O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 12 stycznia 2014

Ostatnio trafiłem w Sieci na taki artykuł. Właściwie jest to jakaś forma felietonu. Taki zapis przemyśleń autora. Chociaż nie wiem, czy słowo przemyślenia nie jest tutaj użyte trochę na wyrost, ale to może wyjaśnię później.

Artykuł nie jest odkrywczy, bo sens tego, co w nim zapisano, jest spójny ze stanowiskiem Kościoła Katolickiego na roztrząsany temat. Stanowisko to jest znane od dawna i tylko może jedynie nie używano do jego zdefiniowania takich określeń. Felieton ten jednak okazał się dla mnie odkrywczy, choć nie ze względu na treść. Czytając go ujrzałem w całej okazałości naiwność autora i jemu podobnych głosicieli prawd religijnych oraz anachronizm tych rzekomych prawd.

Zdumiałem się, i to zdumienie trwa nadal, jak człowiek wykształcony, posiadający dość szeroką wiedzę o świecie próbuje wtłoczyć ten skomplikowany i wielowymiarowy świat w płaski światek stworzony przez pozbawionych wyobraźni, i przede wszystkim wiedzy, autorów Biblii.

Sprawa wygląda tak, że dawno temu, co najmniej kilka tysięcy lat temu, wśród koczowniczych ludów narodziła się nowa religia zwana dziś judaizmem. Świętą księgą tej religii jest Biblia. Świat przedstawiony w tejże księdze jest odbiciem świadomości i wiedzy autorów tegoż dzieła. A ponieważ kilka tysięcy lat temu nie było nauki, ani nawet choćby prymitywnej filozofii, więc światek biblijny jest prosty jak przysłowiowa konstrukcja cepa. Składa się z tego, co widać gołym okiem i co można ogarnąć niezbyt przenikliwym rozumem.

Taki świat biblijny bardzo dobrze pasował do świata rzeczywistego, jakim go widzieli ludzie współcześni autorom Biblii, ale tak się ma do prawdziwego świata, jak żółty okrąg z odchodzącymi odeń kreskami namalowany kreską na kartce ma się do prawdziwego Słońca. Dziś chyba nikt nie uważa, że słońce to płaski, żółty okrągły placek na nieboskłonie. Tymczasem kościół w swoim kaznodziejstwie zatrzymał się jakby na tym etapie.

Czytając wspomniany felieton niemal współczułem autorowi, który podjął się kolejnej próby wtłoczenia skomplikowanego świata, który na otacza w prostą, a wręcz prostacką, wizję świata przedstawioną w Biblii. To zupełnie tak, jakby nauczyciel fizyki poszedł do przedszkola, znalazł tam kartkę z narysowanym przez dziecko słoneczkiem, a następnie stwierdził, że rysunek ten przedstawia najprawdziwszą naturę naszej gwiazdy objawioną przez jakiś transcendentny byt. Wyobraźmy sobie, że ten nauczyciel wraca do liceum i ignorując całkowicie odkrycia naukowe zaczyna swoim uczniom wmawiać, że słońce jest właśnie takim płaskim, żółty i okrągłym plackiem.

Efekt nietrudno sobie wyobrazić. Taki nauczyciel na pewno straciłby posadę. Może nie trafiłby na leczenie do placówki zamkniętej, ale raczej na pewno zyskałby opinię nienormalnego. W tym kontekście dziwi mnie niezmiernie, że wśród nas funkcjonują i na dodatek cieszą się autorytetem ludzie, którzy głoszą na temat świata teorie na podobnej zasadzie jak ten wymyślony przeze mnie nauczyciel fizyki. I nie przeszkadza im w tym nawet staranne wykształcenie i dość duża wiedza o świecie.

Ludzie ci prezentują nieznośną naiwność połączoną z bardzo mocno rozwiniętym mechanizmem samooszukiwania (i przy okazji oszukiwania innych, choć dokonywanego w dobrej wierze). A wynika to wszystko z błędnego założenia, że Biblia jest pierwotna w stosunku do rzeczywistego świata, podczas gdy w rzeczywistości jest wtórna. Jest jakimś jego ułomnym odbiciem. Na dodatek powstałym na tyle dawno, że dokonany w międzyczasie rozwój nauki i wiedzy odbicie to w dużym stopniu pozbawił waloru wiarygodności. Ktoś, kto wierzy w to, że świat wygląda tak, jak to opisano w Biblii przypomina człowieka, który uważa, że Jahwe to dostojny starzec z długą, siwą brodą, bo tak go gdzieś kiedyś namalowano.

Taka naiwność jest jeszcze zrozumiała u dzieci czy umysłowych prostaczków, ale u wykształconego człowieka razi i jest trudna do zniesienia.

Tagi: roman j
13:58, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 stycznia 2014

Do napisania tej notki zainspirował mnie w pewnym stopniu list jednego lekarza, który wylansował tezę, że głównymi sprawcami wypadków są trzeźwe kobiety w wieku 30-40 lat w służbowych samochodach. Ten ostatni element charakterystyki jest szczególnie ciekawy, ale o to mniejsza.

Pan doktor tezę tę wylansował w 2009 roku, kiedy napisał pewien list opublikowany później na portalu Gazeta.pl. Nie będę go tutaj linkował, bo uważam, że należy mu się osinowy kołek w serce (artykułowi - w przenośni), a nie promocja. Pan doktor swoje przemyślenia oparł o własne statystyki, ale uważnie przeczytawszy jego list nie znalazłem w nim ani trochę statystyki. Jedynie kilka własnych subiektywnych przekonań. Statystyka bowiem wymaga podania jakichś konkretnych i weryfikowalnych danych, a nie napisania, że coś zdarza się według mnie kilkanaście razy dziennie.

Mimo, że z przedstawioną przez pana doktora tezą jeden bloger dość sprawnie się rozprawił i nie pozostawił wątpliwości, ile jest warta zarówno ona, jak i "statystyki" jej autora, temat powrócił. Na tym samym portalu. I choć powrócił w artykule, który się znów z tezą pana doktora rozprawia, to chyba jednak efekt jest odmienny od założonego (chyba, że założony był właśnie taki).

Zauważyłem to przypadkiem na FB, gdzie jeden z moich znajomych, a prywatnie kolega po fachu i wcześniej dyplomant, zamieścił link do artykułu z portalu Gazeta.pl. W pierwszej chwili myślałem, że to link do tego artykułu z 2014 roku, który zresztą sam chciałem wrzucić na swoją oś czasu. Ale nie. To był link do listu z 2009 roku. Ponieważ jestem prawie pewien, że do tego listu z 2009 roku mój znajomy dotarł przez artykuł z 2014 roku, zastanowiło mnie, dlaczego akurat tamten stary artykuł podlinkował?

Myślę, że zdecydowała siła stereotypu i coś, co wspomniany wcześniej bloger nazwał efektem potwierdzenia (szczerze polecam kliknąć ten link). Kiedy mamy na jakiś temat ugruntowaną opinię, a tak jest niemal z definicji ze stereotypami, wtedy ignorujemy informacje, które mogą wskazywać, że nasza opinia jest błędna, a informacje, które ją potwierdzają nabierają dla nas większej wagi i wiarygodności. I myślę, że to dlatego mój kolega wrzucił na swoją stronę FB link do listu pana doktora mimo jego faktograficznej mizerii, a nie link do artykułu, który poza prezentacją tezy z tego listu mizerię tę w jakimś sensie obnażał.

Żeby nie było wątpliwości, nie jestem z kosmosu i sam na pewno wiele razy wpadam w pułapkę efektu potwierdzenia. Oczywiście chciałbym, żeby to się działo jak najrzadziej i nie mam nic przeciwko temu, żeby mi ktoś podpowiedział, że właśnie w to wdepnąłem, kiedy tak się stanie. :) Ale tak naprawdę, to nie o tym efekcie chciałem pisać, ale o pewnym stereotypie i jego możliwym źródle. Jeśli kogoś już w tym momencie zmęczyło czytanie, to niech tu wpadnie później i doczyta notkę dalej. :)

Stereotyp, jaki mam na myśli, to ten, według którego "baba za kierownicą to zło", że tak to kolokwialnie i brutalnie ujmę. Inaczej mówiąc opinia, że kobiety są gorszymi kierowcami. Czy są? Pewnie to zależy od tego, jak to oceniać. Chyba najbardziej bliska obiektywizmu miara to liczba wypadków i stłuczek według płci sprawców odniesiona do liczebności kierowców poszczególnych płci. Ja tych statystyk nie znam i stawiam dolary przeciwko orzechom, że większość kierowców ich nie zna. W tym także ci, którzy uważają, że kobiety jeżdżą gorzej.

Myślę sobie natomiast, że kobiety niekoniecznie jeżdżą GORZEJ, ale prawie na pewno jeżdżą INACZEJ niż mężczyźni. Inaczej przede wszystkim w sensie priorytetów na drodze. Znów pewnie posłużę się stereotypami, ale inaczej nie umiem tego wyjaśnić. Otóż prawdopodobnie większość mężczyzn za kółkiem przede wszystkim rywalizuje z innymi użytkownikami dróg, a priorytetem dla nich jest szybkie i sprawne dojechanie do celu. Myślę też, że mężczyźni za kierownicą większą wagę przywiązują też do jak najlepszego opanowania umiejętności prowadzenia samochodu. Oczywiście taka sprawność jest warunkiem m.in. bezpiecznej jazdy, ale myślę, że nie względy bezpieczeństwa tutaj decydują, a ambicja, chęć rywalizacji i pokazania, kto jest najlepszy.

To, co napisałem, należy oczywiście traktować w kategorii uogólnienia. To znaczy, że tak prawdopodobnie podchodzi do sprawy większość mężczyzn, ale niekoniecznie akurat ci, którzy to przeczytają. :) Natomiast przypuszczam, że kobiety przede wszystkim stawiają na bezpieczeństwo, a czas dojazdu i wysoka sprawność w obsłudze samochodu nie są dla nich tak istotne. Samochód jest narzędziem, z którego korzysta się w określonych okolicznościach, bo ułatwia życie. Ale nie jest fetyszem, źródłem ambicjonalnych celów.

Jeśli moje przypuszczenia są prawdopodobne, to jesteśmy już tylko o krok od stwierdzenia, że na naszych drogach mamy dwa główne "plemiona" kierowców. I podział niekoniecznie przebiega ostro wzdłuż podziału płci. Jedno plemię to, nazwijmy je umownie, "mężczyźni", a drugie to "kobiety". Każde z nich inaczej funkcjonuje na drogach. Jedno z nich - "mężczyźni" dominuje liczebnie i na dodatek uważa w jakiejś części, że dla tego drugiego nie ma miejsca na drogach (i to jest zagadnienie z działki o nazwie gender ;).

A ponieważ zwykle jest tak, że jeśli ktoś robi coś inaczej niż my, a na dodatek nie robi tego wyraźnie lepiej, to znaczy, że robi to gorzej. I na tej zasadzie mężczyźni uważają, że kobiety są gorszymi kierowcami. Z racji tego, że oni dominują na drogach, ich opinia też jest dominująca. A do tego dochodzi efekt potwierdzenia. Jeśli widzimy, że jakaś kobieta robi coś rzeczywiście niebezpiecznego czy głupiego na jezdni, w naszym mózgu ten przypadek wpada na szalkę z nazwą "baba za kierownicą" zwiększając jej wagę. Jeśli coś podobnego zdarzy się mężczyźnie, określimy go co najwyżej jakimś grubym słowem, ale sytuacja ta przeleci nam w większości przypadków przez mózg nie zostawiając śladu. I niestety nie zrównoważy wspomnianej wcześniej szalki, która odpowiada za pogląd o kiepskich umiejętnościach pań za kierownicą. A powinna.

No dobrze, chyba tyle wystarczy. To moja ostatnia notka przed ponownym schowaniem blogu za drzwiami, do których potrzebny będzie kluczyk. Klucze rozdaję bez ograniczeń. A poza tym niewykluczone, że za czas jakiś znowu pojawi się możliwość czytania tego blogu bezpośrednio. Docelowo blog wróci do takiej właśnie bezpośredniej formy dostępu. Co do tego nie mam wątpliwości. Ale kiedy to nastąpi, nie wiem. Na pewno najpóźniej w połowie 2016 roku. Ale niewykluczone, że stanie się to dużo wcześniej. :)

Tagi: roman j
16:20, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 stycznia 2014

Miałem problem z tytułem notki, bo nie wiem, jakiego rodzaju jest gender? Uznałem, że najbezpieczniej będzie przyjąć rodzaj nijaki. Ale do rzeczy.

Siedziałem sobie dziś przy biurku, wypiłem właśnie kawę i zajmowałem się moim ulubionym hobby. Z komputera sączył się niezbyt głośno jakiś losowo wybrany utwór z płyty Das Wohltemperierte Klavier Buch 1 Jana Sebastiana Bacha w interpretacji Tilla Felnera.

Tu należy się czytelnikom wyjaśnienie, że nie jestem melomanem czy jakimś miłośnikiem lub znawcą muzyki. Jednak pomysł napisania cyklu utworów we wszystkich tonacjach (do wykształconych muzyków: słowo "wszystkich" proszę mi wybaczyć i nie prostować w komentarzach) zafascynował mnie do tego stopnia, że postanowiłem nabyć płytę z tymi utworami. A skoro już kupiłeś, powiedziałem sobie, to słuchaj, żeby nie wyszło, że pieniądze na darmo wydajesz. No i słucham. Z przyjemnością, choć bez jakichś głębszych refleksji jako muzyczny niemal ignorant (przynajmniej w kwestii kompozycji).

No więc słucham Bacha, oddaję się swojemu hobby i... pierdut, jak nie strzeli mnie prosto między oczy myśl złowroga, że przecież z racji mojego hobby nadaję się na negatywny przykład, do czego prowadzi "ideologia gender" (spokojnie, wiem, że nie istnieje coś takiego). Nie na darmo nie chwalę się zbyt szeroko moim hobby i jego owocami. Tutaj wrzuciłem tylko kilka notek, na Facebooku mam dla odmiany całkiem sporo zdjęć, ale widocznych dla mocno ograniczonego grona odbiorców.

Czuję, że jakiś gender-podejrzany jestem. Normalnie powinienem przecież albo latać z fuzją po lesie za bezbronnymi zwierzętami jak nie przymierzając Prezydent, albo chlać piwsko przed telewizorem oglądając Ligę Mistrzów, Ekstraklasę, czy to tam jeszcze kanały sportowe w zakresie futbolu oferują, albo jak Adam Słodowy majsterkować produkując do domu szafki, półki i co tam jeszcze trzeba lub nie trzeba.

Tak powinienem, bo tak wygląda nasze polskie gender, że tak to mocno uproszczę. Tak, moi drodzy czytelnicy, każde społeczeństwo ma swoje gender (znów upraszczam), czy tego chce, czy nie. To nasze jest zacofane, przaśne, ale jest, było i będzie. A ja, można to tak ująć, tworzę jego nowe oblicze. Tyle, że pionierzy nie mają łatwo. Zwłaszcza w takich społeczeństwach, które są przywiązane do tradycji, jak pies do budy, nawet kiedy ta tradycja przestaje być funkcjonalna przez co utrudnia życie oraz rozwój. I ma tylko jeden pozytywny skutek. Daje poczucie bezpieczeństwa niektórym grupom społecznym. Sęk w tym, że Titanic też dawał poczucie bezpieczeństwa swoim pasażerom. I może dlatego tak wielu spośród nich zginęło.

Tagi: roman j
18:50, roman_j
Link Komentarze (2) »
piątek, 03 stycznia 2014

Wracając wczoraj do domu po odwiedzinach u brata musiałem przed wyjazdem skorzystać z toalety na dworcu PKS. Bardzo się zdziwiłem, kiedy po wejściu doń zauważyłem na stoliku kasę fiskalną, na której pani nabiła należność i wydrukowała mi paragon. Nie wziąłem go, bo byłem zaskoczony. Teraz trochę żałuję, bo to byłaby ciekawa pamiątka. :)

Ten przypadek skłonił mnie do refleksji, że Polska to jest ciekawy kraj, w którym można dostać paragon za 2,5 zł wydane w publicznej toalecie, a można nie dostać go za 100 zł wydane w lekarskim gabinecie. Choć dla równowagi dodam, że lecząc się ostatnio u ortopedy prywatnie paragony dostaję. Ale to jest firma, więc może się od tego wymigać nie może. Zapewne w styczniu jeszcze odwiedzę specjalistę, od którego dotąd paragonów nie dostawałem i zobaczymy, czy coś się zmieniło. :)

Tagi: roman j
10:55, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 02 stycznia 2014

Jak zwykle zacznę od dygresji. :) Dramat! W zeszłym roku na moim turystycznym blogu zamieściłem tylko 9 nowych notek. To mniej niż jedna na miesiąc. Nieco mną to wstrząsnęło i choć skutkiem tego nie będzie żadne postanowienie noworoczne, bo takowych nie praktykuję, to myślę, że będę to miał gdzieś z tyłu głowy, żeby jednak pisać więcej, bo zaległości narastają. Albo dać sobie spokój z pisaniem tam w ogóle, bo jednak im później biorę dany temat na warsztat, tym mniej szczegółów pamiętam.

A teraz powoli wracam do sedna. Powoli. Zacznę od tego, że okolice Nowego Roku spędziłem u brata. Tak się składa, że brat mieszka dużo bliżej miejsca, gdzie planowałem spędzić Sylwestra 2013 niż ja. Dlatego biorąc pod uwagę mój obecny stan zdrowia miałem sobie u niego zrobić przystanek przed wyjazdem na samą imprezę sylwestrową. Jednak ostatecznie zdecydowałem, że zamiast przystanku będzie tam meta mojej wyprawy związanej ze świętowaniem końca roku. Chyba po raz pierwszy świętowałem Sylwestra z bratem. Przynajmniej od czasów, kiedy jeszcze jako dzieciaki mieszkaliśmy razem.

Po Sylwestrze i Nowym Roku zdecydowałem się wrócić do domu pierwszego dnia roboczego, czyli dziś. Nie, żeby mi tam było u brata jakoś źle, ale nie planowałem dłuższego pobytu, a w domu mam co robić w te kilka dni, jakie ja jeszcze mam wolne. I dziś rano oglądaliśmy przy śniadaniu TVN 24. Stacja tego typu do swojego prawidłowego funkcjonowania potrzebuje newsów, a że takie naprawdę przyciągające uwagę zdarzają się zbyt rzadko (przynajmniej z punktu widzenia dziennikarzy takiej stacji), więc jak się jakiś zdarzy, to trzeba go przeżuwać jak najdłużej.

Niezależnie od pewnych refleksji dotyczących samej tragedii w Kamieniu Pomorskim nasunęła mi się jedna natury ogólniejszej, kiedy oglądałem, jak reporter TVN 24 rozmawiał z rzeczniczką szpitala, w którym leży dwójka poszkodowanych dzieci. To, że ten człowiek pojechał tam z ekipą, na pewno coś kosztowało, ale to, czego się dowiedzieli dzięki temu widzowie, można było ustalić jednym telefonem i puścić na pasku na dole ekranu. No ale wysyłając tam redaktora z kamerą można zapełnić kilka minut czasu antenowego. Zapełnić w bardzo kosztowny sposób. Nie wiem, kogo było mi bardziej szkoda: pani rzecznik, która starała się dopowiedzieć coś od siebie, ale oczywiście tylko w granicach dopuszczalnych przez prywatność pacjentów, redaktora, któremu nie bardzo już wiedział, o co pytać i zadawał pytania, na które odpowiedzi są oczywiste i udzielić ich mógł niemal każdy widz programu, czy siebie, że na to wszystko patrzyłem?

Ale do rzeczy. Mój brat i bratowa wyrazili swoją opinię przy śniadaniu na temat tego, jak powinno się zapobiegać takim sytuacjom. Opinię możliwą do przewidzenia, bo podzielaną przez znakomitą większość naszego społeczeństwa i piękną w swej prostocie. Należy zaostrzyć kary. Nie zgadzam się z tym poglądem niemal całkowicie, ale pozwoliłem sobie tylko na nieśmiałą krytykę poglądów brata i bratowej. Tak tylko dla fasonu. Dlaczego? I tak wiem, że ich nie przekonam. A jeśli bym próbował, to oni zaczną przekonywać mnie, że nie mam racji i się przy tym tylko zdenerwujemy.

A to dlatego, że jako społeczeństwo poza zamiłowaniem do karania mamy także ten rys, że w gremialnej większości źle znosimy to, że ktoś ma odmienną od nas opinię. Zwłaszcza jeśli jest to ktoś bliski lub ktoś często spotykany. Przez to zdecydowanie zbyt często poświęcamy mnóstwo czasu i energii, żeby innym "prostować" ich światopogląd. Kończy się to zwykle tak, że albo ktoś ustępuje, albo robią się kwasy, które potrafią trwać latami. Ludzie przestają się lubić, zaczynają się traktować z rezerwą przez pryzmat nie tego, kim są dla siebie, ale jakie mają opinie. A ja mam tylko jednego rodzonego brata i nie widzę sensu spierać się z nim o mój światopogląd, ani nawet za bardzo swoich odmiennych opinii prezentować. Ja dość dobrze znoszę to, że on ma inne zdanie niż ja. Przynajmniej dopóki nie muszę przedstawiać i potem bronić swoich poglądów. :)

Ale tutaj mogę to zrobić. Najwyżej nie odpowiem na komentarze. :) Nie uważam, że jakiekolwiek zaostrzenie kar może zapobiec temu, co się stało w Kamieniu Pomorskim. Możemy karać nawet dożywociem za spowodowaniem śmierci w wyniku wypadku samochodowego, a i tak trafi się albo jakiś psychopata tudzież socjopata, albo ktoś pewien swoich umiejętności lub szczęścia, którego jedno lub drugie akurat zawiodą. Wysoka kara nikogo nie odstraszy, bo nikt nie myśli o karze w momencie łamania prawa, a przynajmniej jeśli sobie tego z góry wcześniej nie zaplanował. Wysoka kara nie zwróci także życia tym, którzy zginęli. Może zaspokoi jedynie społeczną potrzebę zemsty na sprawcy. Tylko czy ta potrzeba to jest jakaś cenna społecznie wartość? Nie wydaje mi się. Mściwość powinno się zwalczać w sobie, a zwłaszcza powinni ją zwalczać wyznawcy Chrystusa, jakimi mieni się, w zależności od tego, jak to zdefiniować, od 80% do 96% Polaków.

Zatem co zrobić? Nie wiem. Nie mam na to dobrego patentu. Mam ciekawy patent, który mógłby skłonić kierowców do respektowania ograniczeń prędkości, ale z racji tego, że się tu rozpisałem, nie napiszę już o nim w niniejszej notce, choć miałem początkowo taki plan. I po to w ogóle się wziąłem za pisanie tej notki. :) No ale może przedstawię go w kolejnej. A może i nie, bo plany sobie, a życie sobie, o czym dość boleśnie przekonałem się trzy miesiące temu.

Tagi: roman j
19:20, roman_j
Link Komentarze (3) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape