O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 26 kwietnia 2015

Mieszkam już w stolicy kolejny tydzień. Zadomawiam się w niej coraz bardziej. Ustaliłem już, jak najszybciej dojechać do Auchan, gdzie już nawet byłem i do Kauflandu, gdzie jeszcze się nie wybrałem. Oswajam się powoli z myślą korzystania z tutejszych siłowni PURE (jak na złość najdogodniej dla mnie położone są te z kategorii Premium, za które musiałbym sporo przepłacić, co mi się nie uśmiecha). Okoliczne sklepy też mam już jako tako rozpoznane, podobnie jak ulubione jak na razie centrum rozrywki czyli Kinotekę. Zamierzam także w jakiejś nieodległej perspektywie wybrać się do teatru i pewnie będzie to Och-Teatr. Mam już swój ulubiony paczkomat, który kilkakrotnie przetestowałem, pozostaje mi jeszcze do zlokalizowania poczta.

Słowem, zadomawiam się w stolicy. Ale jest jedna rzecz, której mi tu brakuje. Mianowicie wolno żyjące koty. Chodzę sobie po okolicy, w której mieszkam i w ciągu czterech tygodni nie zobaczyłem nawet jednego kociego ogona znikającego gdzieś w krzakach czy okienku piwnicznym. Rzecz w moim grajdołku nie do pomyślenia. Tutaj tylko przy moim bloku kręcą się co najmniej trzy ogony, a wystarczy przejść się po mieście, żeby za każdym razem natknąć się na jakieś kolejne. A w stolicy w tej kwestii jest posucha. Okolica mojego zamieszkania jest dosłownie ogołokocona. Podobno jakieś koty kręcą się na terenie mojego instytutu, ale i tam żadnego dotąd nie widziałem. Jedyny przedstawiciel kotowatych, jaki mi się dotąd objawił, to siedzący za szybą na drugim czy trzecim piętrze domowy buras w bloku obok. Widziałem go zresztą tylko raz w drodze do pracy.

Zastanawiam się, czy nie jest to skutek działania prężnych komand sterylizujących wszystko, co biega na czterech łapach, ma ogon i miauczy? Takie komanda działają i w moim grajdołku, choć u mnie to są raczej pojedyncze neurotyczne "obrończynie" zwierząt i ich praw w wieku raczej dość zaawansowanym, więc i liczba ich ofiar nie jest duża i populacja kotów nie została jeszcze w dużym stopniu przetrzebiona. Natomiast stolica jak wiadomo pod każdym względem przoduje. Także w tępieniu kotów wolno żyjących.

Tej działalności jestem nieodmiennie przeciwny i nie mam dla osób ją podejmujących ani jednego dobrego słowa. Między innymi dlatego, że jest to akcja spontaniczna i nieprzemyślana, realizowana bez przemyślenia jej bliższych i dalekich skutków, podejmowana z pobudek, z które są dyskusyjne i kontrowersyjne. Jak słyszę, że te działania mają na celu zmniejszenie cierpienia zwierząt, to natychmiast mam ochotę odpowiedzieć, że dokładnie takie same uzasadnienie swoich działań mogą podać myśliwi. Oni pozbawiając życia zwierzęta oszczędzają im cierpień, jakie mogłyby je spotkać w wyniku jakiejś później złapanej choroby czy osiągnięcia starszego wieku niż ten, w którym zostają "uratowane" przez myśliwych. Podobieństw jest zresztą więcej, bo myśliwi też jednocześnie dokarmiają swoje ofiary. Rzekomo w ten sposób o nie dbają, a tak naprawdę dbają tylko o to, żeby mieć do czego strzelać na wiosnę.

Zastanawiam się, jak rzekomi "obrońcy" praw zwierząt godzą swoje działania z tymi właśnie prawami? Może w ogóle się nad tym zagadnieniem nie zastanawiają? Według mnie zwierzęta mają co najmniej dwa podstawowe prawa: do życia i do rozmnażania się. Jeśli chcemy do tego dodać prawo do oszczędzenia im cierpień, to zaliczyłbym tutaj jedynie cierpienia wynikające z działań ludzi wobec zwierząt, bo inne, te wynikające z natury i jej praw, są częścią zasad kierujących tym światem. Łamiemy je na potrzeby swojego gatunku i niech tak będzie. Choćby dlatego, że chyba jako jedyny lub jeden z nielicznych gatunków przeżywamy cierpienie mając jego świadomość i umiejętność refleksji na jego temat. Ale innym gatunkom pozwólmy żyć w zgodzie z prawami natury, nawet jeśli zasiedlają stworzone przez nas sztuczne środowiska. W tym postulacie mieści się też zaprzestanie dokarmiania wolno żyjących kotów. W ten sposób ich płodność sama się zmniejszy i populacja ustabilizuje się na mniejszym poziomie. To bardzo prosty pomysł, na który jednak tak trudno wpaść.

Proceder sterylizacji kotów, o którym piszę, mierzi mnie jeszcze z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że ktoś na tym zyskuje i nie są to zwierzęta. Zyskują producenci tego wszystkiego, co jest konieczne do sterylizacji zwierzęcia, czyli przemysł zaopatrujący lekarzy weterynarii. Zyskują też sami weterynarze. Jeśli nawet robią takie operacje po kosztach, to i tak zyskują. Jeśli nie pieniądze, to doświadczenie. Kto by nie chciał mieć możliwości doskonalenia swojego warsztatu na licznej populacji niczyich zwierząt? Przecież nawet jeśli takie zwierze wskutek błędu weterynarza nie przeżyje operacji, to nikt z tego powodu awantury nie zrobi. Co innego, gdyby taka wpadka przydarzyła się w przypadku rasowego, kosztownego zwierzęcia czy też ulubieńca domu. Żeby ryzyko takich wpadek zminimalizować, warto jest sobie poćwiczyć rękę na zwierzętach, o które nikt się nie upomni.

Drugi powód jest taki, że cała sprawa skupia się akurat na kotach. Na zwierzętach, na które łatwo jest zdobyć pieniądze, bo wystarczy słodkiego kotka umieścić na plakacie czy stronie internetowej i dorzucić do tego chwytające za serce hasło i pieniążki już płyną. A ja się pytam, dlaczego nie robi się nic w sprawie ograniczenia populacji wolno żyjących gołębi? Myślę, że są bardziej uciążliwe niż koty, plenią się chyba nawet bardziej od nich (sam miałem jedno gniazdo gołębi na balkonie, drugie na parapecie i syf z tym związany, a w obu kilka lęgów ptaków w roku). Z gołębi jest mniej pożytku, bo koty przynajmniej trzymają w szachu szczury. Ponadto widok padłych ptaków na trawnikach jest wystarczająco nieprzyjemny, żeby chcieć go jak najrzadziej oglądać. Z przerostem populacji gołębi można walczyć podbierając im jajka. Ale: a) na tym żaden weterynarz ani producent wyrobów weterynaryjnych nie zarobi, b) trudno będzie zebrać pieniądze na taką akcję, bo gołębie są mało fotogeniczne, c) starsze panie, które dokarmiają gołębie, nie będą łazić po drzewach, żeby wybierać im jajka, wszak łatwiej jest złapać kota, którego zaufanie się wcześniej zdobyło dokarmianiem. Słowem akcja może potrzebna, ale bez szans powodzenia.

Notkę tę zakończę przestrogą, jaką mogliby sformułować nasi zachodni sąsiedzi. Im też kiedyś przyszło do głowy, żeby sterylizować na potęgę wolno żyjące koty. Czym to się skończyło? Pielgrzymkami do Polski po nasze koty (te niewysterylizowane), bo na skutek własnych działań populacja kotów wolno żyjących w Niemczech spadła tak dramatycznie, że trzeba było wspomóc jej odbudowanie. A widocznie praktyczni Niemcy uznali, że te wolno żyjące koty stanowią jakąś wartość, której nie wolno utracić. Może za jakiś czas i u nas społeczeństwo zmądrzeje. Podobnie jak władze samorządowe, które przestaną finansować zabiegi sterylizacji kotów.

