O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 28 lutego 2009
     To był, a własciwie jest, bardzo męczący tydzień. Dziś jest dopiero jego szósty dzień, a ja już mam trzeci tego tygodnia migrenowy ból głowy. Szczególnie dokuczliwy był pod tym względem czwartek, tak że ledwie wysiedziałem na próbie chóru, a potem wieczorem nie dopilnowałem wypieku chleba i trochę się niedopiekł.
     Dziś niestety znów mnie boli głowa, a teoretycznie muszę jeszcze odbyć 7 godzin zajęć. Teoretycznie, bo z racji tego, że na wykładzie z Mechaniki Budowli będę omawiał temat zaległy z poprzedniego semestru, więc nie przekażę jeszcze wiedzy potrzebnej do zajęcia się tegorocznym projektem, przez co zajęcia projektowe nie będą miały sensu. Ale tak to będzie wyglądało tylko na tym zjeździe. Za to może na kolejnych nie będzie mnie męczyć ten piekielny ból głowy. A miałem dziś rano wziąć moje piguły. Jeśli wezmę je po powrocie do domu, będzie pewnie już za późno, żeby liczyć na szybką ulgę i będę musiał swoje odcierpieć. A jutro znów na zajęcia: 9 godzin od 8.00.
Tagi: roman j
11:28, roman_j
Link Komentarze (17) »
środa, 25 lutego 2009
     Czytając książkę wymienioną w tytule natknąłem się w kilku miejscach na zdania, które chciałbym sobie gdzieś zachować. A gdzie je lepiej zachowam niż we własnym blogu? Zatem zamieszczam poniżej te cytaty:
 
     "Wszystkie wielkie religie nie posunęły się dalej poza wykluczenie pewnych rzeczy, poza ustanowienie długiej listy zakazów. Ale zakazy podsycają te żądze, które w intencji prawodawców powinny gasić."
 
     "Świat jest jak ogórek, dziś masz go w ręku, jutro w kiszce stolcowej."
 
     "Bieda wyklucza, a bogactwo odgradza."
 
     "Religia? W żadnej z godnych tej nazwy religii nie znalazłem nawet źdźbła użyteczności, bo czy którakolwiek z nich jest użyteczna? (...) wszystkie kościoły i sekty są w najlepszym razie tylko akademiami samouków szukających sposobów obrony przed strachem."
 
Tagi: roman j
08:52, roman_j
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 23 lutego 2009
     Siedzę w robocie. Dłubię coś przy komputerze. Dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę i zastanawiam się, co do mnie mówi człowiek z drugiej strony kabla. W pierwszej chwili pomyślałem, że ma jakąś wadę wymowy albo, że są jakieś zakłócenia na linii i cierpliwie wsłuchuję się w bełkot. Oczywiście najpierw się przedstawiłem, więc zrozumiałem, że w odpowiedzi gość upewnia się, z kim rozmawia. Potem z tego bełkotu wyławiam pytanie "czy przyjmujecie z dwójką?" Zastanawiam się, o co może chodzić? Z jakiego przedmiotu ta dwójka i na co mielibyśmy przyjmować? Na studia?
     Proszę o powtórzenie pytania i słyszę, że gość pyta, czy do ochrony przyjmujemy z drugą grupą. I jednocześnie w tym momencie dochodzę do wniosku, że mój rozmówca musi być kompletnie zalany. Język plącze mu się tak, że już go praktycznie nie rozumiem. Zresztą przestaję w ogóle próbować go zrozumieć i pytam, jak myśli, gdzie się dodzwonił? Odpowiedzi nie rozumiem, więc rzucam, że dodzwonił się na politechnikę. Po drugiej stronie bełkot ustaje i słyszę pełen zawodu jęk (no tak, znowu będzie trzeba wybrać numer, a tu pewnie palce w klawiaturę nie chcą trafić).
     Po odłożeniu słuchawki zastanawiam się, czy on dostanie tę robotę? Biorąc pod uwagę stawki, jakie oferują pracownikom firmy ochroniarskie, pewnie niedługo tylko takich chętnych będą mieli do pracy. No, może kryzys na jakiś czas powstrzyma tę selekcję negatywną.
Tagi: roman j
12:59, roman_j
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 lutego 2009
     Zgodnie z moim harmonogramem zajęć dzisiaj miałem w planie rajd. Wstałem w związku z tym około 6.20. Chociaż wczoraj położyłem się około 23.00, to i tak dzisiaj nie czułem się wyspany. Ale nic to. Obowiązek to obowiązek. Obudziłem się zresztą na dobre, kiedy spojrzałem na termometr za oknem: -13 stopni. Pocieszyłem się, że dzień zapowiada się słoneczny, więc pewnie będzie później nieco cieplej.
     Na miejsce zbiórki mieliśmy dotrzeć autobusem. Z mojej listy wynikało, że będę miał na trasie 82 osoby. Spodziewałem się więc w autobusie tłoku. A tymczasem po drodze dosiadały się tylko niewielkie grupy lub pojedyncze osoby. Cześć zresztą była już w autobusie. Część czekała zaś na miejscu zbiórki.
     Do miejsca zbiórki zrobiliśmy nieco dłuższy spacerek, niż był zaplanowany, bo wysiadłem jeden przystanek wcześniej. Słoneczko ładnie świeciło, mrozek przyjemnie szczypał w nos, więc można sobie było zrobić dłuższy spacer. Kiedy się już zebraliśmy, okazało się, że jedna grupa nie dotarła. Później, już na mecie, dowiedziałem się, że poszli trasą dowolną (zawsze w regulaminie jest taka opcja). Było nas więc nieco mniej. Na dodatek liczebność niektórych grup, pewnie ze względu na mróz, była mniejsza niż na mojej liście. Łącznie więc mogło nas iść 50-60 osób.
     Szło się w takiej małej grupie bardzo przyjemnie, choć trasa nie była łatwa ze względu na zalegający śnieg albo lód tudzież przeszkody terenowe (zwalone drzewa, ziemia zryta przez dziki). Mimo wszystko było bardzo przyjemnie. Wokół krajobraz pokryty świeżym, bialutkim śniegiem. Na ścieżkach tylko ślady dzikiej zwierzyny, a po drodze sarny przebiegające nam przez drogę. Raz widziałem dość daleko trzy sztuki, a raz nie dalej niż 100 metrów przed nami przebiegło ich aż 7 sztuk. Nigdy dotąd nie widziałem tak licznego stada, choć domyślam się, że to nie jest jakaś rzadkość.
     Teoretycznie do przejścia mieliśmy 10 km (tak było zapisane w regulaminie), ale kiedy to sobie podliczyłem w domu według zapisu z GPS-a i mapy, to wyszło mi prawie 15. Nic dziwnego więc, że się spóźniliśmy na metę. Około pół godziny. Ale największym zaskoczeniem było to, że już nikt nie czekał na nas. Oczywiście poza tymi, którzy czekać musieli, czyli organizatorami.
     Po rozdaniu pucharów i dyplomów uczestnictwa ruszyłem do domu, a ze mną... dwóch młodych (10 lat) turystów, którzy szli ze mną przez całą trasę. Zapytałem ich, czy nie powinni iść ze swoim opiekunem, ale odpowiedzieli, że on chyba już poszedł. Chcąc nie chcąc odeskortowałem ich prawie pod domy, co było o tyle mało kłopotliwe, że było to dla mnie prawie po drodze. Tak mi przyszło do głowy, że gdybym się w swoim czasie zakręcił, to mógłbym mieć już dzieci w tym wieku. Ale się nie zakręciłem i zakręcać nie zamierzam.
     Tuż przed dojściem na metę dwie uczestniczki, zdaje się, że z gimnazjum, zapytały mnie, jak jak z nimi (tymi 10-latkami) wytrzymuję, bo one już po kwadransie miały dość. Odpowiedziałem, że jak człowiek zejdzie do ich poziomu, to nie wtedy nie jest to męczące. Nie wiem, czy ta odpowiedź oddawała sedno sprawy, bo się nad tym nie zastanawiałem. Dzieci mnie nie męczą. Zwłaszcza, że te zajęły mi tylko 3 godziny czasu, w którym i tak nie miałem nic lepszego do roboty tylko iść, podziwiać widoki, wdychać rześkie powietrze, itp. Może gdybym był ojcem takich dzieciaków i miał z nimi do czynienia niemal bez przerwy, to miałbym na ten temat inne zdanie. A może i nie. :)
     Po powrocie z rajdu postanowiłem zregenerować nieco siły i zdrzemnąłem się. Chyba potrzebowałem tego bardziej niż mi się wydawało, bo drzemka była długa i głęboka. Nabrałem sił na jutro i na poniedziałek. Na jutro umówiłem się z dyplomantami, a w poniedziałek o 8.00 mam zajęcia. Na szczęście za tydzień te zajęcia mają być przesunięte na popołudnie. Biorąc pod uwagę, że na pewno będę miał ciężkie weekendy w terminach zjazdów studiów zaocznych, zajęcia o 8.00 w poniedziałek to byłby czysty sadyzm. :)
Tagi: roman j
20:58, roman_j
Link Komentarze (8) »
piątek, 20 lutego 2009
     Kolejny dzień męczącego tygodnia dobiegł końca. Nie był tak pracowity, jak sądziłem, ale i tak kończę go zmęczony.
     Przed południem rejestracja. Nie było tak dramatycznie, jak się zapowiadało. Pani dziekan zgodziła się dać wszystkim zagrożonym skreśleniem czas do 16 marca na uzupełnienie braków. Dłużej się nie dało, bo ci, którym się nie powiedzie, trafią na powtarzanie semestru i będą musieli uzupełniać różnice programowe. A im później wejdą na te zajęcia, tym mniejsze szanse na to, że zostaną przyjęci (przepadłoby im więcej zajęć). Tak więc szansę dostali wszyscy bez wyjątków i zobaczymy, co z tego wyniknie.
     Po rejestracji posnułem się jeszcze trochę po uczelni i między innymi dowiedziałem się, ile zajęć mam na dziennych i w jakim terminie. Okazało się, że praktycznie wszystkie zajęcia mam na studiach zaocznych. Na dziennych mam jedną (sic!) godzinę w tygodniu. Może będzie więcej, ale nie chcę uprzedzać zdarzeń.
     Adaptuję się coraz lepiej w nowym miejscu pracy. W zasadzie zostało mi już tylko poukładanie papierów po szafach i w biurku i doniesienie ze swojego starego pokoju książek i projektów, które na razie jeszcze tam zostały. Będę to robił sukcesywnie po niedzieli.
     Powróciwszy do domu wyrobiłem ciasto na chleb i włożyłem do form. Odstawiłem do rośnięcia, a sam się nieco zdrzemnąłem. Nie był to dobry pomysł, bo musiałem przerwać drzemkę, żeby zdążyć na próbę chóru. Przez to obudziłem się w jakimś półśnie i zaczęła mnie boleć głowa. To mi się czasem zdarza, że kiedy obudzę się w nieodpowiednim momencie (może jest to faza snu głębokiego), to rośnie prawdopodobieństwo, że będę miał migrenę. No i oczywiście nabawiłem się jej. Mimo to poszedłem na próbę chóru.
     Próby nie było, bo oprócz mnie i dyrygenta przyszły jeszcze tylko dwie dziewczyny. Spodziewałem się tego, bo jest przecież przerwa międzysemestralna. Bardzo bym się zdziwił, gdyby w tym czasie frekwencja była większa. Ale ja i tak skorzystałem. Za niewielką namową E. siadłem do pianina i zacząłem plumkać. Widać już jakieś efekty, ale najciekawszą obserwacją, jaką poczyniłem, jest spostrzeżenie, że kolejne akordy (na razie ćwiczę tylko prawą rękę) najlepiej mi się gra, kiedy wyłączam świadomą kontrolę nad tym, co robię. Jak tylko próbuję ustalić, czy dobrze gram, albo jakie klawisze mam uderzyć w następnym ruchu, zaraz się zacinam. A kiedy ufam mojej ręce nie próbując jej kontrolować, ona odwdzięcza się i gram dużo płynniej. Widocznie nauka gry tworzy w mózgu jakieś ścieżki na skróty z pominięciem świadomości, a dokładniej pewnie kory mózgowej. Gra staje się odruchem. To mi przypomina funkcjonowanie układu limbicznego. Nie jestem specjalistą od neurologii, więc nie będę stawiał śmiałych tez na temat związku między muzykowaniem, a emocjami, ale jakiś na pewno jest i to na poziomie struktur mózgu, a nie tego, co widać.
      Po "lekcji" gry wróciłem do domu i wieczorem upiekłem tygodniową porcję chleba. A ponieważ jeden obraz wart jest tysiąca słów, więc poniżej uzupełniam wpis o trzy tysiące słów i kilka słów opisu. :)
 
Chleby z góry
Chleby w widoku z góry. Ten z lewej jest żytnio-pszenny, ten z prawej żytni.
 
Chleby na boku
A tu chleby na boku, żeby pokazać je w całej okazałości. Jeden jest już nawet napoczęty.
 
 Chleb w przekroju
A tutaj przekrój do ewentualnej oceny (niedoszłych) konsumentów i bardziej doświadczonych piekarzy. :)
Tagi: roman j
00:29, roman_j
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape