O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010

Piszę od czasu do czasu o chórze, ale ponieważ jeden obraz wart jest tysiąca słów, a ja nie mam ostatnio za wiele czasu na pisanie, więc zapraszam na stronę chóru, w którym śpiewam. Po wybraniu w menu pozycji "Zdjęcia" można obejrzeć pięć zdjęć z ostatniego występu. Pięć zdjęć czyli równowartość pięciu tysięcy słów. ;)

Niestety, strona nie działa poprawnie w Firefox'ie, więc dla tych, którzy używają tylko tej przeglądarki, wrzucam ten link.

Tagi: chór roman j
23:06, roman_j
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 listopada 2010

Rzadko wstawiam w notkach blogowych jakieś odnośniki do zasobów You Tube, ale ze względu na brak czasu na napisanie dłuższej notki (tematów nie brakuje) i ze względu na to, że miałem w ciągu tygodnia dwa koncerty z chórem, dziś trochę muzyki.

Zastanawiałem się co wrzucić. Miałem trudny wybór, bo gdybym chciał wrzucić wszystko, co lubię, to nie starczyłoby mi czasu i miejsca. Dlatego zdecydowałem się na kawałek "Lost for words" Pink Floyd.

Kiedy usłyszałem to po raz pierwszy, ujął mnie tekst, który wrzucam zresztą poniżej. W wersji oryginalnej i w polskim tłumaczeniu z tej strony (może nie jest najlepsze, ale można przynajmniej zorientować się, o co chodzi, jeśli ktoś nie zna angielskiego). W obu wersjach pogrubiłem ten tekst, który mnie ujął... ;)


I was spending my time in the doldrums
I was caught in a cauldron of hate
I felt persecuted and paralysed
I thought that everything else would just wait

While you are wasting your time on your enemies
Engulfed in a fever of spite
Beyond your tunnel vision reality fades
Like shadows into the night

To martyr yourself to caution
Is not going to help at all
Because there'll be no safety in numbers
When the Right One walks out of the door

Can you see your days blighted by darkness?
It is true you beat your fists on the floor?
Stuck in a word of isolation
While the ivy grows over the door

So I open my door to my enemies
And I ask could we wipe the slate clean
But they tell me to please go fuck myself
You know you just can't win




Żyłem tam gdzie nie wiał wiatr
Uwięziony w kotle nienawiści
Czułem się prześladowany i sparaliżowany
Myślałem że wszystko inne po prostu poczeka

Kiedy tracisz swój czas na nieprzyjaciół
Owładnięty gorączką złości
Poza twoim wąskim spojrzeniem realność znika
Jak cienie odchodzące w noc

Męczarnia ostrożności
Z pewnością nie pomoże
Ponieważ statystyka nie ma znaczenia
Kiedy ta jedyna zamyka za sobą drzwi

Czy widzisz jak ciemność niweczy twoje życie
Czy to prawda ze walisz pięściami w ziemię
Unieruchomiony w odizolowanym świecie
Gdy pędy bluszczu zarastają drzwi

Więc otwieram drzwi dla swoich wrogów
I pytam czy możemy zacząć od nowa
A oni mówią abym łaskawie się odpieprzył
Wiesz że po prostu nie możesz wygrać

Tagi: roman j
23:48, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 20 listopada 2010

Nie będzie o wyborach, chociaż komuś tytuł mógłby się tak skojarzyć. Czasem żniw określiłem niedawno na swój uzytek okres, jaki nastał na uczelni. Zaczęły się obrony projektów. Pierwsze sprawdziany zostały sprawdzone i z chaosu wyłania się jakiś obraz.

Z masy studenckiej, wciąż jeszcze w znacznym stopniu anonimowej, zaczynają się wyłaniaćcoraz wyraźniejsze zarysy sylwetek. Ten jest bardzo dobry, ta dostateczna, a ten chyba będzie potrzebował repety, jak się nie weźmie do roboty. Klaruje się nie tylko obraz umiejętności studentów, a pośrednio także moich sukcesów czy też porażek dydatktycznych.

Lubie ten czas, choć oznacza on dla mnie huk dodatkowej roboty, bo do sprawdzenia są dziesiątki, a nawet i setki (prawie dwie) projektów, sprawdzianów, poprawek. Ale jest to pierwszy okres zbierania plonów dydaktycznego siewu. Plony są raz lepszej raz gorszej jakości, ale niosą ze sobą zawsze te same cenne informacje.

Ja w przeciwieństwie do rolników plony zbieram kilka razy do roku poza wakacjami. Zwykle w dwóch okresach w ciągu semestru nie licząc czasu sesji. Wkrótce rubryki mojej dokumentacji zapełnią się kolumnami cyfr, które będę sobie pod różnymi kątami analizował. Część pracy została wykonana.

Część tej części na tyle dobrze, że poprawki nie będą potrzebne. Wiedza trafiła na podatny grunt i dała bardzo dobry plon. W niektórych przypadkach wiedza ta trafiła niestety na skałę. Ale może i tam w niektórych przypadkach coś zakiełkuje. Jak nie w tym roku akademickim, to może w przyszłym. Mnie się nigdzie nie spieszy...

piątek, 12 listopada 2010

Od kiedy przeczytałem hasło "Lepiej coś zrobić i żałować niż żałować, że się czegoś nie zrobiło" staram się realizować wszystkie swoje plany i pomysły, o ile uważam je za realne (i o ile mnie na nie stać). Niedawno dopisałem do tej listy dwie rzeczy. Dwie zupełnie różne rzeczy. Jak zwykle bez jakiegoś określonego terminu realizacji. Ot tak, żeby mieć je pod ręką, jak zabraknie mi bieżących pomysłów.

Pierwszy pomysł dotyczy domowego wyrobu fermentowanych napojów alkoholowych. Robiłem już wino (z sukcesem) i piwo (z połowicznym sukcesem, ale bez procesu zacierania). I chociaż na polu wyrobu obu tych rodzajów trunków mam jeszcze wiele ciekawych koncepcji do zrealizowania, uznałem jednak, że warto zmierzyć się ze specyficzną dla Polski produkcją. I nie mam na myśli bimbru. ;)

Chciałbym mianowicie zająć się miodosytnictwem. Ambitnie założyłem sobie, żeby zacząć od nastawienia półtoraka. Na początek raczej takiego niesyconego, bo perspektywa przeprowadzania procesu sycenia chwilowo raczej mnie zniechęca. Ale kto wie, może i taki sycony w następnej kolejności nastawię. Bardzo cenię, ze względów smakowych i zdrowotnych, miód gryczany i wstępnie założyłem, że z takiego właśnie miodu (czy to krupca czy patoki) zrobię mój pierwszy półtorak. Kiedy? Nie wiem. Może za rok, a może za tydzień. Ze mną jak z wiosenną burzą. Nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy piorun strzeli. ;)

Drugi pomysł jest z dziedziny muzyki. Próbowałem swoich sił na instrumencie klawiszowym i byłem zadowolony, dopóki nie usłyszałem, jak na pianinie gra perkusista. Biorąc pod uwagę, że do pianina mam dostęp nieco utrudniony i mogę na nim poplumkać najwyżej pół godziny do godziny raz w tygodniu, uznałem, że to chyba nie ma to sensu, dopóki nie będę miał pianina na własność lub z dużo łatwiejszym dostępem. Na to się na razie nie zanosi.

Pomyślałem więc, że mogę się wyżywać muzycznie na... saksofonie. Ten przynajmniej jest o tyle poręczny, że można go mieć w domu i trenować w wolnej chwili. Albo wyjść sobie w pole, żeby sąsiadom się nie uprzykrzać. Skąd ten pomysł? Przede wszystkim z książki. Przeczytałem "Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego i tam było dużo dobrego o saksofonie. To jeden z powodów, ale nie jedyny. Drugiego nie ujawnię, ale co najmniej jedna osoba, jeśli czyta ten blog, domyśli się go. Przynajmniej w przybliżeniu. Poza tym ja generalnie mam słabość do brzmienia tego instrumentu. Chyba jeszcze tylko klarnet i może flet działają na mnie podobnie.

Niespecjalnie mam pojęcie o graniu na saksofonie, ale nie martwi mnie to, bo wszystko jest dla ludzi. Mam zresztą w chórze kolegę, który gra na puzonie i lubi sobie ze mną pogadać, więc jak go skieruję na tematy instrumentów dętych, to myślę, że dowiem się większości tego, co byłoby mi potrzebne. Co prawda technika gry na puzonie jest inna niż na saksofonie, ale może jak ktoś umie dmuchać w jedną rurę, to ma też jakieś pojęcie o dmuchaniu w inną. :)

W tej drugiej sprawie też sobie nie wyznaczam żadnych terminów. Ot, pomysł dopisałem do listy rzeczy wartych zrobienia. Kiedy nabrzmieje we mnie chęć, a okoliczności będą sprzyjały, to zacznę dąć w tę zakrzywioną metalową rurę z dziurami po bokach. W końcu skoro Clinton gra, to czy ja jestem gorszy? ;)

Tagi: roman j
15:18, roman_j
Link Komentarze (25) »
czwartek, 11 listopada 2010

Wczoraj, bo jest już po północy, a stało się to całkiem niedawno, zakończyłem pisać kolejny tom, czyli zeszyt, mojego dziennika. To był czternasty z kolei zeszyt. Zapisywałem go dziesięć lat bez jedenastu dni, bo pierwszy wpis jest zrobiony z datą 21 listopada 2000 r.

Kiedy zaczynałem zapełniać ten zeszyt zakładałem, że zapiszę go w maksymalnie półtora roku. Czas pokazał, że się sporo pomyliłem. Miałem nawet chwile zwątpienia, czy w ogóle kiedykolwiek zakończę ten tom, czy może to na nim ten diariusz się zakończy.

Mnóstwo rzeczy zdarzyło się przez te prawie dziesięć lat pisania dziennika. Zaczynałem pisać jako świeżo upieczony absolwent studiów, a zakończyłem jako doktor z pięcioletnim stażem. W międzyczasie pochowałem ojca, straciłem bliskiego przyjaciela (żyje) i kota (nie żyje). Do dziś nie rozstrzygnąłem, która z tych dwóch ostatnich strat była dla mnie bardziej przykra. Do zwierząt mam jednak większy sentyment niż do ludzi, bo one nie ranią słowami i nie przysparzają swoim postępowaniem psychicznej udręki.

Późno jest, oczy mi się same kleją, więc już tylko na koniec przytoczę, choć nie dosłownie, krótką notkę
z 9 października 2000 r., która pochodzi z poprzedniego, trzynastego tomu mojego dziennika. Napisałem wtedy, że dziś, czyli wtedy, obroniłem dyplom i jestem świeżo upieczonym magistrem inżynierem budownictwa. Napisałem też, że tego samego dnia okazało się, że Aleksander Kwaśniewski wygrał wybory prezydenckie w pierwszej turze. Skomentowałem to tak, że jak to w życiu bywa, rzeczy przyjemne mieszają się z nieprzyjemnymi.

Z dzisiejszego punktu widzenia powinienem napisać, że wtedy młody i głupi byłem. Ale na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że wtedy jeszcze nie było PiS, a bracia Kaczyńscy nie zdążyli jeszcze dorwać się do władzy. Tak myślę, że dobrze jest czasem móc spojrzeć wstecz na siebie. To może być bardzo pouczające.

Tagi: roman j
00:29, roman_j
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape