O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 25 listopada 2009

Napisałem wczoraj list odręcznie w odpowiedzi na list elektroniczny. List był całkowicie poświęcony sprawom prywatnym i oprócz moich zapisków nie zawierał nic, co wymuszałoby taką jego formę.

Czasami żałuję, że nie ma nikogo, z kim mógłbym utrzymywać korespondencję w tej formie. Dwustronną korespondencję, bo pisanie do kogoś odręcznie bez otrzymywania odpowiedzi tą samą drogą to tylko połowa przyjemności, a może nawet mniej niż połowa.

Tagi: roman j
11:44, roman_j
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 listopada 2009

Od jakiegoś czasu w wolnych chwilach (czyli praktycznie tylko w czasie drogi do i z pracy) rozmyślam o rzeczach ostatecznych. Te rozmyślania już ze trzy razy chciałem przenieść na łamy bloga, więc jeśli teraz ktoś czyta te słowa, to znaczy, że w końcu się udało.

Co mnie natchnęło do takich rozmyślań? Dość dziwna konstatacja, jakiej dokonałem, kiedy w przeddzień Wszystkich Świętych sprzątałem grób ojca z opadłych liści. Przyszło mi wtedy na myśl, że skoro doczesne szczątki mojego ojca rozkładają się już od jakichś 7 lat po tą kamienną płytą, z której zmiatam liście, to jest bardzo prawdopodobne, że produkty tego rozkładu trafiły już do gleby a przez nią do korzeni drzewa wyrastającego nieopodal grobu. Oznacza to, że drzewo szczątkami doczesnymi mojego ojca wzbogaca swój metabolizm, a w efekcie wbudowuje je także w swoje tkanki, czyli także w liście. Liście te opadają potem na jesieni na grób, więc czy zbierając je i wynosząc na śmietnik nie beszczeszczę pamięci ojca?

Większość ludzi, których bym o to zapytał, odpowiedziałaby, że nie i że to absurd, ale byłaby to odpowiedź na pewno nie poparta głębszym namysłem. A ja postanowiłem się nad tym właśnie zastanowić, ile z nas jest w nas i co z nas pozostaje po śmierci, czemu winniśmy okazywać szacunek.

W naszej kulturze z szacunkiem odnosimy się do ciała zmarłego, ale na skutek procesów posmiertnych ulega ono powolnej dezintegracji. Jego część zachowuje się w jakiejś całości, ale z drugiej strony spora część rozkłada się i rozprasza. Po kremacji, która staje się w naszym kraju coraz popularniejsza, właściwie nie zostaje nic, co przypominałoby zmarłego. Większość jego zwłok ulatuje w atmosferę w postaci pary wodnej, dwutlenku węgla i innych lotnych gazów, a pozostają niepalne związki mineralne w postaci popiołu. Popiół ten prawdopodobnie nie nosi nawet piętna ciała, z którego powstał, bo jedyne takie piętno w postaci DNA według mojej wiedzy nie ma szans przetrwać procesu kremacji.

Kończąc wątek cielesny moich rozważań, który wbrew moim zamiarom znacznie się rozrósł, chciałbym się jeszcze tylko podzielić refleksją, że Ziemia jest jak jedna wielka retorta, w której nieustannie zachodzi proces naturalnego recyklingu. Każdy z nas składa się z cząstek, z atomów, które wielokrotnie wchodziły w skład innych konfiguracji tworzących organizmy żywe czy obiekty przyrody nieożywionej lub nawet wytwory kultury. Ciekawie byłoby prześledzić, w skład czego wchodziły wcześniej budujące mnie obecnie elementarne cząstki.

Ten naturalny recykling, który sprawia, że funkcjonuję obecnie w pożyczonym ciele, które oddam po śmierci w całości do ponownego wykorzystania milionom innych istnień, nie tylko ludzkich, nasunął mi myśl, że jest jedna rzecze (czy można ją nazwać "rzeczą"? chyba tylko w najogólniejszym tego słowa sensie), która jest specyficznie moja. To moja świadomość, moja psychika. Ale ona jedna, przynajmniej tak zakładam, nie przetrwa momentu mojej śmierci. To mnie skłoniło do zadania sobie pytania, czy mam szansę ponownie pojawić się na tym świecie i w wyniku jakiego procesu?

Nie wierzę w reinkarnację. Jak już napisałem, zakładam, że moment śmierci jest tym, którego moja świadomość nie przetrwa. Nie uleci z ciała, ale po prostu dobiegnie swego kresu i nie zostanie nigdy wskrzeszona. Ale czy jest możliwość, żebym pojawił się znowu na tym świecie w sensie istnienia samoświadomości, która jest jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem świata?

Próbując odpowiedzieć na to pytanie doszedłem do ściany (w przenośni oczywiście). Z jednej strony odpowiedź może brzmieć: oczywiście, że tak. W tej chwili takich obserwująco-uczestniczących samoświadomości jest kilka miliardów licząc tylko ludzi. Oni nie są mną z mojego punktu widzenia, ale są sobą każdy ze swojego punktu widzenia. Każdy jest takim wcieleniem obserwatora, który zauważa, że oprócz umysłu służącego obserwacji, ma też ciało służące podejmowaniu działań. Ja jako ja w żadne takie kolejne ciało się nie wcielę, bo żeby takiego wcielenia dokonać, musiałbym zachować swoją świadomość choćby w jakiejś szczątkowej postaci tak, żebym zachował choć jakiś ślad wspomnienia, że kiedyś miałem inne ciało, byłem kimś lub czymś innym.

Ale to przeczy mojemu założeniu o nieodwracalnej śmierci świadomości. Zatem ja już nigdy na ten świat nie wrócę. I nigdy na tym świecie nie będę. Ale nadal próbuję znaleźć pozytywną odpowiedź na pytanie, czy będę funkcjonował jeszcze kiedyś na tym świecie jako inna świadomość w innym ciele? Czy dane mi będzie, tak jak teraz, jednocześnie obserwować i działać z pełną samoświadomością. Patrzeć na przykład na swoje ręce na klawiaturze i móc powiedzieć o nich "to są moje ręce, nad którymi mam określoną władzę, które mogę w jakimś zakresie ukształtować, mogę za ich pomocą nawiązywać kontakt z otoczeniem, odczuwać za ich pośrednictwem ciepło, dotyk, ból, wilgoć, itp." Czy dane mi będzie takie doświadczenie?

Nie, mnie już nigdy nie będzie dane, bo ja jako ja zniknę w dniu swojej śmierci na zawsze. Z drugiej strony codziennie powstają nowe życia, ale one nie mogą być mną, skoro ja jestem wciąż jeszcze sobą. I chociaż ten fenomen samoświadomości dany także mnie, jest doświadczeniem każdego człowieka (i nie tylko człowieka, choć człowiek jedynie potrafi go nazwać i do pewnego stopnia opisać), to ponowne narodziny mnie są niemożliwe. Nawet wierny klon mojej osoby nie będzie mną. Będzie miał własną samoświadomość i będzie sobą. Może być nawet mną dla innych, ale nie będzie mną dla mnie samego. Czy zatem zobaczyłem ten świat swoimi oczami te ponad 30 lata temu jedynie na czas mojego osobniczego zycia i nigdy więcej nie będzie mi to dane.

Dochodzę do wniosku, że tak i jest to pesymistyczna konkluzja. Ale towarzyszy jej jednocześnie konkluzja optymistyczna, że dopóki istnieje gatunek ludzki, dopóty będzie żył ktoś, kto będzie tego fenomenu doświadczał. I po mojej śmierci ja będę w każdym z ludzi. Ja nie w sensie fizycznym czy nawet duchowym (dowolnie rozumianym), ale ja jako rozumiejąca siebie samoświadomość mająca zdolność obserwacji otoczenia i wpływania na nie. Samoświadomość podzielona na nie doskonale rozdzielone od siebie pojedyncze jednostki, które mogą na siebie oddziaływać, mogą się próbować wzajemnie zrozumieć, ale nie mogą się ze sobą w żadnym stopniu połączyć (za wyjątkiem połączenia się ich materialnych powłok).

Czy można w tym znaleźć pociechę? Nie wiem. Jest w tym coś tchnącego optymizmem. A poza tym, against all odds, ja wierzę, że jeszcze na ten świat powrócę po śmierci, że dane mi będzie przeżywać to, co przeżywa każda żyjąca istota, to co przeżywam teraz, przynajmniej w najogólniejszym sensie. I jest to paradoksalnie wiara w najdoskonalszej postaci, bo nie ma żadnego cienia dowodu ani nawet najdrobniejszej poszlaki, że to może być prawda. I nigdy jej nie będzie moim zdaniem.

A gdybym chciał na podstawie mojej wiary stworzyć jakiś kult i jakąś naukę na kształt tego czym dla religii, w których istnieje pojęcie boga, jest teologia, która to nauka miałaby objaśniać zasady mej wiary, stanowić jej naukową bazę, rozstrzygać jej wątpliwości, formułować dogmaty, itp. to próba taka skazana jest na nieuniknioną porażkę. Pozostaje mi tylko wierzyć, nie wiedząc nawet, jaką przyjmnie postać to, w co wierzę i nie mając nigdy możliwości przekonania się, że moja wiara nie była daremna. Tutaj nie będzie żadnego przyszłego "zbawienia", żadnego "zmartwychwstania", żadnej nagrody za wiarę w postaci raju. Zbawienie i zmartwychwstanie odbywa się natychmiast przez sam akt wiary, a jednocześnie nie dokona się nigdy. Jedyną zaś nagrodą za wiarę jest sama wiara.

Nie potrzeba do w tej wierze też żadnych pośredników nie tylko w postaci kapłanów kultu, ale też w formie boga, czy też stadka bogów z ich dworami i przyległościami. Jest to wiara bardzo pod tym względem ascetyczna. Nie towarzyszy jej przerost formy nad treścią, a brzytwa Okhama nie miałaby czego w niej ciąć, bo żadnych bytów nie tworzy poza tymi, których istnienie daje się obiektywnie i naukowo dowieść.

W tej wierze nie ma także miejsca na choćby ślad racjonalizmu, bo leży ona w całości poza sferą pojęciową rozumu, zatem nie ma zagrożenia herezją. Nie niesie też ona ze sobą żadnego materiału etycznego. Zasady etyki należy sobie wyprowadzić z innych źródeł. Jest to po prostu w wiara w najczystszej możliwej postaci. Sam preparat, niemal sama idea wiary. Coś pięknego w swej doskonałości i... niemal całkowitej bezużyteczności. Jedyne bowiem, czego może dostarczać, to pociecha, ale i ta jest bardzo subtelna i właściwie nie może służyć jako oparcie w codzienniej egzystencji i w zmaganiach ze światem. Jest to pociecha jedynie w tym smutku, który rodzi się z uświadomienia sobie przemijania życia, którego kres jest kresem naszego świata. Nie każdemu taka pociecha jest potrzebna. Większości za pociechy dostarczają konwencjonalne religie.

środa, 11 listopada 2009

Powróciłem do "Doktora Faustusa" Tomasza Manna. Pisałem jakiś czas temu, że nie udało mi się przez tę książkę przebrną, ale że wrócę do niej w przyszłości i przeczytam ją do końca. Uznałem właśnie, że nadszedł odpowiedni moment i znów czytam tę powieść od początku. I znów, chyba, wzrasta moje zainteresowanie i fascynacja muzyką. To znaczy "chyba znów", a nie "chyba wzrasta".

Zacząłem się zastanawiać, dlaczego do muzyki mam wyjątkowy stosunek spośród wszystkich dziedzin sztuki. Do żadnej innej nie mam takiej atencji. To znaczy próbowałem taki stosunek w sobie wykształcić, ale bezskutecznie. Chociaż w pewnym stopniu podobną estymą, jak muzykę, obdarzam literaturę piękną. Czym się jednak muzyka tak wyróżnia? Otóż przede wszystkim tym, że działa przede wszystkim na zmysły. A dokładnie na jeden z nich - słuch. Za pomocą muzyki można gmerać bezpośrednio w czyimś mózgu bez pośrednictwa słów i wywoływać stany emocjonalne u człowieka, który nie dość, że nie opanował sztuki czytania to również nie musi w ogóle znać jakiegokolwiek języka. Muzyka ma więc po pierwsze walor uniwersalności. Ale przecież nie jest muzyka jedyną sztuką, która działa bezpośrednio na zmysły. Mamy przecież tych zmysłów aż pięć i na każdy z nich można bezpośrednio zadziałać.

Zacznę od tego najmniej oczywistego, czyli dotyku. Tutaj chyba stosunkowo najtrudniej jest mi wyobrazić sobie taką sztukę oddziaływania. Chyba najbliższa temu pojęciu byłaby sztuka kochania czy też masaż podniesiony do rangi sztuki. Sztukę taką trudno chyba jednak byłoby uprawiać publicznie i w większym gronie na podobieństwo koncertów. To stanowi poważne jej ograniczenie.

Jako kolejne "sztuki zmysłowe" wezmę ma warsztat te, które oddziałują na węch i smak. Potraktuje je razem, jako że zmysły te są ze sobą powiązane i jeden bez drugiego, a zwłaszcza drugi bez pierwszego wiele traci. Tutaj również można wskazać sztuki, które oddziałują bezpośrednio na zmysły, a jako pierwsza wysuwa się sztuka kulinarna. Ma ona jednak tę wadę, że zbyt częste i intensywne oddawanie się jej może prowadzić do zdrowotnych komplikacji i to o zarówno dość szybkich jak też i długofalowych skutkach. Myślę, że muzyka nie niesie ze sobą podobnych zagrożeń, choć w nadmiarze wszystko szkodzi, zapewne też i ona. Ale myślę, że ten "nadmiar" w przypadku muzyki znacznie trudniej osiągnąć niż w przypadku konsumpcji wytworów sztuki kulinarnej. Poza tym narząd zmysłu smaku jest dość prymitywny, bo rozróżnia tylko pięć smaków. W zestawieniu z bogactwem dźwięków jest to nędza. Gdyby nie wspierający smak zmysł węchu odznaczający się znacznie większą "rozdzielczością", sztuka kulinarna niewielką dysponowałaby skalą wywieranych wpływów, doznań, jakie by oferowała.

Są też jeszcze co najmniej dwie okoliczności, które warto tutaj wspomnieć przy okazji omawiania doznań smakowych i zapachowych. Pierwsza dotyczy tych drugich i wynika ze sposobu działania zmysłu powonienia, który wykazuje szybko wzrastającą tolerancję na bodźce, jeśli działają one ciągle. A zwykle taki jest charakter ich działania, który dodatkowo cechuje się niewielką różnorodnością w czasie. To tak, jakby na koncercie orkiestra grała pojedyncze akordy wydłużając ich trwanie do kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu minut. I tu doszedłem do kolejnej cechy muzyki, do której jednak wrócę później w tym wpisie, bo powinienem najpierw napisać o jednej jeszcze okoliczności.

Otóż zarówno nasze zmysły węchu, jak i smaku, a raczej płynące z niego sygnały, w toku ewolucji zostały przystosowane do wskazywania zagrożeń. To dlatego niektóre smaki czy też zapachy uznajemy za nieprzyjemne. Co prawda również pewne dźwięki wywołują w nas różne przykre odczucia, czy stawiają nas w stan alarmu, ale wydaje się, że zmysł słuchu mniej jest w tym kierunku wyspecjalizowany, przynajmniej jeśli chodzi o dźwięki, a nie przyswajane przez ten kanał komunikacji ze światem komunikaty werbalne. Niewykluczone jednak, że spłycam to zagadnienie i przez to podkreślam różnicę, która być może nie ma zasadniczego znaczenia lub wręcz jest pozorna.

Na sam koniec moich rozważań pozostawiłem zmysł wzroku, wydaje mi się bowiem, że przez ten zmysł można zadziałać w najbardziej podobny sposób, w jaki muzyka działa przez zmysł słuchu. Mam tu na myśli działanie raczej przez kolor niż przez formę, bo forma (na przykład smukła sylwetka konia) podlega analizie, czasami nawet nieuświadamianej sobie przez odbiorcę, a kolor działa bezpośrednio. Dlaczego jednak pozbawione zrozumiałej formy zestawienia kolorów nie potrafią wywołać, (przynajmniej we mnie; co do innych się nie upieram), tego samego odczucia, co muzyka? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest chyba ruch, następstwo, dynamika. Obraz, jakkolwiek nie byłby kolorowy, jest statyczny. Wszystkie bodźce docierają do nas jednocześnie, choć niekiedy uda nam się dostrzec jakieś niuanse, które umknęły nam wcześniej. To jest tak, jakby orkiestra zagrała na raz wszystkie nuty zapisane na partyturze. Oczywiście żeby zachować podobieństwo w tym porównaniu, orkiestra ta powinna się składać z tylu muzyków, ile jest dźwięków do zagrania.

Chociaż i to porównanie nie jest dobre, bo jednoczesne współbrzmienie dźwięków, zachowując analogię ich odbioru przez odpowiednie zmysły, powinno być raczej porównane do zmieszania kolorów niż do ich umieszczenia w postaci osobnych plam różnej wielkości. W drugą zaś stronę trudno chyba znaleźć w sposobie wykonania muzyki analogię do obrazu przy założeniu, że miałoby się odbywać przez jednoczesne odegranie dźwięków. Zmysł wzroku dysponuje pewną rozdzielczością, która pozwala mu rozróżniać różne kolory jednocześnie i składać je w jeden obraz. Z dźwiękami jest trudniej. Co prawda możemy nauczyć się rozróżnić, ale nie mamy tej zdolności z natury, dźwięki różnych instrumentów nawet, jeśli są tej samej wysokości. W pewnych sytuacjach możemy też wskazać, z jakiego kierunku dźwięki te dochodzą, ale to wszystko nie pozwala chyba znaleźć pełnej analogii między sposobem odbioru dźwięków układających się w melodię i kolorów tworzących obraz.

Może gdyby kolorom nadać dynamikę, w tym sensie, że zmieniałyby się w czasie w jakimś określonym rytmie i porządku, nawet tworząc jakieś skomplikowane wzory, ich oglądanie dostarczałoby podobnych wrażeń, co słuchanie muzyki. Notabene zastanawiałem się, w jaki sposób można by utwory muzyczne "przetłumaczyć", możliwie najwierniej, na widowiska optyczne? Być może będę się nad tym jeszcze zastanawiał, bo zagadnienie mnie zainteresowało i zainspirowało. :)

Niezależnie od tego uważam, że muzyka jest ze wszystkich sztuk wyjątkowa. Ale oczywiście do tego mojego poglądu nie zamierzam nikogo przekonywać. Pewnie podobnie jak ja powyżej udałoby się wykazać, że każda inna dziedzina sztuki jest wyjątkowa.

Tagi: roman j
14:17, roman_j
Link Komentarze (4) »
środa, 04 listopada 2009

Tak, wiem, to już zaczyna być nudne, kiedy po raz kolejny piszę, że doszedłem do wniosku, że pisanie tego blogu uważam za pozbawione sensu. Zresztą ta notka jest tej tezy koronnym dowodem, bo argumentem, jaki zamierzałem wytoczyć, jest to, że się powtarzam. I nawet domyślam się, w jakim tonie będą utrzymane komentarze (chyba, że ich nie będzie albo czytelnicy dowiedziawszy się, że ich przejrzałem napiszą coś innego niż mi się wydaje).

Myśl o bezsensowności pisania bloga przyszła mi na myśl na ulicy, wieczorem, kiedy w zacinającym deszczu szedłem... zresztą nie ważne gdzie, bo o tym też już było wielokrotnie w blogu. Kolejną myślą było to, że napiszę o tym tutaj. A kolejną, że napiszę, że nie zamierzam tego bloga kasować, a to poczucie bezsensowności jest chwilowe i pewnie za jakiś czas minie, co zamierzam sobie w spokoju przeczekać.

Później jednak przyszła mi jeszcze jedna myśl. Otóż miałem kiedyś na blogrollu adres bloga, którego autor wrzucał do notek bardzo piękne zdjęcia. Jeśli dobrze pamiętam, dodawał do nich jakiś krótki komentarz. W pewnym momencie stwierdził, że nie widzi sensu dalszego prowadzenia blogu i dlatego od tego dnia będzie codziennie usuwał jedno zdjęcie od końca. Oczywiście czytelnicy apelowali, żeby tego nie robił, ale on był konsekwentny. Codziennie znikała jedna notka, aż zniknął w końcu cały blog. Przyznam, że to mi zaimponowało. Co innego jednym ruchem skasować blog. To można zrobić w chwili słabości. Co innego zaś konsekwentnie codziennie usuwać z niego kolejne notki i w ten sposób konsekwentnie uśmiercać go na raty. Nie wiem, czy bym tak potrafił i jak na razie nie planuję tego sprawdzać.

Kolejna myśl, jaka mi przyszła do głowy, wiąże się z tym wywiadem, a szczególnie z tym fragmentem, którego lektura wywołała we mnie rezonans:

Pańscy bohaterowie prowadzą podwójne życie. W dzień pracują w firmach komputerowych, są nauczycielami, bankierami, a nocą urządzają fikcyjne pogrzeby, piją krew. Co ich motywuje?

- Nie interesuje ich nabywanie przedmiotów, osiąganie statusu w hierarchii społecznej, ale kolekcjonowanie stanów psychicznych.

Uspokoję czytelników, szczególnie tych, którzy znają mnie osobiście, że nie jestem zainteresowany w urządzaniu fikcyjnych pogrzebów czy piciu krwi. Zresztą podkreśliłem powyżej to, co we mnie zarezonowało. Niektóre stany psychiczne poznałem. Wiem na przykład, jak to jest lecieć głową w dół z prędkością 200 km/h. Ale nie wiem, jak to jest, kiedy jest się odciętym od wszelkich bodźców ze świata zewnętrznego, a chciałbym wiedzieć. Jest pewnie jeszcze wiele stanów wartych przeżycia, z czego bardzo chciałbym poznać co najmniej jeden. Ale nie napiszę jaki, bo muszę dbać o reputację. ;)

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Kiedyś pisałem, że dobrze, że są komentarze, bo można na nie odpowiedzieć, jak się nie ma ochoty pisać notki. Teraz dla odmiany nie chce mi się na nie odpowiadać.

Tagi: roman j
22:20, roman_j
Link Komentarze (5) »
niedziela, 01 listopada 2009

Uznałem, że trzeba trochę złagodzić wymowę tej notki, w której tytule użyłem słowa "klęska". Nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać po jej lekturze. Właściwie, to jest nawet całkiem nieźle. Tamta notka powstała pod tytuł, który wpadł mi do głowy, kiedy wysilałem mózgownicę, jak zatytułować kolejną notkę. Tytuł wymyśliłem niezbyt szczęśliwy, jak to dziś widzę. Na dodatek brak mi ostatnio polotu, więc i notka wyszła ciężkawa (ta zresztą jak dotąd też lekkością nie grzeszy).

Pierwszy wolny weekend tego semestru mam za sobą. Drugi będzie niedługo, bo już za dwa tygodnie, ale potem znów seria - trzy pracujące pod rząd. Ale jakoś to zleci, bo czas płynie niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Tak samo jak zleci pół roku do kolejnego przylotu M., który wylatuje do siebie na początku przyszłego tygodnia. Z tej okazji spotkaliśmy się w piątek ostatni raz przed jego wylotem w jego "posiadłości" w B.

Trochę porozmawialiśmy, a potem M. zaproponował niespodziewanie, żeby pojechać na obiad do Płońska. Do tej samej restauracji, w której byliśmy, jak przed chwilą sprawdziłem, prawie dokładnie dwa lata temu, bo 20 października 2007 r. (napisałem po tamtej wizycie notkę, która dziś wydaje mi się nieco infantylna; no cóż, jestem o dwa lata starszy...). Oczywiście zgodziłem się, bo też chciałem się tam wybrać, a była to ostatnia okazja, żeby udało się to jeszcze w tym roku. Zaprosiliśmy do towarzystwa B. i we trójkę pojechaliśmy na obiad do "Kaprysu". Przy okazji wspomniałem nieszczęsne krewetki w warzywach, którymi raczyłem się w Płońsku podczas jeszcze jednej wizyty przed dwoma laty (o czym też pisałem wtedy w blogu).

A skoro o Płońsku mowa, to nawiązałem ostatnio kontakt z A. Właściwie to on go zainicjował, a ja zrobiłem krok dalej. Trochę się przy tej okazji po nim przejechałem. Może nawet za mocno. Nadal mam wątpliwości, czy chcę tę znajomość odnowić, więc być może chciałem ją przerwać zanim się na nowo nie zadzierzgnie. A może po prostu uznałem, że na to zasłużył. I albo to zniesie bez słowa pretensji, albo kontakt się znów urwie, co będzie oznaczało, że i tak nie warto go było odnawiać. Przyjmując tę drugą wersję sprawa jest nierozstrzygnięta. Zapadło milczenie. Jeśli nie zostanie przerwane jakąś poważną rozmową w najbliższym czasie, to sam ją rozstrzygnę na korzyść wersji o nieudanej i niecelowej próbie odnowienia kontaktu.

M. pewnie powiedziałby mi w tej sytuacji "nie bądź trudny!". Próbuję się do tego wezwania stosować. Ale są sytuację, kiedy w wyborze między byciem sobą, a byciem an easygoing person wybieram to pierwsze. Zresztą to, co zdobyte (a tym razem raczej odzyskane) w trudzie, zwykle bardziej się ceni niż to, co przyszło łatwo. Dlatego bywam czasem trudny.

Tagi: roman j
22:41, roman_j
Link Komentarze (7) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape