O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 30 listopada 2007
    To przyszło nagle. Zrobiłem zakupy w Kauflandzie i wychodziłem ze sklepu rozmyślając o kimś, o kim myślę coraz częściej, choć powinienem nie myśleć wcale. I niedługo po wyjściu mnie złapało. Miękkie nogi, "obręcz" na piersi nie pozwalająca wziąć głębszego oddechu, nagle zwilgotniałe oczy.
Myślałem, że to mi się już nigdy nie zdarzy. Kiedyś taką nagłą reakcję potrafiła we mnie wywołać ta osoba, o której teraz myślałem, ale okazuje się, że teraz już nawet sam sobie to potrafię zrobić. A sądziłem, że wszystko jest na dobrej drodze. Wydawało mi się, że wyciągnąłem wreszcie tę zatruta strzałę Amora, którą mnie ugodził już dość dawno. Ale widać zostały jeszcze jakieś drzazgi i rana się paprze. Ale może dziś jedną z tych drzazg wyciągnąłem.
    Teraz muszę to odchorować. Pewnie położę się w pokoju na łóżku. Zgaszę światło i będę w ciemności rozmyślał. Na nic konstruktywnego nie mam sił, ani chęci. Może się zdrzemnę, a może, jeśli będzie mocno bolało, pozwolę popłynąć kilku łzom na przekór powiedzeniu, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze. Zresztą może jestem nieprawdziwy, ale i tak to nie ma znaczenia, bo nie przywiązuję wagi do takich etykietek.
    A zapowiadało się tak dobrze. Dzisiaj jest spotkanie integracyjne pracowników uczelni z okazji Andrzejek. Dowiedziałem się tego od W., który pytał, czy pójdę. Nie planowałem, bo nawet nie wiedziałem, że są, ale dowiedziawszy się o nich zdecydowałem na 90%, że pójdę. Gotów byłem nawet odpuścić sobie dziś próbę chóru. W końcu skoro dwa razy ja byłem na próbie, która się nie odbyła ze względu na niską frekwencję, to chyba chór się nie rozpadnie, jeśli raz ja sobie lżej potraktuję te zajęcia. Zresztą jestem na tyle świeżym nabytkiem (czytaj: nie znam prawie w ogóle ich obecnego repertuaru), że nieprędko będą ze mnie mieli pożytek koncertowy.
    Teraz te plany i tak wzięły w łeb. Ani na Andrzejki nie pójdę, ani na próbę chóru. Nie czuję się na siłach. Nie chcę się widzieć z nikim, bo zbyt dużego wysiłku wymaga przyczepienie sobie sztucznego uśmiechu lub chociaż jakiejś neutralnej miny. Może nawet udałoby mi się na chwilę zapomnieć o tym, co mnie trawi, ale to może powrócić nagle, jak flashback. Zwłaszcza po alkoholu, który na tych Andrzejkach pewnie będzie. Dlatego zostaję w domu i będę wracał do równowagi. Wierzę, że to załamanie pogody jest chwilowe i tak jak nagle przyszło, tak szybko minie. Może nawet już jutro rano nieśmiało zza chmur wyjrzy słońce. Ale nie łudzę się, że już mi się to nigdy nie zdarzy.
Tagi: roman j
18:13, roman_j
Link Komentarze (22) »
czwartek, 29 listopada 2007
    Miałem tę notkę napisać wczoraj, ale byłem zbyt zmęczony po trzech godzinach korepetycji. Korepetycje zorganizowałem dla moich studentów. To znaczy dla tych z nich, którzy nie zaliczyli sprawdzianu. Obecność była obowiązkowa. Jeśli ktoś w tym momencie chce sięgnąć po telefon i skontaktować się z najbliższym biurem CBA, niech się jeszcze chwilę wstrzyma i doczyta do końca.
    Korepetycje, które zorganizowałem na dodatek na uczelni, były BEZPŁATNE. Właściwie mogłem je nazwać w inny sposób. Na przykład "zajęcia wyrównawcze". Ale świadomie użyłem prowokacyjnego w tej sytuacji słowa z trzech powodów, z których dwa wymienię. Po pierwsze termin "zajęcia wyrównawcze" kojarzy mi się jeszcze z czasów szkoły podstawowej niezbyt dobrze mimo, że ja nigdy nie musiałem na takie zajęcia chodzić. Tymczasem na "korepetycje", na które też nigdy nie chodziłem, chodzą obecnie nawet najlepsi uczniowie, którzy chcą być jeszcze lepsi. To jeden powód. A drugi to chęć zbadania reakcji na sytuację, kiedy oznajmiam komuś, że jako nauczyciel udzielam swoim uczniom (a dokładniej studentom) korepetycji z przedmiotu, którego sam uczy i to jeszcze w budynku szkoły. Lubię czasem takie stereotypowe reakcje wywoływać. Oczywiście studenci zapytali bez większego zdziwienia, za ile będą te korepetycje, więc mogłem im z nieukrywaną satysfakcją oznajmić, że będą to prawdopodobnie pierwsze w ich życiu korepetycje za darmo. Poświęcą jedynie trochę swojego czasu. I tak też było. Po trzech godzinach tych zajęć byłem tak wypompowany, jak po żadnych innych dotychczasowych zajęciach. Ale mam nadzieję, że będą tego jakieś pozytywne skutki, bo szkoda byłoby, żeby na marne poszedł czas w którym mógłbym:
 - zrobić coś dla przyjemności lub
 - zrobić coś dla pieniędzy (a mam co robić) lub 
 - nie robić nic. 
    Ale taki już ze mnie społecznik (to pewnie rodzaj spaczenia osobowości), że jeśli mam czas i nic ważnego do zrobienia (to znaczy nic takiego, czego odłożenie na później nie wchodzi absolutnie w grę), to podejmuję się takich działań, które niektórzy skwitowaliby wzruszeniem ramion i komentarzem "że też Ci się chce...".
    Czasem sam wychodzę z takimi inicjatywami, a czasem daję się w nie "wrabiać" (świadomie i z premedytacją, stąd ten cudzysłów). Na przykład wczoraj zgodziłem się pomóc w organizacji konkursu dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych, w którym nagrodami są indeksy naszego wydziału. Nie wiem jeszcze, jaka będzie w tym moja rola, ale zgodziłem się pomóc, bo dlaczego nie? W końcu mam czas, nie jestem obciążony rodziną ani dorabianiem się majątku. Zakładam, że pieniędzy z tego nie będę miał. Co najwyżej nieco lepsze notowania u zwierzchników. Ale biorąc pod uwagę bardzo dużą pewność zatrudnienia mianowanego nauczyciela akademickiego, nie jest mi to jakoś szczególnie potrzebne. Będę miał też pewnie z tego satysfakcję. Słowem, bezinteresowny na pewno nie jestem, ale jest to interesowność nie wyrażająca się materialnie.
    Może jestem frajerem, ale chyba lepiej odpowiada mi określenie, jakie wyczytałem wczoraj w zaległej "Polityce" w wywiadzie z Bronisławem Komorowskim (wtedy jeszcze posłem opozycji). Stwierdził o, że jest kapitalistą wierzącym, ale niepraktykującym. Ja podobnie. Staram się powięcać czas na zdobywanie pieniędzy tylko w takim zakresie, żeby starczyło ich na moje bieżące potrzeby i można było trochę odłożyć, żeby na emeryturze nie iść na żebry. A nadwyżki czasu, jakie mam w tej sytuacji, bardzo intensywnie wykorzystuję na podejmowanie działań nie przynoszących mi żadnych dochodów, ale niekiedy dających w efekcie coś dobrego dla ogółu. Tak intensywnie, że z nadwyżek czasowych robią się poważne braki. :)
Tagi: roman j
10:28, roman_j
Link Komentarze (26) »
wtorek, 27 listopada 2007
    Od dłuższego czasu mam pewien kłopot ze skoncetrowaniem się na pracy, jaką mam do wykonania. Biorę się za coś, ale przerywam po chwili i zajmuję się czymś innym, co mi się akurat przypomina, potem wracam do pierwotnego zajęcia, ale już zdekoncentrowany. W ten sposób zamiast sprawnie wykonywać kolejne prace "szarpię" się z nimi, co sprawia potrzebuję na nie więcej czasu i energii.
    Ale nie zawsze tak było. Pamiętam, że w czasie studiów potrafiłem usiąść nad jakimś zadaniem, skoncentrować się nad nim i robić je przez dłuższy czas. Zastanawiałem się, co się zmieniło od tamtego czasu? Myślałem, że to może wina komputera lub Internetu, ale miałem zarówno komputer, jak i Internet już na studiach. I kilka dni temu doznałem oświecenia. A przynajmniej wydaje mi się, że znalazłem klucz do odzyskania koncentracji.
    Tego dnia wieczorem zasłaniając żaluzje zobaczyłem w bloku naprzeciwko osobę siedzącą przy biurku nad jakąś pracą, która wykonywała ją w świetle biurkowej lampki. Ten widok mnie "oświecił". Otóż ja pracując w pokoju od długiego czasu po zmierzchu korzystam z górnego oświetlenia. Z oszczędności, bo moja wiekowa lampka biurkowa ma 80 W mocy, czyli więcej niż np. telewizor. A w lampie pod sufitem mam żarówkę energooszczędnąm, która zużywa kilkanaście watów, a świeci jak zwykła żarówka 75-watowa.
    Pierwszy wniosek jaki mi się nasunął był taki, że czas kupić sobie lampkę biurkową z energooszczędną żarówką. Ale na drugi dzień rano przyszło mi do głowy, żby wkręcić takie żarówki do obecnej lampki. Problem był z tym dwojaki: po pierwsze lampka ta jest wyposażona w ściemniacz, a żarówek energooszczędnych w takich obwodach nie powinno się stosować (dlaczego, to mogę wyjaśnić, bo już wiem; opowiedział mi o tym kiedyś brat od strony teoretycznej, a potem sam sprawdziłem jego słowa w praktyce). Drugi problem to wymiary żarówek energooszczędnych. Zwykle są większe niż typowych. Drugi problem okazał się pozornym, bo żarówki się zmieściły. Na styk, ale weszły. A z pierwszym problemem postanowiłem się zmierzyć.
    Rozkręciłem lampkę i zajrzałem do środka. Okazało się, że wystarczy odlutować 4 kabelki i złączyć je potem parami. Wyciągnąłem więc lutownicę transformatorową, jaką kupił sobie jeszcze mój braciak. On dużo bardziej pasjonował się kiedyś elektroniką niż ja, choć mnie też zdażyło się wykonać od zera kilka układów elektronicznych. Od zera to znaczy samemu malując na płytce wzór linii drukowanych lakierem, a potem wytrawiając laminat w kwasie azotowym, nawiercając otwory pod elementy i montując je na płytce. Mój braciak zajmował się tym z większą pasją i tak go to interesowało, że poszedł do technikum elektronicznego. A ponieważ nie było takiego w moim grajdołku, więc uczył się przez 5 lat w dawnym województwie sieradzkim. Ale wrócmy do tematu, bo nie o moim bracie to miała być notka.
     Sprawnie odlutowałem i połączyłem kabelki, ale pozostał jeszcze problem izolacji połączeń. Niestety nie miałem pod ręką taśmy izolacyjnej, choć mój ojciec z racji zawodu często jej uzywał i pewnie gdzieś bym ją znalazł w domu lub w piwnicy. Ale nie chciało mi się szukać zbyt dokładnie. Dlatego jako wierny naśladowca Pomysłowego Dobromira i Adama Słodowego poradziłem sobie, jak umiałem: znalazłem kawałek uszczelki do okna o kształcie rurki i założyłem na połączenie. Żeby zapobieć zsuwaniu się tak zrobionej izolacji okleiłem ją dodatkowo kawałkiem taśmy opakowaniowej.
    Po wszystkim skręciłem na nowo lampkę i włączyłem. No i... "gro i bucy", jak mawiają starzy górale, czyli po naszemu "działa". Przetestowałem już nawet wpływ oświetlenia punktowego na moją skłonność do koncentracji i wygląda na to, że teraz dużo łatwiej mi się skupić na dłużej nad jakąś robotą. :)
Tagi: roman j
15:15, roman_j
Link Komentarze (24) »
niedziela, 25 listopada 2007
Na początek ostrzeżenie. Do lektury tej notki proszę przystąpić nie wcześniej niż godzinę po posiłku. :)
Notka będzie gówniana, bo dzień dziś miałem gówniany. Dosłownie i w przenośni. Zaczęło się rano od tego, że prawdopodobnie wskutek działania kawy lub nadmiaru serotoniny w jelitach w drodze do pracy złapało mnie rozwolnienie. Ostatnie metry przeszedłem naprawdę szybko. A w budynku ledwo zdążyłem się rozebrać z wierzchniego okrycia i dolecieć do WC-tu. Ale jakoś się udało dobiec. Niezbyt szybkim truchtem, żeby nie wzbudzać podejrzeń. :)
Ulga była krótka. Będąc w sklepie kupiłem sobie ćwierć kilo suszonych moreli. I zjadłem. Na efekty czekałem niecałe trzy godziny. Nie dość, że nie przypilnowałem czasu i zajęcia, z inicjatywy studentów zajętych robieniem projektów, przedłużyły się o pół godziny, to jeszcze pod koniec myślałem, że mnie rozerwie. Musiałem znowu odwiedzić przybytek obawiając się, czy w czasie posiedzenia nie wystrzelę w górę jak rakieta robiąc w powietrzu beczkę, pętlę i korkociągiem opadając na sedes. Obeszło się bez tego typu "atrakcji", ale z racji przedłużenia poprzednich zajęć i nieplanowanej wizyty w WC przyszedłem na zajęcia 12 minut po czasie. Co prawda obowiązuje kwadrans akademicki, ale chyba studentom na zaocznych zegarki szybciej chodzą, bo się oddalili.
Z dodatkowych skutków ubocznych wspomnę ten, o którym napisał Beaviz na końcu tej notki (jako p.s. 1). Tyle, że u niego jest tam mowa o chmurce, a u mnie to było zachmurzenie duże z niewielkimi rozpogodzeniami. Na szczęście nie grzmiało i nie padało. :)
A skoro już wziąłem na warsztat taki gówniany temat, to może wdepnę weń niego głębiej i pogrzebię jeszcze trochę. No bo przy jakiej innej okazji można się podzielić informacją, że naukowcy, a dokładniej jeden, stworzyli system klasyfikacji kału? Nazywa się to "bristolska skala uformowania stolca" (BSF) i wygląda tak (źródło: Wikipedia):
Siedem typów stolca wg skali BSF:
  • Typ 1: Pojedyncze zbite grudki podobne do orzechów, trudne do wydalenia
  • Typ 2: Stolec o wydłużonym kształcie, grudkowaty
  • Typ 3: Stolec wydłużony, z pęknięciami na powierzchni
  • Typ 4: Smukłe, wężowate kawałki stolca, gładkie i miękkie
  • Typ 5: Miękkie drobiny z wyraźnymi krawędziami (łatwo wydalane)
  • Typ 6: Kłaczaste kawałki z postrzępionymi krawędziami
  • Typ 7: Wodnisty, bez stałych elementów (ciecz)
Zdjęć Wam oszczędzę. Myślę, że i bez tego będziecie teraz mogli co rano lub o innej sprzyjającej porze ocenić, czy robicie orzeszki, czy leci z Was jak z cebra. Dodam, że ostatni typ występuje głównie w przypadku zarażenia przecinkowcem cholery. Ale chyba nie tylko, bo inaczej już dawno kilkadziesiąt razy zszedłbym z tego świata na cholerę.
Jeśli nie macie jeszcze dość, a zakładam, że zostały Was już tylko niedobitki, to teraz czas na kilka słów o odchodach zwierzęcych. Skoro Wikipedia może o tym pisać, to mogę i ja. I w tejże właśnie Wikipedii wyczytałem na przykład, że: "Bezpośrednio po wypróżnieniu odchody krowie mają jasny kolor. Z czasem powierzchnia ciemnieje, następnie przechodzi w kolor brunatny, by po całkowitym wyschnięciu uzyskać kolor szary. Na pastwisku miejsca po odchodach krowich, widoczne są jako kępy intensywnie zielonej, dobrze wyrośniętej i niewypasanej przez krowy trawy, otaczające mały skrawek ziemi początkowo nieporośnięty trawą."
Prawda, że pasjonujące? Teraz już nie będziecie chodzić po pastwisku jak ignoranci, ale będziecie potrafili zidentyfikować nawet miejsca po krowich plackach, kiedy ich już tam nie będzie.
Na miano sensacji zasługuje odkrycie japońskich naukowców, że z krowiego łajna można wyizolować wanilinę i to taniej niż z wanilii. Tylko czy dodalibyście do ciasta aromatu waniliowego wyizolowanego z krowich placków? Ja chyba nie.
Teraz ważna informacja dla saperów. Oczywiście także z Wikipedii. "W Polsce po drugiej wojnie światowej odchody krowie określane były potocznie jako "miny", ze względu na podobieństwo w kształcie, wielkości, a nawet kolorze do przeciwczołgowej miny talerzowej pomalowanej matową farbą kamuflażową."
Żeby nie było tak, że ja tu tylko o krowim łajnie, teraz będzie o jabłkach. Ale jeśli ktoś to jeszcze czyta, to niech nie spodziewa się, że napisze coś o renetach, krąselkach czy kosztelach. Kilka słów poświęcę jabłkom... końskim. Jeśli węszycie podstęp, to węch Was nie zawodzi, bo temat śmierdzi na kilometr. No, może na metr. Końskie jabłka to bowiem nic innego jak końskie łajno. Dlaczego jabłka? Otóż ponoć ze względu na podobieństwo (formą i wielkością) do jabłek. Czy ktoś ma jeszcze ochotę na jabłuszko?

Ale przejdźmy do konkretów. Pod hasłem "produkcja" (sic!) czytamy: "Koń wydala kał co 30-120 minut; w zależności od paszy produkuje dziennie do 50 kg odchodów. Najwięcej odchodów produkują konie pasące się na łące, najmniej zaś karmione owsem i stojące w stajni." Często, prawda? Ale koń, jak głosi ludowa mądrość "nawali i idzie dalej", a jak samochód nawali to stoi. Czyli koń jest bardziej niezawdonym środkiem transportu. :)

Wikipedia podaje nam też informację, że po kolorze i twardości jabłka można poznać, co koń jadł: "Zielone i miękkie pochodzą od koni jedzących świeże, zielone pożywienie, natomiast żółto-jasnobrązowe wydalane są przez konie karmione słomą, sianem i owsem. Ciekawe, jakiego koloru i konsystencji jabłka produkuje koń jedzący jabłka? :)
Na koniec, jako budowlaniec, nie mogłem nie wspomnieć o tym, że końskie jabłka znajdują także zastosowanie w mojej branży. Stosowane są jako dodatek ("kruszywo" wg Wikipedii) do produkcji suszonych cegieł z gliny tzw. adobe. Cegły te nie są wypalane, ale suszone na stolcu, tfu, słońcu. Pewnie gdyby je wypalić, to wyszedłby z tego taki koński Porotherm, ze względu na dużą zawartość słomy, która podczas wypalania uległaby spaleniu pozostawiając po sobie pory.
Jeśli ktoś doczytał tę notkę do końca, to gratuluję wytrwałości. Myślę, że mogę polecić regularną lekturę tego tekstu osobom chcącym zrzucić pare kilogramów. Proszę czytać trzy razy dziennie. Przed posiłkiem. ;)
piątek, 23 listopada 2007
Ostatnio prawie już tu nie piszę. Nie z założenia. Tak wychodzi. Z braku czasu. Nie tylko na samo napisanie notki, ale też na zebranie myśli, żeby jakoś sensownie o czymś ciekawym napisać. A i pisać nie bardzo jest o czym. No bo ile razy można pisać o tym, że się nie ma o czym napisać? Wiem, że co najmniej kilka razy, bo robię to nie po raz pierwszy. Spróbuję więc napisać o czymś innym. Zwłaszcza, że o wielu sprawach napisać nie mogę.
Pamiętacie mój eksperyment z Tokio Hotel? Na razie wynik jest negatywny. Wejść z tego tytułu nie odnotowałem. To dobry wynik. Każdy byłby dobry, bo można z niego wyciągnąć jakieś wnioski. W ostateczności błędne. Tak to działa w nauce. Ale niekoniecznie w polskiej. U nas jest na tyle mało pieniędzy na badania, że dostają je głównie ci, którzy wiedzą, że im wyjdzie, wiedzą, co im wyjdzie i nawet wiedzą już czasem, jak zrobić na tym pieniądze. Tymczasem nauka polega często na tym, że trzeba zrobić kilka fałszywych kroków, zanim się w końcu zrobi jakiś właściwy, bo przecież z zasady penetruje się obszar nieznany (znanego nie ma sensu penetrować; znany można eksploatować).
Wczoraj byłem na zajęciach z Tai Chi. Nie wiem, ile ruchów już umiem, bo nie wiem, kiedy ruch o jakiejś nazwie się zaczyna, a kiedy kończy. I tak to właściwie powinno być, bo chodzi o to, żeby to robić płynnie. Nauka formy idzie mi średnio. Jeszcze nie opanowałem perfekcyjnie sekwencji ruchów, więc nie moge się jeszcze skupić na detalach. Ale wszystko to przyjdzie z czasem.
Dziś idę na chór. Dwa poprzednie podejścia były miłe, ale mało udane, bo próby się nie odbyły (niska frekwencja). Ale dostałem nuty i część wpisałem sobie do NWC, żeby ich odsłuchać. Nauczyć się ich nie zdążyłem. Ale mam czas do połowy grudnia. Wtedy mamy koncertować z lokalną orkiestrą symfoniczną i jeszcze kilkoma chórami. Myślę, że znajdę czas na naukę mojej partii.
We wtorek obrony dyplomów, a ja jeszcze nie napisałem recenzji. *** Właściwie napisałem już jedną. Zrobiłem przerwę w pisaniu notki i wypełniłem recenzję "promotorską". Tę łatwiej się wypełnia, bo nie trzeba się aż tak mocno zagłębiać, a poza tym jako promotor znam dobrze pracę i wiem, co o niej napisać. Mam nadzieję, że nie zapomnę o tej obronie we wtorek, bo jakoś nie tkwi mi ona mocno w pamięci. Za dużo mam w głowie innych spraw.
Rozmawiałem dziś z W. o zakupie oprogramowania na laboratorium i o zasadach oceniania sprawdzianów. W tej pierwszej sprawie on jest optymistą, a ja nie mam zdania, bo nigdy czegoś takiego dotąd nie łatwiłem. W sprawie ocen wymieniliśmy się poglądami i teraz muszę pomyśleć nad jakimś rozwiązaniem, które uwzględni to na czym zależy nam obu. Chwilowo nie mam na to czasu i przestaje mnie śmieszyć dowcip o góralu, co jak nie ma czasu, to ino siedzi. Zauważyłem, że brak czasu może być czynnikiem, który sprawia, że człowiekowi nie chce się myśleć. To znaczy oczywiście, że nie chce podejmować wysiłku myślenia koncepcyjnego, wymyślania czegoś. Do tego potrzebny jest pewien komfort, także czasowy, a ja w sytuacji deficytu czasu odruchowo sprawy wymagające przemyślenia odsuwam od siebie. Czasem niestety sprawy te mają określony termin załatwienia i zdarza się, że załatwiam je bez głębszego namysłu. I często jestem przez to zły na siebie, bo wiem, że mógłbym coś zrobić dużo lepiej. Ale taka złość mi szybko przechodzi. Zapominam o sprawie i idę dalej.
Jak na notkę powstałą bez namysłu i bez tematu przewodniego, to nawet dość długa wyszła. I chyba nawet nie taka zła. A mnie zostało jeszcze ponad 75 minut do wykładu, na którym znów będę studentów usypiał. Ale za to potem przynajmniej sobie pośpiewam. A przynajmniej taką mam nadzieję. :)
 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape