O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012

W tytule jest błąd. Wiem. Powinno być "blogu", choć może mniej purytańscy znawcy polszczyzny stwierdzą, że taka forma też jest poprawna. Poprawna, czy nie, jest w użyciu i pozwoliła mi na mały językowy żarcik.

Piszę ostatnio zauważalnie rzadziej. I zastanawiam się, czego jest to skutek? Ponieważ zawsze, w każdej sprawie, próbuję znaleźć co najmniej dwa wyjaśnienia (a kiedy szukam drugiego, często do głowy przychodzą kolejne), dlatego i tym razem przedstawię dwa możliwe powody.

Pierwszy właściwie tylko zasygnalizuję, bo nie chcę się za mocno zagłębiać w moje prywatne sprawy. Jest coś, co sprawia, że z trudem znajduję motywację do robienia wielu rzeczy, nie tylko pisania blogu. Od jakiegoś czasu jest trochę lepiej, ale nadal nie jest tak, jak bywało wcześniej.

Drugi powód różni się od pierwszego swoimi długofalowymi skutkami, o ile bowiem pierwszy może przestać istnieć lub przestać istotnie wpływać na mnie i moje działania, o tyle drugi nieuchronnie doprowadzi do uwiądu tego blogu. Być może po prostu nadchodzi kres okresu pisania blogu w moim życiu.

Na pociechę tym, o ile są tacy, którym mogłoby brakować nowych notek, dodam, że nie przesądzam, iż nadchodzi kres pisania blogu przeze mnie. Ale tylko dlatego, że tego nie da się powiedzieć z góry. Przynajmniej tyle i tylko tyle wiem z własnego dotychczasowego doświadczenia.

Patrząc wstecz widzę, że pewne aktywności uprawiałem w życiu w pewnych jego okresach, a potem to się kończyło bez żadnego konkretnego powodu, a przynajmniej bez mojej świadomej decyzji, że z tym kończę.

Na przykład kiedyś kleiłem modele kartonowe, o czym zresztą już w blogu pisałem. I pewnego dnia usiadłem do tego po raz ostatni. Oczywiście nie wiedziałem o tym, że to był ostatni raz (przynajmniej jak dotąd). Dziś wiem, bo od tamtego czasu nie usiadłem więcej przy stole, żeby sklejać jakiś model. Ale mogę do tego jeszcze wrócić, bo mam całą szafę czekających na sklejenie modeli.

Podobnie kiedyś kolekcjonowałem etykietki z butelek od piwa. Zacząłem chyba gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych i pasjonowałem się tym ładne kilka lat. Uzbierałem tego z kilkaset sztuk, w czym pomagał mi ojciec pijąc takie piwo, którego naklejkę akurat miałem ochotę włączyć do kolekcji (ja sam za piwem nie przepadam, choć i nie stronię). Miałem śmiałe plany uporządkowania swojej kolekcji, nawet zacząłem to robić i... skończyło się. Nie wyrzuciłem zbiorów, ale leżą one zapomniane w szufladzie i kurzą się czekając albo na lepsze czasy, albo na swój koniec.

Kolejny, sztandarowy przykład, to mój odręczny dziennik. Zacząłem go pisać w roku..., kurcze, nie pamiętam. Ale na pewno byłem jeszcze wtedy w szkole podstawowej. Pisałem go dość wiernie i namiętnie co najmniej do roku 2000, bo była to jedna z moich nielicznych rozrywek na pamiętnym wyjeździe do Niemiec na ostatnim roku studiów (muszę kiedyś przeczytać swoje zapiski z tamtego okresu). Ale od pewnego czasu notuję już tylko pojedyncze wpisy ze średnią częstotliwością raz na kilka miesięcy. I z każdego takiego kolejnego powrotu do pisania jestem niezadowolony, bo to już nie jest to. I choć obiecuję sobie, że wrócę do tego na dobre, jak za dawnych czasów, to nic z tego nie wychodzi.

Gdybym spojrzał wstecz w swoje życie pewnie znalazłbym pewnie jeszcze kilka nagrobków swoich pasji, które zmarły śmiercią cichą i bezbolesną. Znając jednak siebie nie odbierałbym im szansy na zmartwychwstanie. Do tego jednak potrzebna byłaby łaska motywacji. Motywacji do podjęcia czegoś na nowo. Taką motywacją zapewne byłby współudział. To znaczy na pewno chętniej wróciłbym do jakiejś pasji, gdybym ją z kimś dzielił.

Ale raczej nie wierzę w to, że ja kogoś czymś zarażę (chyba, że kiedyś grypą, bo HIV na szczęście nie mam, a to, co mnie najczęściej męczy, nie jest zakaźne). Kiedyś się łudziłem, że to możliwe, ale życie z tych złudzeń mnie wyleczyło. Także na moim przykładzie, kiedy nie dałem się zarazić pewną pasją, którą próbował mnie zarazić ktoś, kogo lubiłem tak bardzo, że chciałem się dać zarazić. I nic. Już wiem, że tak się nie da. Albo trzeba szukać wspólnych pasji z kimś, kogo się darzy sympatią, albo należy szukać bliskich sobie ludzi wśród tych, którzy dzielą nasze pasje. A co jeśli nasze sympatie idą w poprzek naszych pasji? Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że nie są to przypadki bez szans na pomyślną przyszłość, choć czasem takie obawy mnie obsiadają jak sępy padlinę.

Zmierzając powoli do końca, żeby czytelników nie zanudzać, dam iskierkę nadziei tym, co lubią tu zaglądać i czytać od czasu do czasu, co się w mojej głowie rodzi. Ta notka miała mieć inny tytuł i inną treść, bo miałem w niej poruszyć jeszcze ze dwa tematy, które dojrzały we mnie ostatnio. Jednak rozpisawszy się na ten jeden temat tak obszernie zdecydowałem, że nowego tematu nie napocznę i tym samym co najmniej dwa tematy mam jeszcze w zanadrzu (raczej na jedną notkę, chyba, że znów się w jednym z nich rozwinę bardziej niż zakładam).

Mam ostatnio nieco więcej czasu i nieco więcej ochoty, więc może, czego jednak nie obiecuję, to nie będzie ostatnia notka w tym blogu i napiszę jeszcze przynajmniej coś na te tematy, których nie zmieściłem w tej notce.

Tagi: roman j
20:23, roman_j
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 stycznia 2012

Tytuł banalny aż do bólu. Banał do potęgi. Nieważne, której. Nie ma sensu mnożyć wykładników dla taniego efekciarstwa. Czasami jednak warto napisać coś banalnego, o czym niby wszyscy wiedzą. Albo raczej co każdy kiedyś słyszał, bo to nie wiedza, ale pogląd, z którym można się zgodzić lub nie.

Właściwie powinienem teraz siedzieć i pracowicie czytać płód cudzego umysłu, czyli pracę, jaką napisała osoba pisząca u mnie dyplom. Jednak z racji tego, że płód ten (pozwolę sobie pozostać przy tej ginekologicznej terminologii) jest zdecydowanie poroniony, postanowiłem odłożyć lekturę na jutro. Zamiast tego spróbuję zrobić to, na co mam od dłuższego czasu chęć, a do czego brakuje mi natchnienia, czyli zapełnić słowami kolejnych kilka linijek tego blogu.

Kilka osób wie, dlaczego jest to dla mnie obecnie trudniejsze niż zwykle. Myślę, że jest tych osób cztery sztuki. Z tej czwórki, którą tutaj wymienię alfabetycznie: A, A, M, W, prawdopodobnie tylko dwie osoby przeczytają te słowa. Z pozostałych czytelników na pewno dwie kolejne się domyślą, jeśli tu zajrzą, a może też i ktoś jeszcze, ale nie zamierzam nikomu ułatwiać zadania.

Do konkluzji, że świat jest ciekawy, doszedłem dzisiaj, kiedy próbując się skupić na lekturze, którą, w przeciwieństwie do każdego innego gniota, jaki trafił w moje ręce, muszę doczytać do końca. Świat jest ciekawy i można go poznawać na tak wielu płaszczyznach, że może być tak, że dwie osoby nigdy nie znajdą wspólnej sobie płaszczyzny, choćby nawet chciały, bo czują do siebie sympatię.

Do takiego wniosku też doszedłem dziś i jest to smutne podsumowanie dotychczasowego etapu pewnej znajomości. Ta smutna konkluzja przyszła mi do głowy po spotkaniu z kimś, z kim dziwnym trafem znajduję bardzo wiele wspólnych płaszczyzn, choć ktoś patrząc na nas z boku bynajmniej by nas o to nie posądził. Co więcej, sam bym nas o to nie posądził, gdybym nie miał twardych dowodów, że tak właśnie jest.

Ale nad tym nie będę się rozwodził. Należę bowiem do tej kategorii ludzi, którzy nie potrafią skupić się na dłużej (czy wręcz na stałe) na czerpaniu radości z tego, co posiadają, za to wiele zmartwień przysparza im to, czego im według nich brak. Ta słynna różnica w postrzeganiu świata, jako wypełnionej do połowy szklanki, w której jedni widzą przede wszystkim pełną, a inni pustą połowę.

Niedawno doszedłem do wniosku, że ta strywializowana kwalifikacja ma głębszy sens. Nie potrafię tego poczucia przełożyć na słowa, a raczej na zrozumiały i logicznie spójny ciąg powiązanych ze sobą zdań, za pomocą których ludzie próbują przekazać sobie nawzajem swoje myśli (do czego w gruncie rzeczy sprowadza się cała międzyludzka komunikacja). Świat myśli jest bogatszy od języka, którym próbujemy te myśli przekazywać innym, bowiem językiem rządzą reguły gramatyki, semantyki, frazeologii, stylistyki, a świat myśli wolny jest od tych ograniczeń. Zresztą nieodłączne od myśli są emocje, które im towarzyszą, a także obrazy, czy jeszcze inne składowe ludzkiej psychiki (jak zakwalifikować np. intuicję?), które jeszcze trudniej wyrazić słowami.

Wracając jednak do tej różnicy między "optymistami" i "pesymistami" (świadomie używam cudzysłowów, bo te kategorie w potocznym znaczeniu spłycają istotę podziału), to zastanawiam się, co decyduje o przynależności do jednej z tych grup i czy można z jednej do drugiej przejść? Jak na "pesymistę" to doszedłem ostatnio do wręcz szalenie optymistycznej odpowiedzi na to drugie pytanie, a mianowicie, że można. Przy czym nie znając odpowiedzi, na pytanie pierwsze, czyli co o tym decyduje, że jesteśmy tacy lub tacy (no i związane z tym pytanie dodatkowe: czy jesteśmy tacy, czy może raczej bywamy?) opieram swój optymizm raczej na wierze niż na wiedzy. Ale nie jest to wiara o charakterze religijnym.

A skoro o religii mowa, to trochę na marginesie tych rozważań doszedłem do wniosku, który utwierdził mnie w moim ateistycznym światopoglądzie. Otóż jeśli przyjąłbym za ludźmi wierzącymi, że świat i rządzące nim zasady stworzył jakiś bóg, to niestety, bóg ten w moich oczach nie zasługuje na atrybut doskonałości. Nie dopracował bowiem tego świata.

Z jednej strony okazał się świetnym fizykiem i chemikiem. Te podstawowe mechanizmy świata działają doskonale, może dlatego, że są proste. Na wyższym poziomie komplikacji, czyli tam, gdzie mamy do czynienia z biologią, nie wszystko jest już tak dobrze dopracowane. Ten poziom cechuje wielkie bogactwo form, ale też ich nietrwałość. Na tym poziomie dość często trafiają się błędy, chociaż natura jest tak skonstruowana, że te błędne efekty dość sprawnie eliminuje, czego jednym z nieodzownych elementów jest śmierć.

Na poziomie tym świat również się doskonali, to znaczy próbuje lepiej przystosować się do warunków, w jakich funkcjonuje. Proces ten nazwaliśmy ewolucją. Niestety, na wyższym stopniu komplikacji tego postępu już nie widać. Jest wręcz regres. Ten poziom, to psychika. Nie tylko ludzka, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nie tylko gatunek ludzki obdarzony jest psychiką, chociaż ten ma ją w największym stopniu skomplikowaną, co nota bene jest jego wielkim obciążeniem.

Bóg, jeśli istnieje i stworzył ten świat i rządzące nim reguły, w co nie wierzę, o ile poradził sobie jeszcze jako tako z biologią, okazał się być bardzo kiepskim psychologiem. Ludzka psychika jest tak krucha i wyjątkowo podatna na defekty. Właściwie każdy z nas ma na niej choćby jakieś drobne rysy lub wgniecenia, które często na szczęście nie upośledzają wyraźnie jej funkcjonowanie. Ale, co gorsza, nie ma ona wbudowanych mechanizmów naprawczych. Nie istnieje też mechanizm "psychicznej apoptozy" unicestwiającej wadliwe jej formy. Chyba, że za taki mechanizm uznamy samobójstwo...

Ale dość tych religijnych rozważań o naturze świata i jego niedoskonałości. Mógłbym na ten temat jeszcze sporo napisać, bo mam trochę ciekawych, jak mi się wydaje, przemyśleń. Pozostawię je jednak na kolejne wpisy albo zachowam je dla siebie lub podzielę się nimi z kimś, kto myśli podobnie do mnie. Szkoda, że nie będzie to prawdopodobnie ta osoba, którą chciałbym w tej roli widzieć. Ale może właśnie to powinienem w swoim myśleniu zmienić: nie mieć oczekiwań, ale cieszyć się z tego, co życie przynosi. To nie jest łatwe, ale jeśli alternatywą jest trwanie w wiecznym niezadowoleniu z życia aż do śmierci, to jest poważna motywacja, żeby to zmienić. Tylko, że sama wiara w to, że to można zmienić, to może być za mało.

Tagi: roman j
23:49, roman_j
Link Komentarze (8) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape