O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 31 stycznia 2007

Wstałem dziś rano zmęczony. W nocy budziłem się kilka razy, mimo że wziąłem melatoninę, która powinna mnie uśpić do rana. Może za mała dawka?

Miałem jakieś dziwne sny, ale zapomniałem o czym. Zostało tylko dziwne wrażenie, że chyba znowu śnił mi się ojciec. Ojciec śni mi się jako żyjący (to chyba norma, że nikt nie śni o zmarłych jako o zmarłych). Ale, co gorsza, ja w tych snach wierzę, że on żyje, że nastąpił jakiś cud lub że wcześniej doszło do jakiejś fatalnej pomyłki. Nie wiem, dlaczego? Takie cuda się nie zdarzają. Przecież minęło już prawie 5 lat. Na dodatek pogodziłem się z jego śmiercią, a przynajmniej tak mi się wydaje, właśnie po jednym ze snów, w których ojciec "zmartwychwstał".

Śniło mi się wtedy, że słyszę kroki na klatce. Wiem, że te kroki nie dojdą do moich drzwi, ale nagle to, co niemożliwe, staje się faktem. Słyszę klucz przekręcany w zamku i do domu wchodzi ojciec. "Ale Ty przecież umarłeś" mówię do niego, a za chwilę poprawiam się "Świat uważa Cię za zmarłego". Siadamy razem na łóżku i rozmyślamy, co dalej robić. Wyliczam wszystkie problemy: jest akt zgonu, dowód osobisty unieważniony, do pracy nie można wrócić, nie można liczyć na rentę lub emeryturę, jak żyć i za co? Zadaję sobie te pytania, a ojciec nic nie mówi. W końcu dochodzę do wniosku, że zmarli nie powinni wracać do świata żywych, bo świat żywych nie jest że na tę okoliczność przygotowany. I po dojściu do tego wniosku budzę się i po raz pierwszy od śmierci ojca czuję się z tym faktem pogodzony.

A może jednak nie? Może zimny, racjonalny ogląd to za mało? To mój rozum powiedział mi, że nie ma odwrotu, że coś się stało i nie da się tego odwrócić. Ale może głupie, nierozumne serce wciąż ma nadzieję? I może czasem, w chwili słabości to ono dochodzi do głosu? Może stłumiłem jego głos i dobiega on teraz z podświadomości?

Chciałbym pogadać o tym z psychologiem. Nie chodzi o terapię, ale o rozmowę z fachowcem, która może coś by mi wyjaśniła. Chciałbym porozmawiać z kimś, kto się po prostu zna na tym, co ludziom w duszy gra. Poznać jego zdanie. Kiedy coś stuka w silniku samochodu, wtedy można porozmawiać z mechanikiem. A mnie coś stuka w duszy i nie potrafię ustalić, co to jest. Ale na razie nie porozmawiam. Już mi trochę lepiej. Stuki chwilowo ustały. Pewnie to dzięki temu, że o tym napisałem. A może to poranna kawa zaczęła działać? Nie wiem. Nie wiem też, na jak długo przestało mi w duszy stukać. Zobaczymy. Najważniejsze, że już mi lepiej...

Tagi: roman j
07:37, roman_j
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 stycznia 2007

Zmęczony dziś jestem, więc nie poruszę żadnego z ciekawych tematów, jakię są w mojej blogowej poczekalni. Napiszę za to notkę bardziej w stylu typowego bloga, czyli moje wrażenia z dnia dzisiejszego.

Rano zwarcie. Tematu nie rozwijam. Kto wie, o co chodzi, ten zrozumie. Kto nie wie, ten nie musi.

Na forum dyżurny zadymiarz straszy mnie, że robi zrzuty. I co z tego? Ja też robię i się nie chwalę. Średnio raz na dobę. Chyba, że mam rozwolnienie. Wtedy częściej.

Na uczelni dziwna sytuacja. Dzwoni do mnie A. z gazety i mówi, że do niego dzwoniła jakaś kobieta, co się ze mną chce skontaktować w sprawie IJHARS (patrz moja notka o maśle). Zapisałem sobie jej telefon i zadzwoniłem. Okazało się, że do niej nieszczęsnej trafił mój wniosek o udostępnienie informacji publicznej (chodziło o protokoły pokontrolne z kontroli masła). Upewniła się kobieta, że chodzi mi o to, o co mi chodzi, po czym oświadczyła, że nie może mi tego wysłać, bo "tego się nie robi". Ubawiło mnie to uzasadnienie. "Tego się nie robi" oznacza pewnie, że dotąd tego nie robili, ale spróbuję ich do tego zmusić za pomocą odpowiednich przepisów.

Na koniec pani mnie zapytała, czy może mi napisać odpowiedź na maila. Odpowiedziałem, że owszem, tylko niech poda mi przepisy uzasadniające odmowę. Nie dodałem już, że odmowa musi mieć formę DECYZJI. Ale może będzie okazja to nadrobić. Wygląda na to, że znów za darmo przeszkolę z zakresu prawa urzędników administracji państwowej. Nie szkodzi. Ku chwale IV RP! Przynajmniej póki mam jeszcze na to czas.

W drodze do domu zapatrzyłem się w niebo, a na nim na księżyc w "lisiej czapie". Mój ojciec mawiał, że to prognostyk silnych mrozów. Zobaczymy. Widok w każdym razie piękny. Księżyc w środku mlecznobiałego koła otoczonego jeszcze tęczową obwódką. Szkoda, że nie mam aparatu cyfrowego i go ze sobą nie noszę. Byłoby co wrzucić na fotoforum.

Cała drogę do domu obserwowałem, jak się zmieniał widok. "Lisia czapa" raz się zmiejszała, raz zwiększała. Tęczowa obwódka wokół raz była wyraźniejsza, a raz mniej wyraźna. W pewnej chwili pojawila się nawet druga. Nasunęło mi się skojarzenie z przekrojonym owocem o białym miąższu i tęczowej skórce, którego pestką jest księżyc.

Ale się zrobiło poetycko... Tylko patrzeć jak wiersze zacznę pisać. Ale zanim zacznę, zacytuję tekst (wiersz biały?) z innego bloga, który znalazłem przypadkiem niedawno i przypadł mi do gustu:

...ryzykuj...

~Wyciągając rękę - ryzykujesz zaangażowanie.
~Zdradzając uczucia - ryzykujesz odkrycie siebie.
~Mówiąc o swoich marzeniach - ryzykujesz poniżenie.
~Miłością - ryzykujesz odrzucenie.
~Życiem - śmierć.
~Nadzieją - niespełnienie.
~Podejmowaniem prób - niepowodzenie.

Musimy ryzykować.

Największym niebezpieczeństwem jest nie ryzykowanie niczego.

Dla tych, którzy nic nie ryzykują, nie robią, nie mają - przeznaczone jest nic.

Tagi: roman j
19:20, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 stycznia 2007

Ta notatka miała mieć początkowo inny tytuł, zgodny z treścią, jaką miałem w niej umieścić. Ale kiedy zacząłem nad nią rozmyślać i zagłębiać się przy tym w kolejne dygresje, doszedłem do wniosku, że może warto zwrócić uwagę czytelników na tematyczne oboczności będące moją specjalnością. Postanowiłem też tę jedną notkę zredagować nieco inaczej oznaczając kolejne poziomy dygresji tak, żeby niecierpliwy czytelnik mógł od razu przechodzić do sedna. :)

(poziom podstawowy)

Dostałem dziś pocztą książkę „Pachnidło” Süskinda. Pisałem o niej wcześniej w blogu i to pewnie zainspirowało moją przyjaciółkę z Zachodu do zrobienia mi takiego prezentu. Zresztą długo się nią (znaczy książką, a nie przyjaciółką) nie nacieszę, bo po przeczytaniu mam ją przekazać dalej, co też z pewnością skwapliwie uczynię.

(pierwszy poziom dygresji)

Pisząc „Zachód” miałem na myśli ten Bliski Zachód, czyli mieszczący się jeszcze w granicach Polski w przeciwieństwie do Dalekiego Zachodu, czyli po prostu Zachodu, pod którym to pojęciem rozumiem pewien obszar kulturowy na zachód od Łaby.

(drugi poziom dygresji)

Ten drugi Zachód był kiedyś źródłem pewnych komplikacji w moim życiu. A może to nie on sam, ale moja natura. W każdym razie poszło o Zachód, a może raczej o zachód? Trudno mi to do dziś rozstrzygnąć. Sprawa wyglądała tak, że w jednym z moich wypracowań powołałem się na powieść Remarque „Na zachodzie bez zmian”. Napisałem tytuł tak, jak teraz, co zostało zaznaczone jako błąd ortograficzny. Nie mogłem się pogodzić z taką interpretacją i w zeszycie zapisałem, że według mnie słowo „zachód” w tym tytule powinno się pisać małą literą, bo chodzi o kierunek geograficzny, a nie o obszar kulturowy.

Moja polonistka, znakomita pani profesor Barbara Jankowska, zapłonęła na to świętym oburzeniem, że taki szczaw (to moje określenie) jak ja kwestionuje zasady ortografii. Przyszła kiedyś na lekcję i przedstawiła sprawę na forum klasy. Szczególnie poużywała sobie na zwrocie „według mnie”, którego użyłem. Nie oponowałem, choć miałbym w rękawie kilka argumentów, bo niemądrze byłoby „kopać się z koniem”. Ale gdyby wzrok mógł zabijać, to po tej lekcji nie mielibyśmy już polonistki.

Finał tej sprawy nastąpił na maturze, na której wybrałem temat, który traktował o tym, czy literatura ma jeszcze jakieś zadania w dzisiejszych czasach. Pasował mi do tego tematu Remarque, ale ręką mi zadrżała (ten jeden jedyny raz w czasie całej matury). W końcu się przełamałem i napisałem „Na Zachodzie bez zmian” nie chcąc ryzykować. Z matury pisemnej dostałem piątkę i byłem zwolniony z egzaminu ustnego. Mimo to przyszedłem kibicować koleżankom i kolegom. Natknąłem się przy tej okazji na prof. Jankowską, która zatrzymała się na chwilę przy mnie i wymierzyła mi przyjacielskiego kuksańca w ramię. Tylko my dwoje wiedzieliśmy, o co chodzi. :)

(trzeci poziom dygresji)

Profesor Jankowską bardzo ceniłem jako nauczycielkę, choć była surowa. W jej przypadku sprawdzała się ciekawa reguła dotycząca ocen, która nigdy mnie nie zawiodła. Ilekroć po sprawdzianie denerwowałem się, że dałem plamę i na pewno napisałem jakąś bzdurę, za którą dostanę kiepską ocenę, tylekroć okazywało się, że mam co najmniej czwórkę z plusem. Zdarzyło się jednak raz, a może dwa razy, że przyszedłem na lekcję zadowolony z siebie i z tego, jakich to mądrości napłodziłem w sprawdzianie, a tu czekała mnie przykra niespodzianka: trzy plus.

W ogóle bardzo lubiłem sprawdziany z polskiego, czego dowodem może być fakt, że zawsze pisałem od razu na czysto, moje wypracowania liczyły zwykle w granicach 8-10 kartek z zeszytu A5 (widać to też po moich wpisach w blogu), a ostatnie kropki stawiałem zwykle pod koniec czasu przeznaczonego do pisania.

(poziom podstawowy)

Wracając do tematu, to zastanawiam się, z czym lepiej zapoznać się najpierw: z książką czy z filmem? Zwykle dylemat ten rozstrzygam na korzyść książki. Tym razem jednak prędzej będę miał okazję obejrzeć film, niż przeczytać książkę, bo lista lektur mi się ostatnio wydłużyła, a z przyczyn obiektywnych muszę przeczytać najpierw to, co pożyczyłem z biblioteki. Są jednak wyjątki od reguły pierwszeństwa książki przed filmem.

Na przykład pierwszą część Harry’ego Pottera najpierw obejrzałem w kinie (proszę nie regulować monitorów, to nie błąd; naprawdę przeczytałem sześć części HP i obejrzałem wszystkie dotychczas nakręcone filmy; jeśli komuś zawalił się w tym momencie obraz mojej osoby, to trudno; widać był fałszywy). Książkę tę już wcześniej polecała mi koleżanka ze studiów doktoranckich, ale jakoś nie mogłem się zebrać. A że obejrzenie filmu zajmuje zwykle około dwóch godzin, więc najpierw poszedłem do kina. Dopiero potem wziąłem się za czytanie. Odwrotnie było z Władcą Pierścieni, ale tylko w przypadku pierwszej części. Drugą i trzecią widziałem tylko na kinowym ekranie.

Wnioski z tych doświadczeń wyciągam różne. Czasem film jest lepiej zrobiony, choć często książka zawiera więcej wątków, które w filmie się opuszcza. Władca Pierścieni jest na przykład mocno przyfastrygowany. I choć przy objętości książki wydaje się to być zrozumiałe, to jednak oglądając tylko film można wielu wątków nie zrozumieć. Dlatego pewnie kiedyś doczytam pozostałe dwie części. Jak będzie z „Pachnidłem”? Chyba zacznę od filmu, bo będę miał okazję obejrzeć go już za tydzień. Zresztą na film się przede wszystkim nastawiłem. A potem skonfrontuję film z książką. Przynajmniej nie będę sobie musiał wyobrażać bohaterów. :)

Tagi: roman j
15:09, roman_j
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 stycznia 2007

Dziś w kalendarzu mam czarną ramkę i napis:

"Katowice 28 stycznia 2006 r. 17:15. Jesteśmy z Wami. Pamiętamy."

Niestety, nie mogę się pod tym podpisać. Byłby to z mojej strony dowód hipokryzji, bo to nieprawda. Nie jestem z nimi i nie pamiętam. Podobnie, jak nie pamiętam o setkach tysięcy ofiar wypadków komunikacyjnych, katastrof naturalnych, wojen, zamachów terrorystycznych i o wszystkich tych, którzy z różnych innych powodów zeszli z tego świata gwałtownie i przedwcześnie. I nie jestem w tej niepamięci wyjątkiem, bo pamiętają o nich tak naprawdę tylko najbliżsi i przyjaciele. Reszta tylko pamięć pozoruje przy takich okazjach jak ta.

Nie twierdzę, że nie bywam hipokrytą. Na pewno zdarza mi się to, bo jestem tylko człowiekiem, czyli istotą z natury ułomną. Ale kiedy hipokryzja przybiera formę ogólnospołecznego rytuału oczyszczającego dusze i sumienia, który ma pozwolić jego uczestnikom przez chwilę poczuć się lepszymi ludźmi, ja w tym nie chcę brać udziału.

Nie wiem, jak dalej ubierać w słowa to, co myślę, więc podlinkuje felieton Rafała Ziemkiewicza zamieszczony na Interii. Dotyczy on co prawda żałoby ogłoszonej po katastrofie w kopalni Halemba, ale jest uniwersalny w swym opisie mechanizmów, jakie zostają uruchomione przy podobnych okazjach. Trudno jest mnie posądzić o sympatię dla Rafała Ziemkiewicza i jego twórczości, ale pod tym tekstem mogę się podpisać. I może nie tylko ja.

Trzy dni obłudy

Ale nie o hipokryzji chciałem dziś napisać, a przynajmniej nie tylko o niej. Chciałem napisać o odpowiedzialności i o jej braku w branży, w której z racji wykształcenia również pracuję. Znalazłem jakiś czas temu w Sieci wyciąg ze sprawozdania na temat przyczyn katastrofy w Chorzowie (błędnie pisze się, że to była katastrofa w Katowicach). Tę lekturę poleciłbym każdemu budowlańcowi. Widać w niej jak na dłoni ciąg błędów i niedociągnięć, które doprowadziły do tragedii. Wyraźnie widać, że można było ten ciąg przerwać, że wystarczyło jedną z wymienionych przyczyn wyeliminować, a hala prawdopodobnie stała by do dziś.

Są w tym sprawozdaniu wymienione różne przyczyny katastrofy, ale nie ma dwóch zasadniczych: pośpiechu i oszczędności. Oba te czynniki grają bardzo dużą rolę w procesie powstawania konstrukcji budowlanych, a winni temu są przede wszystkim inwestorzy. Dobrze ujął to mój przyjaciel A., z którym rozmawiałem niedawno. Powiedział mi, że jego znajomy Niemiec nie mógł się nadziwić zasadom funkcjonowania budownictwa w Polsce, które są tak różne od tych obowiązujących w Niemczech. W Niemczech, jak mówił, projektuje się obiekt dwa lata, a buduje dwa miesiące; w Polsce jest odwrotnie.

Jest w tym wiele racji. Można czasem odnieść wrażenie, że inwestorzy traktują projekt budynku jako zbędny wydatek. Jako zło konieczne. Jako coś, co jest potrzebne tylko po to, żeby rzucić na biurko urzędnikom i uzyskać od nich pozwolenie na budowę. A wybuduje się potem i tak po swojemu. Dopóki takie myślenie będzie u nas pokutować, dopóty będą się zdarzać takie katastrofy. I nawet nie mam pomysłu, jak temu można zapobiec.

Dla zainteresowanych niżej podaje link do pliku PDF znajdującego się na stronie Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego, który zawiera podsumowanie prac komisji pracującej nad ustaleniem przyczyn katastrofy hali MTK. Polecam lekturę zwłaszcza budowlańcom. I tym już pracującym i tym jeszcze się kształcącym. Ku przestrodze.

Tagi: roman j
12:31, roman_j
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 stycznia 2007

Co to jest "paragraf 22" to prawdopodobnie większość czytających tę notkę wie, ale na wypadek, gdyby zaszczycił mój blog ktoś, kto nie wie, wyjaśnię to pokrótce.

"Paragraf 22" to jednocześnie tytuł świetnej ksiązki Josepha Hellera i, w pewnym sensie, jej główny bohater obok porucznika Yossariana. Akcja książki dzieje się w czasie II wojny światowej w amerykańskiej bazie lotniczej we Włoszech. Stacjonujący tam piloci wykonują misje bojowe i teoretycznie po wykonaniu określonej liczby lotów powinni wrócić do kraju. Problem jednak w tym, że za każdym razem, kiedy komuś uda się wylatać limit (tj. wcześniej nie zginie) dowództwo ten limit podnosi. Na zwolnienie z lotów ma szansę tylko wariat. Ale tu w grę wchodzi paragraf 22 (nie wiadomo nawet, czy tak naprawdę on istnieje). Zgodnie z nim, jeśli żołnierz jest wariatem, wtedy nie może latać. Jednak w takiej sytuacji sam musi poprosić o zwolnienie z lotów. Tylko, że jeśli naprawdę byłby wariatem, wtedy latałby chętnie dalej, bo tylko wariat może chcieć dalej to robić. Skoro jednak nie chce i zabiega o zwolnienie z lotów, udowadnia w ten sposób swą normalność. I tym samym pozbawia się szans na zwolnienie.

Pomysł na opis studenckiego "paragrafu 22" przyszedł mi do głowy przy okazji sesji. Otóż zawsze wśród studentów trafi się kilka osób, które z różnych przyczyn (głównie nieobecności) nie spełniają warunków zaliczenia. Często studenci tacy próbują zmiękczać prowadzących zajęcia stwierdzeniem, że jeśli dostaną z tego przedmiotu warunek, to nie zmieszczą się w limicie i grozi im skreślenie z listy studentów. Ja takich argumentów w ogóle nie uznaję. Dlaczego? Jeśli student mówi mi, że grozi mu więcej warunków, to oznacza, że nie tylko na moich zajęciach nie bywał i że generalnie lekceważy sobie studia, a to jest dla mnie akurat argument za tym, żeby się nad leniem nie litować. Kiedy jednak jest tak, że tylko mój przedmiot sobie student odpuścił, bo może miał inne, trudniejsze, wtedy grozi mu tylko jeden warunek, u mnie. Jeden warunek nie grozi wykreśleniem z listy, a oznacza jedynie konieczność opłacenia kilkudziesięciu złotych do kasy uczelni i nadrobienia zaległości, więc nie ma poważnego powodu, żeby w drodze wyjątku dać zaliczenie mimo, że student nie spełnił warunków.

Przy okazji rozmyślań na ten temat przyszło mi do głowy, że prowadzący przedmioty zwykle nie wiedzą, czy u kogoś innego studentowi grozi warunek i nikt nie ma głowy, żeby to sprawdzać. Wierzy się ludziom na słowo, a sprytny student może każdemu powiedzieć, że grozi mu niewyrobienie się w liczbie warunków i skreślenie. W ten sposób teoretycznie może uzyskać zaliczenie z wszystkich przedmiotów, z których grożą mu warunki i wyjść na czysto. To dodatkowy argument za tym, żeby argumentu o zbyt dużej liczbie warunków w ogóle nie brać pod uwagę. Przynajmniej jeśli dyplom studiów ma o czymś świadczyć, a nie być jedynie bezwartościowym świstkiem. :)

Tagi: roman j
15:05, roman_j
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape