O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 27 lutego 2013

Zajmowanie się hobby, któremu się ostatnio oddaje, sprzyja błądzeniu myślami po różnych zagadnieniach. Czasami sam siebie zaskakuję tym, gdzie podczas takiego błądzenia zawędruję i do jakich wniosków dochodzę. Tę notkę poświęcę właśnie jednemu z takich wniosków. Uprzedzę od razu, że nie jest dogłębnie przemyślany. Kiedy się pojawił w mojej głowie, zweryfikowałem go tylko pobieżnie i postanowiłem przelać na karty blogu, żeby móc się poświęcić innym rozmyślaniom. :)

Jakiś czas temu szukając źródeł agresji w zachowaniach ludzi znalazłem stwierdzenie, że agresja jest zawsze wynikiem lęku. Dziś, kiedy moje rozmyślania powędrowały znowu w kierunku tej tematyki, doszedłem, tym razem już samodzielnie, do wniosku, że uczucie lęku jest zawsze związany z przewidywaniem straty.

Czyli według mnie mechanizm wyzwalania agresji wygląda tak: przewidujemy, że możemy stracić coś, co jest dla nas cenne. I wcale nie musi to być coś materialnego. To powoduje w nas lęk. I nie muszę chyba pisać, że jest to lęk przed stratą, bo jak napisałem wyżej, uważam, że lęk jest zawsze związany z przewidywaną stratą. Lęk natomiast wywołuje agresję (z tym, że nie zawsze musi ją wywołać, ale jeśli już ona się pojawia, to zawsze jako skutek lęku), która jest reakcją, która ma zapobiec przewidywanej stracie. Nie bez powodu mówi się, że najlepszą obroną jest atak.

Słowem, im więcej lęku, tym więcej agresji, a tym więcej lęku im mniej jesteśmy pewni tego, że nie stracimy tego, co mamy i do czego jesteśmy przywiązani. To się też może wiązać z wcześniej poniesionymi stratami i potrzebą uniknięcia kolejnych.

To tyle na dzisiaj moje amatorskiej psychologii filozoficznej lub filozofii psychologicznej. Podejrzewam i tak, że to, co napisałem, to albo łatwa do obalenia błędna hipoteza, albo truizm tudzież wniosek, do jakiego fachowcy dawno już doszli. Ale w tym drugim przypadku miałbym przynajmniej satysfakcję, że doszedłem do tego sam. :)

Jeśli ktoś chce spróbować sfalsyfikować moje przemyślenia, to zapraszam. Nie ukrywam, że liczę na to, że uda mi się wyjść z takich prób obronną ręką. Ale jeśli tak się nie stanie, to też się ucieszę, bo przynajmniej nie będę żywił w błędnych przekonań. Zamiast tego poszukam sobie nowych, może bliższych prawdy. :)

Tagi: roman j
11:56, roman_j
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lutego 2013

Utarło się wśród studentów określanie sesji jesiennej mianem "kampanii wrześniowej". Dostosowując się do tej poetyki postanowiłem nazwać minioną sesję egzaminacyjną "kampanią zimową". Dziś miał miejsce ostatni akcent tej kampanii, który odbywał się z moim udziałem - egzamin komisyjny z mojego przedmiotu.

Egzamin dość nietypowy, bo osób przystąpiło do niego trzynaście. Zwykle takie egzaminy są przeprowadzane dla jednej osoby lub najwyżej kilku osób. Ale zauważyłem wśród ogłoszeń o terminach egzaminów, że ktoś mnie prześcignął, bo na innym egzaminie w dniu dzisiejszym walczyło o zaliczenie czternaście osób lub nawet więcej.

Duża liczba osób niestety nie przełożyła się na dużą liczbę pozytywnych ocen. Zaliczyły dwie osoby. Kiedy wychodziłem już do domu, przyszedł akurat W., z którym zamieniłem kilka słów i między innymi podzieliłem się z nim informacją o tej klęsce. Wśród różnych refleksji na ten temat padło też jedno ważne pytanie: na co oni liczą? Mam na ten temat jakiś pogląd i o tym poniżej.

1. Na szczęście. Niektórzy studenci chyba myślą, że może trafi się zadanie, jakie było już kiedyś rozwiązywane na zajęciach. Albo takie, jakie oni mają w swoich notatkach (zwykle od kogoś skserowanych). A może po prostu uda im się poprawnie rozwiązać zadanie, mimo że nie poświęcili wcześniej czasu na naukę. Nie twierdzę, że to zła strategia życiowa, ale na moim przedmiocie szczęście ma znikomy udział w ostatecznym sukcesie. Ci, którzy tylko na nie stawiają, zwykle muszą podejść do tego przedmiotu ponownie. I mam wrażenie, że niektórzy jeszcze nie zrozumieli, że muszą zmienić strategię, jeśli nie chcą się na studiach zestarzeć. :)

2. Na zmęczenie. Być może niektórzy liczą na to, że znudzi mi się oglądanie ich twarzy po raz kolejny. Twarzy posępnych, bo po raz kolejny nie udało się uzyskać pozytywnej oceny. Może liczą, że dla świętego spokoju im zaliczę, żeby mieć ich z głowy. Ta strategia także skazana jest na klęskę.

3. Na litość. To pokrewna strategia do poprzedniej, tylko wzbogacona o elementy osobistych wyznań studenta na temat jego trudnej sytuacji życiowej, rodzinnej czy zawodowej. Takie wyznania, owszem, czasem mnie nawet poruszają. Nie skłonią mnie jednak do postawienia komuś oceny pozytywnej w sytuacji, kiedy z zaliczenia czy egzaminu wynika, że materiał nie został opanowany w wystarczającym stopniu.

4. Na prawdopodobieństwo. Określenie trochę niejasne, ale już je wyjaśniam. Otóż niektórzy po prostu zakładają, że niemożliwe jest, żeby przez jeden przedmiot mieli nie ukończyć studiów, skoro zdążyli już nawet napisać w międzyczasie pracę dyplomową. Według nich tak się po prostu nie może zdarzyć. To bardzo nierozsądne założenie, bo wynika z niego, że jakiś pozytywny splot okoliczności sprawi, że uzyskają ocenę pozytywną bez żadnego związku z ich wiedzą i umiejętnościami. Może wstawi im ją do indeksu dziekan, może ja dostanę polecenie od kogoś, żeby zaliczyć. Może zrobi na mnie wrażenie informacja, że tylko ten jeden przedmiot został komuś do zakończenia studiów. Ta strategia nie przyniesie również efektu. To, że komuś został tylko jeden przedmiot jest przesłanką za tym, żeby przyłożyć się do tego przedmiotu, a nie za tym, żebym ja wystawił z niego ocenę pozytywną.

5. Na znajomości. Tu chyba nie ma czego wyjaśniać. Napiszę jedynie, że kiedy ktoś próbuje ze mną załatwić zaliczenie w ten sposób, to ja mam w takich przypadkach pokusę, żeby nie zaliczyć takiej osobie dla zasady. Ale pokusę tę zwalczam i jedyny skutek jest taki, że taka osoba nie może liczyć na żadną pobłażliwość z mojej strony. Dostaje ocenę pozytywną tylko wtedy, jeśli mam 100% pewności, że na nią zasłużyła. Nie ma wyciągania za uszy, naciągania oceny, bo zabrakło jednego czy pół punktu. Jeśli ktoś lubi chodzić na skróty zamiast dłuższą drogą jak wszyscy, to musi uważać, żeby nie zabłądzić...

Podsumowując napiszę, że jedyna skuteczna strategia zaliczenia mojego przedmiotu, to poświęcenie pewnej ilości czasu i energii na jego opanowanie. Chyba, że ktoś jest na tyle zdolny, że łapie te zagadnienia w mig. Ale takich przypadków jest niewiele i zwykle pierwsze zaliczenie weryfikuje ewentualne błędne założenia studentów o własnej genialności. Mam tylko wrażenie, że weryfikuje w mojej ocenie, a nie w samoocenie niektórych studentów. A potem kończy się na egzaminie komisyjnym, który jest ostatnią deską ratunku...

Tagi: roman j
17:02, roman_j
Link Komentarze (26) »
niedziela, 17 lutego 2013

Były już "Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego, był "Magnitogorsk czyli rozmowa z Janem" Władysława Broniewskiego, więc teraz będzie jeszcze "Rozmowa z kotem". Akurat na czasie, bo dziś jest Światowy Dzień Kota. Miłej lektury. :)

Kot: Daj jeść...

Ja: Nie mogę.

K: Daj jeść!

J: Nie mogę. Czeka cię operacja. Lekarz kazał cię przegłodzić.

K: Operacja? To znaczy, że znowu będziesz mnie stresował? Nieznane miejsce, nieprzyjemne zapachy, ukłucie, niemożliwa do przezwyciężenia senność... I obudzę się znów okaleczona.

J: Nie przesadzaj. To dla twojego dobra.

K: Dla mojego? Raczej dla twojego.

J: Jak to?  Przecież pojedziemy tam, żeby wyciąć coś, co tobie rośnie na skórze.

K: Po co? Niech rośnie.

J: Ale to jest niepotrzebne i trzeba to usunąć.

K: Niepotrzebne? A kto dał ci prawo rozstrzygać, co jest we mnie niepotrzebne. I to po raz kolejny...

J: Masz na myśli kastrację? Daj spokój... No, ale tym razem trzeba wyciąć coś, co może cię w przyszłości uśmiercić.

K: W przyszłości? A co to jest przyszłość? My, koty, żyjemy w teraźniejszości. Nie mamy planów. Przyszłość to dla nas niezrozumiała abstrakcja.

J: No dobrze, ale chyba chcesz żyć?

K: Źle stawiasz pytanie. My, koty, nie rozpatrujemy tego tak, jak wy, ludzie. Nie ma w nas chęci życia czy niechęci. My po prostu żyjemy i tak jest aż do chwili, kiedy przestajemy żyć.

J: No dobrze. Inaczej. Jeśli tego nie wytniemy, to może się w przyszłości powiększyć, dać przerzuty i sprawić ci cierpienie.

K: Znowu mówisz o jakiejś przyszłości. Nie wiem, co to. Wiem tylko, że znów będzie mnie bolało, skoro nie chcesz mi dać jeść i mówisz o jakiejś operacji. I to jest dla mnie realność. Ten strach i to przeczucie nieodległego cierpienia. Nie będę cierpieć w przyszłości powiadasz? A przecież mógłbyś tamto cierpienie, którego chcesz mi oszczędzić, przerwać...

J: Znaczy uśpić cię?

K: Tak. Uśmiercić. Uśmierzyć cierpienie na zawsze.

J: Nie. Tego bym nie chciał zrobić.

K: Znowu ze względu na siebie...

J: Nie. Chcę, żebyś żyła.

K: A ja? Czy mnie bierzesz pod uwagę? Nie. Chcesz, żebym żyła, bo chcesz się mną cieszyć. Nie chodzi ci o moje dobro, ale o to, żebym ja najdłużej ci towarzyszyła, prawda?

J: No dobrze, o to też. Dlatego robię to dla nas. Dla siebie i dla ciebie.

K: Tylko dla siebie. Ale nie chcesz się do tego przyznać.

J: Dlaczego jesteś taka okrutna?

K: Nie jestem okrutna. Jestem szczera. A jestem taka, bo jestem częścią natury. Natura nie zna kłamstwa. Nie zna też okrucieństwa, bo to pojęcie stworzyli ludzie. Ona po prostu robi swoje. Powołuje do życia, uśmierca. Zgodnie ze swoimi prawami.

J: Trudno. Myśl, co chcesz, ale ja i tak to zrobię. Mam nadzieję, że zobaczymy się po operacji.

K: Jeśli nie, to nic nie szkodzi. Weźmiesz sobie kolejnego zwierzaka, żeby się nim cieszyć. Ale na wypadek, gdybyśmy się już nie zobaczyli, to wiedz, że polubiłam cię, mimo że często byłeś dla mnie uciążliwy.

J: To miło. Ale swoją drogą to prawdziwy z ciebie koci filozof.

K: Jaki koci filozof? Przecież ta rozmowa odbywa się tylko w twojej głowie...

Tagi: kot roman j
17:40, roman_j
Link Komentarze (5) »
sobota, 16 lutego 2013

Ostatnio mniej piszę o tym, co słychać u mnie. Tak się akurat składa, że ten temat nie jest dla mnie tak interesujący, jak inne, które znajdują miejsce na stronach mojego blogu. Jednak każda passa, każda tendencja kiedyś się kończy, ulega załamaniu czy też zaburzeniu. To immanentna cecha życia, które wymyka się przewidywaniom i planowaniu. Zresztą ja nie planuję z góry tego, jaką tematykę akurat będę poruszał, więc jeśli wyłania się jakiś trend, to jest on efektem przypadku a nie planu.

Wróćmy jednak do tematu. Mam akurat wolny weekend, czyli w moim roku akademickim rzadkość. Zaplanowałem sobie w związku z tym całkiem sporo rzeczy do zrobienia, w tym napisanie czegoś w tym blogu, i powoli to realizuję. Umówiłem się już na przykład na poniedziałek z lekarzem, który będzie operował mi kota.

Kot na pierwszy rzut oka wygląda zdrowo (i nawet wykonane z racji planowanej operacji badania krwi wyszły w normie, czyli podroby pracują mu właściwie), ale pojawiły się jej na skórze guzki. Jeden duży i jeden mały (lekarz wymacał jeszcze jeden). Ponieważ niecały rok temu kot miała operację wycięcia jednego wielkiego guza (okazał się niezłośliwy) i jednej dziwnej zmiany skórnej (nie była badana później), więc skojarzyłem te nowe guzy z tamtą sprawą. Zwłaszcza, że wyrosły jej tam, gdzie była ta mniejsza, niebadana histopatologicznie, zmiana. Tym razem poproszę o zbadanie tego, co będzie wycięte. Wolę wiedzieć, czy spodziewać się mam czegoś gorszego.

Z innej beczki napiszę, że mam w ten weekend takie quasi ferie. Niedawno M. zapytał mnie, czy my mamy ferie (my, czyli nauczyciele akademiccy). Odpisałem mu, że niektórzy mają, ale ja nie. I faktycznie, niektórym udaje się wygospodarować w czasie sesji trochę dni urlopu, ale nie mnie. Owszem, w zeszłym tygodniu wyjechałem na szkolenie do Wrocławia, gdzie byłem od poniedziałku do piątku, ale trudno to nazwać urlopem czy feriami. Miałem teoretycznie wolny czwartek, ale musiałem go poświęcić na załatwienie jednej sprawy w stolicy. Wczoraj miałem mieć egzamin komisyjny, ale na szczęście się nie odbył. W poniedziałek mam rejestrację, we wtorek szykuje się egzamin komisyjny, a od środy są już zajęcia (i już w ten najbliższy weekend jest zjazd na zaocznych). I tyle mam z ferii.

Trochę to też wina studentów. A raczej mojej pobłażliwości dla nich. Wskutek tego, zamiast samemu zarządzać swoim czasem, pozwalam studentom moim czasem współzarządzać. Na przykład nie trzymając się konsekwentnie przyjętych terminów oddawania projektów. Ale to się zaczyna zmieniać, a zmieniać się będzie jeszcze bardziej. Na razie zacząłem dość konsekwentnie przestrzegać tego, że skoro wyznaczyłem terminy konsultacji, to jestem do dyspozycji studentów tylko w tych godzinach.

Zdarza się bowiem, że na uczelni bywam dużo częściej i to nie tylko z powodu zajęć. I studenci próbują załatwiać ze mną swoje sprawy wtedy, kiedy mnie widzą. Przez to czasem cierpią sprawy, które miałem w tym czasie załatwiać czy po prostu jestem pozbawiany czasu na odpoczynek, który to czas w tym celu sobie specjalnie wyznaczyłem. Począwszy od tej sesji, a trochę też w tym kierunku działań podjąłem w czasie semestru, zacząłem konsekwentnie odmawiać załatwiania spraw, a nawet udzielania informacji poza terminami konsultacji.

Pewnie niektórym studentom to się nie spodoba. Ale są tacy, na których jest to korzyść. To są Ci, którzy stosują się do wyznaczonych przeze mnie zasad i dotrzymują terminów. Oni bowiem w obecnej sytuacji są w sytuacji frajerów (może sobie nawet z tego nie zdając sprawy), którzy muszą przyjechać na określoną godzinę, czy czekać określony czas, czy zrobić projekt w wyznaczonym terminie lub odstać swoje w czasie konsultacji. Pozostali to cwaniacy, którzy nie stosują się do tych zasad (a przynajmniej nie zawsze) i załatwiają swoje sprawy w dogodnych dla siebie terminach.

Ponieważ jestem zwolennikiem równych szans i jednakowych zasad dla wszystkich (z możliwością dopuszczenia nielicznych ale bardzo dobrze uzasadnionych odstępstw), dlatego uznałem, że trzeba skończyć z tym sztucznym podziałem na frajerów i cwaniaków. I będę to postanowienie wdrażał w praktykę. Myślę, że dzięki temu będę miał też trochę większą kontrolę nad swoim czasem, co ułatwi mi realizację różnych zamierzeń. :) Studentom też się to przyda, bo w życiu codziennym często zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba się dopasować do czyichś zasad dotyczących terminów, godzin spotkań, itp. Internet nas trochę w tej dziedzinie psuje, bo tu można niemal wszystko zrobić o każdej porze dnia i nocy. Ale takie podejście prowadzi na dłuższą metę do dezorganizacji, a tym samym do spadku skuteczności i wydajności podejmowanych działań.

Te zmiany w myśleniu mają chyba dwie przyczyny. Po pierwsze lekturę książki "Paradoks czasu" profesorów Zimbardo i Boyda. Naprawdę polecam tę książkę. Wszystkim. Druga przyczyna to skokowy wzrost wiedzy z dziedziny zarządzania projektami. Obie przyczyny spowodowały, że inaczej patrzę na swój czas. Bardziej go cenię, co nie znaczy, że zamierzam teraz pracować jak mróweczka. :) Niekoniecznie. Ale na pewno będę dążył do tego, żeby mieć nad swoim czasem jak największą kontrolę i samodzielnie decydować o jego wykorzystaniu.

Mógłbym jeszcze kilka rzeczy opisać, ale myślę, że tymczasem wystarczy. Resztę tematów poddam próbie czasu. Jeśli za jakiś czas okażą się równie warte mojej uwagi, jak obecnie, to pewnie o nich napiszę. :)

Tagi: roman j
16:00, roman_j
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 lutego 2013

Einsteinowi przypisuje się słowa o tym, że bóg nie gra w kości. Jeśli w kości nie, to może w szachy? Dlaczego akurat w szachy, to wyjaśnię później, na razie kilka słów na temat genezy tej notki.

Zajmowałem się akurat moim ulubioną pasją, a ponieważ sprzyja ona zarówno skupieniu jak i rozmyślaniom, więc moje myśli podążyły do komentarzy, jakie pojawiły się pod moją notką o wpływie judaistycznej moralności na obraz współczesnego świata. Większości z nich nie przeczytałem, bo obawiałem się, że nie będę się potrafił powstrzymać od podjęcia polemiki z autorami, którzy być może tutaj więcej się nie pojawią. I nie chodzi o to, że coś złego jest w dyskusji, ale o to, że zajmuje ona czas, a nie często nic nie zmienia dostarczając jedynie satysfakcji lub rodząc frustrację (to drugie w moim przypadku z czasem już znacznie rzadziej).

Pod tamtą notką, zanim stała się popularna dzięki podlinkowaniu na stronie głównej Gazeta.pl, podjąłem jednak dyskusję, w której ostatnie słowo pozostawiłem mojemu adwersarzowi, bo zalew nowych komentarzy utrudnił mi zwrócenie się do niego i późniejsze odnalezienie odpowiedzi. Ale zapamiętałem, że w swojej utrzymanej w drwiącym tonie wypowiedzi odnosił się m.in. do przykazania "nie kradnij". I to właśnie zainspirowało mnie, żeby po raz kolejny wziąć temat na warsztat i wykazać bezspornie ludzkie autorstwo pewnych nakazów. Nakazów, których ja zresztą nie neguję. A przynajmniej nie wszystkie i nie w czambuł. Natomiast nie mogę się zgodzić na to, że są one wyłączone spod dyskusji pieczęcią boskiego autorstwa.

Przygotowując się do napisania tej notki przeczytałem jeszcze raz komentarz, do którego się odniosę i znalazłem tam wzmiankę o pedofilii. Jak rozumiem, to było odniesienie do zwyczajów starożytnego Rzymu i Grecji, o których wspominałem. Niestety, strzał jest mocno chybiony. Mógłbym o tym pewnie napisać oddzielną notkę, ale wspomnę tylko kilka aspektów.

Po pierwsze ja nie wiem, ale może mnie mój oponent oświeci, gdzie w Biblii jest coś napisane na temat pedofilii? I o tym, że z punktu widzenia religijnego to jest zło. Ja się bynajmniej nie zamierzam wcielać w rolę obrońcy pedofilów, ale po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że pogląd iż pedofilia jest złem w ogóle nie ma religijnego uzasadnienia. I bardzo dobrze, bo religijne uzasadnienia mają te słabość, że dla wyznawców innych religii są bezwartościowe.

Co więcej, i to będzie po drugie, w dawniejszych, ale jeszcze nie tak dawnych czasach, młode kobiety wychodziły za mąż w wieku lat kilkunastu. I działo się to z pełną aprobatą religijnych czynników. Dzisiejszy negatywny stosunek społeczeństwa do pedofilii nie wynika z religii, ale z rozwoju nauki, a konkretniej psychologii. Dowodzi tego choćby wspomniana wyżej tolerancja dla takich praktyk w czasach nie tak odległych (ale - w dużym uproszczeniu - "przednaukowych"). Utożsamienie tych praktyk ze złem w rozumieniu religijnym jest wtórne i nie ma w mojej ocenie podstaw (co nie oznacza, że jest niesłuszne).

Czy mojego oponenta zawodzi pamięć, czy może wiedza zbyt powierzchowna, że nie wie o nagminnych wręcz takich sytuacjach, często praktykowanych zwłaszcza w elitach do szpiku kości katolickiego społeczeństwa okresu średniowiecza? Czy pojmowanie za małżonkę dziewczynki w wieku lat np. trzynastu nie jest ze współczesnego punktu widzenia promowaniem pedofilii? I gdzie był wtedy kościół ze swoją religią, która rzekomo pedofilię potępia?

A może to jednak nie o pedofilię chodzi, ale o sodomię? Temu katolicyzm, za judaizmem, jest zdecydowanie przeciwny. Pewnie dlatego, że są to praktyki "jałowe" i przynoszące obu stronom wyłącznie przyjemność, a przecież wiadomo, że bóg żydów i chrześcijan kazał im się rozmnażać i odgrażał im się, że życie swe pędzić będą w pocie czoła i bólu. :) W umysłach jednak (zbyt) wielu indoktrynowanych religijnie ludzi rodzi się następująca relacja równoważności "homoseksualizm=pedofilia"? Może dlatego, że bez tej równości trudno byłoby osobom homoseksualnym odmówić pewnych praw w sposób uzasadniony inaczej niż na podstawie religijnych przesądów.

Po trzecie warto ustalić jak rozumiemy samą pedofilię. Sytuacja nie jest tak prosta, jak się wydaje, bo seksuolodzy rozróżniają obecnie: pedofilię, hebefilię i efebofilię. Czy wszystkie te przypadki wrzucamy do jednego worka? Chyba nie, bo na przykład ta ostatnia nie jest obecnie przez specjalistów uważana za zaburzenie (czy też "dewiację", bo to słowo pewnie woli mój oponent). To, co miało miejsce w starożytności w krajach, o których wspomniałem, to było coś na pograniczu obecnie definiowanej hebefilii i efebofilii. Ale rozumiem, że to rozróżnienie może być nie w smak komuś, kto uważa tamte praktyki za absolutne zło.

Wreszcie po czwarte szkodliwość jakiegoś zjawiska czy jakichś praktyk należy oceniać przez pryzmat jego skutków zarówno dla jednostek jak i dla społeczności. I tutaj zastanawia mnie jedna rzecz, choć nie będę się nad nią rozwodził zbyt długo, bo nie czuję się kompetentny. Jak to jest, że społeczeństwo, w którym pedofilia (rzekomo) była tak powszechna i panowało na nią przyzwolenie, w ciągu jednego czy dwóch pokoleń nie pogrążyło się w chaosie, nie uległo degeneracji? Ktoś może mi będzie próbował udowodnić, że tak się właśnie stało, więc od razu uprzedzę, że ten upadek zajął zbyt wiele czasu, by można go było przypisać właśnie takim praktykom.

A przecież tak powszechna pedofilia powinna nieustannie produkować ogromne rzesze jednostek o spaczonej psychice, jednostek obsesyjnie skupionych na swoich traumatycznych doświadczeniach i przez niezdolnych do właściwego funkcjonowania w społeczeństwie. To przy tej skali zjawiska powinno właściwie rozłożyć takie społeczeństwo w ciągu półwiecza. Nic o tym nie wiem, żeby tak się stało. Gdzie tkwi klucz do tej zagadki?

Może w społecznym podejściu do zjawiska? To jest tylko poszlaka, przy której upierał się nie będę, ale myślę, że za dużą część psychicznej traumy, jaką noszą w sobie obecne ofiary pedofilii, odpowiada poczucie winy i poczucie bycia kimś gorszym. To zaś jest w mojej ocenie skutkiem społecznego nastawienia do samego zjawiska. Od razu jednak podkreślę, że nie zamierzam pedofilii ani bronić, ani próbować udowadniać, że to coś dobrego lub choćby neutralnego. Chociaż myślę, że i tak moja wypowiedź zostanie w ten sposób wypaczona, bo tak będzie mnie łatwo zdyskredytować bez odnoszenia się do meritum sprawy. Ja uważam jednak, że istnieje sprzężenie zwrotne między stosunkiem społeczeństwa do zjawiska pedofilii, a traumą, jaką przeżywają jej ofiary w swoim późniejszym życiu. To zaś nastawienie dyktowane jest przez instytucje religijne (nie wiem, na jakiej dokładnie podstawie), które same zresztą od tej plagi wolne nie są. I niekoniecznie chcą się od niej uwolnić. Warto mieć tego wszystkiego świadomość.

A teraz przejdę do tematu, któremu miałem przede wszystkim tę notkę poświęcić, czyli do przykazania "nie kradnij", które według mojego oponenta między innymi potępiam podobnie jak całość moralności judaistycznej.

Muszę zacząć od wyjaśnienia, choć nie wiem, czy trafi ono tam, gdzie je kieruję, że nie sformułowałem nigdzie postulatu, żeby, upraszczając, Dekalog wyrzucić do kosza. Mój postulat jest inny, a sprowadza się do tego, żeby przestać uznawać, że etyczne zasady judaizmu przejęte przez chrześcijaństwo mają boski rodowód i jako takie nie mogą podlegać krytycznej ocenie i że muszą jako całość stanowić fundament wartości i zasad społecznych obowiązujących wszystkich. Przytoczone przez mojego oponenta przykazanie jest jednym z lepszych przykładów, dzięki którym można się z boskością Dekalogu rozprawić.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, jest takie: komu służy to przykazanie? Odpowiedź jest prosta: posiadaczom. Czy takie przykazanie ma jakieś pozytywne skutki dla każdego człowieka? Nie, niesie ono takie skutki tylko tym, którzy mają coś, czego można ich pozbawić. Biedak, którego nie ma z czego okraść, beneficjentem tego przykazania nie jest. Dlaczego więc bóg miałby tworzyć przykazanie, które służy tylko określonej grupie jego wyznawców? No ale to nie jest mój koronny argument, a jedynie wstęp.

Kolejne pytania są następujące: czy i kiedy bóg stworzył prawo własności? czy prawo własności jest prawem naturalnym czy dorobkiem cywilizacji? czy zwierzęta uznają prawo własności i podlegają mu? czy prawo własności chronione przykazaniem "nie kradnij" obejmuje również posiadanie jednego człowieka przez innego człowieka, co było przez wiele wieków praktykowane także przez chrześcijańskie do szpiku kości społeczeństwa? czy społeczności, (nieliczne, ale istniejące), które nie uznają prawa własności są stworzone przez boga? a jeśli tak, to dlaczego nie zaszczepił on im tego prawa? czy tzw. komuny, gdzie prawo własności miało z definicji nie obowiązywać, są sprzeczne z boską wizją świata? dlaczego w chrześcijaństwie otacza się tak wielką czcią pustelników, którzy nie mając nic lub prawie nic negowali "boskie" (?) prawo własności? dlaczego skoro Chrystus każe cały swój dobytek rozdać i twierdzi, że bogaty nie ma szans na zbawienie, prawo własności służące gromadzeniu dóbr miałoby być pod boską ochroną?

To są pytania do przemyślenia dla osób, które nie obawiają się skutków swoich przemyśleń dla swojego światopoglądu. Moim zdaniem odpowiedzi na nie dowiodą, że przykazanie "nie kradnij" jest ludzkiego autorstwa, bo ludzkim, cywilizacyjnym dorobkiem jest prawo własności, które przykazanie to chroni. Gdyby założyć, że to jakiś bóg postanowił nam takie zasady zarzucić, byłoby to założenie w mojej ocenie równie sensowne jak to, że to bóg zesłał nam zasady gry w szachy. Stąd moje tytułowe pytanie, na które każdy sam sobie musi odpowiedzieć: czy bóg, jeśli ktoś w niego wierzy, naprawdę gra w szachy? :)

Tagi: bóg_ roman j
11:15, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape