|
O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze.
piątek, 18 maja 2012
Nawet nie widziałem, że już tak długo tutaj nie zamieściłem żadnego wpisu. To znaczy wiedziałem, że nie piszę i że to trochę trwa, ale dopiero dziś spojrzałem na datę poprzedniego wpisu i uświadomiłem sobie, że to już sześć tygodni. Wcześniej zresztą próbowałem się odszukać na liście TOP 1000 i na liście blogów ze swoje kategorii. Bezskutecznie. Dziwi mnie szczególnie to drugie, bo fakt, że nikt nie zagląda na strony blogu, gdzie przez sześć tygodni nic się nie dzieje, nie powinien dziwić. A skąd taka przerwa? Z dwóch powodów. Albo nie ma o czym pisać, albo nie ma kiedy pisać. W większości przypadków chodzi o ten drugi powód. Z tego samego powodu niemal martwy jest mój drugi blog - turystyczny i trzeci. Ale tamte nie były nigdy specjalnie żywotne. Tematów też jakoś brakuje, bo jeśli już się coś nasuwa, to są to jakieś przemyślenia, które niekoniecznie warto upubliczniać. W każdym razie nie w kraju, gdzie podobno jest tylko 3,3% ateistów, czyli zabobon trzyma się mocno. Tematów osobistych, czyli z życia wziętych, nie mam ochoty ostatnio tutaj prezentować. Nie dlatego, żeby mi się źle wiodło, ale w tej chwili nie czuję potrzeby dzielenia się wiadomościami na ten temat. Zresztą deficyt czasu skutecznie mnie do tego zniechęca. Jeśli już mam poświęcić czas na blog, to nie po to, żeby pisać o duperelach. Chociaż teraz takie właśnie duperele piszę, ale mam akurat chwilę niezagospodarowaną, a poza tym uznałem, że warto dać sygnał, że ten blog nie jest jeszcze trupem. :) Ale moi wierni czytelnicy, jeśli jeszcze jacyś zostali, mają próbkę tego, jak będzie wyglądał koniec tego blogu. Będzie właśnie tak, że bez żadnego uprzedzenia po prostu któryś wpis tutaj stanie się ostatnim. Może ten, może jakiś następny. Nie wiem, nie jestem prorokiem. W każdym razie jak widać ten poprzedni nie był jeszcze ostatnim. ;) A czy i kiedy pojawi się następny, czas pokaże. Może jutro, a może wcale, a może coś pomiędzy jednym a drugim.
środa, 04 kwietnia 2012
Wszystko przez chodzenie bez czapki. Skutki takiego nierozsądnego podejścia do własnego zdrowia mogą być przykre. I nie mam na myśli tych najbardziej oczywistych w postaci kataru, drapania w gardle, puchnącej od bólu głowy, itp. Jednemu z takich mniej oczywistych skutków poświęcam tę notkę. Zaziębiłem się prawdopodobnie w piątek lub w sobotę. Dodam, że jeśli w piątek, to do południa, a nie wieczorem, żeby nie wywoływać poczucia winy jednego z moich potencjalnych czytelników. ;) W każdym razie na początku tygodnia choroba się już całkiem nieźle rozwinęła i zacząłem wdrażać jakieś działania lecznicze. Na pierwszy ogień poszły środki paramedyczne, czyli nalewka farmaceutów, płukanie gardła wodą z solą, itp. Ale skutki takiego leczenia były mizerne, więc dziś postanowiłem nie czekać dłużej i dokonać zmasowanego ataku na chorobę. Wypisałem sobie listę czterech specyfików i wyguzdrałem się do apteki. Jednym z tychże specyfików miały być pastylki Strepsils. I kiedy wyrecytowałem w aptece listę życzeń, usłyszałem pytanie, jakie mają być te Strepsils? Nie zastanawiając się długo machnąłem ręką, że wszystko jedno i znacząco zaniosłem się kaszlem. Pani chyba poczuła się moją odpowiedzią nieusatysfakcjonowana (w sumie też nie lubię takich odpowiedzi), dopytała więc jeszcze, czy mogą być "intensive"? Mój pracujący nie do końca sprawnie, ze względu na chorobę, mózg zinterpretował to tak: "hmmm, intensive to pewne to samo co forte w nazwach niektórych innych leków i pewnie oznacza po prostu większą dawkę". Doszedłszy do takiego wniosku powiedziałem, że tak, jak najbardziej może być. Pani mnie podsumowała na kasie i suma chyba wydała jej się dość wygórowana (mnie nie), bo jakoś tak ją wyrecytowała z rezygnacją i zauważyła, że najdrożej z tego zestawu to właśnie te Strepsils kosztowały. Nic to, pomyślałem, ważne, żeby pomogły. Zdrowie jest bezcenne. Wróciłem do domu i siadłem do czytania ulotek, żeby się przekonać, czy wszystko to, co kupiłem, zażyte w kupie nie wyśle mnie ekspresowo na tamten świat albo na przykład na przymusowy całodzienny seans na sedesie. Kiedy sięgnąłem po zakupione Strepsils, najpierw zdziwiło mnie, że zawierają jakiś flurbiprofen, który od razu skojarzył mi się z ibuprofenem, czyli lekiem przeciwbólowym i przeciwzapalnym. No ale pomyślałem, że może dodali tego tak przy okazji. Oprócz tego, czego tam się przede wszystkim spodziewałem. Jednak szybko przekonałem się, że tego, czego się tam spodziewałem tam nie ma! Chciałem kupić lek antybakteryjny, żeby zastąpił moje płukanie gardła wodą z solą, a kupiłem przeciwbólowy. A wszystko dlatego, że jeden i drugi nazywa się tak samo. Z tą drobną różnicą, że ten drugi ma dodany dodatkowy człon do nazwy. Zresztą mylący. Zjeżyłem się, bo poczułem się zrobiony w balona. Gdybym wiedział przed wizytą w aptece, jaka jest różnica między Srtepsils, a Strepsils Intensive, to w życiu bym tego drugiego nie kupił. No ale nie wiedziałem, a założyłem błędnie, że ta sama nazwa oznacza ten sam składnik. Pani w aptece też nie była zbyt pomocna, ale jej odpuszczam winy. Według mnie to producent zachowuje się nie fair wobec swoich klientów. To tak, jakbym poszedł do piekarni, żeby kupić chleb i zapytano by mnie, czy może to być "chleb aromatyczny". Ja w dobrej wierze odpowiedziałbym, że tak, a potem w domu przekonałbym się, że pod tą nazwą sprzedano mi placek drożdżowy. A wszystko dlatego, że dałem się wziąć na lep reklamy. Licho mnie podkusiło. Mogłem przecież kupić sobie chlorchinaldin, którego przez tyle lat używałem odkąd pamiętam, zanim pojawiły się te wszystkie Strepsilsy, Neoanginy i inne cuda. I tak pewnie zrobię następnym razem. A Strepsils niech sobie wsa... znaczy ssą. ;)
niedziela, 01 kwietnia 2012
Nie wiem, czy coś mądrego lub ciekawego ktoś poniżej znajdzie. Ale ponieważ trochę czasu upłynęło od czasu napisania mojej ostatniej notki, a na dodatek przyszedł mi akurat do głowy temat przełamujący ostatnio dominującą tutaj tematykę, więc zaryzykowałem i wziąłem się za pisanie. Do tego tematu zainspirował mnie M. I to w dość ciekawy sposób. Ale po kolei. Wczoraj rano M. zamieścił na FB link do filmiku. Filmik przedstawiał historyjkę, w której niewinny (a według opisu głupi) żart nieoczekiwanie zakończył się tragicznie, bo czyjąś śmiercią. Pod tym linkiem wywiązała się krótka dyskusja. Ja uznałem, że umieszczanie takiego filmu w internecie jest głupotą i to właśnie napisałem. M. stwierdził, że może to być przestroga przed ludzką głupotą. Z tym ja się znów nie zgodziłem, ale mniejsza już o to, dlaczego. Nie o tym chciałem bowiem pisać, jak wymienialiśmy poglądy. Wymiana była krótka, ale skłoniła mnie do przemyśleń, co mi się dość często zdarza. :) I doszedłem do wniosku, że głupota jest odporna na edukację. Dlaczego? Żeby wskazać, jak doszedłem do takiego wniosku, muszę najpierw napisać, czym według mnie jest to, co ludzie potocznie nazywają głupotą. Przyjęło się dość powszechnie, że określenia "mądrość" i "głupota" są antonimami. Dodatkowo zwykle mądrość utożsamia się z wiedzą, więc głupotę uważa się zapewne potocznie za synonim braku wiedzy. Tak też pewnie ja odpowiedziałbym wcześniej, gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest głupota. Doszedłem jednak po namyśle do wniosku, że mianem głupoty najczęściej jednak określamy nieumiejętność robienia właściwego użytku ze swojej wyobraźni. Zapewne to nie wyczerpuje znaczenia tego pojęcia, ale wydaje mi się, że to odpowiada większości sytuacji, kiedy ktoś używa tego określenia. Jeśli więc przyjmiemy, że głupota i niewiedza to nie jest to samo, to i remedium na oba te problemy nie jest takie samo. Niewiedzę można tępić za pomocą edukacji, ale korzystania z wyobraźni edukacja, przynajmniej taka, z jaką się na co dzień spotykamy, nie nauczy. Zresztą gdyby nawet podjąć próbę nauczenia kogoś korzystania z własnej wyobraźni, bo myślę, że jest to możliwe, to czy na dłuższą metę coś by to dało? Jestem wobec tego sceptyczny. Kształtowanie i działanie wyobraźni wymaga spokoju. Jest to taka aktywność naszego umysłu, w której obcuje on przede wszystkim sam ze sobą, ze swoimi zasobami doświadczeń. To wymaga skupienia i odcięcia się od większości bodźców. Tymczasem w dzisiejszych czasach jest to niemal niemożliwe. Jesteśmy z dnia na dzień bombardowani coraz większą liczbą informacji i bodźców z otoczenia, które nasz mózg musi analizować i segregować na te, które może zignorować i na te, na które musi zareagować. Wydawałoby się, że to dobrze, że tych bodźców i informacji jest coraz więcej, bo są one przecież pożywką dla wyobraźni, która bazuje na wiedzy i doświadczeniu. Jednak z racji ich narastającego strumienia mózg ma coraz mniej czasu i okazji do konsumowania w spokoju wiedzy, jaką mu te bodźce dostarczają. Na dodatek są one coraz mniej wartościowe, coraz krótsze (z racji tego, że musi się ich zmieścić więcej w tym samym czasie), coraz bardziej powierzchowne. Są dla mózgu tym, czym śmieciowe jedzenie dla żołądka. Prędzej wywołają rozstrój i przesyt niż dostarczą czegoś wartościowego. Poza tym ludzie coraz rzadziej się z tego strumienia bodźców wyłączają, żeby poświęcić swój (coraz cenniejszy) czas na tak twórcze zajęcie jak myślenie (rozumiane jako snucie refleksji). To jest passé, nudne, staroświeckie. Po co rozmyślać? Jeszcze głowa rozboli. Tyle, że bez tego nie ma szans na kształtowanie wyobraźni. A braki w wyobraźni owocują tym, co ludzie nazywają potem głupotą. Chociaż oczywiście nie jest tak, że właściwie ukształtowana wyobraźnia pozwoli przewidzieć wszystkie możliwe konsekwencje naszych działań i uchroni nas przed zrobieniem czegoś, co przyniesie nieprzyjemne, czy wręcz tragiczne skutki. Takiej gwarancji nie ma, bo życie potrafi pisać zaskakujące scenariusze. Ale robiąc użytek ze swojej wyobraźni i "serwisując" ją od czasu do czasu można uniknąć wielu przynajmniej tych dość łatwych do wyobrażenia przykrych skutków naszych działań. Za pozostałe zaś nie musimy się czuć winni wiedząc, że przynajmniej próbowaliśmy ich uniknąć. :)
niedziela, 25 marca 2012
Ciekawe myśli nachodzą człowieka w najmniej oczekiwanych momentach. Na przykład kiedy wracam z zajęć do swojego pokoju na uczelni, a myśli moje błądzą nie wokół zagadnień, których uczę, ale w ogóle gdzie indziej. Tym razem moje myśli doprowadziły mnie do zabawnego paradoksu. Nie będę opisywał, jak do tego doszedłem, ale przedstawię sam efekt. Otóż w Księdze Rodzaju, która jest częścią mitologii judeochrześcijańskiej, napisane jest, że pierwotni ludzie, zanim zjedli owoc zakazany, nie czuli wobec siebie wstydu mimo swej nagości. Dokładnie brzmi to tak (Rdz 2,25): Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu. Potem zdarzyło się to nieszczęście ze zjedzeniem jabłka i sytuacja się zmieniła (Rdz 3,7): A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. Można z powyższego wysnuć uprawniony chyba wniosek, że jedną z konsekwencji czynu, który sprowadził na ludzkość grzech pierworodny (przynajmniej według koncepcji chrześcijaństwa) jest odczuwanie wstydu ze swej nagości wobec innych ludzi. Zaraz po tej konkluzji nasuwa się myśl, że są na świecie ludzie, dla których nagość jest tak naturalna, że nie wywołuje u nich poczucia wstydu. I żeby nie upraszczać nie napiszę, że mam na myśli naturystów, którzy nago chodzą głównie po plażach lub na własnych zamkniętych imprezach, ale różne pierwotne ludy np. afrykańskie. Nie noszą oni przyodziewku ze względu na panujące upały, ale też nie zasłaniają tzw. wstydliwych (w naszym rozumieniu) partii swoich ciał przed innymi współplemieńcami, a więc raczej nie odczuwają wstydu z racji ich prezentowania w całej okazałości. Konkluzja ta prowadzi do bardzo poważnego w swoich konsekwencjach wniosku: być może nie wszyscy ludzie pochodzą od Adama i Ewy. ;) Pozostaje zatem do rozstrzygnięcia czy rajska para skonsumowała owocnie swój związek, zanim skonsumowali to nieszczęsne jabłko, czy też może Adam i Ewa nie mieli monopolu na bycie prarodzicami współczesnych ludzi, ale były też jakieś inne pary? Takie, które się na jabłka z drzewa zakazanego nie skusiły. :) W ten zabawny sposób wskazałem, że spisana przez ludzi mitologia judeochrześcijańska chyba nie w całości powstała pod boskim natchnieniem. Bóg, zakładając, że w ogóle istnieje, musiałby się akurat zdrzemnąć, kiedy starożytni autorzy pisali ten kawałek. Nie można chyba bowiem zakładać, że ten rzekomo doskonały byt nie zauważyłbym, jakie konsekwencje logicznie wynikają z tekstu pisanego pod jego dyktando. Jakie by mu to świadectwo wystawiło. ;)
środa, 21 marca 2012
Znów wracam do tematu, który stał się ostatnio leitmotivem moich notek blogowych, ale w pewnym sensie zostałem do tego skłoniony. Wdał się bowiem ze mną w dyskusję pewien katolicki "neofita" i zapytał mnie między innymi w pewnym momencie, jak doszedłem do ateizmu, bo jest tego ciekaw. Zapytał też, jak to "u nas" jest. Początkowo zastanawiałem się, czy jest sens odpowiadać na te pytania. Zwłaszcza na drugie, bo nie ma żadnych "nas". Ateizm, tak jak ja go rozumiem, nie jest jakąś formą religii tyle, że bez boga. Ateiści to są w moim rozumieniu, ludzie, którzy mają wspólny światopogląd, ale nie tworzą żadnej organizacji na kształt tych religijnych z kaznodziejami, itp. My się nie spotykamy na jakichś "antymszach" czy innych, podobnych obrzędach. Nie mamy swojego świętego pisma, w którego nieomylność wierzymy, choć na pewno są pozycje dla dojrzewania tego światopoglądu ważne. Ja takich jednak nie znam, bo doszedłem do swojego światopoglądu bez pomocy literatury. Dopiero teraz szukam jakichś pozycji poświęconych temu tematowi, ale niezbyt intensywnie. Natomiast od odpowiedzi na pierwsze pytanie odstręczało mnie poczucie, że mam oto przedstawić coś na kształt ateistycznego "świadectwa", czyli ulubionej zabawy katolików polegającej na opowiadaniu innym o tym, jak ich nawiedziła myśl o tym, że bóg istnieje, że bóg ich kocha i innych tego typu. Opowieści te, głoszone publicznie, często są nagradzane pochwałami innych członków wspólnoty tak, że można się poczuć jak na spotkaniu klubu AA. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że mogę kilka słów temu poświęcić i wskazać, co mnie na drogę do ateizmu drogę skierowało. Właściwie mógłbym to ująć w krótkim stwierdzeniu: zaufałem swojemu rozumowi pozwalając mu działać bez kagańca religijnego światopoglądu. I na tym mógłbym zakończyć. Ale ponieważ już wcześniej wziąłem sobie kartkę i wynotowałem cztery punkty, w których mógłbym to zagadnienie rozwinąć, więc je przedstawię. 1. Zadałem sobie pytanie, czy istnieje dowód na istnienie boga? Odpowiedź, do jakiej doszedłem, brzmi: nie istnieje i istnieć nie może. Równie dobrze mógłbym żądać dowodu zmyślonej przez siebie tezy, że milion lat świetlnych od nas krąży planeta wielkości Marsa, na której równiku czcionką Times New Roman o wielkości 12 punktów jest wyrzeźbiony napis JAHWE. Spróbujcie tego dowieść lub dowieść, że to nieprawda, a zrozumiecie, jak się tworzy religie. Piszę "tworzy", a nie "tworzyło", bo ten proces nadal trwa, czego dowodem jest np. scjentyzm. :) 2. Zadałem sobie pytanie, czy byt w rodzaju boga jest niezbędny do istnienia świata w takim kształcie, jaki obserwuję wokół siebie? Jak dotąd nie udało mi się znaleźć dowodu na to, że jest niezbędny, więc zakładam, że nie jest. A skoro świat może się bez niego doskonale obyć, to po co ja mam zakładać, że on jednak istnieje??? 3. Moja wiedza na temat różnych religii prowadzi do wniosku, że każda z nich twierdzi, że tylko ona ma patent na prawdę i tylko ona zna naturę boga, jego wolę i jest depozytariuszką jego słów. Wszystkie one są jak przekupki na rynku twierdzące, że tylko ich produkty gwarantują zdrowie i długie życie w szczęściu. Z punktu widzenia logiki, wszystkie one jednocześnie racji mieć nie mogą. To dowodzi, że racji nie ma żadna, bo żadna z nich nie jest w żaden sposób wyróżniona spośród innych, choć każda tak uważa. 4. Ewolucja religii i wzajemne przenikanie religijnych koncepcji doprowadziły mnie do wniosku, że religia jest tworem ludzkim. Jest odpowiedzią na ludzką potrzebę transcendencji, a nie emanacją jakiegoś niezmiennego, pozaziemskiego bytu. Im więcej ludzie wiedzą na temat natury świata, tym bardziej religia musi się nagimnastykować, żeby się z różnych mitów wynikających z wcześniejszej niewiedzy wycofać. Podobnie ewoluuje koncepcja boga i samych wierzeń. Chrześcijaństwo wypączkowało z judaizmu początkowo jako mało znacząca sekta, jakich było w judaizmie kilka. Judaizm zaś z dużym prawdopodobieństwem czerpał garściami z zaratusztrianizmu, który jest jedną z najstarszych religii monoteistycznych. Tak więc nihil novi sub sole. Czwarty punkt jest może najsłabszy z tych czterech, które podałem, niemniej jednak również przemawia na korzyść poglądu, że żadnego boga nie ma. Mam jeszcze w zanadrzu kilka paradoksów, ale im może kiedyś poświęcę oddzielną notkę, żeby tej nie przedłużać. Zamiast tego na koniec dodam jeszcze efekt moich ostatnich przemyśleń, czyli praktyczną definicję teologii. Otóż teologia jest to pseudonauka zajmująca się szukaniem w tym, co kiedyś napisali jacyś ludzie, tego, czego oni nie napisali, żeby dziś uzasadnić to, co chcą współcześnie robić ludzie, którzy uważają, że to, co tamci kiedyś napisali, jest cenne. :) Definicja jest nieco zawiła, ale na pewno nie aż tak, jak zawiłe są niektóre teologiczne wywody. :)
sobota, 10 marca 2012
Od dość długiego czasu interesują mnie tajniki ludzkiej psychiki. Ciekawi mnie to, jak ludzie funkcjonują. Co ich napędza zarówno do zachowań pozytywnych, twórczych, jak też i do negatywnych, destruktywnych dla siebie i otoczenia. Lubie obserwować innych, ale też i siebie. Z sobą mam o tyle łatwiej niż z innymi, że o sobie wiem najwięcej. Nie napiszę, że wiem wszystko, bo to na pewno nie jest prawdą i chyba nikt tak o sobie powiedzieć nie może. Interesują mnie mechanizmy, motywy i uwarunkowania ludzkich zachowań głównie dlatego, że chciałbym wiedzieć, jak można zapobiegać tym negatywnym lub je eliminować. Mniej interesuje mnie skłanianie ludzi i siebie do zachowań pozytywnych, bo myślę, że po wyeliminowaniu tych pierwszych te drugie same się pojawią. Chciałbym poznać mechanizmy destrukcyjnych zachowań oraz, o ile można tego dociec, ich przyczyny. Zarówno te pierwotne, które człowieka ukształtowały tak, że ma skłonność do zachowań destrukcyjnych, jak i te będące "cynglami". Czyli te powodujące, że konkretne zachowanie ma miejsce. Zakładam optymistycznie, że mając tę wiedzę można destrukcyjne zachowania wyeliminować. To jest jedno możliwe podejście do zagadnienia, ale nie jedyne. Chociaż do niedawna innymi w ogóle się nie interesowałem. Jednak od pewnego czasu obserwuję z dość bliska osobę, która ma zupełnie inne podejście. Mianowicie uświadomić osobie, że jakieś jej zachowanie jest destrukcyjne, o ile sama tego nie widzi, i daje jej do zrozumienia, że we własnym dobrze rozumianym interesie warto to zachowanie wyeliminować. Nie interesuje natomiast tej osoby, o której wspominam, skąd się te zachowania biorą, co jest ich przyczyną. Na własny użytek, kiedy dziś układałem sobie w głowie tę notkę nazwałem pierwsze z tych podejść analitycznym, a drugie behawioralnym. I do dziś uważałem, że to pierwsze prawie nie ma wad, poza jedną. Wymaga czasu. Zakładałem, że po poświęceniu odpowiedniej ilości czasu, niewykluczone, że czasem bardzo dużej ilości, mechanizm i przyczyny każdego zachowanie destrukcyjnego mogą zostać odkryte, a następnie dzięki temu zneutralizowane. Podejście behawioralne poważałem za szybkie efekty, bo nie wdając się w rozważania dlaczego dzieje się coś, co należy zmienić, a wskazując tylko, to warto zmienić, można pewnie szybciej dojść do celu. Ale myślę, że można też do niego nie dojść, jeśli pojawi się opór. Podejście to ma dla mnie tę zasadniczą wadę, że jest na swój sposób bezduszne. Nie daje człowiekowi możliwości odnalezienia źródeł zachowań destrukcyjnych. Tymczasem ktoś, kto sobie uświadomi destruktywność pewnych swoich zachowań, czuje potrzebę zrozumienia ich przyczyn. Dzięki temu ratuje bowiem w jakimś stopniu swoje poczucie wartości. Łagodzi poczucie winy, które ma z racji tego, że się tak właśnie zachowuje. Wie, że ma ono jakieś przyczyny i źródła, a nie jest jego wrodzoną właściwością. Na podstawie powyższych poglądów do dziś przedkładałem zdecydowanie podejście "analityczne" nad "behawioralne" (podkreślę, że te określenia są umowne; przyjęte na potrzeby tej notki i moich rozważań). Dziś jednak przyszła mi do głowy myśl (i nawet pamiętam, w którym miejscu to się wydarzyło), że taka analiza zachowań może mieć negatywne następstwa. Człowiek może uzyskaną w ten sposób wiedzę wykorzystać jako usprawiedliwienie tego, co robi. I może uważać, że z racji tego, co się dowiedział, ma prawo się tak właśnie zachowywać, a inny powinni to akceptować. To się może się wydawać absurdalne, ale znam co najmniej jedną tak właśnie myślącą osobę. Tyle, że nie jest to akurat efekt pogłębionych rozważań nad swoją psychiką i zachowaniem. Dlatego teraz uważam, że najlepsze jest połączenie tych dwóch podejść. Że z jednej strony należy człowiekowi pomóc odkryć, dlaczego ma skłonność do zachowań destrukcyjnych. A jeśli sam do tego dojdzie, pozwolić mu je wyjaśnić, żeby pomóc mu zachować szacunek do samego siebie i zdjąć część brzemienia poczucia winy. Z drugiej strony jednak trzeba uświadamiać człowiekowi konieczność zmiany swoich zachowań. Nie pozwalać wyjaśnieniom zmieniać się w usprawiedliwienia. Wskazywać, jakie szkody przynoszą takie zachowania. Te dwa podejścia są jak dwie nogi, a jak wiadomo, najpewniej stoi się na dwóch nogach, a nie na jednej, choćby najstabilniejszej. Teraz muszę jeszcze z tego, do czego dopiero co doszedłem i zapisałem, wyciągnąć odpowiednie wnioski dla siebie. :)
czwartek, 08 marca 2012
Przeczytałem sobie dziś w Sieci ciekawy artykuł na temat filmu "Wstyd". Po tej lekturze nabrałem chęci, żeby zobaczyć ten film. Dotąd takiej chęci nie miałem, ale może dlatego, że tytuł nic mi nie mówił. Ale nie o filmie chciałem napisać, ale o jednym zdaniu z całego artykułu, które utkwiło mi w głowie. Nawet niecałym zdaniu. Ten kawałek brzmi tak: po każdym zerwanym poważnym związku trzeba przejść okres żałoby, który trwa około dwóch, trzech lat. Kiedy to przeczytałem, zacząłem rozumieć, dlaczego wydaje mi się, jakbym miał w życiu wyrwę o długości właśnie mniej więcej trzech lat. Ten okres obejmuje jakaś mgła, jakaś częściowa amnezja, która sprawia, że kiedy próbuję sobie przypomnieć sobie coś z tego okresu, czego nie mam w jakiś sposób udokumentowanego, przychodzi mi to z trudem. Jeśli porównać życie do filmu, który się tworzy z przeżytych scen, to ja z tego okresu mam większość pustych klatek. Zupełnie tak, jakbym przez te trzy lata nie żył. Ale może rzeczywiście nie żyłem, tylko mi się wydawało, że żyję... W każdym razie coś mi się w głowie na nowo ułożyło po przeczytaniu tego kawałka. Na koniec, bo dziś będzie to już koniec pisania, mam prośbę do tych wszystkich moich czytelników, którym przyszłoby do głowy próbować mnie odpytać i dowiadywać się bliższych szczegółów na temat, o którym wspomniałem. Nie pytajcie. I tak nie odpowiem, bo wszystko, co miałbym na ten temat do powiedzenia, już napisałem. Resztę zachowam dla siebie. A jeśli ktoś ma jakieś podejrzenia, to... jego czy jej prawo. :)
niedziela, 04 marca 2012
Hipokryzja znów tryumfuje. Prezydent zarządził żałobę po ofiarach katastrofy pod Szczekocinami. Nie wiem, po co? Komu ta żałoba i do czego jest potrzebna? Rodzinom ofiar? Ratownikom? Lekarzom leczącym poszkodowanych? Kolejarzom? Strażakom niosącym pomoc? Prokuratorom prowadzącym sprawę? Widzom chłonącym bezrefleksyjnie wiadomości? Sprzedawcom czarnych wstążek? A może panu prezydentowi Komorowskiemu? Jeśli ktoś potrafi mi wyjaśnić, komu i po co ta żałoba, to poproszę. Miałem nadzieję, że następca tragicznie zmarłego miłośnika żałób narodowych będzie rozsądniej szafował tym szczególnym sposobem honorowania zmarłych, ale widzę, że się pomyliłem. Nic nie ujmując tragicznie zmarłym chciałbym zapytać, pana prezydenta, czy w katastrofie tej zginęły jakieś wybitne jednostki? Czy naród nasz stracił światłych przedstawicieli, skoro naród ten ma się teraz pogrążyć w żałobie, której zresztą nikt, poza najbliższymi ofiar, i tak nie będzie w żaden sposób celebrował? Aż się prosi, żeby zapytać, dlaczego nie ogłoszono żałoby po niedawnej śmierci noblistki Wisławy Szymborskiej? Jestem pewien, że tę stratę odczuł znacznie szerszy krąg naszych rodaków i że wielu z nich na swój sposób przeżywało po niej żałobę. A poza tym skoro śmierć szesnastu obywateli warta jest dwudniowej żałoby, to powinniśmy trwać w żałobie nieustającej, bo statystycznie rzecz biorąc przez te dwa dni w Polsce zginie zapewne w wypadkach drogowych więcej niż szesnaście osób. I będzie dobry powód, żeby przedłużyć żałobę o kolejne dwa dni, a potem kolejne i tak dalej, i tak dalej. Zastanawiam się, czy nie jest tak, że takimi pustymi gestami próbujemy maskować to, co naprawdę czujemy. Jak to powiedział pewien klasyk, którego zwykle nie miałbym ochoty cytować, ale tym razem wyjątkowo to zrobię, przypomina mi to perfumowanie szamba. Będziemy, formalnie, przeżywać żałobę po zupełnie obcych sobie ludziach, a tym czasem guzik nas to wszystko będzie obchodzić. Podobnie, jak nie obchodzi nas to, że sąsiad z góry katuje żonę, pijani sąsiedzi zza ściany znęcają się nad dzieckiem, a osamotniona sąsiadka z naprzeciwka w późnej jesieni żywota łaknie choćby chwili rozmowy... Uzupełnienie: Bardzo rozsądny głos anonimowego artysty.
czwartek, 01 marca 2012
Tytuł dzisiejszej notki nie jest wyrazem mojego ubolewania, ale sformułowanym w postaci pytania faktem, którego prawdziwość oraz źródła postaram się w tej notce wykazać. Być może kiedyś już na ten temat pisałem, ale obiecałem G., że poświęcę temu tematowi notkę w blogu, więc wywiązuję się z tej obietnicy teraz. Mam ten temat z grubsza przemyślany, dlatego chyba uda mi się wykonać to, co sobie powyżej założyłem. Myślę, że zanim zacznie się rozmawiać o tolerancji, warto w ogóle zdefiniować to pojęcie. Bez definicji bowiem trudno prowadzić jakiekolwiek rozważania mające coś wykazać. Zapewne definicji takich jest multum, ale ja na podstawie własnych przemyśleń stworzyłem sobie własną, a jest ona taka, że jesteś tolerancyjny, jeśli uznajesz, że twoje sumienie nie może być źródłem zakazów i nakazów moralnych dla kogokolwiek poza tobą i nie podejmujesz żadnych działań, żeby te zakazy i nakazy egzekwować wobec innych. Jako sumienie rozumiem także, a może przede wszystkim, światopogląd religijny. A jako próbę egzekucji wspomnianych zakazów i nakazów uważam także wszelkie formy prześladowania osób, które się do tych nakazów i zakazów nie stosują. To ważne uzupełnienia powyższej definicji, która pewnie ma swoje słabe punkty, ale dość wiernie oddaje moje poglądy na temat tolerancji. Nietolerancję religii wykaże na podstawie tej, którą znam najlepiej, choć myślę, że nie ona jedna ma taką właściwość. Skupiając się jednak na nietolerancji chrześcijaństwa zacznę od podziału źródeł tej nietolerancji, która są przynajmniej dwa. Pierwsze to mitologia, czyli bezpośrednie zapisy w świętych księgach. Drugie to praktyka, która jednak na mitologii tejże jest oparta pośrednio, a przynajmniej całkowicie z nią zgodna. Pierwsze źródło widać dobrze w moim ulubionym cytacie: (Mt 18, 15-17): Gdy brat twój zgrzeszy <przeciw tobie>, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa.Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Czyli każdy prawy chrześcijanin powinien napominać grzeszących, a nawet donosić na nich odpowiednim instancjom. Czyli powinien egzekwować nakazy własnego sumienia wobec innych. Jeśli tego nie robi, postępuje źle, co można przeczytać choćby w tym artykule. Zacytujmy: Nikt nie lubi upomnienia. (...) I dlatego tak łatwo dyspensujemy się z tego obowiązku. Owe uciekanie ma kilka odmian. Pierwsza – kainowa: "Wtedy Bóg zapytał Kaina: Gdzie jest brat twój, Abel? On odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?" (Rdz 4,9).(...) Inni uciekający od odpowiedzialności za los innych mają za swego patrona Piłata. „Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej narasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu mówiąc: Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz" (Mt 27,24) (...) Ale są i mocniejsze stwierdzenia: Jest jeszcze jedna ważna kwestia: to tzw. grzech cudzy. Jest to współuczestniczenie w winie bliźniego, jeśli jest się obojętnym wobec jego grzechu. Drugie źródło, czyli praktyka, zasadza się na założeniu, że Kościół Katolicki rości sobie prawo do wbudowywania do prawa świeckiego nakazów religijnych uzasadniając to nie inaczej niż właśnie potrzebą uzyskania zgodności praw świeckich z religią, co jest co najmniej niezrozumiałe. Najlepszym, choć pewnie nieco wyświechtanym przykładem jest na przykład aborcja. Nie jestem zwolennikiem całkowitej jej dopuszczalności, ale moje poglądy nie mają nic wspólnego z wymaganiami jakiegoś faceta z dużą białą, brodą, którego nikt nigdy nie widział. Natomiast uważam, że jeśli państwo chce dać prawo kobietom do decydowania o tym, czy chcą urodzić dziecko, czy nie, to religii nic do tego. Zadaniem bowiem Kościoła powinno być kształtowanie sumień swoich członków, a nie prawa, które przecież obejmuje także ludzi innych wyznań czy niewierzących. Wtedy kobieta wierząca mająca prawo do aborcji po prostu z tego sprawa nie skorzysta, bo zabraniają jej tego nakazy religijne, a przecież państwo nie zmusza nikogo do aborcji, bo to jest prawo, a nie obowiązek. Kościół nie powinien być przeciwko prawu pozwalającemu człowiekowi grzeszyć. W końcu podobno bóg obdarzył ludzi wolną wolą i z tego, jaki ludzie robią z niej użytek, ma ich później rozliczać. Rozumiem zasadność interwencji Kościoła tylko w sytuacji, gdyby prawo nakładało obowiązek uprawiania grzesznych praktyk. Ale o takich przepisać nie słyszałem dotąd. Ale może są jakieś. Prawdą jest jednak niezaprzeczalną, że zadanie kształtowania sumień jest trudne i niewdzięczne, i że o wiele łatwiej wyręczyć się tutaj państwem i jego sankcjami karnymi. Jest to więc nietolerancja wynikająca z praktyki. Ostatni przykład to misjonarstwo. Jeśli jakaś religia nakazuje nawracanie wyznawców innych, religii, to automatycznie jest nietolerancyjna. Tego wątku chyba rozwijać nie trzeba, bo każdy umiejący myśleć człowiek sam może sobie odpowiednie rozumowanie przeprowadzić, które chyba nie może doprowadzić go do innej konkluzji. Jeśli może, to poproszę zaprezentowanie takiego rozumowania w komentarzu. Chętnie się z nim zapoznam. :) A tymczasem kończę, bo znów się mocno rozpisałem. Mógłbym jeszcze na kanwie tego tematu rozwinąć rozważania na temat jakości czy też prawdziwości wiary osób deklarujących się jako wierzące. Ale może zostawię sobie ten temat na jakąś inną notkę. Konkluzja jest natomiast taka, że trudno jest właściwie mieć pretensje do osób wierzących, że są nietolerancyjne. Można najwyżej ubolewać, że uważają, iż można jednocześnie łączyć ze sobą te dwie sprzeczne postawy tj. religijność chrześcijańską i tolerancję, bo to jest jedynie droga do hipokryzji, czyli braku wierności obu.
sobota, 25 lutego 2012
Jeśli ktoś czytając tytuł skojarzył go ze słynnymi "trzema słowami do ojca prowadzącego", to nie o tym będzie ta notka. Mogę nawet napisać, że będzie ona o biegunowo przeciwnych słowach, które jednak są moim zdaniem przereklamowane. Trudno mi się pisze tę notkę. Z dwóch powodów. Po pierwsze piszę ją trochę wbrew sobie. Obawiam się bowiem, że może być źle zrozumiana przez kogoś, kto mnie natchnął do rozważań na temat, który poruszę. Natchnął mnie do kolejnych rozważań, bo już kiedyś nad tym rozmyślałem, może nawet więcej niż raz. Jak dotąd jednak chyba się na ten temat nie wywnętrzałem na blogu, choć mój mózg, który jak każdy mózg lubi płatać figle, nie ma pewności, czy przypadkiem jednak nie będę się powtarzał. Po drugie to, co napiszę, będzie (i znów dwa zastrzeżenia) kontrowersyjne i może niezbyt mądre. Tym pierwszym się specjalnie nie przejmuję, co chyba wierni czytelnicy bloga, o ile są tacy, wiedzą. To drugie natomiast trochę mnie demotywuje do pisania, bo nie lubię mędrkowania zarówno u siebie, jak i u innych. Ale tym razem czuję, że muszę to napisać, bo będzie mi się pałętać po głowie. Zaś na usprawiedliwienie mam to, że po to mam swój blog, żeby sobie w nim od czasu do czasu pomędrkować. Nikomu się z tym nie narzucam (chyba, że podeślę komuś link, co robię raczej rzadko), więc jak ktoś nie lubi, to może z moimi myślami nie obcować. Po tej przydługiej dygresji przejdę do tematu, czyli do trzech magicznych słów: "proszę", "dziękuję" i "przepraszam", które są według wszelkich kanonów podstawą dobrego wychowania. Mnie też tak uczono, ale im dłużej obcuje z ludźmi, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że są one zdecydowanie przereklamowane, a ich używanie może być nawet szkodliwe. Zanim wyjdę na niewychowanego chama, spróbuję wyjaśnić, co mam na myśli. I na początek podkreślę słowo może, którego przed chwilą użyłem. A teraz opowiem o każdym ze słów osobno. Wiem, o którym słowie napiszę na końcu, ale miałem dylemat, od którego zacząć. No ale niech to będzie "proszę." Tego słowa można używać w różnych kontekstach. Chyba najmniej mam wątpliwości co do jego używania w sytuacji, kiedy komuś coś wręczamy. Nad tym się więc nie będę rozwodził. Kolejny kontekst to formułowanie oczekiwań wobec innej osoby. Tutaj można tego słowa użyć jako formy grzecznościowej na początku zdania. "Poproszę..." czy "proszę..." to brzmi kulturalniej i nadaje formułowanemu oczekiwaniu charakter prośby, a nie żądania. Chyba jednak nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że prosząc kogoś o coś dajemy mu jednocześnie prawo do odmowy spełnienia zaspokojenia naszego oczekiwania. Taka, jest moim, zdaniem różnica między prośbą, a żądaniem. Problem w tym, że często prośba w rzeczywistości jest żądaniem, a słowo "proszę" ma za zadanie rozmyć intencje proszącego. Podobnie "szkodliwe" jest użycie samego słowa "proszę" już po sformułowaniu swojego oczekiwania, bo jest to forma nacisku na drugą osobę. Jeśli ja dodam, że proszę, to utrudnię tej drugiej stronie odmowę sprawiając, że odmawiając poczuje się ona niekomfortowo. Chyba najmniej kontrowersyjne jest słowo "dziękuję". Przynajmniej do takiego wniosku jak dotąd doszedłem. Chociaż niekiedy nie lubię, kiedy tego słowa się wobec mnie używa, bo czasem jest ono nadużywane. Jeśli postawię komuś ocenę, czasem nawet dobrą, i ktoś mi dziękuje z taką emfazą, jakbym wyświadczył jakąś przysługę, to przyznam, że mnie to trochę drażni. W końcu ktoś sobie na tę ocenę zapracował, a moim obowiązkiem było mu ją wystawić. Drażni mnie również, kiedy ktoś dziękuje mi za coś, co zrobić musiałem, a niekoniecznie chciałem, czy też nie byłem przekonany, że robiąc to postępuję właściwie. Za wykonywanie tego, do czego jestem zobowiązany, nie oczekuję podziękowań. A w takich sytuacji, jakie ująłem w poprzednim zdaniu, to podziękowanie brzmi nawet czasem w moich uszach szyderczo. Ale rozumiem, że są sytuacje, w których słowo "dziękuje" jest po prostu miłym konwenansem tak jak powiedzenie "dzień dobry" na powitanie, co przecież wcale nie oznacza, że ktoś komuś innemu świadomie życzy dobrego dnia. I w takich neutralnych sytuacjach słowo to uważam za miłe, choć niekonieczne. To znaczy nie wymagam go i nikomu nie wytknę, jeśli go nie użyje. Najbardziej kontrowersyjne z tej trójcy jest słowo "przepraszam". I nie dlatego, że ja nie lubię tego słowa używać, bo wbrew pozorom tak nie jest. Natomiast nie lubię tego słowa używanego wobec mnie. Przynajmniej w większości przypadków. Tak się jakoś utarło, że jak ktoś komuś wyrządzi zło, to ma się przede wszystkim przeprosić. Dwie rzeczy uważa się, przynajmniej, jak sądzę, w naszym kręgu kulturowym, za najważniejsze w postępowaniu po wyrządzanej krzywdzie: skruchę i pokutę (czy też karę). Skrucha ma pokazać, że człowiek zrozumiał, że postąpił źle. Problem w tym, że zewnętrzne objawy skruchy, w tym to słowo "przepraszam", można na człowieku wymusić. Ale nie da się już sprawdzić, czy on tę skruchę rzeczywiście odczuwa, czy tylko odgrywa, bo wie, że to działa na jego korzyść. A jeśli nie odczuwa, to cały ten teatrzyk o kant d... można potłuc. Zastanawiam się też, komu ta skrucha jest potrzebna? I komu przynosi satysfakcję? Myślę, że zwykle nie tej osobie, której zło zostało wyrządzone. Ale może gapiom i pewnie temu, kto złoczyńcę do skruchy skłonił (czasem może być to sama ofiara). Podobnie zresztą jest, w mojej ocenie, z karą. Ona też według mnie nie jest formą zadośćuczynienia za wyrządzone zło, ale zaspokaja jedynie żądzę zemsty. Żądzę, którą pałają często ludzie, których w żaden sposób wyrządzone zło nie dotknęło. Skąd więc w nich ta żądza? Nie wiem, ale psychologowie na pewno to ustalili. Natomiast uważam, że za mały nacisk kładzie się na kwestię zadośćuczynienia. Skoro zostało wyrządzone zło, to sprawca powinien mieć obowiązek naprawy jego skutków lub, jeśli jest to niemożliwe, bo stało się coś nieodwracalnego, wynagrodzenia tych skutków. W mojej prywatnej ocenie zadośćuczynienie może zastąpić zarówno karę jak i skruchę. Może być bowiem dla złoczyńcy formą kary to, że musi swój czas czy inne zasoby spożytkować na rzecz innej osoby. I będzie to większą korzyścią dla pokrzywdzonej osoby niż skrucha, być może fałszywa. Niestety, mam wrażenie, że dość powszechne jest przekonanie, że jak się zrobi coś złego, to wystarczy bezrefleksyjnie rzucić słowo "przepraszam" i sprawa powinna być załatwiona. Ewentualnie spuścić pokornie głowę, a może nawet uronić łzę. To bardziej przypomina odruch warunkowy, efekt społecznej tresury, a nie jakiś proces mający na celu naprawienie wyrządzonego zła. Dla niektórych powiedzieć "przepraszam" to tyle, co splunąć. Ja bym na podstawie swoich przekonań zmienił państwowy system wymierzania sprawiedliwości. Ustawiłbym go na fundamencie symbolicznych, niewielkich kar i obowiązku zadośćuczynienia. I dopiero tych, którzy się od tego obowiązku uchylają, karałbym surowiej. Wiem, to utopia. No ale to są tylko moje przemyślenia, z którymi nie trzeba się zgadzać. A poza tym szansa, że miałbym możliwość zrealizowania tego w praktyce, jest bliska zeru. Tyle mojego, co sobie napiszę. :)
piątek, 24 lutego 2012
Jeszcze kilka dni temu zanosiło się na to, że będzie to weekend mocno turystyczny, a miał się zacząć już w piątek. Niestety, w chwili obecnej nie wiem nawet, czy chociaż jeden dzień poświęcę na uprawianie turystyki, bo plany się mocno zdezaktualizowały. Najpierw o piątku. Zaplanowałem sobie na ten piątek wycieczkę do sąsiedniego grajdołka. To miała być kontynuacja wycieczki odbytej w zeszłym roku, którą przerwałem po prawie 30 km zostawiwszy sobie na drugi etap podobny dystans do przejścia. Początkowo miałem drugi etap tej wycieczki odbyć tuż po pierwszym, ale tak się złożyło, że się inaczej ułożyło. Ponieważ wszystko jednak wskazywało, że wiosna nadeszła na dobre, powróciłem do pomysłu i poprosiłem o pomoc M. Potrzebny był mi bowiem transport na trasę. Mogłem co prawda skorzystać z usług PKS-u, ale wtedy byłbym skazany na rozkład jazdy, który niekoniecznie byłby mi na rękę. Zresztą najpierw poprosiłem M., a skoro on się zgodził mi pomóc, to już innym opcji nie rozpatrywałem. Niestety, plany w tym przypadku pokrzyżowała choroba. M. w środę miał dość wysoką gorączkę i zdecydował, że zjedzie do domu dzień wcześniej niż początkowo planował, a więc już w czwartek. Nie miałem mu za złe, a wręcz przeciwnie. Miałbym mu mocno za złe, gdyby ze względu na to, że mi wcześniej obiecał pomóc, specjalnie zostawał. Moją wycieczkę można przełożyć na bardziej dogodny termin, a chorobę należy leczyć, najlepiej pod troskliwą opieką domowników. Po powrocie do zdrowia i do grajdołka, umówimy się na jakiś inny termin. Kolejnym, w planach, zajętym dniem miała być sobota. Tym razem miałem się wybrać na wycieczkę organizowaną przez mojego imiennika z PTTK. Wspomniał mi o tym tydzień wcześniej, kiedy zadzwoniłem do niego wcześniej nie odebrawszy rano dwóch telefonów od niego. Wyjaśniwszy sobie to i owo, o czym już pisać nie będę, spytał, czy mam czas w następną sobotę. Miałem mieć, więc powiedział, żebym tym razem odebrał telefon, bo planuje wycieczkę z kijkami do NW i do mnie w tej sprawie zadzwoni. No ale cóż, jest piątek, godzina 21.00, a jak dotąd telefonu nie dostałem. Przynajmniej nie od niego, bo ktoś do mnie dzwonił, ale akurat w takich okolicznościach, że nie mogłem odebrać, a że numeru nie znam, to nie oddzwoniłem. Na nieznane mi numery bowiem zwykle nie oddzwaniam. Jak ktoś ma do mnie sprawę, musi próbować do skutku. Ale jak na złość telefony dostaję zwykle wtedy, gdy mam zajęcia albo inne okoliczności sprawiają, że nie mogę ich odebrać. Ale reasumując, jeśli dostanę telefon jutro rano, to podziękuję, ale prawdopodobnie nie skorzystam. Wolę być o takich planach uprzedzany co najmniej 12 godzin wcześniej, to w ostateczności, bo najlepiej minimum 24. No i jeszcze pozostaje jeszcze niedziela, na którą wstępnie umówiłem się na wycieczkę z A. Ta jedna wycieczka być może dojdzie do skutku, bo jutro zamierzam się upewnić, że sprawa jest aktualna. Jeśli nie, to byłaby szkoda wielka. Myślałem sobie, że może w trzy dni zrobię ze sześćdziesiąt kilometrów, a być może uda się zrobić jedną czwartą. No cóż, jeśli chociaż tyle będzie, to też będzie nieźle. Ale jest jedna okoliczność, która nieco mnie martwi. Otóż zanosi się na to, że tym razem plan na zaoczne będę miał tak ułożony, że będę miał zajęcia w soboty przed południem. Jeśli do tego okaże się, że daty zjazdów pokrywają się z datami rajdów, to znaczy, że do wakacji na żaden PTTK-owski rajd już nie pójdę. Niestety, zwykle te daty się pokrywały, więc nie zdziwię się, jeśli tak samo będzie i w tym roku. Jest jednak pewien plus tej sytuacji z planem, który uświadomiłem sobie dopiero niedawno, choć wiedziałem o tym wcześniej. Otóż co prawda pracuję w sobotę do południa, ale mam wolny piątek. A to oznacza, że będę mógł w tym semestrze wybrać się na każdy koncert orkiestry symfonicznej, o ile będę miał ochotę i dostanę bilety. Dotąd to było niemożliwe właśnie ze względu na zajęcia w piątkowe wieczory. Czyli jak to zwykle jest w życiu: coś za coś. I w gruncie rzeczy może nie jest to zła zamiana. Przyda się jakiś płodozmian w rozrywkach. A na rajdy, tyle że indywidualne, będę mógł się wybierać w nieliczne wolne weekendy. :)
poniedziałek, 20 lutego 2012
Tę notkę dedykuję A., z którą spędziłem przemiły piątkowy wieczór najpierw na rozmowie, a potem na koncercie, na którym popis swojej wirtuozerii dawał Gary Guthman. To był pierwszy od dość dawna koncert lokalnej grajdołkowej orkiestry, na którym byłem, bo zwykle terminy koncertów pokrywają się z terminami moich zajęć na studiach zaocznych. Zanim wybraliśmy się na koncert, spotkaliśmy się jeszcze na kawie i herbacie, przy których zgadało się o jednej z książek Stephena Hawkinga i samym autorze przy okazji. W czasie tej rozmowy pojawił się wątek wyjątkowości naszej sytuacji we wszechświecie i choć nie zostało to powiedziane wprost, miałem wrażenie, może mylne, że A. zakłada, iż Hawking jest człowiekiem wierzącym. Tak się złożyło, że akurat dziś zajrzałem do Wikipedii, żeby poczytać coś o dorobku popularno-naukowym Hawkinga i znalazłem w haśle mu poświęconym rozwinięcie jego poglądów na boga i inne takie tematy. Nie będę ich parafrazował, ale wklejam cytat z Wikipedii i jedynie wyróżniam w nim te fragmenty, które są mi bliskie lub były kiedyś, gdy byłem w swoich poglądach mniej radykalny niż dziś. Hawking jest agnostykiem, a słowa "Bóg" używa jako wygodnej przenośni. Jego pierwsza żona podczas sprawy rozwodowej wyraziła przekonanie iż jest ateistą. Hawking podkreśla, że nie jest religijny w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, Boga rozumie jako ucieleśnienie praw natury i wierzy, że wszechświat rządzony jest przez prawa natury, które może zostały określone przez Boga, ale nie są przez niego łamane, uznając religijną koncepcję osobowego Boga za niemożliwą. Widzi fundamentalną różnicę pomiędzy opartą na autorytecie religią, a nauką używającą doświadczenia i myślenia. Uważa, że w tym konflikcie dzięki skuteczności nauka zwycięży. W "Krótkiej Historii Czasu" (1988) napisał, że odkrycie kompletnej "teorii wszystkiego" wyjaśni przyczynę naszego istnienia dzięki czemu "będzie to ostateczny tryumf ludzkiej inteligencji – poznamy wtedy bowiem myśli Boga", ale w napisanej wspólnie z Leonardem Mlodinowem "Jeszcze krótszej historii czasu" (2005) stwierdził, że nowe odkrycia w fizyce pokazują, że stwórca "nie jest potrzebny". Podczas wywiadu z Charlie Rosem w 2008 na pytanie o kwestie religijne odpowiedział, że prawa fizyki muszą obowiązywać bez wyjątku, bo inaczej nie byłyby prawami, co nie zostawia zbyt wiele miejsca na cuda lub Boga, zaś koncepcję życia po śmierci uważa za bajkę, w którą wierzą ludzie bojący się ciemności. W wydanej w 2010 "The Grand Design" (również wspólnie z Mlodinowem) pisze: "Ponieważ istnieją takie prawa jak grawitacja wszechświat dlatego, że może to zrobić, stworzy się sam z niczego. Spontaniczne stworzenie jest przyczyną dla której istnieje raczej coś niż nic, wyjaśnia istnienie wszechświata. Nie jest konieczne przywoływanie Boga by zapalić lont i wprawić wszechświat w ruch" Tak zupełnie przy okazji ta notka jest też swoistą odpowiedzią dla A. (mam tu na myśli inną osobę, niż ta, której zadedykowałem tę notkę), który od jakiegoś czasu próbuje chyba mnie kłuć w oczy tym demotywatorem. Miałem zamiar odpowiedzieć notką w blogu, w której napisałbym, że mógłbym skompletować taką samą listę wybitnych osób niewierzących, ale byłaby to dziecinada i że jeśli komuś nie wystarcza sama wiara, ale musi się w niej podpierać naukowymi autorytetami, to chyba słaba ta wiara musi być. :) Zamiast jednak tamtej notki niech wystarczy powyższy cytat z poglądów Hawkinga. Może uzupełniony obrazkiem z tego demotywatora (ale bez opisu, który słabo współgra z tą akurat grafiką). Dodam jeszcze, bo to bym też napisał w tamtej niezredagowanej notce, że wcale nie uważam, i chyba nigdzie tego nie napisałem, że wiara jest dla ludzi głupich. To bzdura, bo przecież głupota i lęk wcale nie muszą ze sobą chodzić w parze.
niedziela, 19 lutego 2012
Dziś jest ostatni dzień moich ferii. Krótkich, w porównaniu ze studentami, bo zaledwie kilkudniowych. W środę jeszcze miałem egzamin komisyjny i dopiero właściwie od czwartku poczułem, że mam na razie wolne. A od poniedziałku znów zajęcia. Co prawda ja mam pierwsze zajęcia w środę, ale w poniedziałek jest rejestracja na studiach zaocznych, a we wtorek mogę mieć jakiś kolejny egzamin komisyjny. Tymczasem pomyślałem, że może czas puścić w świat kolejny temat, który od jakiegoś czasu zalega mi w głowie i nijak nie da się z niej wypędzić. Nie wiem, czy to już pisałem, bo staram się swoich notek nie czytywać (chyba, że w celu "odpluskwienia"), ale obawiam się popadnięcia w monotematyczność, bo to, czemu najchętniej poświęcam ostatnio notki na blogu, to głównie rozmyślania jakoś powiązane z religią. Na co dzień nie jestem tak monotematyczny. Zakończona sesja poszła studentom dość dobrze. Tam, gdzie to ja decydowałem o ocenie końcowej, zdawalność wyniosła ok. 1/3 i jest to przyzwoity wynik. Czytelnicy mogą myśleć, co chcą, ale taki wskaźnik dość dobrze odzwierciedla kombinacje przygotowania i zaangażowania studentów studiów zaocznych, bo o nich tutaj mowa. Zresztą takie samo zdanie na temat zaangażowania studiujących w tym trybie mają też co niektórzy studenci. Na studiach dziennych wygląda to nieco lepiej. Tutaj dobrym wskaźnikiem byłoby 50-70% zaliczeń. Ale tutaj akurat nie mam żadnego przedmiotu, w którym samodzielnie decydowałbym o zaliczeniu. W jednym z tych, które mam, dostałem w tym roku całość ćwiczeń projektowych i przynajmniej w tym zakresie miałem szansę ocenić cały rocznik. Wynik jest nawet dużo lepszy niż górna granica podanego przeze mnie wyżej zakresu. Ale pojawiły się też pewne zgrzyty. Na przykład takie, że studenci podrabiali strony z założeniami do projektów. Ja wyłapałem dwa takie przypadki. W jednym z nich student, kiedy usłyszał, że postawiłem mu 2,0 za oszustwo, zaperzył się i wyrzucił z siebie, że on nie będzie ze mną na ten temat dyskutował. Na co odpowiedziałem spokojnie, że to bardzo dobrze, bo do dyskusji trzeba mieć argumenty, a on ich nie ma. Potem przyszedł jeszcze raz chcąc usłyszeć potwierdzenie, że musi ten przedmiot zaliczać za rok, na co ja odpowiedziałem, że tak. Chciał też odebrać projekt, ale stwierdziłem, że muszę go mieć jako dowód. Na co zapytał, czy dowód niezaliczenia, a ja dyplomatycznie odpowiedziałem, że też. O nic więcej nie pytał. To mi nasunęło myśl, że ten człowiek postąpił w sposób nieetyczny i w zasadzie nie powinno mu się dać szansy na uzyskanie wyższego wykształcenia, bo kształcąc elity (wiem, że przy tym wskaźniku kształcenia na wyższym stopniu ta elita zrobiła się już bardzo szeroka) nie powinniśmy dopuszczać do niej ludzi, którzy gotowi są do popełnienia przestępstwa w celu uzyskania zaliczenia. Dla równowagi wspomnę jeszcze tylko, że wiem, iż są też przypadki, kiedy studenci są zmuszani przez prowadzących do popełnienia przestępstwa, żeby uzyskać zaliczenie. Ale o tym może innym razem jeszcze napiszę, bo też mnie to męczy. To, co zrobił ten student i co zrobił jeszcze jeden jego kolega, to niewątpliwie przestępstwo, a przynajmniej jest nim ze względu na swój mechanizm, bo może okoliczności sprawiają, że nie jest to przestępstwem sensu stricte (czy temat projektu jest dokumentem? czy próba wyłudzenia nienależnej oceny podpada pod jakiś paragraf KK? jest co prawda jeszcze regulamin studiów, ale jego przestrzegania nie pilnuje prokuratura). To jednak, co mnie frapuje, to czy to, co oni obaj zrobili (choć niezależnie od siebie) jest grzechem według religii katolickiej, czy nawet szerzej, chrześcijańskiej? To samo pytanie zadaję sobie wobec dużo powszechniejszego zjawiska, jakim jest ściąganie podczas pisemnych zaliczeń, a które jest niczym innym jak mniej lub bardziej udaną próbą oszustwa. Miałem o to zapytać A. przy okazji egzaminu komisyjnego, ale się na nim nie zjawił, a kiedy widziałem się z nim kilkanaście minut wcześniej, było to w okolicznościach, które nie sprzyjały poważnej rozmowie. A chciałbym wiedzieć, jak to jest, tak się bowiem zastanawiam, złamaniem którego przykazania dekalogu jest oszustwo? Próbuję dopasować jakieś i nijak mi się nie udaje. Może więc nie jest to wcale grzech? No ale jeśli jednak teologia chrześcijańska uznaje to za grzech, to ciekawe, czy ktoś kiedykolwiek spowiadał się w konfesjonale z grzechu ściągania? Biorąc pod uwagę dwie sprawy: powszechność procederu ściągania na wszystkich szczeblach edukacji z jednej strony i rozpowszechnienie w społeczeństwie religii (96% ochrzczonych) można dowieść, że statystycznie niemal każdy ksiądz powinien z takim wyznaniem się spotkać i to nie raz. Coś mi jednak mówi, że tak nie jest. Co więcej, sądzę, że niejeden kapłan za młodu, a może nawet jeszcze w seminarium, sam w ten sposób postępował i gotów byłby nie poczytywać tego nikomu za grzech. Mylę się? Trudno będzie to rozstrzygnąć ze względu na tajemnicę spowiedzi, ale mam przeczucie, że nie. Jeśli ściąganie, czyli oszustwo na zaliczeniach, klasówkach, kolokwiach, egzaminach, itp. jest grzechem, to są jeszcze dwa aspekty sprawy. Pierwszy taki, że samo wyznanie grzechu do kompletności sakramentu pokuty nie wystarcza, ale potrzebne jest, poza odklepaniem formułek zadanych za pokutę, m.in. zadośćuczynienie (halo, drodzy katolicy, jak często dopełniacie tego obowiązku?). Jak wyglądałoby zadośćuczynienie grzechowi ściągania? No chyba jedynie wyznanie go również nauczycielowi i napisanie ponownie, tym razie uczciwie, tej pracy, w ramach której się ściągało. Ciekawe, czy zdarzył się kiedyś, jak Polska długa i szeroka taki przypadek? No może jakieś jednostkowe. Drugi aspekt dotyczy czegoś, co określa się trwaniem w grzechu. O ile wiem, ksiądz nie może udzielić rozgrzeszenia komuś, kto swojego grzechu nie żałuje i popełnia go notorycznie. To się chyba kwalifikuje jako grzech ciężki, czy jakoś tak. No i znowu warto zapytać, czy ściąganie to czynność, która uczniom czy też studentom zdarza się sporadycznie? Niektórym pewnie tak. Ale tacy są raczej w mniejszości i jakoś nie wierzę, że pozostali to są akurat ateiści albo wierzący ale niepraktykujący, czyli ci, którym na spowiedzi akurat nie zależy. Czy nie jest więc tak, że całkiem spora populacja młodych polskich rzymskich katolików szykuje sobie po śmierci, według własnych wierzeń, męki piekielne lub co najmniej wyjątkowo długi pobyt w czyśćcu? Jakoś ich ta perspektywa chyba nie martwi, co też dowodzi, że w bajki o potępieniu za grzechy młoda populacja katolików raczej nie wierzy. Może to i lepiej dla nich, przynajmniej sobie psychiki niepotrzebnie nie obciążają. Ale wskazuje też, jak instrumentalnie niektórzy ludzie traktują religię, co zresztą mnie nie dziwi, bo przecież sami ją sobie stworzyli. ;) Z powyższymi rozważaniami dobrze współgrałoby kolejne zagadnienie, o którym chciałem napisać. Pomyślałem jednak, że ta notka jest już wystarczająco długa. Jeśli temu drugiemu zagadnieniu zdecyduję się poświęcić kiedyś notkę, to część z tego, co napisałem powyżej, zapewne powtórzę. A że sprawa znowu będzie dotyczyła instrumentalnego podejścia do religijnych nakazów lub, być może, po prostu braku takich nakazów (czy zakazów), to jeszcze trudniej będzie mi bronić przed zarzutem, że robię się monotematyczny, jeśli ktoś go sformułuje. :)
piątek, 03 lutego 2012
Wbrew zapowiedziom nie poruszę dziś żadnego z tych tematów, które mam w zapasie, a o których pisałem w poprzedniej notce. Możliwe, że nie poruszę ich już w ogóle, bo i tak bywało niekiedy. Chyba niepotrzebnie o nich wspomniałem. Już dawniej zauważyłem, że w bardzo wielu przypadkach mówienie o swoich planach działa na mnie demotywująco, bo mówiąc o nich odczuwwam od razu część tego zadowolenia, jakie odczułbym, gdybym je zrealizował i to mi czasami wystarcza. :) Tytuł tej notki jest, i znowu nic to nowego w tym blogu, nieco mylący. Nie odnosi się bowiem do blogu, jak można by się spodziewać, ale do mojego dziennika, o którym zresztą po raz kolejny wspomniałem w poprzedniej notce. Zastanawiam się, a ta myśl dopiero co mi przyszła do głowy, czy nie gonię już tutaj w piętkę pisząc w coraz węższym kręgu tematów? Ale nawet jeśli, to właśnie się z tego usprawiedliwiłem, bo choć piszę to wszystko publicznie, to jednak piszę to dla siebie i to, co mnie akurat w jakiś sposób porusza. A jeśli porusza mnie wciąż to samo, to można sobie darować czytanie, jeśli komuś ta monokultura tematyczna doskwiera. :) Zastanawiam się więc, dlaczego już nie piszę dziennika, bo łudzę się, że jeśli znajdę odpowiedź na to pytanie, to wrócę do tego nawyku (a może pasji? albo zwyczaju?). Szukając odpowiedzi przypomniałem sobie, jakie były pierwociny i co czułem zapełniając kolejne strony pismem. Jeśli dobrze pamiętam, a utkwiło mi to w pamięci trochę lepiej niż inne zdarzenia dni codziennych, to pierwsze zapiski zrobiłem u moich dziadków na wsi. Poprosiłem o kartkę i długopis, bo miałem tak silną potrzebę napisania czego, jak silną potrzebę pójścia do wygódki ma ktoś dręczony sraczką. Chyba dość niedługo po tym, jak opanowałem sztukę pisania, poczułem jakieś nabożeństwo do zapełniania dziewiczo białych (lub żółtych, ale pustych) kartek treścią. Przy czym nie chodziło o samo zapełnienie ich czymkolwiek, ale właśnie równymi linijkami tekstu mającego jakiś sens. Niekoniecznie doniosły. Miałem też nabożeństwo do piór wiecznych, które uważałem i uważam nadal za arystokrację wśród przyborów pisarskich i jakkolwiek komuś dziś to się może wydać śmieszne, miałem w domu kilka chińskich piór, z których większość tylko co jakiś czas oglądałem, nie chcąc ich zbrukać. ;) Korzystałem tylko z jednego i dbałem o nie, jak o mało co. Takie pióra dziś można kupić za kilka lub kilkanaście złotych, ale za PRL-u było trudniej i kiedy ojciec kupił mi pierwsze chińskie pióro, które zastąpiło używane przeze mnie wcześniej polskie (nic nie warte), to było dla mnie wielkie przeżycie. Zresztą to dziś mam słabość do piór wiecznych i choć niekiedy używam długopisu, a było kilka takich lat, kiedy pisanie piórem w ogóle zarzuciłem (na co wpływ miała pogarszająca się jakość papieru), to pióro uważam za przybór pisarski niemal naturalny. Nie mam jednak wielkich wymagań co do jakości i mój sentyment do chińszczyzny nadal jest silny. To, że używam najczęściej jednak Parkera, zawdzięczam zaprzyjaźnionemu dyplomantowi, który już po obronie pracy sprezentował mi je. Mam do niego (i do pióra i do dyplomanta) sentyment, ale z drugiej strony liczę na to, że więcej tak nie będę obdarowywany, bo choć było to miłe, to jednak nie mogę się pozbyć myśli, że był to prezent niezasłużony, bo przecież nie zrobiłem nic więcej niż było moim obowiązkiem. Wracając jednak z tej dygresji do tematu to moje pierwsze zapiski mające charakter kronikarski, to był opis tego, co danego dnia robiłem od rana. Napisałem, że zjadłem obiad, że był smaczny, że mój wuj gdzieś pojechał (dziś nie pamiętam już, gdzie), że wrócił, co powiedział, jak wrócił (coś chyba o wysokich cenach), itp. duperelki. Kiedy to przelałem na papier, dumny ze swego dokonania pokazałem zapiski matce, która podeszła do sprawy obojętnie. Ani nie wyraziła aprobaty, ani, za co w sumie jestem jej wdzięczny, dezaprobaty. Po tamtej próbie, która zaspokoiła moją potrzebę pisania, na jakiś czas przestałem pisać. Tamte zapiski nie zachowały się, o ile wiem, a ich treść odtwarzam z pamięci, co dowodzi, że musiało być to dla mnie ważne przeżycie, skoro dość dobrze pamiętam różne szczegóły, a minęło od tego czasu dobrze ponad 20 lat. Tak na dobre zacząłem prowadzić dziennik, kiedy kupiłem sobie do tego celu zeszyt. Mam go jeszcze, ale praktycznie do niego nie sięgam, bo z zażenowaniem przypominam sobie to, co w nim pisałem. Mam na myśli zarówno styl, jak i to, co uważałem za warte zapisania. Co prawda zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia jedenastolatka, bo pewnie tyle miałem wtedy lat, pewne rzeczy wyglądają inaczej, ale i tak płonę ze wstydu czytając swoją dziecięcą nadętą grafomanię. I wiem, że za życia nikomu jej nie pokaże. ;) W pisaniu miałem różne okresy. Były takie, że pisałem niemal na siłę zmuszając się, żeby codziennie pojawiło się choć jedno zdanie, choćby głoszące to, że jestem zbyt zmęczony, żeby coś napisać. Potem nie mają pomysłu, a mając potrzebę zapełniania kolejnych kartek, pisałem o godzinach wschodu i zachodu księżyca, o moich biorytmach danego dnia, itp. Ważne było, że znów jakiś kawałek dziewiczo czystej kartki pokrył się moim pismem. Ale były też momenty wzlotów, jak na przykład pisana na raty relacja z pobytu we Francji, którą wpisałem chyba na prawie trzydziestu stronach dość wiernie odtwarzając dzień po dniu. Inny przypadek, to mój wyjazd do Niemiec, który też dość obszernie, ale wtedy na bieżąco, dokumentowałem w dzienniku. Inna sprawa, że cierpiałem wtedy na nadmiar wolnego czasu i był to jakiś sposób czasu tego zabijania. Ostatnio jednak jeśli piszę, to nie dlatego, że mam taką potrzebę, ale dlatego, że chciałbym do tego wrócić. Niemal zmuszam się do pisania, ale widzę, że efekty są mizerne. To znaczy nawet udaje mi się sporo stron zapełnić treścią, ale albo jest ona miałka, albo robię to niemal wbrew sobie. Kiedyś przyjemność sprawiało mi oglądanie stron zapisanych wcześniej równym pismem, choć nie zawsze tak samo (widać było, że w różnych stanach emocjonalnych pisałem), dziś widzę głównie bazgroły. Tak jakby jedna część mnie zmuszała rękę do trzymania pióra i wodzenia nim po papierze, a druga to pióro z tej ręki chciała wyrzucić. I nie wiem, dlaczego tak jest? Coś się na pewno popsuło, kiedy moje zapiski, które zawsze traktowałem jako dziennik intymny nie do upubliczniania, wpadły w niepowołane ręce bez mojej wiedzy i zgody. Potem były też pretensje o to, co napisałem, bo nie zawsze pochlebnie wyrażałem się o osobie, która te moje zapiski przejrzała. To sprawiło, że pisząc mam teraz nie mogę się pozbyć myśli, że mimo moich intencji, ktoś to jednak przeczyta, a to odbiera sporo przyjemności z pisania i mimowolnie prowadzi do cenzurowania treści. Poza tym brak mi chyba cierpliwości i umiejętności skupienia. Kiedy piszę, co rusz jakaś myśl mnie od tego odrywa, mam coś innego do zrobienia, coś się przypomina, itd. To niestety sprawia, że czasem zaczynam pisać i... urywam w trakcie. Już kilka razy tak właśnie się stało. Jeszcze inna sprawa to ten wspomniany wewnętrzny konflikt między chęcią i niechęcią do pisania. Na razie nie udało mi się go rozwiązać. Nie do końca też rozumiem jego istotę. Miałem nadzieję, że może ta notka przybliży mnie do niej. Zobaczymy. Brak mi też tematów. Nie targają mną jakieś silne emocje, którym chciałbym dać upust pisząc o nich, bo albo mam inne sposoby odreagowywania albo nie wydaje mi się, żeby ten sposób był skuteczny. No i wreszcie chyba brak czasu. Czasu, który marnotrawię czasami na inne mało sensowne działania. Żeby napisać wpis w dzienniku muszę mieć pewnie ze dwie godziny czasu w jednym kawałku. Czasu, którego nie poświęcę na nic innego, czasu, w którym nic mnie nie oderwie od pisania, czasu, który miałbym tylko dla siebie. Ale żeby mieć taki czas musiałbym się chyba dać zamknąć w jakiejś mnisiej celi, a nie mam takiej na podorędziu. Mój pokój mnie niestety za mocno rozprasza, a najbardziej rozprasza komputer i Internet, który wręcz jest mistrzowskim narzędziem do szatkowania uwagi na malutkie kawałeczki. Zresztą jestem chyba bardziej zajętym człowiekiem, niż byłem w czasach, kiedy prowadziłem swój dziennik regularnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. No i bardziej leniwym, bo dużo łatwiej jest w wolnej chwili włączyć komputer i poklikać tu czy tam dla zabicia czasu niż wysilić mózg, żeby poprowadziła rękę znacząc biel kartki atramentowymi znakami układającymi się najpierw w słowa, potem w sensowne zdania, a ostatecznie w jakąś całość. Ale coś we mnie wciąż ma nadzieję, że wrócę do pisania dziennika, bo w głębi duszy uważam, że to coś, co warto robić w przeciwieństwie do wielu innych rzeczy, które teraz robię. Próbując się do tego przygotować zacząłem nawet robić coś, co zacząłem jakiś czas temu, a potem porzuciłem na miesiące, a może nawet lata. Nie napiszę, co to, bo to może się wydać śmieszne, ale wspomnę tylko, że jest to związane z pisaniem. Może tą drogą wrócę do regularnego pisania swojego dziennika. :)
poniedziałek, 30 stycznia 2012
W tytule jest błąd. Wiem. Powinno być "blogu", choć może mniej purytańscy znawcy polszczyzny stwierdzą, że taka forma też jest poprawna. Poprawna, czy nie, jest w użyciu i pozwoliła mi na mały językowy żarcik. Piszę ostatnio zauważalnie rzadziej. I zastanawiam się, czego jest to skutek? Ponieważ zawsze, w każdej sprawie, próbuję znaleźć co najmniej dwa wyjaśnienia (a kiedy szukam drugiego, często do głowy przychodzą kolejne), dlatego i tym razem przedstawię dwa możliwe powody. Pierwszy właściwie tylko zasygnalizuję, bo nie chcę się za mocno zagłębiać w moje prywatne sprawy. Jest coś, co sprawia, że z trudem znajduję motywację do robienia wielu rzeczy, nie tylko pisania blogu. Od jakiegoś czasu jest trochę lepiej, ale nadal nie jest tak, jak bywało wcześniej. Drugi powód różni się od pierwszego swoimi długofalowymi skutkami, o ile bowiem pierwszy może przestać istnieć lub przestać istotnie wpływać na mnie i moje działania, o tyle drugi nieuchronnie doprowadzi do uwiądu tego blogu. Być może po prostu nadchodzi kres okresu pisania blogu w moim życiu. Na pociechę tym, o ile są tacy, którym mogłoby brakować nowych notek, dodam, że nie przesądzam, iż nadchodzi kres pisania blogu przeze mnie. Ale tylko dlatego, że tego nie da się powiedzieć z góry. Przynajmniej tyle i tylko tyle wiem z własnego dotychczasowego doświadczenia. Patrząc wstecz widzę, że pewne aktywności uprawiałem w życiu w pewnych jego okresach, a potem to się kończyło bez żadnego konkretnego powodu, a przynajmniej bez mojej świadomej decyzji, że z tym kończę. Na przykład kiedyś kleiłem modele kartonowe, o czym zresztą już w blogu pisałem. I pewnego dnia usiadłem do tego po raz ostatni. Oczywiście nie wiedziałem o tym, że to był ostatni raz (przynajmniej jak dotąd). Dziś wiem, bo od tamtego czasu nie usiadłem więcej przy stole, żeby sklejać jakiś model. Ale mogę do tego jeszcze wrócić, bo mam całą szafę czekających na sklejenie modeli. Podobnie kiedyś kolekcjonowałem etykietki z butelek od piwa. Zacząłem chyba gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych i pasjonowałem się tym ładne kilka lat. Uzbierałem tego z kilkaset sztuk, w czym pomagał mi ojciec pijąc takie piwo, którego naklejkę akurat miałem ochotę włączyć do kolekcji (ja sam za piwem nie przepadam, choć i nie stronię). Miałem śmiałe plany uporządkowania swojej kolekcji, nawet zacząłem to robić i... skończyło się. Nie wyrzuciłem zbiorów, ale leżą one zapomniane w szufladzie i kurzą się czekając albo na lepsze czasy, albo na swój koniec. Kolejny, sztandarowy przykład, to mój odręczny dziennik. Zacząłem go pisać w roku..., kurcze, nie pamiętam. Ale na pewno byłem jeszcze wtedy w szkole podstawowej. Pisałem go dość wiernie i namiętnie co najmniej do roku 2000, bo była to jedna z moich nielicznych rozrywek na pamiętnym wyjeździe do Niemiec na ostatnim roku studiów (muszę kiedyś przeczytać swoje zapiski z tamtego okresu). Ale od pewnego czasu notuję już tylko pojedyncze wpisy ze średnią częstotliwością raz na kilka miesięcy. I z każdego takiego kolejnego powrotu do pisania jestem niezadowolony, bo to już nie jest to. I choć obiecuję sobie, że wrócę do tego na dobre, jak za dawnych czasów, to nic z tego nie wychodzi. Gdybym spojrzał wstecz w swoje życie pewnie znalazłbym pewnie jeszcze kilka nagrobków swoich pasji, które zmarły śmiercią cichą i bezbolesną. Znając jednak siebie nie odbierałbym im szansy na zmartwychwstanie. Do tego jednak potrzebna byłaby łaska motywacji. Motywacji do podjęcia czegoś na nowo. Taką motywacją zapewne byłby współudział. To znaczy na pewno chętniej wróciłbym do jakiejś pasji, gdybym ją z kimś dzielił. Ale raczej nie wierzę w to, że ja kogoś czymś zarażę (chyba, że kiedyś grypą, bo HIV na szczęście nie mam, a to, co mnie najczęściej męczy, nie jest zakaźne). Kiedyś się łudziłem, że to możliwe, ale życie z tych złudzeń mnie wyleczyło. Także na moim przykładzie, kiedy nie dałem się zarazić pewną pasją, którą próbował mnie zarazić ktoś, kogo lubiłem tak bardzo, że chciałem się dać zarazić. I nic. Już wiem, że tak się nie da. Albo trzeba szukać wspólnych pasji z kimś, kogo się darzy sympatią, albo należy szukać bliskich sobie ludzi wśród tych, którzy dzielą nasze pasje. A co jeśli nasze sympatie idą w poprzek naszych pasji? Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że nie są to przypadki bez szans na pomyślną przyszłość, choć czasem takie obawy mnie obsiadają jak sępy padlinę. Zmierzając powoli do końca, żeby czytelników nie zanudzać, dam iskierkę nadziei tym, co lubią tu zaglądać i czytać od czasu do czasu, co się w mojej głowie rodzi. Ta notka miała mieć inny tytuł i inną treść, bo miałem w niej poruszyć jeszcze ze dwa tematy, które dojrzały we mnie ostatnio. Jednak rozpisawszy się na ten jeden temat tak obszernie zdecydowałem, że nowego tematu nie napocznę i tym samym co najmniej dwa tematy mam jeszcze w zanadrzu (raczej na jedną notkę, chyba, że znów się w jednym z nich rozwinę bardziej niż zakładam). Mam ostatnio nieco więcej czasu i nieco więcej ochoty, więc może, czego jednak nie obiecuję, to nie będzie ostatnia notka w tym blogu i napiszę jeszcze przynajmniej coś na te tematy, których nie zmieściłem w tej notce. |
Archiwum
Zakładki:
1. Moje "naj-" notki:
2. Moje blogi:
3. Czytam i znam:
4. Czytam lub oglądam:
Tagi
|