O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 25 lutego 2012

Jeśli ktoś czytając tytuł skojarzył go ze słynnymi "trzema słowami do ojca prowadzącego", to nie o tym będzie ta notka. Mogę nawet napisać, że będzie ona o biegunowo przeciwnych słowach, które jednak są moim zdaniem przereklamowane.

Trudno mi się pisze tę notkę. Z dwóch powodów. Po pierwsze piszę ją trochę wbrew sobie. Obawiam się bowiem, że może być źle zrozumiana przez kogoś, kto mnie natchnął do rozważań na temat, który poruszę. Natchnął mnie do kolejnych rozważań, bo już kiedyś nad tym rozmyślałem, może nawet więcej niż raz. Jak dotąd jednak chyba się na ten temat nie wywnętrzałem na blogu, choć mój mózg, który jak każdy mózg lubi płatać figle, nie ma pewności, czy przypadkiem jednak nie będę się powtarzał.

Po drugie to, co napiszę, będzie (i znów dwa zastrzeżenia) kontrowersyjne i może niezbyt mądre. Tym pierwszym się specjalnie nie przejmuję, co chyba wierni czytelnicy bloga, o ile są tacy, wiedzą. To drugie natomiast trochę mnie demotywuje do pisania, bo nie lubię mędrkowania zarówno u siebie, jak i u innych. Ale tym razem czuję, że muszę to napisać, bo będzie mi się pałętać po głowie. Zaś na usprawiedliwienie mam to, że po to mam swój blog, żeby sobie w nim od czasu do czasu pomędrkować. Nikomu się z tym nie narzucam (chyba, że podeślę komuś link, co robię raczej rzadko), więc jak ktoś nie lubi, to może z moimi myślami nie obcować.

Po tej przydługiej dygresji przejdę do tematu, czyli do trzech magicznych słów: "proszę", "dziękuję" i "przepraszam", które są według wszelkich kanonów podstawą dobrego wychowania. Mnie też tak uczono, ale im dłużej obcuje z ludźmi, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że są one zdecydowanie przereklamowane, a ich używanie może być nawet szkodliwe. Zanim wyjdę na niewychowanego chama, spróbuję wyjaśnić, co mam na myśli. I na początek podkreślę słowo może, którego przed chwilą użyłem. A teraz opowiem o każdym ze słów osobno.

Wiem, o którym słowie napiszę na końcu, ale miałem dylemat, od którego zacząć. No ale niech to będzie "proszę." Tego słowa można używać w różnych kontekstach. Chyba najmniej mam wątpliwości co do jego używania w sytuacji, kiedy komuś coś wręczamy. Nad tym się więc nie będę rozwodził. Kolejny kontekst to formułowanie oczekiwań wobec innej osoby. Tutaj można tego słowa użyć jako formy grzecznościowej na początku zdania. "Poproszę..." czy "proszę..." to brzmi kulturalniej i nadaje formułowanemu oczekiwaniu charakter prośby, a nie żądania.

Chyba jednak nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że prosząc kogoś o coś dajemy mu jednocześnie prawo do odmowy spełnienia zaspokojenia naszego oczekiwania. Taka, jest moim, zdaniem różnica między prośbą, a żądaniem. Problem w tym, że często prośba w rzeczywistości jest żądaniem, a słowo "proszę" ma za zadanie rozmyć intencje proszącego. Podobnie "szkodliwe" jest użycie samego słowa "proszę" już po sformułowaniu swojego oczekiwania, bo jest to forma nacisku na drugą osobę. Jeśli ja dodam, że proszę, to utrudnię tej drugiej stronie odmowę sprawiając, że odmawiając poczuje się ona niekomfortowo.

Chyba najmniej kontrowersyjne jest słowo "dziękuję". Przynajmniej do takiego wniosku jak dotąd doszedłem. Chociaż niekiedy nie lubię, kiedy tego słowa się wobec mnie używa, bo czasem jest ono nadużywane. Jeśli postawię komuś ocenę, czasem nawet dobrą, i ktoś mi dziękuje z taką emfazą, jakbym wyświadczył jakąś przysługę, to przyznam, że mnie to trochę drażni. W końcu ktoś sobie na tę ocenę zapracował, a moim obowiązkiem było mu ją wystawić.

Drażni mnie również, kiedy ktoś dziękuje mi za coś, co zrobić musiałem, a niekoniecznie chciałem, czy też nie byłem przekonany, że robiąc to postępuję właściwie. Za wykonywanie tego, do czego jestem zobowiązany, nie oczekuję podziękowań. A w takich sytuacji, jakie ująłem w poprzednim zdaniu, to podziękowanie brzmi nawet czasem w moich uszach szyderczo.

Ale rozumiem, że są sytuacje, w których słowo "dziękuje" jest po prostu miłym konwenansem tak jak powiedzenie "dzień dobry" na powitanie, co przecież wcale nie oznacza, że ktoś komuś innemu świadomie życzy dobrego dnia. I w takich neutralnych sytuacjach słowo to uważam za miłe, choć niekonieczne. To znaczy nie wymagam go i nikomu nie wytknę, jeśli go nie użyje.

Najbardziej kontrowersyjne z tej trójcy jest słowo "przepraszam". I nie dlatego, że ja nie lubię tego słowa używać, bo wbrew pozorom tak nie jest. Natomiast nie lubię tego słowa używanego wobec mnie. Przynajmniej w większości przypadków. Tak się jakoś utarło, że jak ktoś komuś wyrządzi zło, to ma się przede wszystkim przeprosić.

Dwie rzeczy uważa się, przynajmniej, jak sądzę, w naszym kręgu kulturowym, za najważniejsze w postępowaniu po wyrządzanej krzywdzie: skruchę i pokutę (czy też karę). Skrucha ma pokazać, że człowiek zrozumiał, że postąpił źle. Problem w tym, że zewnętrzne objawy skruchy, w tym to słowo "przepraszam", można na człowieku wymusić. Ale nie da się już sprawdzić, czy on tę skruchę rzeczywiście odczuwa, czy tylko odgrywa, bo wie, że to działa na jego korzyść. A jeśli nie odczuwa, to cały ten teatrzyk o kant d... można potłuc.

Zastanawiam się też, komu ta skrucha jest potrzebna? I komu przynosi satysfakcję? Myślę, że zwykle nie tej osobie, której zło zostało wyrządzone. Ale może gapiom i pewnie temu, kto złoczyńcę do skruchy skłonił (czasem może być to sama ofiara). Podobnie zresztą jest, w mojej ocenie, z karą. Ona też według mnie nie jest formą zadośćuczynienia za wyrządzone zło, ale zaspokaja jedynie żądzę zemsty. Żądzę, którą pałają często ludzie, których w żaden sposób wyrządzone zło nie dotknęło. Skąd więc w nich ta żądza? Nie wiem, ale psychologowie na pewno to ustalili.

Natomiast uważam, że za mały nacisk kładzie się na kwestię zadośćuczynienia. Skoro zostało wyrządzone zło, to sprawca powinien mieć obowiązek naprawy jego skutków lub, jeśli jest to niemożliwe, bo stało się coś nieodwracalnego, wynagrodzenia tych skutków. W mojej prywatnej ocenie zadośćuczynienie może zastąpić zarówno karę jak i skruchę. Może być bowiem dla złoczyńcy formą kary to, że musi swój czas czy inne zasoby spożytkować na rzecz innej osoby. I będzie to większą korzyścią dla pokrzywdzonej osoby niż skrucha, być może fałszywa.

Niestety, mam wrażenie, że dość powszechne jest przekonanie, że jak się zrobi coś złego, to wystarczy bezrefleksyjnie rzucić słowo "przepraszam" i sprawa powinna być załatwiona. Ewentualnie spuścić pokornie głowę, a może nawet uronić łzę. To bardziej przypomina odruch warunkowy, efekt społecznej tresury, a nie jakiś proces mający na celu naprawienie wyrządzonego zła. Dla niektórych powiedzieć "przepraszam" to tyle, co splunąć.

Ja bym na podstawie swoich przekonań zmienił państwowy system wymierzania sprawiedliwości. Ustawiłbym go na fundamencie symbolicznych, niewielkich kar i obowiązku zadośćuczynienia. I dopiero tych, którzy się od tego obowiązku uchylają, karałbym surowiej. Wiem, to utopia. No ale to są tylko moje przemyślenia, z którymi nie trzeba się zgadzać. A poza tym szansa, że miałbym możliwość zrealizowania tego w praktyce, jest bliska zeru. Tyle mojego, co sobie napiszę. :)

Tagi: roman j
12:06, roman_j
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 lutego 2012

Jeszcze kilka dni temu zanosiło się na to, że będzie to weekend mocno turystyczny, a miał się zacząć już w piątek. Niestety, w chwili obecnej nie wiem nawet, czy chociaż jeden dzień poświęcę na uprawianie turystyki, bo plany się mocno zdezaktualizowały.

Najpierw o piątku. Zaplanowałem sobie na ten piątek wycieczkę do sąsiedniego grajdołka. To miała być kontynuacja wycieczki odbytej w zeszłym roku, którą przerwałem po prawie 30 km zostawiwszy sobie na drugi etap podobny dystans do przejścia. Początkowo miałem drugi etap tej wycieczki odbyć tuż po pierwszym, ale tak się złożyło, że się inaczej ułożyło.

Ponieważ wszystko jednak wskazywało, że wiosna nadeszła na dobre, powróciłem do pomysłu i poprosiłem o pomoc M. Potrzebny był mi bowiem transport na trasę. Mogłem co prawda skorzystać z usług PKS-u, ale wtedy byłbym skazany na rozkład jazdy, który niekoniecznie byłby mi na rękę. Zresztą najpierw poprosiłem M., a skoro on się zgodził mi pomóc, to już innym opcji nie rozpatrywałem.

Niestety, plany w tym przypadku pokrzyżowała choroba. M. w środę miał dość wysoką gorączkę i zdecydował, że zjedzie do domu dzień wcześniej niż początkowo planował, a więc już w czwartek. Nie miałem mu za złe, a wręcz przeciwnie. Miałbym mu mocno za złe, gdyby ze względu na to, że mi wcześniej obiecał pomóc, specjalnie zostawał. Moją wycieczkę można przełożyć na bardziej dogodny termin, a chorobę należy leczyć, najlepiej pod troskliwą opieką domowników. Po powrocie do zdrowia i do grajdołka, umówimy się na jakiś inny termin.

Kolejnym, w planach, zajętym dniem miała być sobota. Tym razem miałem się wybrać na wycieczkę organizowaną przez mojego imiennika z PTTK. Wspomniał mi o tym tydzień wcześniej, kiedy zadzwoniłem do niego wcześniej nie odebrawszy rano dwóch telefonów od niego. Wyjaśniwszy sobie to i owo, o czym już pisać nie będę, spytał, czy mam czas w następną sobotę. Miałem mieć, więc powiedział, żebym tym razem odebrał telefon, bo planuje wycieczkę z kijkami do NW i do mnie w tej sprawie zadzwoni.

No ale cóż, jest piątek, godzina 21.00, a jak dotąd telefonu nie dostałem. Przynajmniej nie od niego, bo ktoś do mnie dzwonił, ale akurat w takich okolicznościach, że nie mogłem odebrać, a że numeru nie znam, to nie oddzwoniłem. Na nieznane mi numery bowiem zwykle nie oddzwaniam. Jak ktoś ma do mnie sprawę, musi próbować do skutku. Ale jak na złość telefony dostaję zwykle wtedy, gdy mam zajęcia albo inne okoliczności sprawiają, że nie mogę ich odebrać. Ale reasumując, jeśli dostanę telefon jutro rano, to podziękuję, ale prawdopodobnie nie skorzystam. Wolę być o takich planach uprzedzany co najmniej 12 godzin wcześniej, to w ostateczności, bo najlepiej minimum 24.

No i jeszcze pozostaje jeszcze niedziela, na którą wstępnie umówiłem się na wycieczkę z A. Ta jedna wycieczka być może dojdzie do skutku, bo jutro zamierzam się upewnić, że sprawa jest aktualna. Jeśli nie, to byłaby szkoda wielka. Myślałem sobie, że może w trzy dni zrobię ze sześćdziesiąt kilometrów, a być może uda się zrobić jedną czwartą. No cóż, jeśli chociaż tyle będzie, to też będzie nieźle. Ale jest jedna okoliczność, która nieco mnie martwi.

Otóż zanosi się na to, że tym razem plan na zaoczne będę miał tak ułożony, że będę miał zajęcia w soboty przed południem. Jeśli do tego okaże się, że daty zjazdów pokrywają się z datami rajdów, to znaczy, że do wakacji na żaden PTTK-owski rajd już nie pójdę. Niestety, zwykle te daty się pokrywały, więc nie zdziwię się, jeśli tak samo będzie i w tym roku.

Jest jednak pewien plus tej sytuacji z planem, który uświadomiłem sobie dopiero niedawno, choć wiedziałem o tym wcześniej. Otóż co prawda pracuję w sobotę do południa, ale mam wolny piątek. A to oznacza, że będę mógł w tym semestrze wybrać się na każdy koncert orkiestry symfonicznej, o ile będę miał ochotę i dostanę bilety. Dotąd to było niemożliwe właśnie ze względu na zajęcia w piątkowe wieczory. Czyli jak to zwykle jest w życiu: coś za coś. I w gruncie rzeczy może nie jest to zła zamiana. Przyda się jakiś płodozmian w rozrywkach. A na rajdy, tyle że indywidualne, będę mógł się wybierać w nieliczne wolne weekendy. :)

Tagi: roman j
21:16, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lutego 2012

Tę notkę dedykuję A., z którą spędziłem przemiły piątkowy wieczór najpierw na rozmowie, a potem na koncercie, na którym popis swojej wirtuozerii dawał Gary Guthman. To był pierwszy od dość dawna koncert lokalnej grajdołkowej orkiestry, na którym byłem, bo zwykle terminy koncertów pokrywają się z terminami moich zajęć na studiach zaocznych.

Zanim wybraliśmy się na koncert, spotkaliśmy się jeszcze na kawie i herbacie, przy których zgadało się o jednej z książek Stephena Hawkinga i samym autorze przy okazji. W czasie tej rozmowy pojawił się wątek wyjątkowości naszej sytuacji we wszechświecie i choć nie zostało to powiedziane wprost, miałem wrażenie, może mylne, że A. zakłada, iż Hawking jest człowiekiem wierzącym.

Tak się złożyło, że akurat dziś zajrzałem do Wikipedii, żeby poczytać coś o dorobku popularno-naukowym Hawkinga i znalazłem w haśle mu poświęconym rozwinięcie jego poglądów na boga i inne takie tematy. Nie będę ich parafrazował, ale wklejam cytat z Wikipedii i jedynie wyróżniam w nim te fragmenty, które są mi bliskie lub były kiedyś, gdy byłem w swoich poglądach mniej radykalny niż dziś.

Hawking jest agnostykiem, a słowa "Bóg" używa jako wygodnej przenośni. Jego pierwsza żona podczas sprawy rozwodowej wyraziła przekonanie iż jest ateistą. Hawking podkreśla, że nie jest religijny w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, Boga rozumie jako ucieleśnienie praw natury i wierzy, że wszechświat rządzony jest przez prawa natury, które może zostały określone przez Boga, ale nie są przez niego łamane, uznając religijną koncepcję osobowego Boga za niemożliwą. Widzi fundamentalną różnicę pomiędzy opartą na autorytecie religią, a nauką używającą doświadczenia i myślenia. Uważa, że w tym konflikcie dzięki skuteczności nauka zwycięży. W "Krótkiej Historii Czasu" (1988) napisał, że odkrycie kompletnej "teorii wszystkiego" wyjaśni przyczynę naszego istnienia dzięki czemu "będzie to ostateczny tryumf ludzkiej inteligencji – poznamy wtedy bowiem myśli Boga", ale w napisanej wspólnie z Leonardem Mlodinowem "Jeszcze krótszej historii czasu" (2005) stwierdził, że nowe odkrycia w fizyce pokazują, że stwórca "nie jest potrzebny". Podczas wywiadu z Charlie Rosem w 2008 na pytanie o kwestie religijne odpowiedział, że prawa fizyki muszą obowiązywać bez wyjątku, bo inaczej nie byłyby prawami, co nie zostawia zbyt wiele miejsca na cuda lub Boga, zaś koncepcję życia po śmierci uważa za bajkę, w którą wierzą ludzie bojący się ciemności. W wydanej w 2010 "The Grand Design" (również wspólnie z Mlodinowem) pisze: "Ponieważ istnieją takie prawa jak grawitacja wszechświat dlatego, że może to zrobić, stworzy się sam z niczego. Spontaniczne stworzenie jest przyczyną dla której istnieje raczej coś niż nic, wyjaśnia istnienie wszechświata. Nie jest konieczne przywoływanie Boga by zapalić lont i wprawić wszechświat w ruch"

Tak zupełnie przy okazji ta notka jest też swoistą odpowiedzią dla A. (mam tu na myśli inną osobę, niż ta, której zadedykowałem tę notkę), który od jakiegoś czasu próbuje chyba mnie kłuć w oczy tym demotywatorem. Miałem zamiar odpowiedzieć notką w blogu, w której napisałbym, że mógłbym skompletować taką samą listę wybitnych osób niewierzących, ale byłaby to dziecinada i że jeśli komuś nie wystarcza sama wiara, ale musi się w niej podpierać naukowymi autorytetami, to chyba słaba ta wiara musi być. :)

Zamiast jednak tamtej notki niech wystarczy powyższy cytat z poglądów Hawkinga. Może uzupełniony obrazkiem z tego demotywatora (ale bez opisu, który słabo współgra z tą akurat grafiką). Dodam jeszcze, bo to bym też napisał w tamtej niezredagowanej notce, że wcale nie uważam, i chyba nigdzie tego nie napisałem, że wiara jest dla ludzi głupich. To bzdura, bo przecież głupota i lęk wcale nie muszą ze sobą chodzić w parze.

niedziela, 19 lutego 2012

Dziś jest ostatni dzień moich ferii. Krótkich, w porównaniu ze studentami, bo zaledwie kilkudniowych. W środę jeszcze miałem egzamin komisyjny i dopiero właściwie od czwartku poczułem, że mam na razie wolne. A od poniedziałku znów zajęcia. Co prawda ja mam pierwsze zajęcia w środę, ale w poniedziałek jest rejestracja na studiach zaocznych, a we wtorek mogę mieć jakiś kolejny egzamin komisyjny.

Tymczasem pomyślałem, że może czas puścić w świat kolejny temat, który od jakiegoś czasu zalega mi w głowie i nijak nie da się z niej wypędzić. Nie wiem, czy to już pisałem, bo staram się swoich notek nie czytywać (chyba, że w celu "odpluskwienia"), ale obawiam się popadnięcia w monotematyczność, bo to, czemu najchętniej poświęcam ostatnio notki na blogu, to głównie rozmyślania jakoś powiązane z religią. Na co dzień nie jestem tak monotematyczny.

Zakończona sesja poszła studentom dość dobrze. Tam, gdzie to ja decydowałem o ocenie końcowej, zdawalność wyniosła ok. 1/3 i jest to przyzwoity wynik. Czytelnicy mogą myśleć, co chcą, ale taki wskaźnik dość dobrze odzwierciedla kombinacje przygotowania i zaangażowania studentów studiów zaocznych, bo o nich tutaj mowa. Zresztą takie samo zdanie na temat zaangażowania studiujących w tym trybie mają też co niektórzy studenci.

Na studiach dziennych wygląda to nieco lepiej. Tutaj dobrym wskaźnikiem byłoby 50-70% zaliczeń. Ale tutaj akurat nie mam żadnego przedmiotu, w którym samodzielnie decydowałbym o zaliczeniu. W jednym z tych, które mam, dostałem w tym roku całość ćwiczeń projektowych i przynajmniej w tym zakresie miałem szansę ocenić cały rocznik. Wynik jest nawet dużo lepszy niż górna granica podanego przeze mnie wyżej zakresu. Ale pojawiły się też pewne zgrzyty. Na przykład takie, że studenci podrabiali strony z założeniami do projektów.

Ja wyłapałem dwa takie przypadki. W jednym z nich student, kiedy usłyszał, że postawiłem mu 2,0 za oszustwo, zaperzył się i wyrzucił z siebie, że on nie będzie ze mną na ten temat dyskutował. Na co odpowiedziałem spokojnie, że to bardzo dobrze, bo do dyskusji trzeba mieć argumenty, a on ich nie ma. Potem przyszedł jeszcze raz chcąc usłyszeć potwierdzenie, że musi ten przedmiot zaliczać za rok, na co ja odpowiedziałem, że tak. Chciał też odebrać projekt, ale stwierdziłem, że muszę go mieć jako dowód. Na co zapytał, czy dowód niezaliczenia, a ja dyplomatycznie odpowiedziałem, że też. O nic więcej nie pytał.

To mi nasunęło myśl, że ten człowiek postąpił w sposób nieetyczny i w zasadzie nie powinno mu się dać szansy na uzyskanie wyższego wykształcenia, bo kształcąc elity (wiem, że przy tym wskaźniku kształcenia na wyższym stopniu ta elita zrobiła się już bardzo szeroka) nie powinniśmy dopuszczać do niej ludzi, którzy gotowi są do popełnienia przestępstwa w celu uzyskania zaliczenia. Dla równowagi wspomnę jeszcze tylko, że wiem, iż są też przypadki, kiedy studenci są zmuszani przez prowadzących do popełnienia przestępstwa, żeby uzyskać zaliczenie. Ale o tym może innym razem jeszcze napiszę, bo też mnie to męczy.

To, co zrobił ten student i co zrobił jeszcze jeden jego kolega, to niewątpliwie przestępstwo, a przynajmniej jest nim ze względu na swój mechanizm, bo może okoliczności sprawiają, że nie jest to przestępstwem sensu stricte (czy temat projektu jest dokumentem? czy próba wyłudzenia nienależnej oceny podpada pod jakiś paragraf KK? jest co prawda jeszcze regulamin studiów, ale jego przestrzegania nie pilnuje prokuratura). To jednak, co mnie frapuje, to czy to, co oni obaj zrobili (choć niezależnie od siebie) jest grzechem według religii katolickiej, czy nawet szerzej, chrześcijańskiej? To samo pytanie zadaję sobie wobec dużo powszechniejszego zjawiska, jakim jest ściąganie podczas pisemnych zaliczeń, a które jest niczym innym jak mniej lub bardziej udaną próbą oszustwa.

Miałem o to zapytać A. przy okazji egzaminu komisyjnego, ale się na nim nie zjawił, a kiedy widziałem się z nim kilkanaście minut wcześniej, było to w okolicznościach, które nie sprzyjały poważnej rozmowie. A chciałbym wiedzieć, jak to jest, tak się bowiem zastanawiam, złamaniem którego przykazania dekalogu jest oszustwo? Próbuję dopasować jakieś i nijak mi się nie udaje. Może więc nie jest to wcale grzech?

No ale jeśli jednak teologia chrześcijańska uznaje to za grzech, to ciekawe, czy ktoś kiedykolwiek spowiadał się w konfesjonale z grzechu ściągania? Biorąc pod uwagę dwie sprawy: powszechność procederu ściągania na wszystkich szczeblach edukacji z jednej strony i rozpowszechnienie w społeczeństwie religii (96% ochrzczonych) można dowieść, że statystycznie niemal każdy ksiądz powinien z takim wyznaniem się spotkać i to nie raz. Coś mi jednak mówi, że tak nie jest. Co więcej, sądzę, że niejeden kapłan za młodu, a może nawet jeszcze w seminarium, sam w ten sposób postępował i gotów byłby nie poczytywać tego nikomu za grzech. Mylę się? Trudno będzie to rozstrzygnąć ze względu na tajemnicę spowiedzi, ale mam przeczucie, że nie.

Jeśli ściąganie, czyli oszustwo na zaliczeniach, klasówkach, kolokwiach, egzaminach, itp. jest grzechem, to są jeszcze dwa aspekty sprawy. Pierwszy taki, że samo wyznanie grzechu do kompletności sakramentu pokuty nie wystarcza, ale potrzebne jest, poza odklepaniem formułek zadanych za pokutę, m.in. zadośćuczynienie (halo, drodzy katolicy, jak często dopełniacie tego obowiązku?). Jak wyglądałoby zadośćuczynienie grzechowi ściągania? No chyba jedynie wyznanie go również nauczycielowi i napisanie ponownie, tym razie uczciwie, tej pracy, w ramach której się ściągało. Ciekawe, czy zdarzył się kiedyś, jak Polska długa i szeroka taki przypadek? No może jakieś jednostkowe.

Drugi aspekt dotyczy czegoś, co określa się trwaniem w grzechu. O ile wiem, ksiądz nie może udzielić rozgrzeszenia komuś, kto swojego grzechu nie żałuje i popełnia go notorycznie. To się chyba kwalifikuje jako grzech ciężki, czy jakoś tak. No i znowu warto zapytać, czy ściąganie to czynność, która uczniom czy też studentom zdarza się sporadycznie? Niektórym pewnie tak. Ale tacy są raczej w mniejszości i jakoś nie wierzę, że pozostali to są akurat ateiści albo wierzący ale niepraktykujący, czyli ci, którym na spowiedzi akurat nie zależy.

Czy nie jest więc tak, że całkiem spora populacja młodych polskich rzymskich katolików szykuje sobie po śmierci, według własnych wierzeń, męki piekielne lub co najmniej wyjątkowo długi pobyt w czyśćcu? Jakoś ich ta perspektywa chyba nie martwi, co też dowodzi, że w bajki o potępieniu za grzechy młoda populacja katolików raczej nie wierzy. Może to i lepiej dla nich, przynajmniej sobie psychiki niepotrzebnie nie obciążają. Ale wskazuje też, jak instrumentalnie niektórzy ludzie traktują religię, co zresztą mnie nie dziwi, bo przecież sami ją sobie stworzyli. ;)

Z powyższymi rozważaniami dobrze współgrałoby kolejne zagadnienie, o którym chciałem napisać. Pomyślałem jednak, że ta notka jest już wystarczająco długa. Jeśli temu drugiemu zagadnieniu zdecyduję się poświęcić kiedyś notkę, to część z tego, co napisałem powyżej, zapewne powtórzę. A że sprawa znowu będzie dotyczyła instrumentalnego podejścia do religijnych nakazów lub, być może, po prostu braku takich nakazów (czy zakazów), to jeszcze trudniej będzie mi bronić przed zarzutem, że robię się monotematyczny, jeśli ktoś go sformułuje. :)

Tagi: roman j
15:44, roman_j
Link Komentarze (6) »
piątek, 03 lutego 2012

Wbrew zapowiedziom nie poruszę dziś żadnego z tych tematów, które mam w zapasie, a o których pisałem w poprzedniej notce. Możliwe, że nie poruszę ich już w ogóle, bo i tak bywało niekiedy. Chyba niepotrzebnie o nich wspomniałem. Już dawniej zauważyłem, że w bardzo wielu przypadkach mówienie o swoich planach działa na mnie demotywująco, bo mówiąc o nich odczuwwam od razu część tego zadowolenia, jakie odczułbym, gdybym je zrealizował i to mi czasami wystarcza. :)

Tytuł tej notki jest, i znowu nic to nowego w tym blogu, nieco mylący. Nie odnosi się bowiem do blogu, jak można by się spodziewać, ale do mojego dziennika, o którym zresztą po raz kolejny wspomniałem w poprzedniej notce. Zastanawiam się, a ta myśl dopiero co mi przyszła do głowy, czy nie gonię już tutaj w piętkę pisząc w coraz węższym kręgu tematów? Ale nawet jeśli, to właśnie się z tego usprawiedliwiłem, bo choć piszę to wszystko publicznie, to jednak piszę to dla siebie i to, co mnie akurat w jakiś sposób porusza. A jeśli porusza mnie wciąż to samo, to można sobie darować czytanie, jeśli komuś ta monokultura tematyczna doskwiera. :)

Zastanawiam się więc, dlaczego już nie piszę dziennika, bo łudzę się, że jeśli znajdę odpowiedź na to pytanie, to wrócę do tego nawyku (a może pasji? albo zwyczaju?). Szukając odpowiedzi przypomniałem sobie, jakie były pierwociny i co czułem zapełniając kolejne strony pismem.

Jeśli dobrze pamiętam, a utkwiło mi to w pamięci trochę lepiej niż inne zdarzenia dni codziennych, to pierwsze zapiski zrobiłem u moich dziadków na wsi. Poprosiłem o kartkę i długopis, bo miałem tak silną potrzebę napisania czego, jak silną potrzebę pójścia do wygódki ma ktoś dręczony sraczką.

Chyba dość niedługo po tym, jak opanowałem sztukę pisania, poczułem jakieś nabożeństwo do zapełniania dziewiczo białych (lub żółtych, ale pustych) kartek treścią. Przy czym nie chodziło o samo zapełnienie ich czymkolwiek, ale właśnie równymi linijkami tekstu mającego jakiś sens. Niekoniecznie doniosły.

Miałem też nabożeństwo do piór wiecznych, które uważałem i uważam nadal za arystokrację wśród przyborów pisarskich i jakkolwiek komuś dziś to się może wydać śmieszne, miałem w domu kilka chińskich piór, z których większość tylko co jakiś czas oglądałem, nie chcąc ich zbrukać. ;) Korzystałem tylko z jednego i dbałem o nie, jak o mało co. Takie pióra dziś można kupić za kilka lub kilkanaście złotych, ale za PRL-u było trudniej i kiedy ojciec kupił mi pierwsze chińskie pióro, które zastąpiło używane przeze mnie wcześniej polskie (nic nie warte), to było dla mnie wielkie przeżycie.

Zresztą to dziś mam słabość do piór wiecznych i choć niekiedy używam długopisu, a było kilka takich lat, kiedy pisanie piórem w ogóle zarzuciłem (na co wpływ miała pogarszająca się jakość papieru), to pióro uważam za przybór pisarski niemal naturalny. Nie mam jednak wielkich wymagań co do jakości i mój sentyment do chińszczyzny nadal jest silny. To, że używam najczęściej jednak Parkera, zawdzięczam zaprzyjaźnionemu dyplomantowi, który już po obronie pracy sprezentował mi je. Mam do niego (i do pióra i do dyplomanta) sentyment, ale z drugiej strony liczę na to, że więcej tak nie będę obdarowywany, bo choć było to miłe, to jednak nie mogę się pozbyć myśli, że był to prezent niezasłużony, bo przecież nie zrobiłem nic więcej niż było moim obowiązkiem.

Wracając jednak z tej dygresji do tematu to moje pierwsze zapiski mające charakter kronikarski, to był opis tego, co danego dnia robiłem od rana. Napisałem, że zjadłem obiad, że był smaczny, że mój wuj gdzieś pojechał (dziś nie pamiętam już, gdzie), że wrócił, co powiedział, jak wrócił (coś chyba o wysokich cenach), itp. duperelki. Kiedy to przelałem na papier, dumny ze swego dokonania pokazałem zapiski matce, która podeszła do sprawy obojętnie. Ani nie wyraziła aprobaty, ani, za co w sumie jestem jej wdzięczny, dezaprobaty. Po tamtej próbie, która zaspokoiła moją potrzebę pisania, na jakiś czas przestałem pisać.

Tamte zapiski nie zachowały się, o ile wiem, a ich treść odtwarzam z pamięci, co dowodzi, że musiało być to dla mnie ważne przeżycie, skoro dość dobrze pamiętam różne szczegóły, a minęło od tego czasu dobrze ponad 20 lat.

Tak na dobre zacząłem prowadzić dziennik, kiedy kupiłem sobie do tego celu zeszyt. Mam go jeszcze, ale praktycznie do niego nie sięgam, bo z zażenowaniem przypominam sobie to, co w nim pisałem. Mam na myśli zarówno styl, jak i to, co uważałem za warte zapisania. Co prawda zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia jedenastolatka, bo pewnie tyle miałem wtedy lat, pewne rzeczy wyglądają inaczej, ale i tak płonę ze wstydu czytając swoją dziecięcą nadętą grafomanię. I wiem, że za życia nikomu jej nie pokaże. ;)

W pisaniu miałem różne okresy. Były takie, że pisałem niemal na siłę zmuszając się, żeby codziennie pojawiło się choć jedno zdanie, choćby głoszące to, że jestem zbyt zmęczony, żeby coś napisać. Potem nie mają pomysłu, a mając potrzebę zapełniania kolejnych kartek, pisałem o godzinach wschodu i zachodu księżyca, o moich biorytmach danego dnia, itp. Ważne było, że znów jakiś kawałek dziewiczo czystej kartki pokrył się moim pismem.

Ale były też momenty wzlotów, jak na przykład pisana na raty relacja z pobytu we Francji, którą wpisałem chyba na prawie trzydziestu stronach dość wiernie odtwarzając dzień po dniu. Inny przypadek, to mój wyjazd do Niemiec, który też dość obszernie, ale wtedy na bieżąco, dokumentowałem w dzienniku. Inna sprawa, że cierpiałem wtedy na nadmiar wolnego czasu i był to jakiś sposób czasu tego zabijania.

Ostatnio jednak jeśli piszę, to nie dlatego, że mam taką potrzebę, ale dlatego, że chciałbym do tego wrócić. Niemal zmuszam się do pisania, ale widzę, że efekty są mizerne. To znaczy nawet udaje mi się sporo stron zapełnić treścią, ale albo jest ona miałka, albo robię to niemal wbrew sobie. Kiedyś przyjemność sprawiało mi oglądanie stron zapisanych wcześniej równym pismem, choć nie zawsze tak samo (widać było, że w różnych stanach emocjonalnych pisałem), dziś widzę głównie bazgroły. Tak jakby jedna część mnie zmuszała rękę do trzymania pióra i wodzenia nim po papierze, a druga to pióro z tej ręki chciała wyrzucić. I nie wiem, dlaczego tak jest?

Coś się na pewno popsuło, kiedy moje zapiski, które zawsze traktowałem jako dziennik intymny nie do upubliczniania, wpadły w niepowołane ręce bez mojej wiedzy i zgody. Potem były też pretensje o to, co napisałem, bo nie zawsze pochlebnie wyrażałem się o osobie, która te moje zapiski przejrzała. To sprawiło, że pisząc mam teraz nie mogę się pozbyć myśli, że mimo moich intencji, ktoś to jednak przeczyta, a to odbiera sporo przyjemności z pisania i mimowolnie prowadzi do cenzurowania treści.

Poza tym brak mi chyba cierpliwości i umiejętności skupienia. Kiedy piszę, co rusz jakaś myśl mnie od tego odrywa, mam coś innego do zrobienia, coś się przypomina, itd. To niestety sprawia, że czasem zaczynam pisać i... urywam w trakcie. Już kilka razy tak właśnie się stało.

Jeszcze inna sprawa to ten wspomniany wewnętrzny konflikt między chęcią i niechęcią do pisania. Na razie nie udało mi się go rozwiązać. Nie do końca też rozumiem jego istotę. Miałem nadzieję, że może ta notka przybliży mnie do niej. Zobaczymy.

Brak mi też tematów. Nie targają mną jakieś silne emocje, którym chciałbym dać upust pisząc o nich, bo albo mam inne sposoby odreagowywania albo nie wydaje mi się, żeby ten sposób był skuteczny.

No i wreszcie chyba brak czasu. Czasu, który marnotrawię czasami na inne mało sensowne działania. Żeby napisać wpis w dzienniku muszę mieć pewnie ze dwie godziny czasu w jednym kawałku. Czasu, którego nie poświęcę na nic innego, czasu, w którym nic mnie nie oderwie od pisania, czasu, który miałbym tylko dla siebie. Ale żeby mieć taki czas musiałbym się chyba dać zamknąć w jakiejś mnisiej celi, a nie mam takiej na podorędziu. Mój pokój mnie niestety za mocno rozprasza, a najbardziej rozprasza komputer i Internet, który wręcz jest mistrzowskim narzędziem do szatkowania uwagi na malutkie kawałeczki.

Zresztą jestem chyba bardziej zajętym człowiekiem, niż byłem w czasach, kiedy prowadziłem swój dziennik regularnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. No i bardziej leniwym, bo dużo łatwiej jest w wolnej chwili włączyć komputer i poklikać tu czy tam dla zabicia czasu niż wysilić mózg, żeby poprowadziła rękę znacząc biel kartki atramentowymi znakami układającymi się najpierw w słowa, potem w sensowne zdania, a ostatecznie w jakąś całość.

Ale coś we mnie wciąż ma nadzieję, że wrócę do pisania dziennika, bo w głębi duszy uważam, że to coś, co warto robić w przeciwieństwie do wielu innych rzeczy, które teraz robię. Próbując się do tego przygotować zacząłem nawet robić coś, co zacząłem jakiś czas temu, a potem porzuciłem na miesiące, a może nawet lata. Nie napiszę, co to, bo to może się wydać śmieszne, ale wspomnę tylko, że jest to związane z pisaniem. Może tą drogą wrócę do regularnego pisania swojego dziennika. :)

Tagi: roman j
11:00, roman_j
Link Komentarze (4) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape