O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 26 listopada 2008
     Zakończyłem wczoraj etap I modernizacji instalacji. Miałem zaplanowane na ten dzień wykucie ok. 9 m bruzdy i 3 otworów pod gniazda. Zastanawiałem się, czy to nie jest zbyt ambitne zadanie, ale najwyraźniej się nie doceniłem. Całą zaplanowaną robotę, a nawet więcej, bo wykułem jeszcze jedną dziurę pod gniazdo, wykonałem przed południem. Zastanawiając się, co począć z tak dobrze rozpoczętym dniem, zrobiłem niezbędne zakupy, zjadłem coś na wczesny obiad i wziąłem się za układanie kabli, obsadzanie puszek, szpachlowanie przewodów, a wreszcie za piankowanie bruzd i sprzątanie. I w ten oto sposób robota, którą zaplanowałem sobie na kilka dni, zakończyła się w dniu, w którym ją zacząłem.
     Dlatego dziś przystąpiłem do ciągu dalszego. Etap II to przedpokój. Tutaj niestety tak szybko nie pójdzie, bo choć światło już dziś udało mi się zrobić (nie ma tylko puszki rozdzielczej, bo nie było w sklepie), to wielu prac nie zakończę zanim nie zrobię instalacji w kuchni czy łazience. A tam na razie robić nic nie zamierzam. W kuchni może tylko światło zmodernizuję, ale gniazdek nie będę nowych robił, bo nie wiem jeszcze, gdzie będą mi potrzebne.
     Dziś obrobiłem się z wymianą instalacji oświetlenia w przedpokoju i właściwie to jest całość robót dotyczących tego pomieszczenia. Ale ponieważ przez przedpokój będą przechodziły wszystkie obwody, bo tu będzie zasilanie, więc czeka mnie jeszcze bardzo dużo kucia bruzd na potrzeby instalacji w innych pomieszczeniach. To chyba będzie najbardziej rozkute miejsce w mieszkaniu. Już dziś musiałem zmienić plany i zamiast położyć przewód do wyłącznika w starej bruździe, wykułem nową, bo tamta miała tak fikuśny kształt i przebieg, że nie zdecydowałem się jej wykorzystać.
     Na wypadek, gdyby ktoś chciał się do mnie dodzwaniać na telefon stacjonarny, to nie polecam. Dziś wyprułem ze ściany kabel telekomunikacyjny. Zaintrygował mnie, bo nie potrafiłem go z niczym powiązać, a na dodatek nie był pod napięciem (przynajmniej według mojego narzędzia do wykrywania przewodów). Zacząłem go więc wypruwać w dwie strony i z jednej strony okazało się, że ciągnie się tam, gdzie znalazłem przewód zasilający i dwa inne niezidentyfikowane (już wiem, że jeden z nich jest od dzwonka), a z drugiej strony łączył się z cienkim przewodem, do którego dalej mam podłączony telefon. Połączenie było w tynku i wyglądało zabawnie, bo drut aluminiowy chyba 1,5 mm kw. połączony był z cieniutkim drucikiem miedzianym. Dziwię się, że to działało. Teraz urżnąłem kawał tego aluminiowego drutu i zamiast niego puściłem miedzianą linkę o zbliżonym przekroju. Telefonu jednak na razie nie podłączałem, więc proszę nie dzwonić.
     Zrobiłem sobie też dziś bilans ilości przewodów potrzebnych do zakończenia remontu (przynajmniej do tej fazy, do której zamierzam go doprowadzić, czyli bez kuchni i łazienki). Wyszło mi łącznie około 60 m. Ponieważ przewody są drogie tam, gdzie je ostatnio kupowałem, więc chciałem skorzystać z poleconej mi hurtowni. Ale że mam tam daleko, więc nie chcąc się fatygować na próżno, wysłałem wczoraj maila z pytaniem, o ceny przewodów i minimalną ilość, jaką można zakupić. Dostałem dziś chyba sześć czy siedem potwierdzeń przeczytania (choć wysłałem maila na jeden adres) i ani jednej odpowiedzi. Co prawda, nie napisałem, ile tego przewodu bym kupił, ale myślałem, że każdy klient jest cenny. W tej sytuacji poszukam przewodu gdzie indziej. Nawet jeśli będzie drożej, zwłaszcza, że i tak nie będę wiedział, czy jest drożej, skoro nie znam ich cen. Byle było taniej niż tam, gdzie się ostatnio zaopatrzyłem.
     Zamówiłem też już skrzynkę rozdzielczą z wyposażeniem. Jak tylko mi przyślą, wezmę się za jej składanie i podłączanie wyposażenia. Przedtem muszę jednak wyrównać ścianę, bo miejsce, gdzie ją zawieszę, jest tak pocięte bruzdami (głównie po wyprutych przewodach), że na razie niczego tam powiesić się nie da. Czuję, że nadźwigam się gipsu, żeby to wszystko pozalepiać.
      Gips kupuję w workach po 2 kg, bo stwierdziłem, że opakowania większego (czyli 30 kg) nie zużyję. Ale powoli zaczynam myśleć, że może i 30 kg pójdzie. Ale skoro kupiłem i zużyłem już około 10 kg, to teraz nie ma sensu kupować już tych 30 kg, bo w sumie to dałoby 40 kg, a tyle jednak chyba nie zużyję. A jeśli jednak tak? To trudno. Każdy kolejny kupiony worek 2-kilogramowy pozbawia sensu zakup worka 30-kilogramowego, więc może następnym razem kupię sobie z 10 kg w workach po 2 kg i nie będę miał dylematu. ;)
     Zrobiłem kilka zdjęć z dzisiejszego etapu, ale ich nie wrzucę, bo jestem zmęczony. Nie wiem nawet, czy dobrze wyszły. Może jeszcze będzie kiedyś okazja, to je wrzucę w innej notce.
Tagi: roman j
20:52, roman_j
Link Komentarze (8) »
wtorek, 25 listopada 2008
     Nie mam ostatnio szczęścia do wypieku chleba. Odkąd postanowiłem zmienić technologię i zwiększyć ilość wypiekanego za jednym razem ciasta, chleb niezbyt mi się udaje. Teraz przez co najmniej dwa tygodnie będę zastanawiał się, jak im zaradzić, bo postanowiłem sobie zrobić dwutygodniową przerwę w wypiekaniu. Problemy zdiagnozowałem zasadniczo trzy.
     Na pierwszy ogień poszedł słaby zakwas. Takie było moje podejrzenie. Podejrzenie to jednak zweryfikowałem z korzyścią dla zakwasu, więc uważam je za nietrafne.
     Drugie podejrzenie padło na warunki wyrastania ciasta (za zimno). I tutaj niestety dopiero przy następnym wypieku będę mógł zweryfikować moje podejrzenia. Wiele jednak wskazuje na to, że tutaj tkwi jedna z przyczyn. Objawy są takie, że na etapie przygotowania zakwasu ten prawie nie pracuje (ale jest sprawny), a potem, po wyrobieniu, samo ciasto też już nie rośnie.
     Wreszcie trzecia sprawa, to warunki wypieku. Wydaje mi się, że ciasto jest teraz wypiekane za krótko, bo więcej ciasta wymaga dłuższego czasu, a ja go prawie nie skorygowałem. Inna sprawa, że przy grzaniu równomiernym z góry i z dołu szybko tworzy się skórka z góry bochenka i przedłużanie pieczenia prowadzi do tego, że ta skórka jest spalona. Wyjściem z sytuacji jest chyba pieczenie z wykorzystaniem obu grzałek tylko w pierwszej fazie, a później dopiekanie chleba z wykorzystaniem wyłącznie dolnej grzałki. Podobny problem miałem przy ciastkach owsianych i takie właśnie rozwiązanie pozwoliło uporać się z problemem spalonych od góry i słabo wypieczonych od dołu ciastek.
     Jakby tego było mało, ostatnio mój zapas czasu i zapał do pieczenia skurczyły się na tyle, że nie wiem, kiedy następnym razem upiekę chleb. W tym tygodniu już na pewno nie. Jest pewna szansa, że zrobię to w przyszłym, ale nie mam co do tego pewności.
Tagi: roman j
14:38, roman_j
Link Komentarze (10) »
sobota, 22 listopada 2008
     Wczoraj byłem na imprezie urodzinowej. Okrągłe, ale nie napiszę które, urodziny miała jedna z koleżanek z Zespołu, do którego należałem w dzieciństwie i wczesnej młodości. Po odejściu z niego, utrzymywałem kontakt właściwie chyba tylko z A. Może jeszcze sporadycznie widywałem kogoś na mieście, czy to z kadry, czy też z uczestników, ale były to przypadki incydentalne. Od momentu zakończenia mojej "kariery" zespołowej minęło 14 lat. I tyle właśnie czasu nie widziałem większości z moich przyjaciół z Zespołu.
     Skład na tej imprezie był zarówno wąski, jak i szeroki. Biorąc pod uwagę, że choćby z widzenia mogę znać kilkaset osób z okresu, kiedy byłem w Zespole, to kilkanaście osób, które dotarły, to niewielka reprezentacja. Ale z drugiej strony spotkanie po tak długim czasie każdej z tych osób to było przeżycie. Zwłaszcza, że była jedna z moich partnerek (i to ta, której ja byłem pierwszym partnerem, a możliwe też, że i ona była moją pierwszą). Wszystkich ich już nie pamiętam, ale niektóre tak. 
     Nie miałem problemu z rozpoznaniem nikogo. Czas wyjątkowo łaskawie obszedł się zwłaszcza z dziewczynami, które albo zmieniły się wcale albo na korzyść. Chłopacy, a także mężczyźni, bo byli też przedstawiciele zespołowej kadry, zmienili się nieco bardziej. Większość po prostu się z wiekiem zaokrągliła (z wyjątkiem tych, którzy okrągli byli już wcześniej). Na przykład A. (teraz będzie problem z rozszyfrowaniem inicjałów, ale nie szkodzi), którego pamiętam jako wysokiego szczupaka, że o druhu R. nie wspomnę, który dodatkowo posiwiał.
     Obejrzeliśmy sobie trochę naszych dawnych występów. Było mnóstwo śmiechu, kiedy widzieliśmy siebie i naszych kolegów sprzed kilkunastu lat. Dla mnie to było tym większe wzruszenie, że na jednym filmie w kilku momentach przemknął się gdzieś z boku sceny mój ojciec, który za mojej bytności w Zespole udzielał się tam społecznie jako elektryk-oświetleniowiec. Pamiętam nawet, że kiedyś naprawialiśmy razem świetlówki w korytarzu prowadzącym do garderoby i obu nas raz po raz popieścił prąd. Ale dosłownie "popieścił", bo było to nie bardziej dokuczliwe, niż elektryczność statyczna (byliśmy dobrze odizolowani od podłogi drewnianą drabiną i chyba parkietem).
     Dowiedziałem się, że w kręgach zespołowych weteranów krąży anegdota, w której przypisano mi pewne zabawne zdarzenie. Otóż kiedyś na tzw. kominku odbywał się konkurs wiedzy. Jedno z pytań brzmiało, "jak nazywa się dyrektor najbardziej znanego chóru chłopięcego z Poznania". Chodziło o Stefana Stuligrosza, a tymczasem mój kolega M., z którym byliśmy w drużynie, wypalił "Dusigrosz". Nie wiem, dlaczego po latach utrwaliło się, że to ja tak chlapnąłem. Może dlatego, że to zabawniej wygląda, kiedy taki łebski chłopak jak ja (dodam, że to nie samochwalstwo, ale opinia, którą wczoraj usłyszałem) palnie takie głupstwo. W każdym razie nie mam o to pretensji, choć początkowo wczoraj prostowałem tę anegdotę. Ale potem pomyślałem, że nic mi ona nie ujmuje, a jeszcze dodaje. Chyba M. się nie pogniewa, że wezmę to na siebie. A swoją drogą to bardzo dawno go nie widziałem, bo odszedł z Zespołu długo przede mną (a byliśmy w jednym wieku) i ciekaw jestem, co u niego słychać.
     Wspomnieniom nie było końca. Trudno było dojść do słowa, bo każdy chciał coś opowiedzieć. I to pomimo tego, że większość z obecnych widywała się już wcześniej. Na pewno ja byłem w takim składzie po raz pierwszy od kilkunastu lat, ale kto jeszcze, tego nie wiem. Czas tak szybko nam upłynął, że nawet nie wiedziałem, jak jest późno, kiedy zarządziliśmy odwrót. Dziwna sprawa, ale dopóki się nie zeszliśmy, nie brakowało mi takich spotkań, a teraz chętnie bym się wybrał na jakieś kolejne.
     I jeszcze jedna ciekawostka. Odkąd zakończyłem artystyczną "karierę", nie ciągnęło mnie w ogóle do jej kontynuowania w jakimś innym zespole (a miałbym ich co najmniej dwa do wyboru w tym jeden na Politechnice). Za każdym razem, kiedy namawiał mnie do tego A., który sam tańczył dalej, odpowiadałem, że ja już się w życiu natańczyłem. Tymczasem kiedy oglądałem wczoraj film z archiwalnymi występami Zespołu, nogi same rwały mi się do tańca, a usta do śpiewu. Jak ogromna jest siła ożywionych wspomnień. Dwanaście lat tańczyłem, śpiewałem, a także oglądałem i słuchałem innych, czy to tych młodszych, którzy tańczyli to, co ja wcześniej, czy tych starszych, którzy tańczyli układy, które ja dopiero miałem opanować. I teraz, choćby jutro, mógłbym znów założyć tenisówki i najpierw zrobić rozgrzewkę (marsz, polka, oberek, mazur, polonez) i stanąć do jakiegoś tańca. Najlepiej do suity rzeszowskiej. Ech, rozmarzyłem się... :)
Tagi: roman j
23:17, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 listopada 2008
     Właściwie nie wiem, czy odkryłem, czy stworzyłem nową formę życia. Może czytelnicy pomogą mi to rozstrzygnąć. A jak do tego doszło? Przypadkiem, jak to często w przypadku takich odkryć bywa.
     Okoliczności w każdym razie nie wskazywały na możliwość dokonania takiego odkrycia. Właśnie skończyłem trening na rowerku i zdjąłem spodenki, które zawsze w tym czasie zakładam. Ponieważ były mokre, więc powiesiłem je na kierownicy roweru i przestałem zwracać na nie uwagę. Jednak po jakimś czasie rzuciłem przypadkiem okiem na wyświetlacz rowerkowego licznika i zauważyłem, że miga na nim ikonka pokazująca, że mierzony jest puls. Szybko przełączyłem na odpowiednią pozycję i okazało się, że moje spodenki są chyba nieco poddenerwowane, bo mają puls w okolicach 90-92. Zresztą nie wiem, jaki jest normalny poziom pulsu takich spodenek, więc może źle zinterpretowałem ten wynik.
     Mam teraz mały zgryz. Przyzwyczaiłem się do tych spodenek i przebieranie się w nie przed treningiem jest dla mnie rytuałem, który nieraz pozwala mi przezwyciężyć niechęć do podejmowania wysiłku. Ale po dzisiejszym odkryciu (akcie twórczym?) trochę nie wypada wkładać sobie żywego i to jeszcze świeżo odkrytego organizmu na tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Poza tym skoro to żyje, to może i myśli, a jak myśli, to może jest złośliwe i mnie pogryzie tu i ówdzie? ;)
Tagi: roman j
00:14, roman_j
Link Komentarze (16) »
środa, 19 listopada 2008
     Wczoraj zrobiłem kilka zdjęć dokumentujących postępy przy remoncie. Kiedy ostatnio o nim pisałem, nie miałem światła w małym pokoju (planowo) i w przedpokoju (nieplanowo). W poniedziałek zająłem się przedpokojem, gdzie zrobiłem na przerwanym kablu tymczasową spinkę (docelowo ten przewód nie będzie wykorzystany). Natomiast we wtorek zakończyłem rozkładanie kabli do oświetlenia w małym pokoju, które spiąłem i podłączyłem do zasilania.
     Pierwszy test nie był udany. Światło się nie zapaliło. Na szczęście instalacja też nie. ;) Zacząłem szukać usterki lub błędu i po chwili znalazłem. Okazało się, że źle podłączyłem oprawę. Kiedy to poprawiłem, stała się światłość. Poniżej zdjęcia robione niedługo później.
     Na pierwszym zdjęciu jest instalacja w prawie całej okazałości. Na pierwszym planie świecąca żarówka na dowód, że wszystko działa. Wyłącznik jest tymczasowy. Muszę kupić nowy, bo ten się trochę zdekompletował przy demontażu. Instalacja poprowadzona jest krzywo, bo puściłem ją po śladzie tej zdemontowanej.
 
Remont
 
     Na poniższym zdjęciu narożnik pokoju. Tędy biegnie nowe zasilanie i tutaj też odkryłem kolejną niespodziankę - przewód zasilający, który dopiero z tego pokoju wyprowadzony jest na korytarz. Na dodatek towarzyszą mu dwa dalsze przewody, których przeznaczenia jeszcze nie udało mi się ustalić. Jeden może zasilać gniazda w tym pokoju, a drugi może dzwonek?
 
  Remont
 
     Na kolejnym zdjęciu zbliżenie puszki instalacji oświetlenia. Przewody połączyłem w niej specjalnymi łącznikami. To lepsze niż kostki czy skręcanie drutów na krótko. Ma wszystkie zalety obu sposobów, a nie ma ich wad. Ale jedną wadę ma. Dość trudno wymontować z tego przewód, jeśli jest krótki, a sam łącznik ma wiele wejść. Tutaj są tylko podwójne, ale w gnieździe poniżej mam poczwórne.
 
 Remont
 
     Na kolejnym zdjęciu nowe gniazdo. Na razie ze starym "wkładem", bo obawiałem się, że się bebechy gniazda nie zmieszczą, tyle tam jest przewodów. Ale zmieściły się. Docelowo będzie tu pojedyncze gniazdo z bolcem (teraz widać podwójne bez bolca). Dołem wychodzi przewód zasilający, a obok niego przewód do kolejnego gniazda, które pojawi się wkrótce.
 
  Remont
 
     I to na razie cała dokumentacja fotograficzna. Mam jeszcze trzy kolejne zdjęcia, ale nie ma na nich nic interesującego. Te zdjęcia przydadzą się mnie, żebym później wiedział, jak rozwiązałem instalację.
 
 
Tagi: roman j
10:11, roman_j
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape