O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 22 stycznia 2011

Leniwy sobotni poranek. Nagle odzywa się dzwonek telefonu. Kto u licha? W sobotę rano nie spodziewam się telefonów ani prywatnych ani służbowych. Numer spoza mojej listy kontaktów. Odbieram. Z pracy, ale nieoficjalnie. Pracownik innego instytutu. Znamy się z widzenia, z nazwiska i imienia. Ale dotąd żadnych kontaktów poza zwykłą wymianą powitań nie było.

Pyta mnie, czy będę dziś na uczelni. Okazuje się, że będę za późno. A w poniedziałek? W końcu ustalamy, że spotka się ze mną we wtorek. Powód? Chce się dowiedzieć, jak sobie radzi u mnie jego podopieczny, bo podobno sobie nie radzi. Najeżam się, ale nie daję tego po sobie znać. Żegnamy się do wtorku.

Wygląda na to, choć chciałbym się pomylić, że znów ktoś chce sobie zwiększyć szansę na zaliczenie przez protekcję. Najwyraźniej zapomniałem w tym semestrze powiedzieć na samym początku studentom, żeby nie próbowali szukać do mnie dojścia i nie próbowali nacisków, bo to najlepszy sposób, żeby sobie zaszkodzić.

Dziwi mnie jednocześnie, że właśnie ten człowiek zwraca się do mnie z taką sprawą. Nie podejrzewałbym go o to. Ciekawe, czy załatwianie takich spraw uważa za naturalne, czy podjął się tego, bo ktoś (na przykład żona) wiercił mu dziurę w brzuchu i zrobił to dla świętego spokoju? Kobieta potrafi facetowi czasem wjechać na ambicję. Dobrze, jeśli robi to w jakiejś szczytnej sprawie, gorzej, kiedy w tak śliskiej, jak ta.

No nic. Będę mądrzejszy o nowe informacje we wtorek, kiedy trzeba będzie zjeść tę żabę. Z jednej strony wiem na pewno, że nie potraktuję nikogo łagodniej tylko dlatego, że ma mamę, ciocię, bacię czy też wujka, którzy mnie znają albo znają kogoś, kto mnie zna. To byłoby sprzeczne w moimi zasadami.

Ale z drugiej strony muszę to rozwiązać dyplomatycznie. Czyli niczego nie obiecać, ale też niczego nie odmówić. Do tego przeprowadzić rozmowę tak, żeby rozmówca nie poczuł się upokorzony swoją misją. Chociaż w głębi duszy uważam, że powinien tak się czuć. Ale upokorzenie rozmówcy to prosta droga do tego, żeby zrobić sobie z niego wroga. Nie jest zaś sztuką powiększanie sobie grona nieprzyjaciół. To potrafi każdy głupiec i o swoich w tym zakresie zdolnościach nie raz już się przekonałem. Sztuką i dowodem mądrości jest robić to, co się uważa za stosowne i nie zrażać przy tym do siebie niepotrzebnie nikogo.

Tagi: roman j
12:20, roman_j
Link Komentarze (15) »
piątek, 21 stycznia 2011

Próba chóru. Ćwiczymy nową piosenkę. Bardzo rytmiczną. Ktoś głośno wybija rytm butem. W pewnym momencie lekko poirytowany dyrygent rzuca znad klawiatury pianina retoryczne pytanie: Kto tam tak wali? W odpowiedzi jeden z kolegów otwiera okno...

Tagi: roman j
15:20, roman_j
Link Dodaj komentarz »

Ostatnio myślałem trochę o pieniądzach. A konkretnie o tym, że są finansowym ekwiwalentem pracy. I w oparciu o tę definicję i kilka innych konkluzji sformułowałem pewną regułę z zakresu ekonomii fizycznej, która brzmi następująco:

Ilość pracy wykonanej przez człowieka wyrażona w dżulach jest zwykle odwrotnie proporcjonalna do ilości tej samej pracy wyrażonej w złotówkach.

Z tego zaś wynika prosty wniosek, że lepiej inwestować w mózg niż w mięśnie, bo taka inwestycja daje zwykle większą stopę zwrotu. :)

Tagi: roman j
00:47, roman_j
Link Komentarze (6) »
środa, 19 stycznia 2011

Idąc dziś do miasta spotkałem J. Pogadaliśmy sobie chwilę i J. opowiedział mi, jak to spotkał naszego wspólnego znajomego na szkoleniu BHP na uczelni, który podzielił się z nim taką refleksją tematycznie związaną z odbywanym szkoleniem: jak to się ma do BHP, że zaraz zacznie się sesja, podczas której będę sprawdzał prace tak kiepskie, że po przeczytaniu pięciu będę sobie musiał strzelić setkę, żeby wziąć do ręki kolejne? Nie wiem, czy oddałem to dosłownie, ale na pewno sens zachowałem.

Teraz siedzę przy biurku i sprawdzam sprawdziany studentów ze studiów zaocznych i powoli narasta we mnie to samo poczucie, że jeszcze kilka takich prac i bez setki się nie obejdzie. Na trzynaście wziętych do ręki prac tylko dwie odłożyłem do dalszego sprawdzania, bo rokują szanse na pozytywną ocenę. Dramat. Ale ja sobie na tę okoliczność nie zaaplikuję setki. Szkoda zdrowia. Zresztą gdybym miał pić z powodu cudzej głupoty, to nigdy bym nie trzeźwiał. :)

Blog Roku 2010

wtorek, 18 stycznia 2011

Tytułowym określeniem mój ojciec nazywał sytuację, w której jest taki nawał pracy, że na nic nie ma już czasu. I tak właśnie ma teraz. Jeśli ktoś regularnie czyta mój blog, to może mieć czasem wrażenie, że mam nieustanne "urwanie parasola" i niewątpliwie jest w tym sporo prawdy. Ale teraz nadchodzi fala kulminacyjna. Taka, jak ta na Wiśle, która podobno ma wkrótce zalać okolice moje grajdołka, a może nawet też jego niżej położoną część. Tamta ma mieć wysokość nienotowaną dotąd w historii pomiarów i moja prawdopodobnie też.

Spodziewałem się tego i gdzieś już dwóch tygodni przygotowuję się do tego psychicznie. Tylko psychicznie, bo nic innego mi nie pozostało. Chodzi przynajmniej o to, żeby nie dać się zalać tej fali roboty i nie utonąć. Między innymi dlatego odpuściłem sobie wszelkie inne zajęcia i nawet staram się nie myśleć o jakichś rozrywkach, nie robić planów, itp. Jeśli coś ciekawego przyjdzie mi do głowy, staram się nie poświęcać temu za wiele czasu. Zamiast tego zapisuję to na kartce, żeby móc o tym na razie zapomnieć i wrócić do tego w wolniejszej chwili.

Tak jest m.in. z moimi turystycznymi planami. W przypadku bloga natomiast oddaje się blogowaniu mentalnemu. :) To znaczy kiedy przyjdzie mi do głowy jakaś ciekawa myśl, to rozwijam ją w głowie np. idąc do pracy, biorąc prysznic, jedząc śniadanie czy szykując się do wyjścia z domu. Wcześniej też tak czasami robiłem, tylko wtedy zwykle kolejnym etapem było przelanie swoich przemyśleń na strony blogu. Tym razem na ten etap zwykle nie ma już czasu. To znaczy czas jest, bo ten jest zawsze, tylko nie przeznaczam go na pisanie. Ograniczam się do ułożenia sobie tego w głowie.

Trochę żałuję, że tego jednak nie zapisuję, ale może niesłusznie. Mnie się to wydaje ciekawe, ale może nikt poza mną nie podzielałby tej opinii. A na zapisywanie tego dla samego siebie obecnie szkoda mi cennego czasu. I tak nie wracam zwykle do tego, co sam napisałem. Fakt, że czasem jednak to zapisuję, jest kaprysem. Zaspokojeniem jakichś psychicznych potrzeb, których natury nie chcę dociekać, a na pewno nie chcę publicznie roztrząsać.

Po tej przydługiej, bo składającej się z czterech akapitów i tytułu, dygresji mógłbym teraz przejść do zagadnienia, które przyszło mi do głowy, kiedy brałem prysznic. Nie wiem, dlaczego to pytanie przyszło mi do głowy, ale zacząłem się zastanawiać, czy człowiek jest obdarzony wolną wolą? Zacząłem się nad tym zastanawiać, bo najpierw w mojej głowie pojawiła się myśl, że ta tak zwana wolna wola, która rzekomo odróżnia nas od zwierząt jest złudą.

Następna myśl była taka, że przecież nie tylko człowiek dokonuje w swoim życiu różnych wyborów, choć może tylko człowiek prowadzi przed podjęciem wielu ze swoich decyzji mniej lub bardziej wyrafinowane rozumowanie, którego narzędziem jest język (w sensie mowy, nie narządu). Albo więc wolna wola, tak jak ja ją rozumiem, czyli jako możliwość podejmowania różnych decyzji, dokonywania wolnego wyboru spośród dostępnych opcji, jest przywilejem szerszej grupy żywych stworzeń albo w ogóle jej nie ma. Nie widzę bowiem fundamentalnej różnicy między procesem podejmowania decyzji u człowieka wobec innych gatunków (przynajmniej tych z wysoko rozwiniętym mózgiem). Zwierzęta też podejmują decyzje.

Niekiedy uważa się, że człowiek kieruje się rozumem, a zwierzęta instynktem, ale to mylące uproszczenie. My w naszych codziennych działaniach także bardzo często posługujemy się instynktem. Czasem tylko jest on tak wysubtelniony i rozwodniony przez wyższe funkcje naszej psychiki, że w trudno jest go w motywach naszego działaniach dostrzec. A jednak wszystko, co robimy, ma na celu zaspokojenie jakichś potrzeb. I choć o niektórych z nich mówi się, że są potrzebami wyższymi, to u podstaw każdej z nich leży nasz dobrostan.

I chociaż te potrzeby, które zaspokajamy bezpośrednio, mogą nam się wydawać typowo ludzkie (zresztą zapewne takie są), to są one wysublimowaną postacią bardziej naturalnych, instynktownych potrzeb. Zresztą nawet nie wszyscy te wyższe potrzeby odczuwają. Niektórym wystarcza, jak zwierzętom, że się najedzą, wyśpią i pociupciają. Co nie oznacza, że są jacyś gorsi. A na pewno nie oznacza, że mają gorzej. Wręcz przeciwnie.

Świadomie nie rozważam tutaj sprawy wolnej woli jako zdolności do wyboru między Dobrem a Złem. Po pierwsze dlatego, że to religijne ujęcie wolnej woli i jeśli miałoby to być jedyne możliwe, to oznacza, że zagadnienie to nie istnieje poza systemami religijnymi. Poza tym miałbym kłopot z jednoznacznym i obiektywnym zdefiniowaniem Dobra i Zła. Z takim zdefiniowaniem, które byłoby niewrażliwe na zmianę układu odniesienia, czyli systemu wartości. Mnie się to wydaje niemożliwe, ale może jestem po prostu człowiekiem małej wiedzy i jeszcze mniejszej wiary w możliwości ludzkiego umysłu.

Chyba wystarczy tych rozważań na dziś. Zdaję sobie sprawę z ich niedoskonałości, który wynikają z: niedostatku wiedzy (nie robiłem żadnej kwerendy dotyczącej rozważanego zagadnienia), niemożności skonfrontowania swoich wniosków (nie ma z kim i jest to problem permanentny, nad czym ubolewam), niewielkiej ilości czasu, jaki poświęciłem na rozważanie tej kwestii (więcej nie poświęcę, bo nie jest to zagadnienie znajdujące się centrum moich zainteresowań) i zapewne z wielu innych przyczyn. Ale nie martwi mnie ta niedoskonałość mojego osądu. Nic przecież od niego nie zależy poza moim światopoglądem. A przyjemność rozmyślania nad takimi zagadnieniami nie odbiera mi subiektywnie niska ocena wartości konkluzji. :)

Blog Roku 2010

Tagi: roman j
12:47, roman_j
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape