zmiany mam mieszane uczucia. Zbieram się, żeby napisać kolejną notkę w blogu turystycznym. Zbieram się i... nic na razie z tego nie wychodzi. Ale czuję, że wzbiera we mnie chęć/potrzeba/przymus (nie wiem, co skreślić) i w końcu to zrobię. :) A dziś mały urywek lektury. W lekturze też jestem opóźniony, więc nadal męczę książki Tokarczuk. Obecnie opowiadania. Jestem tą lekturą zaskoczony na plus. Może w krótszych formach trudniej stracić formę przed końcem? No i pomysł wystarczy jeden a dobry. No ale oddaję głos autorce. (...) jak się czuje człowiek nie kochany? Czuje, że wszystko, co robi, jest złe i nawet, gdy przestaje to robić, to też jest złe. Wszystko w nim jest do niczego. Jest szmatką, papierkiem rzuconym na ziemię. Taki człowiek nigdy nie zazna spokoju. Będzie robił wszystko, żeby stać się godnym miłości, ale nigdy mu się to nie uda. Może z takich niekochanych ludzi biorą się wszyscy perfekcjoniści, ponieważ nigdy żaden rezultat ich nie zadowoli; będą pracować jak woły bez możliwości spełnienia, bez nagrody. Kraina Syzyfów i tych, którzy nabierają wodę sitami.
czwartek, 01 grudnia 2011
Jak widać po moim blogu, przechodzę kryzys twórczy. Ta notka nie świadczy o jego przełamaniu, raczej go potwierdza. Oto mając bowiem oczywisty temat i ogólne wyobrażenie o tym, co chciałbym napisać, mam problem z formułowaniem myśli i przekuwaniem ich w kolejne zdania tej notki. Ale jakoś idzie. Doszedłem już do czwartego zdania. Może czas zacząć pisać coś na temat. Wybieram się w piątek na maraton. Właściwie nie wybieram się, ale jadę. "Wybieram się" to brzmi, jakbym jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji, a ja ją podjąłem. Nie będę jednak ganiał po ulicach ponad czterdzieści dwa kilometry późną jesienią (choć trzeba przyznać, że piękną). Będę siedział przez dwanaście godzin przy komputerze, albo w jego bliskim sąsiedztwie, i pisał. Pisał blog, bo to maraton blogerów.
To jest V maraton blogerów, a mój drugi. Poprzednim razem byłem na pierwszym i zacząłem od wysokiego C, bo jako jeden z dwójki uczestników dotrwałem do końca nie zmrużywszy oka. O ile pamiętam, to ostatecznie uznano, że trójka z nas dotrwała do końca i taki był oficjalny wynik. I choć prywatnie się z nim nie zgadzam, to nie protestowałem, bo nic mi on nie ujmuje. Pierwszy maraton w porównaniu z obecnym bym bardziej wymagający, bo trwał dobę. Nie pamiętam już, o której się zaczynał, ale mogła to być 17.00. Pewnie można to nawet sprawdzić w blogu poświęconym maratonowi. Trzeba tylko przewinąć do końca... No i skusiłem się. Zajrzałem na tamten blog. I już wiem, że pierwszy maraton odbył się 21 września 2007 roku, a zaczął się o godzinie 18.00. Pamiętam, że byłem pierwszym uczestnikiem, ale tak byłem zaaferowany tym, co się dzieje, że pierwszy wpis popełniłem prawie godzinę po rozpoczęciu, kiedy w sali, gdzie odbywał się maraton, było już całkiem sporo uczestników. Wydaje mi się, że dwie moje pierwsze notki są tutaj: No to siup i Gdzie są komentarze? Nie są to może notki wysokich lotów, ale ideą maratonu nie było (i nadal chyba nie jest) stworzenie dzieła literackiego, ale wysiedzenie przez dobę przy klawiaturze i pisanie co jakiś czas notki w blogu na dowolnie wybrany temat (nie było tematu przewodniego). A wysiedzieć nie było łatwo. Szczególnie drugą połowę doby, kiedy przyszedł ranek, zaczęło świecić słońce, a ludzie poczuli zmęczenie. Część się oddaliła, część się pospała. Najtrudniejsze było tych kilka godzin przed 18.00, kiedy przynajmniej ja zacząłem tracić wiarę w sens prowadzenia tej imprezy przez całą dobę. Była nas już wtedy tylko garstka i właściwie chyba każdy czekał, żeby nadeszła już ta końcowa godzina. Łącznie z organizatorami. Żeby można było sobie pogratulować i rozejść się każdy w swoją stronę. W porównaniu z tym pierwsza połowa doby była zdecydowanie ciekawsza. Znalazłem zdjęcia z tego pierwszego maratonu. Jak ktoś chce je obejrzeć, to są dostępne pod tym adresem. Znalazłem nawet siebie na trzech zdjęciach. Na wszystkich w tle, bo nie pchałem się w obiektyw. Na jednym nawet zauważyłem, że już cztery lata temu miałem dość wyraźną łysinkę... ;) Zdjęcia jednak nie oddają wszystkiego, na pewno nie oddają atmosfery. Na przykład tego, że w pewnym momencie spontanicznie wpadliśmy na pomysł, żeby zakupić jakieś napoje wyskokowe. Zrzuciliśmy się więc na piwo i wino, które skonsumowaliśmy w dość szybkim tempie, ale przy zachowaniu pełnej kultury. Nie było tego zbyt wiele na głowę, więc i skutków żadnych przykrych nie było, a jedynym efektem ubocznym było to, że część blogerów poszła spać. :) Ciekawe, jak będzie tym razem? Nie było mnie na trzech poprzednich imprezach, więc sporo mnie ominęło. Tylko na drugim z kolei maratonie mógłbym być, ale się nie zdecydowałem. Za to w kolejnych dwóch nie mogłem wziąć udziału, bo nie pasowały mi terminy. Teraz więc, kiedy okazało się, że termin jest sprzyjający, nie wahałem się długo. Zresztą bycie Strong Bloggerem z pierwszego maratonu zobowiązuje. ;) No ale nie zamierzam snuć kombatanckich wspomnień. Zamierzam się dobrze bawić i odnowić znajomości zawarte na pierwszym maratonie. No i na pewno dotrwać do rana. Nie zakładam natomiast, że przełamię kryzys twórczy. Pisanie blogu zawsze traktowałem jako realizację potrzeby dzielenia się swoimi przemyśleniami i odczuciami. Choć tych ostatnich umieszczam tu coraz mniej w miarę, jak uświadamiam sobie, że coraz większe grono moich czytelników rekrutuje się spośród moich znajomych. Jeśli nie piszę, to znaczy, że nie mam takiej potrzeby lub, że potrzeba ta jest na tyle słaba, że nie udaje jej się pokonać przeszkód, jakie stoją na drodze jej zaspokojenia. Ale jak widać, jak dotąd nawet po dłuższej przerwie tu wracam. Nie wiem, jak długo jeszcze. Nie zakładam tego z góry. Los moich dwóch pozostałych blogów wskazuje, że przerwa może być bardzo długa. Jeden z nich właściwie porzuciłem, choć mam materiał na jedną notkę i może ją napiszę. Co do drugiego, to obiecuję sobie co rusz, że znów coś napiszę, ale na razie nic z tego nie wychodzi. Rozgrzebałem nawet jakąś notkę w formie szkicu, ale jakoś jej nie udaje mi się zakończyć. No nic. Wystarczy na dziś tego pisania. Muszę zachować trochę myśli na maraton, żeby nie pisać notek jedynie relacjonujących to, co się będzie działo dookoła mnie. Chociaż takich pewnie będzie i tak najwięcej. No to do przeczytania w blogu o maratonie. W piątek od 19.00 do 7.00 w sobotę rano. Dam radę! ;)
czwartek, 17 listopada 2011
Miałem dziś rano pobiegać. Wreszcie po trzech tygodniach mam wolny czwartek, który nie jest świętem. I na tę okoliczność miałem pobiegać nie, jak ostatnio, od 6.00 rano, ale jak się już wyśpię. Jednak kiedy się wyspałem i dałem światu czas na nagrzanie się do przyzwoitej temperatury (wystarczy mi już 0 stopni na termometrze za oknem), okazało się, że ten się nie spisał. Termometr, mimo że pora była już naprawdę przyzwoita, bo przed 8.00, uparcie pokazywał niewielki mróz. Ponieważ dziś miałem sobie pobiegać rekreacyjnie, żeby organizm nie zapomniał, jak to jest na bieżni (czyli miałem zrobić około 5 km), więc postanowiłem nie przekraczać kolejnej bariery, jaką jest bieganie przy jawnym mrozie. Uznałem, że te pół godziny, jakie bym spędził na bieżni, nadrobię na rowerku. Przy okazji zaś sprawdzę, czy po kilkumiesięcznym przestoju wymuszonym drobnym uszkodzeniem osiągnę lepsze, czy gorsze wyniki niż na bieżni. Przede wszystkim interesowało mnie tętno, bo uznałem, że aby wysiłek był porównywalny, ono też powinno zawierać się w podobnym zakresie. No i okazało się, że jednak bieganie, to nie to samo co pedałowanie w miejscu. Z dużym trudem udało mi się osiągnąć tętno na minimalnym satysfakcjonującym mnie poziomie, który i tak był sporo niższy od tego, czego oczekiwałem. Nie wiem, czy komuś coś to powie, ale napiszę, że przed przerwą w ujeżdżaniu rowerka jeździłem na zakresie "3" z prędkością z rzadka przekraczającą 40 km/h. Teraz dopiero kiedy wszedłem na zakres "5" i pilnowałem, żeby prędkość nie spadała poniżej 43 km/h, udało mi się osiągnąć minimum tego, co chciałem. A wydawało mi się, że wysiłek wkładam w to większy niż w bieganie. Próbowałem ustalić, dlaczego tak się dzieje i jedyne wyjaśnienie, jakie mi przychodzi do głowy, jest takie, że w biegu angażuję znacznie więcej mięśni. I choć ogólne zmęczenie jest mniejsze, to powielone przez większą masę mięśni daje większe zużycie tlenu, większy wysiłek i w rezultacie większe tętno. Ostatecznie oznacza to też większą wydajność treningu i lepsze efekty ogólne. No i teraz mam dylemat, czy na zimę przesiąść się na rowerek, czy, kiedy tylko pogoda pozwoli, biegać? Mam namacalny dowód, że bieganie daje więcej i mimo wszystko łatwiej mi się na ten większy wysiłek na bieżni zdobyć. Ale musiałbym w tym celu przetestować kolejną granicę, czyli bieganie na mrozie. Najbardziej obawiam się o swoje gardło, bo ubrania do biegania dobrałem sobie na tyle dobrze, że mam jeszcze zapas na kilka stopni w dół. Gorzej z wdychaniem mroźnego powietrza. Gardło może się zbuntować. Choć mam i na to pewien pomysł, tyle że nie wiem, czy skuteczny. Przeczytałem kiedyś, że przyczyną infekcji gardła wystawionego na zimno jest to, że pod wpływem zimna kurczą się naczynia krwionośne przez co zmniejsza się przepływ krwi. Mniejsza ilość krwi oznacza mniejszą ilość białych krwinek, które dbają o to, żeby wegetujące w jamie ustnej bakterie chorobotwórcze nie rozwinęły się nadmiernie i nie wywołały infekcji. Te zaś, korzystając z osłabienia "dozoru" wskutek opisanego wyżej zjawiska, przystępują śmiało do działania. Jeśli ten mechanizm ma znaczenie decydujące dla rozwoju infekcji, to wystarczy po wysiłku, a może i przed, wywołać przekrwienie tkanek jamy ustnej. Najłatwiej zrobić to przy pomocy... alkoholu. Czyli setka "czystej" po treningu powinna załatwić sprawę. O ile nie przełknie się jej zbyt szybko. Ten pomysł jednak podoba mi się średnio, bo alkohol i trening nie bardzo do siebie pasują. Jeśli więc się zdecyduję na to rozwiązanie (choćby testowo), to pewnie będzie nie sto gram, ale dwadzieścia pięć i nie "czystej", ale na przykład mojej nalewki farmaceutów. W tym przypadku nie będzie problemu ze zbyt szybką konsumpcją, bo jej smak skłania, przynajmniej mnie, do delektowania się nią. :) Czy zastosuję tę metodę, jeszcze nie wiem, bo nie wiem, czy zdecyduję się biegać przy ujemnych temperaturach. Najbliższa decyzja w sobotę rano. W sobotę zaplanowałem sobie bieganie do skutku, czyli tyle, ile będę w stanie, a nawet jedno, dwa okrążenia więcej. Tego wolałbym sobie nie odpuszczać w przeciwieństwie do dzisiejszej rundki. Może więc, jeśli pogoda nie będzie sprzyjająca, przesunę granicę mojej determinacji w uprawianiu biegania. Na razie mam sporą zachętę, bo na wadze widzę efekty moich wysiłków. Aż chciałoby się stwierdzić "nareszcie", bo zaskakująco długo na to czekałem. Ale liczyłem, że się doczekam, no i chyba widzę pierwsze efekty. :)
czwartek, 10 listopada 2011
Dzisiaj doznałem czegoś na kształt olśnienia. I było to bolesne doświadczenie. Ale chyba tak już jest, że przyjemne są złudzenia, za którymi prawda kryje się niczym słońce za chmurami. A kiedy złudzenia rozwiewają się jak chmury na wiosennym niebie i wyłania się zza nich prawda, która nagle świeci prosto w oczy, to boli. Właśnie coś takiego spotkało mnie dzisiaj. Tyle, że w pierwszej chwili ta prawda wychynęła tylko na chwilę zza chmur i wtedy jej jeszcze nie dostrzegłem. Dopiero jakiś czas później zaświeciła mi ona w oczy w całej swej okazałości. Nie napiszę tak całkiem wprost i do końca, jaką to prawdę dziś ujrzałem, bo może to nie jest jednak prawda, a mnie się tylko wydaje, że czegoś się dowiedziałem. Tak przynajmniej próbuję się pocieszać. Posłużę się więc pewną maską, żeby to opisać. Odwołam się do doświadczenia, które pewnie wiele osób w życiu miało. Chyba prawie każdy chociaż raz w życiu spotkał małego pieska z gatunku tych, które łaszą się do każdego. Pierwsze spotkanie z takim pieskiem jest zwykle bardzo przyjemne, bo oto nagle jakiś zwierzak, widząc nas pierwszy raz w życiu, przybiega do nas radośnie machając ogonem na nasz widok. Skacze wokół nas, łasi się, przymila, próbuje lizać po rękach i po twarzy. Wydaje nam się, że polubił nas od pierwszego wejrzenia i od razu sami czujemy do niego przypływ wielkiej sympatii. Odwzajemniamy mu się głaszcząc go, bawiąc się z nim, targając przyjaźnie za uszy. Czujemy się dowartościowani i wyróżnieni tą bezwarunkową psią sympatią. Myślimy sobie, że musimy być jednak dobrymi ludźmi i ten piesek się na nas poznał w przeciwieństwie do większości ludzi. Skoro on poczuł do nas tak od razu sympatię, to coś w tym musi być. Psy to są przecież bardzo mądre zwierzęta. I kiedy tak lejemy sobie sami miód na serce czochrając pieska po grzbiecie i miziając po łebku, nagle czar pryska. W polu widzenia naszego nowego czworonożnego przyjaciela pojawia się jakaś kolejna nieznajoma osoba i piesek mając za nic pieszczoty, jakimi go obsypujemy, w te pędy biegnie do tej nowej osoby. I... wszystko powtarza się od nowa. Ten sam rytuał radosnych pisków, poszczekiwań, obtańcowywania, lizania. Obserwujemy to początkowo z niedowierzaniem, po czym dociera do nas powoli, że ten piesek tak samo potraktuje kolejną obcą osobę, jaką pozna. A potem kolejną, kolejną, kolejną... Robi nam się przykro. Czujemy się oszukani. Ale w końcu machamy na to ręką. Kto by się tam przejmował. To tylko pies. I to na dodatek nawet nie nasz. Ot, jakiś tam kundelek podwórkowy. Dziś doszedłem do wniosku, że taki charakter miewają też niektórzy ludzie. I niestety, rozczarowanie w przypadku człowieka jest nieporównywalnie większe i boleśniejsze, niż w przypadku pieska...
wtorek, 01 listopada 2011
Ta notka, zanim się ukazała w swej obecnej formie na blogu, miała już dwa wcielenia. To znaczy miała być poświęcona dwóm innym tematom (ale nie obu na raz). Jeden temat chodzi mi po głowie od dość dawna i bliski byłem tego, żeby w końcu go się z głowy pozbyć. Przynajmniej na jakiś czas. Ale nie doszło do tego, bo nie jestem w odpowiedniej formie pisarskiej. Moja wena tli się obecnie, zamiast buchać płomieniami i strzelać iskrami błyskotliwych sformułowań. Dlatego temat ten odłożyłem na później. Chciałem zamiast tego napisać kilka zdań o codzienności i zmaganiach z duperelami dnia codziennego. Na przykład o tym, jak bardzo jestem ostatnio rozkojarzony (łącznie z przykładami). Albo o tym, co w ogóle u mnie słychać. I prawie miałem już ułożoną w głowie notkę na taki temat. A może raczej na takie tematy, bo pewnie byłoby ich kilka. Ale nierozsądnie zamiast usiąść do pisania wziąłem się za dalszą lekturę książki Olgi Tokarczuk i... znów trafiłem na fragment, który chciałbym tu zamieścić ku pamięci. Tak przy okazji napiszę, że trochę ta książką w moich oczach straciła, bo niepotrzebnie zajrzałem na stronice bliskie końca. Przez to odkryłem, że to właściwie kryminał jest, tyle że z radykalnie ekologicznym przesłaniem. Nawet nie wiem, czy słowo "ekologiczny" jest tutaj na miejscu, bo używa się tego przymiotnika jak wytrycha, przez co stracił niemal zupełnie swój pierwotny sens. No ale nie będę przedłużał, bo fragment, który chciałem zacytować, też trochę miejsca tu zajmie. Skomentuję go tylko jeszcze tak, uprzedzając niejako fakty, że ja zdecydowanie też mam opisany poniżej syndrom Leniwej Wenus. Na czym on polega? Tu oddam głos autorce: Moja Wenus jest uszkodzona albo jest na wygnaniu, tak mówi się o Planecie, która nie znajduje się w tym znaku, w którym powinna być. Na dodatek w złym aspekcie pozostaje do niej Pluton, który u mnie rządzi Ascendentem. Sytuacja ta powoduje, że mam, jak sądzę, syndrom Leniwej Wenus. Tak właśnie nazywam tę Prawidłowość. Mamy wtedy do czynienia z Człowiekiem, który dostał od losu sporo, ale zupełnie nie wykorzystał swojego potencjału. Jest inteligentny i bystry, ale nie przykłada się porządnie do nauki i wykorzystuje inteligencję raczej do grania w karty i stawiania pasjansów. Ma urodę ciała [to mnie akurat nie dotyczy - przyp. RJ], ale niszczy ją zaniedbaniem, podtruwaniem się używkami, ignorowaniem lekarzy i dentystów. Taka Wenus to dziwny rodzaj lenistwa - okazje w życiu przechodzą koło nosa, bo się zaspało, bo nie chciało się pójść, bo się spóźniło, bo się zaniedbało. To skłonność do sybarytyzmu, życia w lekkim półśnie, rozpraszanie się na drobne przyjemności, niechęć do wysiłku i zupełny brak skłonności do rywalizacji. Długie poranki, nie otwarte listy, odłożone na później sprawy, zaniechane projekty. Niechęć do każdej władzy i do podporządkowania się, milczące leniwe chodzenie własnymi drogami. Można powiedzieć, że z takich ludzi nie ma pożytku. U mnie to wszystko występuje. Z tą drobną różnicą, że czasem coś się we mnie budzi, co przegania na jakiś czas tę Leniwą Wenus. I chociaż tylko na jakiś czas, to jest to niekiedy czas wystarczający, żeby dobić do jakiegoś kolejnego życiowego portu, żeby pokonać jakiś kolejny dystans na drodze do jednego z Celów, żeby zahaczyć łańcuchem o kolejny ząbek i nie zsunąć się do punktu wyjścia, kiedy znów Leniwa Wenus weźmie mnie w swoje władanie. Nie zacytowałem tego fragmentu bynajmniej po to, żeby się usprawiedliwić. Ludzie lubią swoje przywary przypisywać przyczynom, na które istnienie nie mają żadnego wpływu i których wpływom tym samym nie potrafią się oprzeć. To wygodne. Ale mnie nie o to chodziło. Zacytowałem fragment, bo bardzo dobrze opisuje stan, w jakim znajduję się mój duch przez całkiem długi okres czasu. Opisuje go celnie i kompletnie. Nie wierzę, że stan ten jest skutkiem wpływu źle usytuowanej w moim kosmogramie Wenus, czy innego ciała niebieskiego, ale sama nazwa "syndrom Leniwej Wenus" bardzo mi się spodobała i pewnie wejdzie na stałe do mojego języka. Zwłaszcza, że z czasów, gdy darzyłem astrologię pewną estymą, pozostała mi wiedza, że Wenus jest jedną z ważniejszych planet w moim kosmogramie. :)
sobota, 29 października 2011
Na przekór "blogowemu paradoksowi" opisanemu około godziny wcześniej, napiszę dziś jeszcze jedną notkę. Tak naprawdę bowiem w moim blogu nie kieruję się jakimiś kalkulacjami, ale zasadą, że piszę, kiedy mam temat i chęć. No i temat pojawił się, kiedy wyłączywszy komputer położyłem się na chwilę na kanapie, żeby poczytać sobie książkę Tokarczuk, o której wspomniałem dwie notki wcześniej. Z tym, co znajduję na stronach książek, zgadzam się czasem. Mniej lub bardziej. Czasem jednak trafiam na słowa, które sam mógłbym napisać. I na takie właśnie trafiłem, więc pozwolę sobie te kilka zdań zacytować poniżej. :) "Kiedy słuchałam opowieści Dobrej Nowiny [jedna z postaci z książki - przyp. RJ] o jej życiu, zaczęłam w głowie formować te wszystkie pytania, które zaczynają się od »dlaczego nie...«, po czym następuje opis tego, co - jak nam się wydaje - powinno się zrobić w takiej sytuacji. Już moje wargi zaczęły się układać w tak bezczelne »dlaczego«, kiedy ugryzłam się w język. To właśnie robią kolorowe magazyny, i ja chciałam być przez moment jak one: mówić nam, czego nie zrobiliśmy, gdzie zawaliliśmy, co zaniedbaliśmy, i w końcu naszczuć nas na samych siebie, żebyśmy sobą gardzili. Nic nie powiedziałam. Historie życia nie są tematem do dyskusji. Powinno się ich wysłuchać i zrewanżować się tym samym." Amen. Ja też miewam czasem takie pokusy. I staram się im nie ulegać. :) Im rzadziej piszę, tym mam więcej wejść na blog. A ja głupi kiedyś produkowałem się nawet po dwie notki dziennie, żeby przyciągnąć trochę więcej czytelników i od czasu do czasu sprzedać im coś więcej niż garść osobistych zwierzeń. Skoro jest tak, że im mniej, tym więcej, to może już skończę, bo każde kolejne zdanie może mnie kosztować jakąś liczbę wejść. ;)
sobota, 22 października 2011
Upłynęło trochę czasu od ostatniej mojej notki w blogu. Ta przerwa nie była planowana. Jak prawie żadna zresztą. Tak po prostu wyszło. Wiem, że się powtarzam i że pewnie można już stworzyć szablon mojej typowej notki w oparciu o to, co się w niej zwykle znajdzie, ale napisze ponownie, że w czasie tej przerwy kilka razy byłem bliski tego, żeby zasiąść za klawiaturą i coś dopisać do tego zbioru osobistych felietonów. Jak widać jednak, ta bliskość nie miała następstw. I to też jest pewna reguła obowiązująca w przyrodzie, że nie każda bliskość jest brzemienna w skutki (na szczęście). Trochę się sobie nawet dziwie, że wziąłem się za pisanie dziś, bo jestem od rana nieco otumaniony. Nie wiem, czy to wina pogody, ale nie uważam się za meteopatę. Może za długo spałem (to ma u mnie podobny skutek jak zbyt krótki sen), ale chyba ponad siedem godzin w łóżku i możliwość wstania, kiedy się chce (mam wolne soboty) raczej wyklucza tę przyczynę. Dość prawdopodobne jest zmęczenie, bo wczoraj po powrocie z pracy o 20.00 poszedłem jeszcze sobie godzinę pobiegać i zrobiłem 8 km w całkiem przyzwoitym, jak na mnie, tempie. To otumanienie, jakie odczuwam, ma pewne przykre skutki. Na przykład zamierzałem się dziś wybrać na rower z J. po tym, jak wczoraj spotkałem go na uczelni (byłem akurat na jego terenie). Co prawda zamieniliśmy tylko kilka niezobowiązujących zdań, ale padło stwierdzenie o sobocie. Miałem się jeszcze z nim skontaktować i dopytać, czy chodzi o tę sobotę, ale wczoraj jakoś nie miałem już kiedy, a dziś chęć do ruszania się z domu miałem znikomą. Chociaż z drugiej strony właśnie w takich przypadkach powinienem się mobilizować, zamiast schlebiać swemu lenistwu. No ale jednak nic z tego nie wyszło i to już drugi raz nie udało mi się wybrać na przejażdżkę z J. i jego ferajną. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, na co mam nawet dość świeży dowód (a gdyby przeanalizować cały ten rok, to nawet mały zbiorek dowodów). A to dlatego, że wreszcie się zmobilizowałem i oddałem krew. Myślałem o tym już od dobrych kilku lat. I nawet chyba znudzony moim kunktatorstwem Los postanowił dać mi okazję do tego rok temu, kiedy to syn J. i jego kolega zostali ranni w wypadku motocyklowym i J. poprosił także mnie, żeby oddać krew. Byłem pełen szczerych chęci i... nic z tego nie wyszło, bo nie potrafiłem wygospodarować na to czasu. Źle się z tym czułem i myślę, że po minionym czwartku przynajmniej częściowo odpokutowałem winę, do jakieś się w związku z tym poczuwałem. Co prawda za wiele się nie przysłużyłem, bo udało się ze mnie utoczyć trochę za mało krwi, żeby można ją było komuś przetoczyć (zabrakło 30 ml), ale mam zamiar nie odpuszczać po tym jednym razie. Tym razem byłem razem z W. Wcześniej planowaliśmy oddać krew może nawet w czwórkę, ale K. teraz studiuje w Warszawie i nie mógł być w czwartek rano w Płocku, a M. był przeziębiony. Summa summarum z naszej dwójki zostałem sam, bo W. też chyba też podłapał jakieś przeziębienie, bo po badaniu krwi dostał odroczenie na dwa tygodnie. A ponieważ kolejny raz można oddać krew dopiero po 8 tygodniach, więc ja będę mógł to zrobić już pod koniec grudnia, a on dopiero na początku stycznia (jeśli odda ją za te dwa tygodnie). Na wszelki więc wypadek, gdybym nie miał z kim się następnym razem wybrać, wstępnie poprosiłem M., żeby poszedł ze mną dla towarzystwa. I on się wstępnie zgodził. :) Nie będę się rozwodził nad szczegółami tego, jak wyglądało moje pierwsze w życiu oddawanie krwi. Nie dlatego, że są drastyczne lub bardzo intymne. Raczej dlatego, żeby zostawić coś dla przyjaciół. Tak, dla przyjaciół. Ostatnio doszedłem bowiem do wniosku, że jednym z ważnym elementów relacji z przyjaciółmi jest dzielenie się z nimi jakimiś unikalnymi przeżyciami. Unikalnymi nie w sensie ogólnym, ale personalnym. I to mnie naprowadziło do wniosku, że nie mogę się za mocno obnażać emocjonalnie na blogu, bo nie zostanie mi nic, czym mógłbym się podzielić z kimś, kogo chciałbym w taki sposób wyróżnić. I dlatego między innymi nie napiszę za wiele o moim niedawnym, bo wtorkowym, osiągnięciu. Zanotuję tylko ku pamięci, że przebiegłem najdłuższy, jak na razie, dystans w moim życiu. Żeby nie zapomnieć o tym, zapiszę sobie też tutaj, że było to 13,6 km. Niedużo, ale w tej chwili to mój życiowy rekord. Czas też przyzwoity 1:33:43. Natomiast okolicznościami, w jakich to osiągnąłem, podzieliłem się tylko z jedną osobą i zakładam, że tak zostanie. A jeśli ta osoba zechce o tym opowiedzieć innym, to wolno jej to zrobić bez ograniczeń. :) Zmieniając temat napiszę, że do mojego nastroju dobrze dopasowuje się nalewka farmaceutów, którą już prawie dobę odsączam z nastawu. Kapie sobie powolutku pozostawiając na filtrze do kawy wysoko alkoholowy twarożek. I będzie kapać pewnie jeszcze do niedzieli wieczorem, jeśli nie dłużej. Sporo jej tym razem nastawiłem, bo z litra mleka i litra spirytusu. Będzie na spory kawałek zimy. Na tę okoliczność zresztą nastawiłem też "Krokodyle łzy" z imbiru i limonki. Może wkrótce nastawie kolejne, bo po ostatnich obronach dyplomów znów mam flaszki, z którymi nie wiadomo, co robić. Wylać szkoda. Wypić nie chcę, bo nie lubię ani czyściochy, ani whisky. Z tej pierwszej to jeszcze przynajmniej nalewkę można zrobić, ale co z tą drugą? Chyba podarować komuś trzeba. Albo poszukać w Sieci, może i z tego wymoczu z dębowych klepek da się coś strawnego nastawić. A skoro mowa o dyplomach, to chociaż jeszcze nie napisałem żadnych tematów prac dla tegorocznych dyplomantów, to już sześć osób mnie o to pytało, czy można u mnie pisać dyplom. Z tego dwie są już zdeklarowane, że na pewno chcą. To tak sobie myślę, że jeszcze ze trzy osoby z dziennych przygarnę i ze trzy z zaocznych. Więcej nie chcę, bo rok temu jak miałem za miękkie serce, to mi się z czterech planowanych dyplomów osiem w końcu zrobiło. A ja też nie jestem robotem i jeśli mam za dużo dyplomów pod opieką, to niestety mniej czasu na to, żeby każdego dobrze przypilnować. Kurczę, właśnie mi się przypomniało, że mam jeszcze co najmniej jednego chętnego. Z zeszłego roku. On spadł semestr niżej i wiedział, że spadnie, ale zarezerwował sobie temat na ten rok i ja się na to zgodziłem, choć niechętnie. Jest jeszcze jeden spadkowicz, ale mam nadzieję, że się jednak rozmyśli i pójdzie do kogoś innego, bo moim prywatnym zdaniem fakt, że on w ogóle doszedł do semestru dyplomowego, jest jakimś błędem w Matriksie. Takie przypadki są na szczęście nieliczne, ale raz na jakiś czas pojawia się osobnik, który ewidentnie studia wyższe podjął przez pomyłkę i jakimś niezrozumiałym zbiegiem okoliczności udaje mu się przez nie przejść. I w sumie jestem gotów przejść nad tym do porządku dziennego, bo świat nie jest doskonały i nie wszystkie w nim przebiega tak, jak według nas powinno, ale jeśli taki człowiek chce potem akurat u mnie pisać dyplom, to mam ochotę skląć wszystkich tych moich kolegów i koleżanki, którzy dla świętego spokoju puszczali go dalej z semestru na semestr, bo nie wierzę, że na każdym z przedmiotów spełnił minimum wymagań do jego zaliczenia. Ja takich świństw nikomu nie robię. ;) Dziwi mnie też, że oni wybierają właśnie mnie na opiekuna swojej pracy. Jeśli mieli ze mną zajęcia, to prawie na pewno ich nie zaliczyli i musieli powtarzać je zwykle pewnie już nie u mnie. I po takim traumatycznym doświadczeniu powinni poszukać sobie kogoś z kimś nie wiążą się tak przykre wspomnienia jak "dwa" w indeksie. A tu proszę, przychodzą do mnie. Czy to jakaś akademicka odmiana syndromu sztokholmskiego? A może wyrafinowana zemsta (jak mi nie zaliczyłeś, to się teraz ze mną męcz przy dyplomie)? Nie wiem, a chciałbym wiedzieć. Może dałoby się takim wyborom zapobiec. Zwłaszcza, że pewnie nie każdy opiekun przywiązuje wagę do tego, jaki mu się trafia materiał na dyplomanta i może dla niektórych to nie byłby dopust. A tak na marginesie, to czy dopust może nie być boży? Zastanawiam się, bo jako ateista staram się eliminować ze swojego języka słowa i wyrażenia nacechowane religijnie. ;) A poza oglądaniem, jak sobie kapie nalewka, wziąłem się wreszcie za czytanie powieści Olgi Tokarczuk. Miałem czytać "Biegunów", ale tę książkę obiecała mi sprezentować A., więc i tak będę miał ją pod ręką, jak mnie najdzie ochota (choć zwykle książki moje własne dość długo czekają na przeczytanie). Wziąłem się więc za "Prowadź swój pług przez kości umarłych". I na razie jestem zadowolony z wyboru tej książki. Może od jej tekstu nie bije blask wybitnego talentu, ale czyta się go sprawnie i miło. W moim prywatnym podziale na książki, które odrzucają, wciągają i są obojętne ta plasuje się w gronie tych drugich. Z tym, że podział ten jest jeszcze wielokrotnie stopniowalny i opiera się na niedookreślonych kryteriach, dlatego dodam tylko tytułem uzupełnienia, że ta książka należy do "średnio jednak raczej bardziej wciągających niż nie". I być może pozostanie w tej kategorii jako jedyna. Albo nawet ją zmieni w miarę postępu lektury. ;) W każdym razie z myślą o niej kończę tymczasem swoje wynurzenia i wraca do lektury.
niedziela, 09 października 2011
Jeśli prognozy wyborcze się sprawdzą, to mam jeden powód do ulgi (PiS nie wygrał) i kilka do zadowolenia. Grzesiu Napieralski dostał po nosie, Palikot pokazał pazur, a PSL dostał mniej niż się spodziewał i mniej niż 4 lata temu. Na koniec komentarz do słów Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział "Przyjdzie taki dzień, że nam się uda". Myślę, że prezes Kaczyński bliższy byłby prawdy, gdyby powiedział "Przyjdzie taki dzień, kiedy wam się uda. Ale dopiero, po tym, jak ja przestanę być prezesem PiS". :) Jeśli po przeczytaniu tytułu komuś przyszło do głowy, że będzie o wyborach i obawie przed ich wynikami, to się pomylił. O tym nie będzie ani słowa poza tym słowem, które jest już powyżej. Będzie o tym, że to moja ostatnia wolna niedziela przed maratonem czterech kolejnych pracujących weekendów. Bywało już tak w latach poprzednich, że miałem trzy weekendy pod rząd spędzane w pracy. Nawet dwa takie zestawy. I przyznam, że w trzeci weekend ledwo wyrabiałem. Tak więc cztery weekendy pod rząd w pracy to będzie poważne wyzwanie. Nie boję się tego, ale łatwo nie będzie. Choć będzie trochę lżej, bo oddałem część zajęć. Podobno miałem za dużo godzin. To fakt, że miałem ich sporo. Ale to skutek kolejnego spiętrzenia zajęć ze względu na to, że obowiązują aktualnie co najmniej dwa plany studiów, w których pewne przedmioty są przesunięte względem siebie. Ale mniejsza o szczegóły. Myślę, że za rok wezmę znów na siebie te oddane zajęcia, bo to spiętrzenie się rozładuje i nie będę miał już tak dużo godzin. A ja tę ostatnią niedzielę spędzam na relaksowaniu się po imprezie. Impreza była chóralna. Początkowo miałem w niej nie brać udziału, bo czekał na mnie w domu chleb do wyrobienia i upieczenia, ale E. poprosił mnie, żebym przynajmniej otworzył pomieszczenia chóru, bo tylko mnie, jako pracownikowi politechniki, dadzą klucze. No to otworzyłem i mimo tego, że dodatkowo jeszcze bolała mnie głowa, zostałem na imprezie. Impreza była zaś pokłosiem występu. Śpiewaliśmy na ślubie, a ponieważ się spodobało, więc zostaliśmy obdarowani napitkiem i przekąską, które później częściowo skonsumowaliśmy. Nasz występ chyba się podobał i żałuję, że nie mamy częściej okazji do takich występów, bo byłby to dobry sposób na zarobienie paru groszy na potrzeby chóru (ten występ był po znajomości, dlatego był poczęstunek zamiast gotówki). Niestety, mamy chyba słaby marketing, bo nikt nie zgłasza, żeby nas angażować. E. mówi, że rozmawiał z organistami w tej sprawie, ale ja podejrzewam, że oni nie kwapią się do tego, żeby nas polecać. Trzeba by znaleźć inne kanały promocji. Tylko, że nie ma się tym kto zająć. I sprawa leży. Na występie było nas piętnaście osób, co stanowi trochę ponad połowę składu, jaki mieliśmy w chórze w zeszłym roku. Nie oznacza to bynajmniej, że tylko tyle nas zostało, bo kilka osób nie mogło dotrzeć na występ z różnych względów. Na przykład M., którego w domu zatrzymały obowiązki. Był za to K., który chociaż edukuje się już teraz w Warszawie na studiach dziennych, przez co na próby nie będzie chodził (choć może raz na jakiś czas uda mu się dotrzeć), to nie zapomina o nas. Wsparł nas wczoraj na występie swoim głosem, co było z jego strony bardzo miłym gestem. Napisałem, że M. nie było, ale był obecny duchem. "Pogadaliśmy" sobie bowiem trochę w czasie występu smsami. W tej sytuacji to było nawet lepiej niż na żywo, bo odbywało się niemal bezgłośnie (dźwięku naciskania klawiszy i wibracji telefonu nawet ja nie słyszałem) i nikomu nie przeszkadzało. :) M. chyba z początku zakładał, że wymieniam z nim wiadomości już po ślubie, bo myślał, że on się zaczyna o 16.00. Tymczasem początek był o 17.00 i nasza wymiana smsów trwała w najlepsze w samym środku uroczystości. Z mojego punktu widzenia to nawet lepiej, bo zwykle takie egzekwie mi się dłużą, a tak przynajmniej miałem zajęcie w przerwie między śpiewami. :) Ale ślub i chórowe "wesele", jak to można żartobliwie określić, to nie były jedyne dwie imprezy, w jakich brałem udział. Rano jeszcze poszedłem na rajd prowadząc jedną z tras. Pogoda rano była rześka. Całe pięć stopni na plusie. Trasa jednak była niezbyt uciążliwa, więc szło się dobrze i rajd naprawdę mi się udał. Na mecie spotkałem A., z którą nie mogliśmy się nagadać, bo albo ja musiałem stemplować setki książeczek, albo ona już musiała wracać (przyjechała z rowerzystami). Ale kilka zdań i refleksji wymieniliśmy. I obiecałem, że znajdę w jakiejś jeszcze bliżej nieokreślonej przyszłości czas tylko dla niej, żebyśmy sobie mogli spokojnie pogadać. Przy okazji rajdu odzyskałem jeszcze trochę pieniędzy. I potrzebny jest mały wstęp, żeby wyjaśnić, jak do tego doszło. Postaram się w telegraficznym skrócie. :) Otóż jestem, ale już niedługo, członkiem stowarzyszenia grupującego absolwentów mojego liceum. Stowarzyszenie powstało przed obchodami stulecia mojej szkoły i działa już pięć lat po tych obchodach. W ramach stowarzyszenia organizowana była wycieczka, która ostatecznie nie doszła do skutku i należał mi się zwrot pieniędzy. Niby prosta sprawa, ale muszę dopisać, że pieniądze wręczyła mi sama pani wiceprezes na mecie rajdu i miała przy tym minę obrażonej księżniczki. Dlaczego? Żeby to wyjaśnić, trzeba się cofnąć o ponad dekadę wstecz. Właśnie w tamtym czasie M., który też skończył tę samą szkołę co ja, tylko jakieś trzydzieści lat wcześniej, zapragnął spotkać swoich kolegów i swoje koleżanki ze szkoły po latach. Rzucił więc pomysł takiego spotkania na forum internetowym lokalnego oddziału Gazety Wyborczej, a pomysł ten chwycił nie tylko wśród kolegów M., ale spodobał się także Gazecie i w końcu wyszło z tego spotkanie absolwentów z patronatem medialnym i sporo większym rozmachem. Ale, co jest bardzo ważne, było to spotkanie nieformalne (i taką nawet przyjęło nazwę). Nieformalne i niekomercyjne, na które wstęp był całkowicie wolny. To spotkanie funkcjonowało w takiej formie przez kilka lat, a M. wciągnął do jego organizacji najpierw naszą koleżankę H., a potem także mnie. Za wiele organizowania nie było, ale zawsze trochę czasu i pieniędzy z własnych kieszeni trzeba było poświęcić. Niestety, i piszę to "niestety" z pełną odpowiedzialnością, w pewnym momencie do tych spotkań, niczym gówno do pantofla, przyczepiło się wspomniane wcześniej stowarzyszenie. Korzyści z tego nie było żadnych, bo pomoc stowarzyszenia ograniczała się do tego, że pani prezes wypisywała identyfikatory na początku imprezy i obściskiwała się głównie z różnej maści VIP-ami (a trochę wpływowych ludzi skończyło moją szkołę). Za to stowarzyszenie korzystało z okazji i wciskało (za odpłatnością) uczestnikom różne wydawnictwa czy gadżety, jakie zostały po obchodach stulecia. Niestety, stowarzyszenie nie paliło się do ponoszenia choćby części kosztów tej imprezy, przy okazji której zarabiało. Było to dla mnie tym bardziej zaskakujące, że pani skarbnik żyłowała się np. na kilkaset złotych wynagrodzenia dla muzyków uprzyjemniających spotkanie, podczas gdy wcześniej lekką ręką stowarzyszenie wydało kilkanaście tysięcy złotych na meble do tzw. Klubu Absolwenta. Takich mebli nie powstydziłby się prezes niejednej dużej firmy, a klub używany jest raz na miesiąc przez kilka godzin na nasiadówkę wąskiego grona członków. No ale to jeszcze jakoś znosiłem w cichości ducha. Dużo gorzej znosiłem zakusy pani skarbnik do spółki z panią prezes, żeby zacząć na tej nieformalnej imprezie zarabiać. Przez jakiś czas udawało się ten pomysł paniom wyperswadować, choć pani skarbnik już przebierała palcami na myśl, jaką to kasę można będzie z tej imprezy ściągnąć. Udawało się to tylko do tego roku, kiedy miało się odbyć jubileuszowe dziesiąte Nieformalne Spotkanie. Niestety, tym razem stowarzyszenie przejęło inicjatywę i, trzeba to napisać wprost, ukradło tę imprezę jej inicjatorowi i pomysłodawcy przerabiając ją na komercyjną bibę, co jest całkowitym zaprzeczeniem idei, jaka legła u podstaw Nieformalnych Spotkań. W tej sytuacji M. odciął się od organizatorów, choć miało to wymiar głównie symboliczny. Ja także uznałem, że z ludźmi, którzy dopuszczają się kradzieży (co prawda nie gotówki, czy rzeczy materialnych, ale pomysłu, a może nawet praw autorskich, bo chyba można o nich tutaj mówić) nie chcę mieć więcej nic wspólnego. Imprezę obaj zbojkotowaliśmy, a ja dodatkowo napisałem do pani skarbnik, że składam rezygnację z członkostwa w stowarzyszeniu co oczywiście oznacza również, że przestaję szefować Komisji Rewizyjnej. To była naturalna konsekwencja sytuacji, w której miałbym swoim nazwiskiem firmować ten proceder. Zresztą doszły mnie słuchy, że nie wszystko odbyło się tak, jak powinno, bo podobno ochronie zapłacono do ręki zamiast zawrzeć umowy i odprowadzić podatek. Ja takie praktyki nazywam szwindlem, no może szwindelkiem ze względu niewielkie kwoty. Najbardziej mnie w tym wszystkim zaskoczyła postawa naszej koleżanki H. Z jednej strony na GG pisała do mnie, że mam rację, że się ze mną całkowicie zgadza, itp. A z drugiej strony, jak to pokorne ciele, co dwie matki ssie, brała udział w organizacji spotkania, jakby nigdy nic. Ja to nazywam dwulicowością lub hipokryzją. I nie rozumiem tego tym bardziej, że pani prezes zdecydowała wyeliminować z obsługi imprezy człowieka, który przez dziesięć lat wiele nam przy niej pomógł (oczywiście także na tym zarabiając), a z którym to H. zawsze załatwiała sprawę organizacji kolejnego spotkania i wydawało mi się, że dla niej jest to jest naturalne, że on się tym zajmie. Nawet mi się H. skarżyła na GG, że pani prezes postanowiła dać zarobić jakiemuś innemu człowiekowi, bo przypadł jej do gustu podczas organizacji wyżywienia na jakąś imprezę, którą pani prezes przygotowywała. Ja też nie rozumiałem, jak można po dziesięciu latach dać kopa komuś, kto okazywał nam dotąd wiele życzliwości i służył pomocą, a który po prostu nie przypadł do gustu pani prezes i kiedy wreszcie mogła sama o tym zdecydować, to się go pozbyła. W każdym razie wszystkie opisane wyżej okoliczności doprowadziły do tego, że na mecie rajdu obrażona księżniczka bez słowa oddała mi pieniądze wpłacone na wycieczkę i tym samym coraz mniej wiążę mnie ze stowarzyszeniem. Zadeklarowałem, że członkiem pozostanę do Walnego Zebrania w 2012 roku (na które się zresztą nie wybieram), żeby nie robić zamieszania i nie zmuszać władz do zwoływania Nadzwyczajnego Walnego Zebrania jeszcze tego roku. Niech się państwo członkowie kiszą we własnym sosie, niech im ten przywłaszczony pomysł przyniesie fortunę, a stowarzyszeniu pomyślność. Ja mam w każdym razie jedną twarz i nie zamierzam nią firmować takich nieetycznych procederów.
piątek, 07 października 2011
Ta notka miała mieć początkowo inny tytuł i inne przesłanie. Miałem się w niej rozwodzić nad tym, na kogo nie zagłosuję i nad tym, że spośród pozostałych (dwóch) opcji mam trudny wybór. Takie miałem plany jeszcze dziś przed południem. Ale coś się zmieniło. Gdzieś koło południa. Ale nie będę uprzedzał faktów. Skoro zmieniło się tyle, że wiem już, na kogo oddam głos, a nie zmieniło się uzasadnienie, dlaczego nie oddam głosu na te partie, na które i tak nie zamierzałem głosować, więc mogę tę część notki napisać zgodnie z planem. I tak też robię. Nie wiem, jak inni wyborcy, ale ja nie czuję się członkiem żelaznego elektoratu żadnej partii i przed każdymi wyborami robię sobie swoisty światopoglądowy rachunek sumienia i spośród dostępnej oferty partii staram się wybrać taką, na którą oddam swój głos. Od jakiegoś czasu robię to drogą eliminacji. Nie ma bowiem w tej chwili takiej partii, którą poparłbym bez zastrzeżeń. Są za to takie, na które głosu na pewno nie oddam. Na czele tej negatywnej listy jest i będzie PiS. Na pewno nie oddam głosu na partię Kaczyńskiego, bo uważam, że propagatorów nienawiści i paranoi mających autorytatywne zapędy należy z polityki eliminować. Nie chcę mieć w Polsce drugiej Rosji. Nie chcę, żeby w rządzie był Pierwszy Paranoik RP, który rozwalił nam jedne służby specjalne i pewnie rozwaliłby ich więcej, gdyby miał możliwość. Nie chcę w rządzie nadprokuratora, który najpierw aresztuje, a potem szuka dowodów winy. A jak coś pójdzie nie tak, to robi w portki ze strachu, że się to wyda. Nie chcę mieć premiera, który jest kseno- i homofobem oraz zapowiada bez krępacji, że pozbawi sądownictwo niezawisłości. Mógłbym jeszcze długo wymieniać czego nie chcę, ale bardzo zgrabnie napisał o tym Jarosław Kurski i właściwie mogę się po prostu pod tym podpisać. Nie zagłosuję też na pewno na PJN, bo to jest PiS w wersji light. Odmiana zdecydowanie mniej jadowita i szkodliwa, ale i tak reprezentująca odmienny od mojego system wartości. Poza tym oni są, mniej lub bardziej, skażeni PiS-em. W moim grajdołku z logo PJN promuje się człowiek, który przez osiem lat ręka w rękę współrządził miastem z prezydentem z "betonowego" PiS. Po tym, jak PiS dostał w wyborach samorządowych kopniaka od wyborców, kilkoro radnych uciekło do PJN. Ale ja się na tę zmianę barw nie dam nabrać. Przez osiem lat ci ludzie rządzili miastem jako PiS i tego nie da się zmienić przez przyklejenie sobie innej etykietki. Kolejna partia, która mojego głosu na pewno nie dostanie, to SLD. Chociaż teoretycznie powinna być przynajmniej w gronie tych, których poparcie rozważam. Niestety, dopóki na czele tej partii stoi Grzesiu Napieralski, dopóty SLD na mój głos liczy nie może. Gdyby na jego miejscu był Wojciech Olejniczak, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Ale skoro działacze SLD wolą drętwego Grzesia, to niech sobie sami na siebie głosują. Zresztą nie zagłosuję ani na szopa pracza - młodego karierowicza, ani na podstarzałego wałacha nie mającego nic wspólnego dotąd z polityką, a takich właśnie kandydatów promuje SLD w moim grajdołku. O dwóch kolejnych partiach, KNP i PPP, napiszę tylko, że nie oddam głosu na polityczny folklor. To są dwa ugrupowania o specyficznych, skrajnych poglądach. Tylko dla koneserów. Nie zagłosuję też na PSL, bo to dla mnie partia sąsiadów, znajomych i pociotków. Partia na dodatek obrotowa, która może z każdym wejść w koalicję, o ile będzie się jej to opłacało. Dosłownie i wymiernie. Winię PSL za to, że było hamulcowym obecnego rządu. Myślę, że bez tej PSL-owskiej kuli u nogi PO zrobiłaby więcej i lepiej. Mam m.in. bardzo złe zdanie np. o minister Fedak i uważam, że jest ona jednym z rządowych szkodników (podobnie zresztą jak Pawlak). Jest tylko kilka osób w tej partii, które poważam. Należy do nich marszałek Struzik, ale na niego też głosu nie oddam, bo wiem, że on startuje w wyborach wyłącznie po to, żeby napędzić głosów swoim kolegom z partii. On sam mandatu na pewno nie obejmie, a mnie się taka polityka wyborcza nie podoba. Zresztą nie jest kandydatem w moim okręgu. No i wreszcie napiszę, dlaczego nie zagłosuję na PO, choć obok Ruchu Palikota tylko ją brałem pod uwagę. Przyczyna jest może absurdalna, ale zawinił jeden pewny siebie działacz PSL-u, który prorokował, że PSL będzie trzecią siłą w Sejmie, a Ruch Palikota do parlamentu nie wejdzie. Po przeczytaniu tych "proroctw" przestałem się wahać czy głosować na PO czy na Palikota. PO mi się przez te cztery lata naraziła, ale gotów byłem jeszcze raz na nią zagłosować. Ostatni raz, jeśli przez kolejne cztery lata miało będzie rządzić w tak samo kunktatorski sposób, a Fedak znów dostałaby tekę ministerialną. No ale jeśli PSL-owski pociot nie widzi Palikota w parlamencie, to ja liczę na to, że się mocno zdziwi i sam do tego przyłożę ręki. Ale nie tylko o głosowanie komuś na złość chodzi. Palikot ma dla mnie ten walor, że jego poglądy są najbliższe moich. Co prawda nie podoba mi się jego forma ich prezentacji, ale mogę na to przymknąć oko. Mam jedynie wątpliwości, na ile skutecznie będzie potrafił walczyć o wprowadzenie swoich pomysłów w życie, jeśli na przykład wszedłby do parlamentu, a potem do koalicji rządzącej? To jest człowiek dobry do organizacji happeningów, ale czy w pracy np. w rządzie, byłby równie skuteczny? Takie wątpliwości miałem rozważając, czy poprzeć go w wyborach, czy jednak oddać głos na PO. Ale teraz już klamka zapadła. Jeszcze tylko muszę przejrzeć listę kandydatów Ruchu Palikota, żeby ustalić, na kogo z tej listy oddać głos. :)
wtorek, 04 października 2011
Dziś odbyła się inauguracja roku akademickiego na mojej uczelni. A dokładniej na jej odgałęzieniu, które już 45 lat funkcjonuje w moim grajdołku. Byłem podczas tej inauguracji z różnych względów rozkojarzony, ale w odpowiednim momencie pojawiłem się, gdzie trzeba, żeby przyjąć gratulacje za opiekę nad pracą dyplomową, którą mój dyplomant zrobił na tyle dobrze, że zasłużyła na wyróżnienie (chociaż był to najniższy szczebel nagrody). Mimo rozkojarzenia nie umknęło mi też, że dziekan mojego wydziału, jako gospodarz uroczystości, powitał pasterza trzód katolickich miejscowej diecezji tytułując go "Jego Eminencją". Czyżby to były słowa prorocze? Pasterz miejscowy jest tylko biskupem (nawet nie "arcy"), a biskupów tytułuje się "Ich Ekscelencjami". Krążą jednak wieści, że może on (znaczy ordynariusz, nie dziekan) dostać kopa w górę i objąć jedną z metropolii. Czyżby uprzedzając fakty profesor K. od siebie dołożył do tej nominacji jeszcze kapelusz kardynalski? Może w takiej sytuacji powinniśmy dziekana od dziś tytułować "Jego Świątobliwością" zamiast "Jego Magnificencją"? ;) Chociaż akurat z tego mogłaby być afera międzynarodowa, bo watykański sedes (z łac.: tron) jest akurat obsadzony. Co więcej, nawet kilka tronów antypapieży jest obsadzonych i jest tu spora konkurencja. ;) Ktoś może powie, że się czepiam. I może będzie miał trochę racji. Ale nic nie poradzę na to, że inżynier według mnie powinien być precyzyjny. A w przypadku kościelnej tytulatury precyzja jest tym bardziej wskazana, bo o ile wiem, kler jest bardzo na te "ekscelencje", "eminencje", "świątobliwości" i inne takie mocno wyczulony. Po co się więc narażać? ;)
poniedziałek, 03 października 2011
Będzie krótko. Właściwie kilka zdań i odnośnik. Polecam lekturę najpierw tego wpisu w zaprzyjaźnionym blogu (wystarczą dwie linijki i pierwszy obrazek), a następnie komentarzy. Można zacząć od mojego, potem przeczytać odpowiedź i dalej do końca (przynajmniej tam, gdzie teraz jest koniec, bo co będzie dalej, nie wiem). Refleksje mam dwie. A właściwie jedną, ale na dwa sposoby interpretowaną: optymistycznie i pesymistycznie. Jest dobrze, bo poziom naszej edukacji w szkołach wyższych zbliża się poziomu, jaki mają Stany Zjednoczone. Jest źle, bo on się zbliża doń... z góry... Życzę, mimo wszystko, przyjemnej lektury. |
Archiwum
Zakładki:
1. Moje "naj-" notki:
2. Moje blogi:
3. Czytam i znam:
4. Czytam lub oglądam:
Tagi
|