Żeby zakończyć trochę bardziej optymistycznym akcentem napiszę, że kilka dni temu rano obudził mnie dźwięk, który przypominał miłosny śpiew kocicy. Zanim się na dobre obudziłem i wyjrzałem przez okno, koncert się skończył. I nie wiem, czy to faktycznie była jakaś kocica czy tylko mi się przyśniło...

niedziela, 19 kwietnia 2015

Bardzo mało romantyczny tytuł. A ponieważ staram się (nie wiem, z jakim skutkiem) nie powtarzać się w tytułach, to do następnej notki nie będę mógł go już wykorzystać. Ale może kolejną notkę napiszę w jakimś innym interwale czasowym i sprawa się rozwiąże. :)

Tym razem do domu zjechałem tylko na niedzielę, bo w sobotę miałem posiedzenie Komisji. Skorzystałem z tego, że spędzałem w Warszawie piątkowy wieczór i wybrałem się do Kinoteki. Raz już byłem tam w ciągu tygodnia, ale za późno przyjechałem, bo jedyny film, jaki miałem ochotę obejrzeć, już był wyświetlany, a to był jedyny seans tego dnia. Tym razem udało mi się trafić lepiej i obejrzałem "Ciało" Małgorzaty Szumowskiej.

Obejrzałem i... nie wiem, co napisać. Nie mam jasności w temacie. Nie wiem, czy to jest komedia, dramat, film obyczajowy? Osoby, z którymi siedziałem na seansie, kilka a nawet może kilkanaście razy się zaśmiały. W większości przypadków w takich momentach, które mnie aż tak zabawne się nie wydawały. Z drugiej strony miałem dylemat, czy postać grana przez Maję Ostaszewską miała być zabawna? Czy np. sceny prowadzonej przez nią niekonwencjonalnej terapii miały jej postać uczynić godną politowania? Czy może należało do tego, co się dzieje na ekranie, podejść z powagą, w końcu ilustrowany był poważny problem, jakim jest anoreksja. Ja byłem zagubiony. I myślę, że część widowni też, stąd te śmiechy w niezbyt, według mnie, śmiesznych momentach. Choć było kilka zabawnych fragmentów, ale raczej takich na uśmiech niż na chichot czy wręcz rechot.

Miałem niezbyt dobrą miejscówkę, bo tuż obok mnie usiadła dziewczyna, z którą przyszedł, jak przypuszczałem po tym co mówił, jakiś młodociany aktor. Przyjrzałem mu się po wyjściu z seansu przez chwilę, ale nie przypominam sobie, żebym go z jakąkolwiek rolą kojarzył. Może go kiedyś w przyszłości zobaczę na ekranie, ale na razie musiałem z racji tego sąsiedztwa znosić jego dość głośne opinie o różnych szkołach aktorskich (podobno ci z Krakowa w ogóle się nie nadają do teatru, bo nie czują dramatu), jakieś smaczki z czasów studenckich (młody miał zajęcia z "Januszkiem", czyli Gajosem, na II roku), opinie o jeszcze młodszych kolegach (roczniki niższe od jego to w ogóle jakieś nieporozumienie), itp. Mimo wszystko jakoś udało mi się nie stracić wątku w filmie i obejrzeć go uważnie.

Tak się jeszcze ciekawie tego dnia złożyło, że trafiłem do Kinoteki akurat w dniu inauguracji 6. Festiwalu Filmów LGBT. I żeby było jeszcze ciekawiej, film inaugurujący to wydarzenie zaczynał się 15 minut przed moim seansem. W związku z tym dość ciekawe towarzystwo pojawiło się w kinie. :) Nawet zastanawiałem się, czy w tej sytuacji powinienem iść do toalety za potrzebą, żeby to się nie skończyło jakąś niespodziewaną randką. ;) No ale chyba obecnie toalety nie cieszą się takim wzięciem jak w dawniejszych, mniej tolerancyjnych czasach. W każdym razie moja wizyta w tym przybytku przebiegła bez niespodzianek.

Trochę żałowałem, że przez weekend nie będę w Warszawie, a raczej, że nie będę mógł przyjść na filmy wyświetlane w ramach tego festiwalu (bo sporą część soboty spędziłem jeszcze w stolicy). Większości z nich, jeśli nie wręcz wszystkich, nie da się obejrzeć na zwykłych seansach, a to co można obecnie obejrzeć w kinach jest zwykle tak schematyczne lub nudne, że każda odmiana jest przyjemna. No ale festiwal będzie trwał jeszcze po niedzieli, więc może się na jakiś film wybiorę. Wziąłem sobie program na wszelki wypadek.

A tymczasem od poniedziałku będę w pracy pracował fizycznie. Ale nie będzie to jakaś ciężka czy męcząca praca. I nawet się cieszę na tę odmianę. To będzie początek badań, które mam przeprowadzić. Martwi mnie tylko to, że te badania, jak to sobie ostatnio uświadomiłem, mogą długo potrwać. Mamy tylko dwa stanowiska, które właściwie trzeba liczyć jako jedno, bo różnią się sposobem badania i nie są wymienne, a chciałbym zrobić badania sześć betonów w czterech różnych wariantach, które to warianty będą jeszcze trzykrotnie zróżnicowane i to wszystko na czterech próbkach. Łącznie 288 przypadków. Przy założeniu, że da się zrobić jedno badanie dziennie, robi się nieciekawie. Zwłaszcza, że to ma być dopiero pierwszy etap z trzech, może nawet czterech.

Gdzieś będę musiał przykroić ten swój program badań. Chyba, że uda się zmontować drugie stanowisko do badań. Ale i w takim przypadku i tak będzie trzeba z czegoś zrezygnować. Może uda się dodatkowo robić dwa badania dziennie, ale to może być trudne. No nic, będę o tym intensywnie myślał od jutra.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Miałem już iść spać, bo zdrowie niestety nadal mi nie dopisuje, ale pomyślałem, że następną okazję do napisania czegoś w blogu będę miał dopiero w najbliższą niedzielę. Nie chcę pisać z pracy, choć nie wydaję się, żeby ktoś miał do mnie o to pretensje, dopóki wywiązuję się ze swoich obowiązków, a w mieszkaniu w stolicy nadal nie mam laptopa, a więc i internetu.

Nie mam też telewizora i zastanawiam się, czy tak tego nie zostawić. Co prawda D., koleżanka z pracy, zaoferowała mi jakiś swój stary telewizor kineskopowy, którego nie potrzebuje i dlatego może oddać za darmo, ale na razie się nie skusiłem. Poza tym trochę się nie dogadaliśmy, bo w czwartek przyjechał do mnie brat i miałem transport, ale akurat D. tego dnia miała zaplanowany wieczór poza domem.

Brat i tak miał ze mną pojechać na zakupy, żeby trochę uzupełnić umeblowanie mieszkania, więc problemu nie było. Zresztą jakoś nie ciągnie mnie do tego, żeby mieć telewizor. Na studiach przez ponad 5 miesięcy mieszkałem w Darmstadt w pokoju bez telewizora i bez radia. I dobrze mi z tym było. Może teraz znajdę więcej czasu na czytanie książek i prasy. Z bratem miałem pojechać po biurko pod ewentualny komputer, ale z racji tego, że komputera nie będę miał, więc i ten mebel okazał się niepotrzebny. Zresztą był w ofercie na stronie internetowej, a w sklepie go nie znalazłem.

Kupiłem za to pościel. Nie muszę więc już spać w śpiworze na małej poduszeczce zabranej z domu. Pierwsza noc w normalnej pościeli była tak miła, że rano nie chciało mi się wstawać. :) Za to w nocy musiałem wstać, bo lodówka zaczęła na mnie warczeć. Wydawało mi się, że ten problem już rozwiązałem, bo z początku mocno na mnie warczała, ale ją ustawiłem. No i niestety chyba nie na długo. Jednej nocy po prostu ją wyłączyłem. Tak sobie myślę, że jak wsadzę do niej duży baniak z wodą, która ma dużą pojemność cieplną, to przez noc utrzyma chyba na tyle przyzwoitą temperaturę, żeby mi się nic w niej nie psuło. Z dwojga złego wolę nie korzystać lodówki i jeść świeże produkty niż się nie wysypiać. :)

Jak wspomniałem na początku, zdrowie mi nadal nie dopisuje. Dziwi mnie to trochę, bo zwykle takie przeziębienia przechodziły mi w ciągu kilku dni, a to się już ciągnie ponad tydzień. Może to trochę wina pogody, która robi takie wolty, że nie wiadomo, jak się ubierać. Ale mam podejrzenia również wobec Kolei Mazowieckich. Pierwsze objawy pojawiły mi się w zeszłą sobotę, po powrocie do domu pociągiem w piątek wieczorem. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale przez całą drogę do domu na głowę wiał mi strumień zimnego powietrza. I tak samo było w ten piątek. Z tą różnicą, że tym razem siedziałem w czapce. Pewnie wyglądałem dziwnie, ale znów nad mój wizerunek cenię sobie bardziej zdrowie.

Nie wiem, czy tym razem mi to nie pomogło, czy coś innego zdecydowało, ale dziś znów czułem się fatalnie. Miałem iść na cmentarz na grób ojca, ale nie miałem siły i zamiast do miasta poszedłem do łóżka. Mam nadzieję, że w końcu mi to przeziębienie przejdzie, bo jest męczące. Co dziwne, nie mam gorączki, bo 37°C to moim zdaniem to nie jest gorączka. Ale czuję się tak źle, jakbym gorączkował. Może jutro wstanę w lepszym stanie. Czas do łóżka.

poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Znowu okazałem się prawie prorokiem, bo na Boże Narodzenie zapowiadałem, że będziemy mieli białe święta, choć niekoniecznie te grudniowe. I prawie tak się stało. Kiedy rano w piątek, który chrześcijanie nazywają Wielkim, szykowałem się do pracy, za oknem nagle zaczął kurzyć śnieg. I wyglądało nawet, że nie stopi się od razu, ale zostanie. Później zresztą też jeszcze popadywał, więc tak jakby przepowiednia się sprawdziła.

A ja skutkiem tego dorobiłem się przeziębienia. I to dość poważnego. Sobotę i dzisiejszy dzień powitałem bólem głowy w okolicy zatok. Dziś bolało trochę mniej niż w sobotę, ale jednak. Poza tym czuję, że mam opuchnięte gardło, a do tego katar i kaszel. Na razie "mokry" według reklamowej klasyfikacji. Ponieważ wiem, że winne mojemu samopoczuciu są wirusy, prawie żadnych leków nie biorę. Jedyny lek przeciwwirusowy bez recepty mnie zawiódł, bo choć brałem go do niedzieli włącznie i nawet zacząłem wcześniej niż w piątek, to i tak wirusy mają używanie.

Leczę w tej sytuacji tylko gardło, ale nie Cholinexem, bo nie lubię, jak firmy ludziom wciskają kit w reklamach. Swego czasu można było usłyszeć, że ten cudowny lek zwalcza rzekomo wirusy już od pierwszej minuty. Ciekawe, jak skoro nie ma w składzie żadnej substancji mającej takie działanie? Może one padały ze śmiechu słysząc te bzdurę? Poza gardłem zwalczam jeszcze ból głowy paracetamolem. Do niedawna preferowałem preparaty na bazie ibuprofenu, ale kiedy dokładniej poczytałem, jaki jest mechanizm działania ibuprofenu i paracetamolu, to preferuję ten drugi.

Trochę mi to przeziębienie krzyżuje plany, bo chciałem sobie w święta popracować. Tymczasem mój stan wpływa trochę na zdolności do tej pracy, którą chciałem się zająć. Niby ją robię i może nawet zrobię większość tego, co planowałem, ale jednak idzie to mniej sprawnie niżby szło, gdybym był zdrowy. Jeśli ktoś się dziwi, że pracuję w święta, to napiszę, że w święta pracuje się najlepiej. Wszyscy wtedy leniuchują i nikt d..., znaczy głowy, nie zawraca. :)

Trzeba by teraz napisać, o co chodzi z tym tytułowym odwykiem. Bynajmniej nie chodzi o alkohol, od którego nie jestem uzależniony, więc odwyk nie jest potrzebny. Zresztą myślę, że i od tego, od czego będę odwykał częściowo, też nie jestem jakoś szczególnie uzależniony, skoro potrafię się bez tego obejść nawet dwa tygodnie bez żadnego poczucia, że czegoś mi brakuje. Chodzi o internet i moją decyzję, żeby na razie (a może na dłużej) nie zabierać ze sobą laptopa ani żadnego innego komputera do stolicy.

Skutek tego będzie (a właściwie już jest) taki, że po pracy nie będę miał do Sieci dostępu. Chyba, że sobie znajdę jakiś dostęp alternatywny poza moim mieszkaniem. Na razie jednak szukać takowego nie zamierzam. Z racji tego, że nie mam smarkfona, a internet w telefonie kosztuje mnie horrendalnie dużo (zwłaszcza, że telefon jest pre-paid), więc tutaj nie będzie awaryjnego źródła dostępu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale ogólnie chciałbym spędzać w tygodniu czas po pracy bardziej twórczo niż tylko siedząc przy komputerze w Sieci. Oczywiście sam dostęp do internetu tego nie uniemożliwia, ale jak się go już ma, to potrafi wciągnąć i człowiek idzie na łatwiznę. Wiem coś o tym. Dlatego jak mnie nie będzie mógł wciągnąć, to ja sobie będę musiał znaleźć alternatywne rozrywki.

Jedyny minus tego rozwiązania, jaki widzę na razie, to brak dostępu do poczty elektronicznej poza godzinami pracy. Ale może to dobrze. Pamiętam, a było to dość dawno temu, jak spanikowałem, kiedy któregoś dnia zauważyłem, że wyszedłem z domu bez telefonu komórkowego. Tak byłem do tej smyczy przywiązany. Tymczasem dziś uważam, że telefon jest dla mnie, a nie odwrotnie i zdarza się teraz, że celowo nie biorę ze sobą telefonu albo go włączam w tryb off-line. Pewnie do braku bieżącego dostępu do poczty podobnie przywyknę. I myślę, że tylko mi to wyjdzie na zdrowie. :)

sobota, 04 kwietnia 2015

No i stało się to, co o czym jakiś czas temu pisałem. Mam nową pracę. Starą zresztą zachowałem, bo nowa jest na czas określony. W przybliżeniu na jakieś półtora roku. 1 kwietnia podpisałem umowę (i nie był to primaaprilisowy żart). Od tego dnia pracuję w Pewnym Prestiżowym Instytucie Naukowym jako członek zespołu realizującego grant z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Wiążę z tą pracą spore nadzieje na powiększenie mojego dorobku naukowego o cenne publikacje. Nie bez znaczenia są również kontakty, jakie nawiążę i jakie już nawiązałem. No ale oczywiście, co zresztą podkreślił mój nowy szef, przede wszystkim ode mnie zależy, jak wiele tej szansy wykorzystam.

Praca ta wiąże się dla mnie z czasową przeprowadzką do stolicy. Dojeżdżanie codzienne nie wchodziło w grę nie ze względu na koszty, ale ze względu na to, że byłoby to bardzo męczące. Około pięciu godzin codziennie na dojazdy to nie wchodziło w grę. Choć byłoby to rozwiązanie sporo tańsze niż wynajem mieszkania. Ja jednak wolałem mieć w stolicy miejsce noclegowe do własnej dyspozycji. I mam. Fakt, że malutkie i dwóm osobom na dłuższą metę byłoby tam ciasno. Ale jestem sam, a gości będę gościł raczej na krótsze niż dłuższe okresy, więc dam radę. Natomiast zaletą tego mieszkania jest to, że do pracy mam 15 minut spacerem, więc warszawskie korki mogę mieć w nosie. :)

Na weekendy planuję zjeżdżać do domu, bo jednak lubię mój grajdołek. Zresztą skoro już zostałem "słoikiem", to powinienem zachowywać się jak rasowy słoik. ;) Choć słoików na razie do stolicy nie wożę. Ale kto wie, może i to będę robił. Ceny w stolicy są bowiem stołeczne i u mnie w grajdołku wiele rzeczy można kupić taniej.

A z innej beczki napiszę, że po dłuższej przerwie postanowiłem na święta upiec chleb. Jakoś tak od lutego nie mogłem znaleźć czasu. Teraz nie mam go zresztą wcale więcej. Jak podliczyłem, mam do napisania pięć publikacji w ciągu czterech tygodni i to po angielsku. Do tego mam jeszcze dwa opracowania po polsku, które może są bliskie zakończenia, ale termin jednego z nich jest dość krótki, a drugiego nawet bardzo krótki. Myślę jednak, że się ze wszystkim wyrobię.

Zapisałem się już na tegoroczny OWRP i próbuję namawiać różne osoby na to samo. Mojej stałej ekipy namawiać nie muszę, ale liczę na świeżą krew. Jedną osobę chyba mi się udało. Moja turystyczna znajoma z grajdołka, A., właśnie mnie ostrzegła SMS-em, że się zapisuje. Wygląda więc na to, że na bliskiej orbicie mojej osoby krążyć będą na tym rajdzie aż dwie kobiety. Mam nadzieję, że się polubią, bo inaczej będę musiał zrejterować na inną trasę. ;) Próbuję namawiać też dwójkę moich dyplomantów, bo młodzi, jeśli im się spodoba, mogą zasilić tę imprezę na długie lata. Nie wiem, co z tego wyjdzie. Na studencką kieszeń taki wyjazd to jednak jest odczuwalny koszt, ale z drugiej strony na pewno OWRP jest wart swej ceny. :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 203

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape





hit counters