O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008
    Moje życie ostatnio przypomina swobodny dryf. Mam poczucie, że przestałem panować nad tym, co się wokół mnie dzieje. Płynę z prądem wydarzeń jak, za przeproszeniem, gówno. Na szczęście zawczasu jak dotąd dostrzegam mielizny i grzebnąwszy ręką to tu, to tam udaje mi się je jakoś ominąć.
    Swobodny dryf ma swoje plusy, ale ja nie lubię tego stanu. Zdecydowanie wolę panować nad tym, co się wokół mnie dzieje; przynajmniej nad tym, co mnie dotyczy i w czym uczestniczę. Ale czasem jest tego tak dużo, że nie da się już tego ogarnąć. Wtedy dzieje sie podobnie jak w sytuacji, gdy człowiek weźmie na ręce za dużo rzeczy. Wystarczy chwila nieuwagi i zaczynają mu się one z rąk wyślizgiwać, a gdy próbuje je łapać, spadają kolejne i w końcu zostaje z pustymi rękoma. Tak właśnie wygląda to w tej chwili u mnie. Potrzebuję kilku dni spokoju, żeby odzyskać kontrolę, ale nieprędko będę je miał.
    Mimo, że wyznaczyłem terminy konsultacji, wygląda na to, że będę na uczelni dużo częściej niż zaplanowałem. Na pewno nie będę w sobotę, bo jest rajd, na który idę. Ale i tu miałem niespodziankę, bo według mojej rozpiski rajd miał być tydzień później. Dlatego wczoraj poszedłem zgłosić się jako przodownik na jedną z tras, a dowiedziałem się, że już jest obsada (faktycznie, trudno, żeby jej nie było na trzy dni przed terminem imprezy).
    Również wczoraj udało mi się załatwić sprawę z laptopem. Nie dowiedziałem się dokładnie, dlaczego wyszło tak, jak wyszło, bo sprzedawca kluczył, ale się domyśliłem na podstawie tego, co mówił i tego, co znalazłem w umowie. Według mnie moja pierwsza umowa nie została przez bank przyjęta chyba dlatego, że zamiast zaświadczenia o zatrudnieniu napisałem oświadczenie o zarobkach. Teraz dostałem nową umowę, spłatę zaczynam od lutego, ale mój kredyt jest na gorszych warunkach. Chyba doszli do wniosku, że lepiej będzie go ubezpieczyć, co oczywiście doliczyli do kwoty spłaty i mam teraz o kilka złotych wyższe raty. Ale nic to. Ważne, że sprawę mam z głowy.
    Kupiłem też wczoraj brakujące ziółko do kolejnej nalewki. Tym razem nie będzie to nalewka na miłość, czy trawienie, ale na przeziębienie. Taka profilaktyczna. Trochę pośledniejsza, bo wino tym razem jest bez marki i rocznika, ale przynajmniej francuskie. To taki odpowiednik naszego "patykiem pisanego" z tą różnicą, że Francuzi takie wina robią z winogron, a my z truskawek. Moja nalewka musi się teraz macerować przez 10 dni, a więc prawie przez całą sesję.
    A jutro mam występ z chórem. I miałem tydzień na opanowanie repertuaru. Tym razem cudu nie będzie. Będę robił tylko dobre wrażenie. Ale muszę przyznać, że się frekwencja w chórze ostatnio znacząco poprawiła. Byłem zbudowany po ostatniej próbie. Mimo to nie zaszkodziłoby wzmocnienie składu. Zwłaszcza o basy i to takie z doświadczeniem w śpiewaniu lub przynajmniej w muzykowaniu. W planach mamy ambitny repertuar, a wykonawców jest "na styk". Jeśli ktoś wypadnie ze składu, to będzie problem.
    Myślałem w związku z tym o zwerbowaniu kogoś ze studentów, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że nic z tego nie będzie. Jak sobie zacząłem kojarzyć głosy z osobami, to doszedłem do wniosku, że tacy, którzy na moje oko mogą mieć jakieś muzyczne obycie, raczej kwalifikowaliby się do tenorów. A tacy, którym skala głosu pozwalałaby śpiewać w basach, nie wyglądają na to, żeby kiedykolwiek parali się śpiewem chóralnym lub żeby chociaż mieli kiedyś w ręku jakiś instrument (no, może poza własnym). Czyli raczej nic z tego.
    Zresztą to poniekąd dobrze, bo gdyby ktoś z moich studentów śpiewał w chórze, powstałaby sytuacja dla mnie niezbyt komfortowa. Inne mam bowiem relacje z kolegami z chóru, a inne ze studentami i występowanie w podwójnej roli byłoby uciążliwe. Miałem już taką sytuację na samym początku pracy. Tyle, że wtedy było łatwiej. Udało się to jakoś ułożyć dlatego, że najpierw zostaliśmy kolegami (ja wtedy jeszcze studiowałem), a dopiero potem miałem z dwoma z nich zajęcia, kiedy na początku studiów doktoranckich dostałem godziny na ich roku. Zresztą miałem potem jeszcze raz taką sytuację, ale nie związaną już z chórem, kiedy ktoś, kogo poznałem zanim zaczął studia, został potem moim studentem. Obaj nie wiedzieliśmy, jak się w tej sytuacji do siebie zwracać. Na "pan" czy na "Ty"? I do dziś jakoś tego dylematu nie rozwiązaliśmy. Ja w takiej sytuacji wychodzę z założenia, że na uczelni hierarchia jest jasna i wiadomo, gdzie się w niej znajduję student, a gdzie wykładowca i jakie obowiązują konwencje. I dopóki edukacja nie jest zakończona, to nas obowiązuje. A poza zajęciami możemy sobie nawet iść razem na piwo. Tyle, że takie rozdwojenie na dłuższą metę staje się uciążliwe i czasem człowiek wypada z roli. :)
    Ale dość na dziś rozważań. Mam jeszcze trochę prac do sprawdzenia. Miał je sprawdzać w całości W,. ale zostawił mi sprawdzenie jednego z trzech zadań mimo się wykręcałem, jak umiałem. Trudno. Trzeba brać się za robotę. :)
Tagi: roman j
23:16, roman_j
Link Komentarze (16) »
wtorek, 29 stycznia 2008
    Sesja zaczyna się jutro (ewentualnie dziś, jeśli ktoś czyta to w środę 30 stycznia). Do tego czasu właściwie powinniśmy mieć załatwioną sprawę zaliczenia ćwiczeń, obron projektów, itp. I prawie się udało. Z tym, że nie do końca. Zostały niedobitki - 14 sztuk, które bronią się jeszcze ostatkami sił przed zaliczeniem.
    Dziś sporo osób udało się wykreślić z listy "do zaliczenia" i to bez obniżania wymagań. Albo wreszcie niektórzy studenci przestali liczyć na łut szczęścia i pouczyli się, albo nastąpił jakiś transcendentny przekaz wiedzy. Grunt, że większej liczbie studentów mogłem dziś oznajmić, że zaliczyli i co niektórzy się wreszcie od dłuższego czasu zaczęli uśmiechać (niektórzy od początku semestru).
    Ale to dopiero zaliczenie ćwiczeń, a w czwartek czeka ich egzamin. Będę się umawiał z W. tak, że on sprawdzi wszystkie prace (już słyszę aplauz studentów czytających ten wpis), ale za to, ja wezmę na siebie sprawdzenie prac z dodatkowego terminu ostatniej szansy zaliczenia ćwiczeń (ta deklaracja powinna wydobyć z czternastu gardeł jęk zawodu i przerażenia). ;)
    Niewykluczone, że na terminie ostatniej szansy po sprawdzeniu prac i stwierdzeniu, że są także niedostateczne, będę maglował opornych do skutku. Aż padną albo zaliczą. Mam wprawę, bo raz już kończyłem zaliczenie o północy. Z opowiadań starszych kolegów wiem, że zaliczenia kończące się o 2.00 czy 4.00 w nocy to kiedyś nie była żadna sensacja. Może czas wrócić do tradycji? Nie wiem tylko, czy studenci to wytrzymają. To, co zdobywa się z trudem, bardziej się później ceni. A wykształcenie, zwłaszcza wyższe, powinno się cenić. I cenić się powinni ludzie mający dyplom magistra, inżyniera czy magistra inżyniera. Ale wystarczy tego patosu.
    Pierwszy dzień sesji spędzę w domu. Doświadczenie uczy, że w czasie sesji należy unikać przebywania na terenie uczelni poza wyznaczonymi terminami konsultacji, bo student, to takie stworzenie, które chociaż zdało maturę, to nie umie czytać ze zrozumieniem wywieszanych ogłoszeń i ma tendencję do załatwiania spraw z wykładowcami akurat wtedy, kiedy znajdzie się w okolicy. Całe szczęście, że jeszcze do wychodka za nami nie chodzą z projektami i indeksami, ale kto wie, czy i to się nie zmieni. ;)
    W domu będę nadrabiał zaległości w sprawdzaniu projektów. Mam ich trzy sterty, ale wziąłem do domu tylko jedną. Tę na razie najważniejszą, którą obiecałem sprawdzić na czwartek. Pozostałe dwie sprawdzę do niedzieli (mam nadzieję, że nie będzie to Niedziela Palmowa). Załatwię też kilka prywatnych spraw, na które nie miałem dotąd czasu. Może pójdę do biblioteki i do sklepu dowiedzieć się, czy nadal nie chcą, żebym płacił za swojego laptopa. Możliwe, że wpadnę do PTTK i zajdę na pocztę. Pewnie napiszę też zaległą korespondencję... No dobra, dość tych konfabulacji. Mając tyle projektów do sprawdzenia powinienem się cieszyć, jeśli znajdę czas na posiłki.
    Wypróbowałem już I Ching na jednym zagadnieniu. I doszedłem do wniosku, że to sprytna bestia jest. Zadałem jedno niewinne pytanie, a dostałem odpowiedź na... całkiem inne. Tyle, że to inne dręczyło mnie zdecydowanie bardziej, choć starałem się o nim nie myśleć i odsuwałem je od siebie. Pewnie to zbieg okoliczności, że odpowiedź nijak nie dała się zintepretować w duchu mojego pytania, a doskonale wpasowała się w wątpliwości, o których próbuję nawet nie myśleć. Ale wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia.
    Dziś zrobiłem dobry uczynek dla studenta. Pewnie będę tego jeszcze żałował, ale co tam. Od czasu do czasu trzeba zrobić coś nietypowego dla siebie, żeby nie popaść w rutynę. I niekoniecznie trzeba zaraz skakać ze spadochronem, czy zrobić ponad 700 km pieszo (na to też przyjdzie pora). Czasem wystarczy coś dużo mniej widowiskowego, wręcz kameralnego. Coś, o czym wiem tylko ja i czasami może ktoś jeszcze. :)
Tagi: roman j
23:58, roman_j
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008
    Dziś kolejna porcja wspomnień z OWRP 2006. Miłej lektury. :)
 
    Na obozowisko w Złotym Stoku został wybrany miejscowy stadion. Spodziewaliśmy się ciepłego przyjęcia, bo ktoś na ostatnich metrach rozpuścił plotkę, że witać nas będzie sam burmistrz i orkiestra dęta. I nawet daliśmy się wtedy na to nabrać, ale nie można zbyt wiele wymagać od piechurów, którzy spędzili cały dzień na ostrym słońcu. Oczywiście żadnego uroczystego powitania nie było, a wystarczającą uprzejmością ze strony miejscowych było to, że potraktowali nas z uprzejmą obojętnością, co, jak uczy doświadczenie, nie zawsze ma miejsce.
    Po dojściu na miejsce noclegu w pierwszej kolejności wzięliśmy się za rozkładanie namiotów i tu czekała nas niemiła niespodzianka. Grunt był wyjątkowo kamienisty i szpilki od namiotów wchodziły zwykle tylko do połowy, po czym wciskane dalej przyjmowały najdziwniejsze kształty. W końcu po wielkich bólach udało się nam jakoś rozłożyć sypialnie i podążyliśmy w kierunku namiotu kierownictwa, żeby dopełnić formalności, których rano nie mieliśmy okazji dopełnić: odebrać materiały krajoznawcze, czyli mapy i foldery oraz to co najważniejsze - tzw. "blachę", bez której ja nie czułbym się pełnoprawnym OWRP-owiczem.
    Tu kilka słów wyjaśnienia nt. "blachy". "Blacha" to okolicznościowa odznaka, jaką dostaje każdy uczestnik OWRP. Starzy uczestnicy OWRP mówią, że kiedyś "na blachę" można było za darmo albo z dużą zniżką zwiedzać różne obiekty na trasie, ale ostatnio wiele z nich się poprywatyzowało i trudno organizatorom Rajdu wynegocjować wstępy czy zniżki. Pozostaje więc głównie blacha znakiem rozpoznawczym uczestników OWRP, no i oczywiście pamiątką.
    Wracając do tematu, to my z R. gładko załatwiliśmy formalności z kierownictwem, czego nie można powiedzieć o B. (czyli Kobiecie z Zachodu), w przypadku której dał o sobie znać silnie rozwinięty zmysł konsumencki. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że postawiła kierownictwo ostro do pionu, tak że do końca Rajdu traktowano ją (i nas pośrednio też) z mieszaniną należnego szacunku, nieśmiałości, obawy, obrzydzenia i rezerwy.
    Warunki sanitarne na noclegu były znośne. Podobno była nawet ciepła woda pod prysznicami. Niestety, wyłącznie w szatni gospodarzy, którą zaanektowały kobiety, mimo że kierownictwo wprowadziło limity: jedna godzina dla facetów, a po niej jedna godzina dla kobiet i tak na zmianę. Niestety, ten sprawiedliwy podział wziął w łeb i obaj z R. musieliśmy się zadowolić zimnym tuszem.
    Plusem tej sytuacji było to, że nie było zbyt wielu chętnych do mycia, więc nie musiałem długo czekać, aż się zwolni miejsce, a kiedy już wlazłem pod prysznic, nikt mnie nie poganiał. Rano sytuacja zmieniła się o tyle, że panowie odbili szatnię gospodarzy, o czym nie wiedząc poszedłem na posiedzenie do szatni gości dziwiąc się, co w niej robią kobiety.
    Noc była ciepła, tak że można było spać w samej bieliźnie na śpiworze. O ile komuś udało się zasnąć. Ja miałem z tym problem, mimo dokonanej przed snem transfuzji. Z jednej strony dochodziło do mnie donośne chrapanie, przez które miałem wrażenie, że rozbiłem namiot na wybiegu hipopotama (a raczej hipopotamicy, bo to podobno chrapała kobieta), a z drugiej strony trwał w najlepsze festiwal piosenki wszelakiej. Zapamiętałem z niego taką oto przyśpiewkę turystyczną:
 
"Uciekaj chamie z mego pola,
Bo tutaj rośnie ma fasola.
Nie będziesz dupą trawy gniótł,
A twoje g... to nie miód"

 
Podobno w oryginale pierwsze słowo zaczyna się na "s", ale ze względu na młodzież przyjęto bardziej cenzuralną wersję... ;-))
    Chociaż hipopotam nie ucichł, a festiwal skończył się dobrze po północy, to jednak w końcu udało mi się zasnąć. Zmęczenie przeważyło.
    Tak minął wieczór i poranek - dzień pierwszy. :)
Tagi: roman j
22:49, roman_j , OWRP
Link Komentarze (10) »
niedziela, 27 stycznia 2008
    Chyba czas skończyć z sowim trybem życia, bo się wykończę. Przynajmniej jeśli dalej będę miał zajęcia od 8.00. Wczoraj oczywiście poszedłem spać późno. Było już dobrze po 1.00 albo prawie 2.00. A rano o 6.00 budzik wyrwał mnie z głębokiego snu. Takie pobudki są najgorsze. Pewnie niektórzy z Was też to zauważyli, że kiedy budzik wyrywa człowieka z fazy snu głębokiego, to trudno jest dojść do stanu przytomności. I ja tak mam właśnie dzisiaj. Wypiłem już dwie kawy, a nadal chodzę jak śnięty.
    Wyszedłem w międzyczasie do sklepu, po coś na obiad, i złapałem się na tym, że stoję przed półką i zastanawiam się, po co ja tu właściwie przyszedłem? Albo stoję przy innej półce, biore po kolei do ręki różne artykuły i choć wiem, że ich nie kupię, to nie chce mi się iść dalej. Wolę tak sobie postać i pooglądać.
    Tymczasem dziś robię ludziom wpisy i za każdym razem czuję lekki stres, żeby się nie pomylić. Nie wpisać innej oceny do indeksu, a innej do protokołu, nie wpisać się do innej rubryki, nie wpisać jakiejś dziwnej daty (niedawno na projekcie wpisałem termin konsultacji - 1 sierpnia zamiast - 8 stycznia), albo żeby się nie podpisać tam, gdzie ma być data, a daty nie wpisać tam, gdzie powinien być podpis.
    To chyba ten wiatr tak mnie rozstroił, że nie chciało mi się iść wczoraj spać. Nie lubię, jak tak mocno wiucha. Rozprasza mnie to. Mój ojciec mawiał w taka pogodę, że wieje jakby się czarownica powiesiła. Sam zresztą zmarł w taką wietrzną noc. Kto wie, czy i po dzisiejszej nocy nie będzie wysypu zgonów, jak wtedy.
    Miałem na dziś ambitne plany. Miałem sprawdzić projekty z jednego przedmiotu, kolokwia z drugiego, porobić symulacje do grantu. I jak na razie nic z tego nie ruszyłem. Może po kolejnej kawie i po napisaniu tej notki uda mi się za coś zabrać. Byłoby dobrze, bo straconego czasu nie da się nadrobić.
    Stanąłem ostatnio przed perspektywą: trochę więcej luzu lub prosta robótka za parę groszy i w bardzo krótkim terminie. Mam się zastanowić do poniedziałku. I zgadnijcie, co wybrałem? Tak, zgadliście. Taki pracoholik jak ja z poważnymi brakami na polu asertywności zwykle nie odmawia, gdy mu się proponuje robotę. A potem klnie sam siebie za to i... dalej robi tak samo. No cóż. Ten typ widocznie tak już ma.
    Zainteresowałem się ostatnio I-Ching. Nie będę opisywał, w jakich okolicznościach, ale wszedłem w posiadanie zarówno zestawu do przeprowadzenia procedury dywinacji, jak też pewnych interpretacji, choć nie wiem, jakich są one lotów. W nawiązaniu do mojego przedmiotu zainteresowania mam pytanie: zgadnijcie, jaką książkę ostatnio czytałem? Pytanie nie jest chyba trudne, dlatego odpowiedzi nie podam. :)
    Na razie jeszcze nie korzystałem z wyroczni, ale kusi mnie to. Mój stosunek do takich spraw jest ambiwalentny. Sceptyczny rozum uważa, że w tym nic nie ma, ale romantyczne serce chciałoby, żeby coś było. I tak w walce między sercem a rozumem raz górę bierze jedno, raz drugie.
    Może to drugie wzięło górę, bo wreszcie przyrządziłem sobie eliksir miłosny. Wczoraj go spróbowałem. Nawet smaczny i bardzo aromatyczny. Doczytałem się też jeszcze, że np. kozieradka, którą podejrzewałem tylko o działanie wiatropędne i osłaniające przewód pokarmowy, działa także na kilkanaście innych sposobów na organizm. Między innymi stymuluje wydzielanie hormonów, w tym testosteronu, chociaż to przecież hormon agresji, a nie miłości. Poza tym kozieradka, a raczej wyciąg z niej (np. alkoholowy), pomaga w stanach zmęczenia fizycznego i psychicznego. Czyli będzie w sam raz. Niestety, rano chyba sobie nie golnąłem tego napoju (nie bardzo pamiętam, tak byłem zaspany). A mogłem, bo dawka jest niska: 1 łyżka 3 razy dziennie, więc nie było obawy, że znietrzeźwieję. Zresztą i tak nogi mi się plączą wskutek niewyspania i mój niepewny chód może być błędnie interpretowany.
    No cóż. Od jakiegoś czasu wbijam sobie do głowy, że sen jest najważniejszy. A potem zwykle to z niego najpierw rezygnuję, kiedy mam nawał roboty. :)
Tagi: roman j
13:22, roman_j
Link Komentarze (19) »
piątek, 25 stycznia 2008
    Pisałem w poniedziałek o dołującym poniedziałku. Dziś, to jest w piatek (jest już po północy) mogę napisać, że miałem "blue week", a może raczej "bleeee week". Takiego tygodnia to już dawno nie miałem. Nie wiem, czy przypomnę sobie wszystko, co mi się nie udało, a nawet jeśli, to i tak będzie to umieszczone w kolejności przypadkowej.
    We wtorek miałem skończyć pewną pracę. I wydawało mi się, że skończyłem. Miałem rację. Wydawało mi się. Musiałem nad nią popracować jeszcze do czwartku do 18.00 (to był termin oddania). Żeby było ciekawiej, podczas plotowania rysunków skończył się papier. Ale miałem szczęście w nieszczęściu, bo skończył się akurat po ostatnim rysunku, jaki tego dnia plotowałem.
    Miałem dziś opracować zadania na jutrzejsze zaliczenie, ale ze względu na powyższe, nie miałem czasu tego zrobić. Będę improwizował.
    Zaczęła mi szwankować żarówka w pokoju. Chwilami zaczyna migać i przygasać, czemu towarzyszą trzaski. Dzis rano wlazłem na drabinę, przykręciłem wszystko, co się dało przykręcić i zadowolony wieczorem włączyłem światło. Za pół godziny znów się zaczęło. Teraz siedzę przy lampce stołowej, bo jak znam swoje szczęście, to jak się zrobi jakieś zwarcie, to nie tylko korki pójdą, ale jeszcze i komputer pewnie.
    Komputer ostatnio ma tendencję do resetowania się. Regularnie tracę konfigurację Firefox'a, ale wczoraj poszedł o krok dalej. Straciłem pocztę i konfigurację Konnekta. Część tego odzyskałem. Ale może to dobrze, że resztę straciłem. Ponoć za dużo maili w skrzynce prowadzi do depresji (zwłaszcza, jeśli się nie ma ich czasu przeczytać). :)
    Próbowałem dalej popchnąć sprawę mojego darmowego laptopa. Pani z Bydgoszczy poradziła, żebym poszed do sklepu i zrobił awanturę. Do czego to doszło, żebym ja pilnował interesów TP SA...
    Nie mam czasu jeździć na rowerku i nie wysypiam się. Synergiczne skutki obu tych zjawisk obserwuję codziennie rano na wadze. Jedyna pociecha, jaką znajduję w tej sytuacji jest taka, że zadanie, jakie stanie przede mną niedługo, będzie dużo bardziej ambitne niż zakładałem. :)
     Jest szansa, że nie zdążę oddać do biblioteki ksiązki na czas i naliczą mi karę. Ironia sytuacji polega na tym, że przeczytałem ją już z 10 dni temu...
    Nagrywarka mi głupieje. Chyba czas kupić nową, ale i tak nie będę miał jej kiedy wymienić, więc może poczekam aż mi cały komputer padnie.
    Nie działa mi Internet w Orange. Nie aktywowali mi karty. Na mój mail jakaś miła pani odpisała, że to chyba wina awarii systemu, bo przekazali mój numer do automatycznej aktywacji (znaczy, że oni swoje zrobili) i teraz trzeba czekać (zwykle to trwa najwyżej 24 h; u mnie - prawie tydzień). Na koniec pani doradziła mi, żebym sprawdzał co jakiś czas, czy karta jest już aktywna wyjmując ją z telefonu. Podniosła mnie na duchu...
    Zastanawiam się, jakie jeszcze nieszczęścia spotkają mnie do końca tygodnia? Może dowiem się, że zostałem ojcem? Złamię nogę? Kaczyński znowu zostanie premierem? Ale dość tych rozważań, bo jeszcze coś wykrakam.
    A jutro znów muszę wcześnie wstać. A jak się nie wyśpię, to mam czerwone oczy i jestem bardzo zły. A że mam jutro zajęcia, więc może polać się krew niewinnych... ;)
Tagi: roman j
01:02, roman_j
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape