O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 28 lutego 2007
Jeśli macie się czasem problem, żeby zmobilizować się do działania albo macie więcej pomysłów niż aktualnie czasu, na ich realizację i nie ogarniacie wszystkich, to proponuję przetestować mój sposób na zaradzenie tego typu problemom. Sposób jest "mój" w tym sensie, że ja go stosuję i ja go zaraz opiszę. Ale bynajmniej nie roszczę sobie prawa do jego autorstwa.
Polega on na tym, że założyłem sobie na komputerze w Wordzie listę spraw do załatwienia. Za każdym razem, kiedy mam coś nowego do zrobienia, czy to dlatego, że ktoś mi coś zleci lub o coś mnie poprosi, czy też dlatego, że po prostu coś mi przyjdzie ciekawego do głowy, wpisują nową pozycję na listę. Pozycje są numerowane, a przy każdej wpisuję datę umieszczenia na liście. Po załatwieniu sprawy z listy po prostu ją usuwam, a dalsze pozycje przesuwają się wyżej.
Zauważyłem, że im dłuższa robi się ta lista, tym bardziej czuję się zmobilizowany do jej skracania, czyli załatwiania kolejnych spraw. Są oczywiście na tej liście sprawy różnej wagi. Od tych, którymi bezwzględnie muszę się zająć, po takie, o których sensowności nie jestem całkiem przekonany, ale poddaję je w ten sposób próbie czasu (i niektóre usuwam potem bez zajmowania się nimi). Dodatkowym czynnikiem mobilizującym jest wspomniana data umieszczenia na liście. Im dalsza, tym bardziej mobilizuje.
Ostatnio lista na tyle mi się wydłużyła, że jej codzienne czytanie (a czytać trzeba przynajmniej raz dziennie - rano) trwa zbyt długo i trudno było mi wyłapać sprawy priorytetowe. Dlatego podzieliłem sobie listę na dwie części. Pierwsza to krótka lista priorytetów, a druga to sprawy, które mogą zaczekać, ale o których nie chcę zapomnieć. Muszę przyznać, że dzięki tej liście zmobilizowałem się do zrobienia kilku rzeczy, do których długo się nie mogłem zebrać. Usuwanie kolejnych pozycji z listy po ich załatwieniu daje satysfakcję, która świetnie motywuje do dalszego działania. A jak uda mi się załatwić jakąś sprawę, która bardzo długo wisi na liście, najlepiej z pierwszej pozycji (czyli najstarszą), to wtedy jest najprzyjemniej.
Myślałem kiedyś, żeby załatwionych spraw nie usuwać, tylko przekreślać lub oznaczać kursywą, żeby taka lista dokonań motywowała mnie pozytywnie, ale uznałem, że za bardzo by mi się ta lista wydłużyła i zrobiłaby się nieczytelna. Ale jak ktoś chce, może sobie z takim rozwiązaniem poeksperymentować. Dodam jeszcze, że warto wybierać do realizacji nie tylko sprawy najstarsze, ale też najtrudniejsze. Załatwienie takiej sprawy bardzo dobrze motywuje człowieka do dalszych działań.
Tagi: roman j
07:25, roman_j
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 lutego 2007

Chwilowo powróciło mi zainteresowanie genealogią. Tylko chwilowo dlatego, że mam ważniejsze sprawy na liście priorytetów i nimi muszę się zająć w pierwszej koleności, a moje hobby musi poczekać na jakiś wolniejszy czas np. na okres wakacji. A ten chwilowy nawrót zainteresowania zawdzięczam serwisowi GENEALOGIA POLSKA, a konkretnie tej stronie, za pomocą której zrobiłem sobie mapę występowania mojego nazwiska w Polsce w 2002 roku. Oczywiście potrzebowałem do tego danych ze słownika nazwisk prof. Kazimierza Rymuta, ale słownik ten nabyłem już jakiś czas temu.

Rozmieszczenie mojego nazwiska w Polsce w 2002 roku

Przy tej skali słabo widać napisy, więc tutaj napiszę, że skala kolorów ustawiona jest jest co 9 osób, najciemniejszy kolor oznacza powyżej 81 osób/powiat, a wszystkich osób jest 10575 w 320 powiatach.

Z analizy tej mapy wynika, że gniazdo rodzinne moich przodków lokuje się na pograniczu obecnych województw: wielkopolskiego i kujawsko-pomorskiego. To się akurat dobrze zgadza z informacjami, jakie mam na temat żon mojego najstarszego jak dotąd ustalonego przodka - Antoniego. Obie pochodzą bowiem z tych okolic, choć obie wzięły ślub z moim praprapradziadem (oczywiście druga po śmierci pierwszej) na wschód od tych terenów. Sądzę więc, że z tych okolic pochodził mój przodek oraz jego przodkowie i stamtąd sobie wziął obie żony osiedliwszy się jednak nieco na wschód od miejsca swojego pochodzenia. To jest na razie tylko moja hipoteza, którą zweryfikować będę mógł dopiero gdzieś w okolicach wakacji.
Ciekawe są też inne wnioski, jakie można wyciągnąć oglądając tę mapę. Widać na przykład dość wyraźnie pasmo powiatów wyznaczających wschodnie rubieże ekspansji. Podlasie, Lubelszczyzna i Podkarpacie są praktycznie "niezdobyte".

Tagi: roman j
07:20, roman_j
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 lutego 2007

W reakcji na mój wpis "Znikąd pomocy...", dostałem od B. mail, w którym między innymi było zawarte zdanie: "Czy sytuacja jest już naprawdę tak poważna, czy tylko na razie tak to wygląda z twojej perspektywy?". To mnie skłoniło do podzielenia się pewną myślą, która zrodziła się w mojej głowie już jakiś czas temu i którą już się od tamtego czasu z kilkoma osobami podzieliłem.

Otóż nie uważam za celowe i sensowne ocenianie cudzych z problemów życiowych z perspektywy innej niż perspektywa osoby, której te problemy dotykają. Zanim doszedłem do tego wniosku zdarzało mi się wartościować cudze problemy stwierdzeniami w rodzaju "Twoje problemy to nic w porównaniu z moimi" albo "Żebym ja miał tylko takie problemy". Jednak w pewnym momencie mojego życia ja sam zostałem w ten sposób podsumowany. A raczej byłem podsumowywany wielokrotnie. I zacząłem się wtedy zastanawiać, czy rzeczywiście moje problemy są takie niewiele znaczące, choć mnie wydawało się, że są poważne.

Taka sytuacja, kiedy się człowiek znajdzie po drugiej stronie, może być dobrą okazją do zdobycia szerszego oglądu świata. Nie każdy i nie zawsze potrafi z niej skorzystać. Ja zetknąwszy się z sytuacją dezawuowania moich subiektywnie widzianych problemów życiowych przestałem wyrażać ocenę cudzych problemów z własnej perspektywy. A przynajmniej uznałem, że jest to działanie bezcelowe, a nawet szkodliwe, choć nie wiem, czy stare nawyki udało mi się wykorzenić już na tyle, żeby nigdy nikomu już nie wystawić takiej cenzurki.

Dziś uważam, że każdy ma problemy na swoją miarę. Nie ma sensu oceniać cudzych problemów jakąś obiektywną miarą, bo to nie zawody, komu bardziej życie daje w kość, ani też nie statystyka. Jedyną właściwą miarą jest subiektywne odczucie każdego człowieka. Jeśli kogoś zżera jakiś mól, to bez względu na to, jak mały może się wydać jego problem w naszych oczach, dla niego jest to coś, co odbiera mu radość życia. I jeśli się komuś takiemu powie ku pocieszeniu: "Stary, Ty to masz wspaniałe życie. Gdybyś miał takie problemy, jak ja, to mógłbyś narzekać", to efekt może być odwrotny do zamierzonego. To tak, jakby się człowiekowi kazało pływać z kamieniem u szyi wmawiając mu, że to pumeks.

Nie twierdzę, że nie oceniam wagi cudzych problemów swoimi kategoriami, ale jeśli wydają mi się trywialne, w sensie łatwości rozwiązania, wtedy staram się zachować dla siebie taką ocenę, a próbuję wskazać, jak można się z nimi uporać. O ile wydaje mi się, że ktoś ode mnie takich wskazówek oczekuje. Ludzka psychika jest bowiem tak skomplikowana, że niekiedy perspektywa rozwiązania jakiegoś problemu życiowego bywa dla człowieka bardziej przygnębiająca od perspektywy dalszego się z nim zmagania. Rozwiązanie problemu oznacza bowiem zmianę, często radykalną, a zmiana jest zawsze źródłem stresu. Nawet zmiana na lepsze. Do tego mola, który gryzie, można się często przyzwyczaić, rozwinąć jakieś mechanizmy obronne, otorbić się, opancerzyć. A kiedy nagle ten mól zniknie i nic nie będzie przeszkadzać, żeby żyć inaczej, żeby cieszyć się życiem, wtedy może się okazać, że człowiek nie jest już do tego zdolny. Rozwinął mechanizmy obronne, które już mu nie są potrzebne, a często nie rozwinął mechanizmów potrzebnych do właściwego funkcjonowania w społeczeństwie. I to może być źródłem nowych problemów.

Dlatego uważam, że trzeba szanować autonomię drugiego człowieka, nawet jeśli oznacza to, że w imię szacunku dla tej autonomii trzeba będzie zrezygnować z próby rozwiązania jego problemów. To moje obecne stanowisko w tej sprawie, choć zdaję sobie sprawę, że jest niedoskonałe. To, co napisałem, to raczej garść przemyśleń i wskazówek niż rekomendowana procedura postępowania. Wszak każdy człowiek jest indywidualnością, a życie wciąż nas zaskakuje.

Tagi: roman j
06:50, roman_j
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 lutego 2007

Po spotkaniu z A. zebralo mi się na rozważania na różne "egzystencjalne" tematy. Do żadnych nowych wniosków nie doszedłem, a jedynie uporządkowałem swoje przemyślenia i utwierdziłem się w swoich poglądach. Postanowiłem też podzielić się nimi z czytelnikami mojego bloga. Może ktoś myśli podobnie, a może dokładnie przeciwpołożnie. Dzisiaj będzie o współczuciu.

Współczucie to odruch, który według mnie ludzkość powinna wyrzucić na zawsze ze swojego repertuaru zachowań. Na pierwszy rzut oka jest to odruch życzliwości, ale ta życzliwość jest podszyta radością z faktu, że jakieś nieszczęście nie spotkało nas, ale kogoś innego. Mówiąc komuś, że się mu współczuje, podkreśla się jednocześnie to, że on jest w gorszej sytuacji. Tak jakby człowiek, któremu współczujemy, sam tego nie wiedział.

Formułka "współczuję" jest rzucana często(?) dlatego, bo tak się przyjęło, bo tak wypada i nie wiąże się z żadnym drgnieniem duszy. Mówimy wtedy, że współczujemy, żeby zachować dobre mniemanie o sobie we własnych oczach. Jesteśmy tacy kulturalni, wielkoduszni, zdolni do współczucia. Ale współczucie to moneta bezwartościowa w obrocie międzyludzkim. Podobnie zresztą jak wdzięczność.

Współczucie, nawet jeśli jest jakimś odruchem duszy, jest jak pusta skorupa. Nic pozytywnego nie wnosi w życie osoby, którą nią obdarzamy. A taki pozytywny wkład jest szczególnie potrzebny właśnie takiej osobie, wobec której czujemy potrzebę okazania współczucia. Jednak często boimy się zapytać, czy możemy jakoś pomóc. Boimy się, że odpowiedź może być twierdząca. Dlatego wolimy ograniczyć się do tej standardowej, często bezmyślnie wyrecytowanej formułki "współczuję", nad której sensem i wymową zwykle nawet się nie zastanawiamy. Ot, standardowy rytuał oczyszczenia sumienia z grzechu bezczynności wobec ludzkiego nieszczęścia.

Napisałem dawno temu wiersz poświęcony współczuciu. Jego przesłanie sprowadzało się do stwierdzenia, że jeśli spotka się człowieka dotkniętego nieszczęściem, to zamiast mu współczuć należy spróbować przywrócić go szczęśliwemu życiu, a przynajmniej zaofiarować pomoc. Dziś dodam, że trzeba trzeba jednocześnie pozwolić mu zdecydować, czy i jakiej pomocy potrzebuje.

Bardzo podobnie tą sprawę widzi A. On nawet to lepiej ujął w słowa mówiąc, jeśli dobrze zapamiętałem jego słowa, że zamiast współczuć, lepiej choćby usiąść obok i patrzeć w tym samym kierunku. Sam bym tego lepiej nie ujął.

sobota, 24 lutego 2007
Trochę odpocząłem. Był rajd. Ziąb jak cholera i do tego wiatr prosto w twarz, przez co czuliśmy się jak na Syberii, ale było miło, jak zawsze na rajdzie. Naszą grupę prowadził R. Miało być nas 300 osób, ale część chyba nie dotarła z powodu zimna. Część też wykruszyła się po drodze, chociaż trasa i tak została skrócona. To znaczy start był bliżej mety niż planowane 7 km, ale za to starzy rajdowi wyjadacze postanowili nadłożyć trochę drogi mimo trzaskającego mrozu i silnego wiatru. W końcu w tym jest cała frajda zimowego rajdu.
Na ten dłuższy etap poszliśmy tuż nad brzegiem Wisły, licząc że przebijemy się do drogi, ale okazało się, że poziom wody się podniósł, i trasa zrobiła się nie do przejścia. Przynajmniej nie dla dzieciaków, których była z nami spora grupka. Trzeba było zawrócić albo wspinać się po skarpie. Jak wybrałem początkowo ten drugi wariant, ale zmieniłem zdanie i zawróciłem do łagodniejszego podejścia.
Na mecie czekała mnie wspomniana wcześniej niespodzianka. Czyli... JESTEM PRZODOWNIKIEM TURYSTYKI PIESZEJ PTTK!!! Mój numer legitymacji to 10488. Mogę prowadzić wycieczki w województwie mazowieckim, bo na to województwo mam uprawnienia. Mogę też stemplować książeczki OTP, tylko muszę sobie najpierw do tego pieczątkę wyrobić. Ależ się cieszę!!! :)
Po rajdzie poszliśmy całą ferajną do S. Tam przeczytaliśmy kilka książek. ;) Umówiłem się przy okazji z R., że w czasie następnego, wiosennego rajdu razem poprowadzimy grupę. On to zaproponował, a ja się zgodziłem. Dowiedziałem się wcześniej, że rozszerzył sobie uprawnienia na dwa województwa i jest teraz przodownikiem II stopnia. Poza tym dowiedziałem się jeszcze, że plany są takie żeby w tym roku eksplorować Mołtawę. Dobrze się składa, bo nie tak dawno byłem razem z J. w Kępie Polskiej, więc będę miał okazję przypomnieć sobie te okolice.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape