O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 28 lutego 2010

Kiedyś krążąc po sali na jakimś zaliczeniu, zacząłem się zastanawiać jaki dystans przechodzę podczas jednej godziny takiego spaceru. Próbowałem to jakoś oszacować, ale w końcu temat zarzuciłem. Powróciłem do niego dziś rano w trakcie drogi do pracy, kiedy uświadomiłem sobie, że mam tak ułożony plan, że jednego dnia wielokrotnie spaceruję z jednego końca budynku, gdzie mam swój pokój, na jego koniec przeciwpołożny, gdzie zgodnie z planem mam zajęcia. Obliczyłem, że kursuję tak w tę i z powrotem 12 razy na dzień, a to oznacza, że jeśli robię za jednym razem np. 100 metrów, to łącznie daje to dystans 1,2 km.

Tak mi to dało do myślenia, że postanowiłem dokładniej oszacować, ile kilometrów robię po budynku chodząc na zajęcia i wracając z nich przez cały weekend. Obliczenia dokończyłem już w pracy przy biurku, bo zaczęły mi wychodzić dość duże liczby, które chciałem zweryfikować. Wyszło mi ostatecznie, bagatela, prawie 3,4 km! Jak na dwa dni to niezły wynik. Prawie dokładnie tyle samo przechodzę idąc do lub z pracy. Biorąc pod uwagę, że w weekend dystans między domem a pracą pokonuję 6 razy (3 razy z domu i 3 razy do domu), łącznie przechodzę w sobotę i niedzielę 24,4 km.

W powyższych obliczeniach uwzględniłem tylko dystans w pokonywany poziomie, a z racji tego, że urzęduję na najwyższym piętrze, muszę też pokonywać spore odległości w pionie. I to też postanowiłem sobie podliczyć. Z moich obliczeń wyszło, że gdybym moje weekendowe przejścia po schodach ustawił w jeden ciąg prowadzący najpierw do góry, a potem do dołu, to okazałoby się, że w tym czasie wchodzę na 38. kondygnację i z powrotem. Zdaje się, że to więcej, niż ma Pałac Kultury w Warszawie (przynajmniej licząc liczbę pięter, a nie różnicę wysokości).

W dwa dni 3,4 km i 38 pięter tylko w miejscu pracy. I niech ktoś powie, że praca nauczyciela nie wymaga kondycji.

środa, 24 lutego 2010

Dawno nosiłem się z zamiarem napisania kilku słów na temat tego, jak jedna z zasad fizyki dobrze opisuje zjawisko rozprzestrzeniania się złych emocji i zachowań w społeczeństwie. Nie napisałem o tym dotąd m.in. dlatego, że nie byłem pewien, jak nazywa się ta zasada, którą chciałem wykorzystać. Szukałem pod nazwą, która kołatała mi się w głowie, ale nie znalazłem. W końcu zawziąłem się i wpisałem w Google przybliżoną treść tej zasady. Okazało się, że byłem bardzo blisko, a nie mogłem trafić, bo zamieniłem "h" z "g". Ale do rzeczy.

Jest w fizyce zasada, która mówi: każdy punkt ośrodka, do którego dotrze czoło fali, staje się źródłem nowej fali. Zasada ta nazywa się zasadą Huygensa i moim zdaniem ma ona swój odpowiednik opisujący pewne zjawiska społeczne. Niestety, głównie te negatywne. Na przykład rozprzestrzeianie się agresji. Można napisać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że człowiek, który doświadczy agresji, sam staje się źródłem agresji. To jedna z takich "socjologicznych zasad Hyugensa". Inna może dotyczyć poczucia krzywdy. Człowiek, u którego wywołano poczucie krzywdy, staje się źródłem poczucia krzywdy u innych.

Może zabrzmiałoby to czytelniej, gdybym napisał o "krzywdzie" zamiast o "poczuciu krzywdy", ale doszedłem kiedyś do wniosku, co zresztą potem znalazło potwierdzenie w literaturze, na którą natrafiłem, że bardzo trudno jest znaleźć obiektywne kryteria pozwalające określić, co jest krzywdą, a co nie jest i że to zależy od subiektywnego odczucia każdego człowieka. Zaś i tak tym, co człowieka skrzywdzonego skłania do destruktywnych działań, nie jest krzywda jako taka, ale rana w psychice, który nazywa się właśnie poczuciem krzywdy. I nie ma znaczenia, czy krzywda, jaka człowieka spotkała, była rzeczywista, czy pozorna lub wręcz urojona. Poczucie krzywdy nie poddaje się takim racjonalnym klasyfikacjom i nie znika, jeśli nie ma uzasadnienia. Ale dość o krzywdzie i o poczuciu krzywdy, bo temu tematowi od dłuższego czasu planuję poświęcić oddzielną notkę, ale jakoś dotąd nie udało mi się zebrać w jedną sensowną całość tego, co chciałbym o tym napisać.

Wracając do socjologicznych zasad Huygensa chciałbym zauważyć, że mają one moc raczej reguły niż prawa, bo na szczęście niekiedy zawodzą. Z drugiej strony słabo działają w przypadku zjawisk pozytywnych, ale może to zależy od ośrodka (czyli społeczeństwa). Być może są ośrodki bardziej i mniej podatne na rozchodzenie się fal dobrych i złych zjawisk czy emocji. W tym względzie mógłbym wstępnie sfomułować takie prawo, że ośrodek, w którym przeszła jedna fala negatywnych emocji czy zjawisk lepiej transmituje kolejne takie fale, a nawet je wzmacnia. Gorzej natomiast trasmituje fale przeciwne i te raczej tłumi. Nie wiem, czy jest jakiś fizyczny odpowiednik takich praw (o ile można im nadać rangę praw). Ale to nie jest istotne. Nie mam potrzeby ani ambicji formułowania jakichś doniosłych parareli między fizyką a socjologią. Wystarczy, że mogę sobie od czasu do czasu odciążyć mózg z wniosków z przemyśleń, jakie niekiedy w nim prowadzę. Nawet jeśli te rozważania nie są warte funta kłaków. :)

wtorek, 23 lutego 2010

Dziś opiszę dwa przypadki marketingowych chwytów, z jakimi zetknąłem się ostatnio robiąc zakupy. Na jeden chwyt dałem się złapać, dlatego go odkryłem, a w przypadku drugiego coś mnie tknęło, żeby sprawdzić, czy to nie lipa. A poza tym dostawałem już cholery, piegów i sraczki na sam dźwięk reklamy, która nie dość, że jest irytując, to jeszcze tłukli w TV non-stop.

Pierwszy trick handlowy ma na imię Ayran. Co to jest ayran, to sobie można sprawdzić np. w Wikipedii i gdybym to zrobił wcześniej, to bym się nie nabrał. A nabrałem się robiąc zakupy w pewnym hipermarkecie, kiedy zobaczyłem toto na półce. Stało między jogurtami, a na opakowaniu napisane było, że to według oryginalnej tureckiej receptury. Ponieważ lubię nowości, a narody takie jak Grecy, Turcy, Bułgarzy, itp. to są jogurciarze i zakładam, że niejedną mleczną ciekawostkę mają w zanadrzu, więc kupiłem trzy opakowania (dopiszę, że po 200 g, żeby ktoś nie pomyślał, że zakupiłem hurtem). Dodatkową zachętą była tajemnicza nazwa.

Smakowało mi to, więc podczas kolejnej wizyty w hipermarkecie zakupiłem jeszcze 4 kubki. Ale wtedy coś mnie tknęło, żeby zajrzeć do Sieci i poczytać, co to jest ten ayran. Znalazłem dość szybko informację w Wikipedii i okazało się, że rzekoma oryginalność receptury tego czegoś sprowadza się do tego, że miesza się jogurt z wodą i dodaje trochę soli. Czasami dodaje się jeszcze do tego siekanej mięty.

Po tej konstatacji stwierdziłem, że nie kupię tego więcej. Zamiast tego wolę sobie kupić opakowanie jogurtu naturalnego, wymieszać zawartość z wodą w odpowiedniej proporcji, posolić i będę miał własnej roboty ayran według jak najbardziej oryginalnej tureckiej receptury. Nie sprawdzałem, ile dokładnie koszuje to cudo w hipermarkecie, ale mogę się założyć, że to, co sobie sam przygotuje, wyjdzie taniej. Ale nie napiszę, że jestem na tym zakupie stratny. Czegoś się dowiedziałem o sobie, o marketingu i o tureckich wyrobach na bazie mleka. :)

Drugi przykład to ten z reklamy. Można go wrzucić do kategorii chwytów "jak sprzedać ludziom coś gorszego, żeby klient był przekonany, że kupuje coś lepszego". Mam na myśli Cappy "Cała pomarańcza". Nie napisałem słowa "sok", bo to nie jest sok. Słowa tego nie doszukacie się na opakowaniu, bo nie ma prawa tam zostać umieszczone. Dlaczego? Ano dlatego, że w stosunku do soku produkt ten zawiera dodatek 10% wody. Nie wiem, czy woda ta była potrzebna do tego, żeby to się dało wytrząsnąć z kartonu, bo oprócz soku i miąższu produkt ten zawiera jeszcze, jak wynika zresztą z reklamy, posiekaną białą skórkę i rdzeń (w reklamie tak romantycznie nazywany "sercem owocu").

Tknęło mnie coś, żeby obejrzeć sobie bliżej karton, kiedy w jednym ze sklepów rzuciłem nań okiem i zauważyłem, że nazwa jest bardzo rozbudowana. Nie było tam napisane "sok pomarańczowy", tylko jakieś przydługie hasło, które kojarzyło się z reklamą, od której nadmiaru (zwłaszcza ścieżki dźwiękowej) dostawałem mdłości. Jak wiadomo, określenia "sok" można użyć tylko w przypadku produktu, który otrzymano (pewnie tu nieco upraszczam) dodając do koncentratu tylko tyle wody, ile jej wcześniej z niego usunięto. To dlatego tak trudno i coraz trudniej spotkać na półkach soki, a coraz częściej są tam jakieś produkty sokopodobne (tak zręcznie reklamowane, żeby nieobecność słowa "sok" nie została zauważona).

W tym konkretnym przypadku klient jest jeszcze przekonywany, że kupuje coś lepszego, niż mu oferowano dotąd. I nawet są na poparcie tej tezy dość dobrze dobrane argumenty (ale nieprzedstawione wprost w reklamie; znalazłem je w Sieci w artykule wyglądającym na sponsorowany). Cały karton tego wyrobu jest pokryty napisami i rysunkami mającymi to przekonanie utrwalić. Może tylko ja tak mam, ale mnie to nie przekonuje, a wręcz przeciwnie.

Według mnie dodawanie wody do soków to psucie produktów podobne do dodawania tłuszczów roślinnych do masła (jedni robią to nielegalnie i używają nadal słowa "masło", a inni legalnie i sprzedają różne smarowidła z wielką pompą) czy też produkowania czekolady bez tłuszczu kakaowego, co mieliśmy w Polsce trenowane już za PRL-u, choć z zupełnie innych przyczyn. To, że oprócz wody dodano do tego soku te części pomarańczy, które zwykle przy produkcji są odpadem, chociaż mają rzekomo korzystny na zdrowie wpływ, nie przekonuje mnie. Wolę sobie zjeść całą pomarańczę lub to, co z niej lubię, zamiast kupować taki przekombinowany produkt, o którym producent całą prawdę pisze małymi literkami, które trudno znaleźć na kartonie. A pisze tylko dlatego, że musi.

poniedziałek, 22 lutego 2010

DOPISEK PÓŹNIEJSZY: Nie wiem dlaczego, ale początkowo w tytuł tej notki wsadziłem prof. Kołakowskiego. Już to skorygowałem, ale pewnie i tak notka ta będzie funkcjonować tu i ówdzie z błędnym nazwiskiem w tytule. Jeśli ktoś wszedł tutaj szukając prof. Kołakowskiego, a znalazł prof. Kotarbińskiego, to przepraszam, ale i zapraszam do lektury.

Kiedyś rozważałem zagadnienie sensu życia. Wydaje mi się nawet, że rozważałem je cyklicznie i nie wiem nawet, czy kolejny cykl posuwał problem do przodu, czy zawsze dochodziłem do tego samego punktu. Dość, że w toku tych rozważań doszedłem do wniosku, że sens życiu nadaje jego cel i że sensu tego nie ma sensu ;) szukać w oparciu o jakieś nadprzyrodzone byty.

Wydawało mi się nawet, że zamieściłem konkluzję tych rozważań w moim blogu, ale nie znalazłem tutaj takiej notki (co może dowodzić równie dobrze, że stał się na tyle rozległy, że już nad nim nie panuję). Znalazłem inną notkę, z której taką konkluzję można pośrednio wyprowadzić.

Konkluzja, że życiu sens nadaje cel, wydaje się być zbyt oczywista, żeby nie doszedł do niej ktoś inny przede mną. Myślę nawet, że doszło do takiego wniosku całkiem spore grono osób myślących, które niekoniecznie, w przeciwieństwie do mnie, dzieliły się nim z innymi osobami. Wczoraj jednak trafiłem na kogoś, kto sformułował to bardzo podobnie do mnie, ale wcześniej i piękniej.

Sięgnąłem wczoraj z mojej półki z książkami dziełko "Metydacje o życiu godziwym" profesora Tadeusza Kotarbińskiego. W tym zbiorku krótkich rozważań o etyce, prakseologii i felicytologii, które profesor uważa za części uogólnionej etyki, przeczytałem fragment zatytułowany "Cel i sens życia". Z tego felietonu, bo chyba tak mogę to nazwać, zacytuję tylko zakończenie:

(...) rdzeniem troski o cel życia nie jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, ku czemu zmierzają procesy życiowe przyrody, do której człowiek należy i wśród której żyje, lecz poszukiwanie głównego celu własnych przyszłych działań, takiego celu, który by odpowiadał, jak powiedzieliśmy sobie skrótowo, naszym potrzebom i upodobaniom. Tym samym uzyskuje się odpowiedź na pytanie o sens życia. Kto szuka sensu życia, szuka tego samego właśnie, o to właśnie zastroskany, by jego czyny nie były bezcelowe, a ściślej, by jego działalność nie wyczerpywała się w błahych przedsięwzięciach, lecz mogła się legitymować przydatnością do celu godnego poświęcenia mu głównych, najważniejszych wysiłków.

Samo sedno zagadnienia. :)

sobota, 20 lutego 2010

Jeden semestr obecnego roku mamy już za sobą. Tak zwaną przerwę międzysemestralną, która dla mnie żadną przerwą nie była (ostatnią to chyba miałem jeszcze na studiach, kiedy sesję kończyłem najpóźniej w pierwszym jej tygodniu) właściwie już też. Zaczyna się nowy semestr i... nowe kłopoty.

Mam w tym semestrze przedmiot, który dotąd prowadziło mi się może niezbyt lekko, ale dość gładko. Pewien problem polegał na tym, że nie do końca sam "czułem" to, o co wykładałem studentom, a nie lubię być w takiej sytuacji, bo wtedy nie mogę tematyki wytłumaczyć po swojemu, czyli zwykle jednak przystępniej. Ale widać było za dobrze, bo teraz zmienił się program tego przedmiotu. Zagadnienia są trudniejsze i muszę przyznać, że sam się będę musiał uczyć tego, co będę uczył, bo ja tego na swoich studiach nie miałem.

I cholera mnie ciska na tych speców z ministerstwa, którzy układają treści programowe studiów. Mam wrażenie, że siedzą nad tymi programami sami profesorowie teorii konstrukcji, którzy oprócz budownictwa pokończyli równolegle studia na wydziałach matematyki, i którzy wychodzą z założenia, że im więcej student będzie miał do opanowania wyższej matematyki, tym lepiej sobie poradzi w życiu zawodowym. Sęk w tym, że to g... prawda. To już nie te czasy, kiedy zagadnienia inżynierskie rozwiązywało się ręcznie lub za pomocą suwaka logarytmicznego. Kiedy trzeba było umieć zagadnienie sformułować, dobrać warunki brzegowe, a potem rozwiązać analitycznie lub metodami przybliżonymi, ale wciąż w dużej części ręcznie. Dziś większość zagadnień rozwiązują komputery, które jedynie trzeba dobrze "poinformować" o istotnych parametrach rozwiązywanego zagadnienia i to przede wszystkim inżynier powinien umieć.

Przyznaję, że piszę to nieco wbrew sobie, bo jestem zdania, że ludzie dzielą się na tych, którzy umieją tylko naciskać klawisze i na tych, którzy wiedzą, co się dzieje, kiedy taki, a nie inny klawisz nacisną. I uważałem, że dobrze wykształcony inżynier to właśnie ten drugi przypadek, nawet jeśli to, co się dzieje po naciśnięciu klawisza, jest domeną wyższej matematyki. Sam starałem się zawsze dociekać, w miarę czasu, sił i chęci, jak to działa?, choć myślę, że studenci mojego podejścia nie podzielają, nad czym swego czasu ubolewałem. Teraz jednak zaczynam zmieniać nieco stanowisko, kiedy zobaczyłem, jakie treści programowe przewidziało ministerstwo dla studentów studiów I stopnia.

W przedmiocie Metody obliczeniowe trzeba studentom przedstawić m.in.: metody całkowania numerycznego a także numeryczne metody rozwiązywania równań różniczkowych cząstkowych i całkowych. Na studiach II stopnia, co mnie dotyczy, trzeba studentom wprowadzić zagadnienia wymagające znajomości rachunku wariacyjnego. Oczywiście studentom pojęcie rachunek wariacyjny nie mówi nic, bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby uczyć studentów tego zagadnienia w ramach matematyki na studiach. Zresztą nie wiem, kiedy by ich tego miano uczyć, bo matematyki i tak jest jest na studiach coraz więcej i niedługo będziemy kształcić inżynierów matematyków, którzy nie będą potrafili poprawnie zaprojektować konstrukcji, ale będą dokładnie wiedzieli, jak się ugnie i opiszą to ugięcie za pomocą wielomianów dowolnego stopnia.

Ponieważ studenci nie mają pojęcia o rachunku wariacyjnym, więc ja będę musiał im ten dział matematyki przybliżyć. Cieszę się jak cholera. Już widzę, jak przy dobrych wiatrach 2-3 osoby pojmą o co chodzi, skoro już na słowo "całka" połowa dostaje dreszczy. A kiedy w zeszłym semestrze zapowiedziałem, że na egzaminie z mechaniki budowli będzie jedno zadanie z wykorzystaniem podwójnych szeregów Fouriera, to równie dobrze mógłbym ogłosić, że nikt nie zaliczy. Pewnie reakcja byłaby taka sama. Ostatecznie zadania nie było, a i tak wyniki zaliczenia nie są imponujące.

Zastanawiam się, czy ci mądrale z ministerstwa zastanawiają się nad tym, co wpisują do wytycznych programowych? Czy odróżniają specjalności na studiach na moim kierunku? Czy wiedzą, czym różni się np. specjalność konstrukcje budowlane i inżynierskie od specjalności teoria konstrukcji? My kształcimy na tej pierwszej. W założeniu bardziej praktycznej. Ale ja siedzę w pokoju z człowiekiem, który skończył studia właśnie na tej drugiej specjalności na Lądówce w Warszawie. Mówi, że miał na studiach rachunek wariacyjny, ale musi się go niemal od nowa nauczyć, bo niewiele pamięta. To dowód "przydatności" tego zagadnienia w przypadku człowieka, który studiował na jednym roku m.in. z prof. Michałem Kleiberem i kilkoma innymi przyszłymi profesorami. Widać przez całe swoje dotychczasowe długie życie zawodowe nigdy z tych zagadnień nie musiał korzystać, a przecież sam pisze programy do rozwiązywania zagadnień inżynierskich i uczy tych przedmiotów, które są dla naszych studentów najbardziej "abstrakcyjne" i najbardziej "zmatematyzowane", że określę to takim neologizmem.

Moim zdaniem ministerialni urzędnicy żyją w swoim świecie. Z jednej strony trafiają się nam studenci z coraz gorszym przygotowaniem z zakresu matematyki (choć z całkiem niezłymi świadectwami maturalnymi), z drugiej strony mamy im wykładać zagadnienia wymagające znajomości coraz bardziej złożonych zagadnień matematyki. To prosta droga do tego, żeby nastąpiło czołowe zderzenie wymagań z możliwościami, bo są na kolizyjnym kursie. Jeśli żadna ze stron się nie "uchyli", to będzie wielkie bum!, jak w Wielkim Zderzaczu Hadronów.

Nie wierzę w to, że "uchylą" się studenci w tym sensie, że przysiądą fałdów i będą studiować w wolnych chwilach wyższą matematykę zamiast korzystać z uroków życia studenckiego. Pewnie więc "uchylić" się będą musieli wykładowcy, którzy do wymagań programowych wpiszą to, co sobie ministerstwo życzy, a uczyć i wymagać będą tego, co studenckie głowy będą w stanie przyswoić. A z tym, jak się obawiam, będzie coraz gorzej, skoro po ostatnim semestrze wręcz banalnych zagadnień (w zestawieniu np. z rachunkiem wariacyjnym) z mechaniki budowli musiałem na listę osób, które nie zaliczyły przedmiotu, wpisać 55 sztuk na 73 na liście. A po drodze jeszcze obniżyłem nieco wymagania.

Ale jest jeden plus. Ministerstwo zmieniło algorytm przyznawania dotacji uczelniom wyższym. Nie ma już w nim podobno liczby studentów. Czyli nie musimy iść na ilość, a możemy iść na jakość. Mnie się to nawet podoba, ale nie wiem, czy spodoba się ministerstwu, jeśli w dłuższym okresie liczba absolwentów kierunków priorytetowych dla gospodarki zacznie wyraźnie spadać. Pocieszeniem będzie to, że ci absolwenci będą potrafili "ręcznie" rozwiązywać zagadnienia, nad którymi dziś pochylają się tylko twórcy programów komputerowych do analizy konstrukcji. Nic to, że rozwiązanie "ręczne" zajmuje tyle czasu, że nikt w praktyce z tej drogi nie skorzysta mając bogatą ofertę programów, ale przynajmniej profesorowie od teorii konstrukcji nie będą się musieli martwić o to, że dotknie ich bezrobocie.

Chociaż myślę, że może liczba absolwentów nie spadnie. Spadnie liczba absolwentów poważnych uczelni akademickich, a w ich miejsce wzrośnie liczba studentów kończących Wyższe Szkoły Krótkich Spódniczek, które w przypadku szkół technicznych powinny chyba zostać nazwane Wyższymi Szkołami Dresów z Paskami. Niedawno dowiedziałem się, że do takiej szkoły w nieodległym od nas mieście trafiają ci, których przerosły trudy studiowania u nas. I tam ponoć kończą studia bez trudu.

Na koniec przyszedł mi do głowy szatański pomysł, żeby odpytać kadrę profesorską mojego wydziału, co wiedzą o rachunku wariacyjnym? Pomysłu tego jednak nie zrealizuję. Ale tak sobie myślę, że gdybym taką ankietę anonimową zrobił wśród profesury wszystkich wydziałów kształcących inżynierów budownictwa, z wykluczeniem profesorów specjalizujących się w teorii konstrukcji, to wyniki na pewno dałyby do myślenia... :)

 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape