O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 17 listopada 2011

Miałem dziś rano pobiegać. Wreszcie po trzech tygodniach mam wolny czwartek, który nie jest świętem. I na tę okoliczność miałem pobiegać nie, jak ostatnio, od 6.00 rano, ale jak się już wyśpię. Jednak kiedy się wyspałem i dałem światu czas na nagrzanie się do przyzwoitej temperatury (wystarczy mi już 0 stopni na termometrze za oknem), okazało się, że ten się nie spisał. Termometr, mimo że pora była już naprawdę przyzwoita, bo przed 8.00, uparcie pokazywał niewielki mróz.

Ponieważ dziś miałem sobie pobiegać rekreacyjnie, żeby organizm nie zapomniał, jak to jest na bieżni (czyli miałem zrobić około 5 km), więc postanowiłem nie przekraczać kolejnej bariery, jaką jest bieganie przy jawnym mrozie. Uznałem, że te pół godziny, jakie bym spędził na bieżni, nadrobię na rowerku. Przy okazji zaś sprawdzę, czy po kilkumiesięcznym przestoju wymuszonym drobnym uszkodzeniem osiągnę lepsze, czy gorsze wyniki niż na bieżni.

Przede wszystkim interesowało mnie tętno, bo uznałem, że aby wysiłek był porównywalny, ono też powinno zawierać się w podobnym zakresie. No i okazało się, że jednak bieganie, to nie to samo co pedałowanie w miejscu. Z dużym trudem udało mi się osiągnąć tętno na minimalnym satysfakcjonującym mnie poziomie, który i tak był sporo niższy od tego, czego oczekiwałem. Nie wiem, czy komuś coś to powie, ale napiszę, że przed przerwą w ujeżdżaniu rowerka jeździłem na zakresie "3" z prędkością z rzadka przekraczającą 40 km/h. Teraz dopiero kiedy wszedłem na zakres "5" i pilnowałem, żeby prędkość nie spadała poniżej 43 km/h, udało mi się osiągnąć minimum tego, co chciałem. A wydawało mi się, że wysiłek wkładam w to większy niż w bieganie.

Próbowałem ustalić, dlaczego tak się dzieje i jedyne wyjaśnienie, jakie mi przychodzi do głowy, jest takie, że w biegu angażuję znacznie więcej mięśni. I choć ogólne zmęczenie jest mniejsze, to powielone przez większą masę mięśni daje większe zużycie tlenu, większy wysiłek i w rezultacie większe tętno. Ostatecznie oznacza to też większą wydajność treningu i lepsze efekty ogólne.

No i teraz mam dylemat, czy na zimę przesiąść się na rowerek, czy, kiedy tylko pogoda pozwoli, biegać? Mam namacalny dowód, że bieganie daje więcej i mimo wszystko łatwiej mi się na ten większy wysiłek na bieżni zdobyć. Ale musiałbym w tym celu przetestować kolejną granicę, czyli bieganie na mrozie. Najbardziej obawiam się o swoje gardło, bo ubrania do biegania dobrałem sobie na tyle dobrze, że mam jeszcze zapas na kilka stopni w dół. Gorzej z wdychaniem mroźnego powietrza. Gardło może się zbuntować.

Choć mam i na to pewien pomysł, tyle że nie wiem, czy skuteczny. Przeczytałem kiedyś, że przyczyną infekcji gardła wystawionego na zimno jest to, że pod wpływem zimna kurczą się naczynia krwionośne przez co zmniejsza się przepływ krwi. Mniejsza ilość krwi oznacza mniejszą ilość białych krwinek, które dbają o to, żeby wegetujące w jamie ustnej bakterie chorobotwórcze nie rozwinęły się nadmiernie i nie wywołały infekcji. Te zaś, korzystając z osłabienia "dozoru" wskutek opisanego wyżej zjawiska, przystępują śmiało do działania.

Jeśli ten mechanizm ma znaczenie decydujące dla rozwoju infekcji, to wystarczy po wysiłku, a może i przed, wywołać przekrwienie tkanek jamy ustnej. Najłatwiej zrobić to przy pomocy... alkoholu. Czyli setka "czystej" po treningu powinna załatwić sprawę. O ile nie przełknie się jej zbyt szybko. Ten pomysł jednak podoba mi się średnio, bo alkohol i trening nie bardzo do siebie pasują. Jeśli więc się zdecyduję na to rozwiązanie (choćby testowo), to pewnie będzie nie sto gram, ale dwadzieścia pięć i nie "czystej", ale na przykład mojej nalewki farmaceutów. W tym przypadku nie będzie problemu ze zbyt szybką konsumpcją, bo jej smak skłania, przynajmniej mnie, do delektowania się nią. :)

Czy zastosuję tę metodę, jeszcze nie wiem, bo nie wiem, czy zdecyduję się biegać przy ujemnych temperaturach. Najbliższa decyzja w sobotę rano. W sobotę zaplanowałem sobie bieganie do skutku, czyli tyle, ile będę w stanie, a nawet jedno, dwa okrążenia więcej. Tego wolałbym sobie nie odpuszczać w przeciwieństwie do dzisiejszej rundki. Może więc, jeśli pogoda nie będzie sprzyjająca, przesunę granicę mojej determinacji w uprawianiu biegania. Na razie mam sporą zachętę, bo na wadze widzę efekty moich wysiłków. Aż chciałoby się stwierdzić "nareszcie", bo zaskakująco długo na to czekałem. Ale liczyłem, że się doczekam, no i chyba widzę pierwsze efekty. :)

Tagi: roman j
11:40, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 listopada 2011

Dzisiaj doznałem czegoś na kształt olśnienia. I było to bolesne doświadczenie. Ale chyba tak już jest, że przyjemne są złudzenia, za którymi prawda kryje się niczym słońce za chmurami. A kiedy złudzenia rozwiewają się jak chmury na wiosennym niebie i wyłania się zza nich prawda, która nagle świeci prosto w oczy, to boli. Właśnie coś takiego spotkało mnie dzisiaj. Tyle, że w pierwszej chwili ta prawda wychynęła tylko na chwilę zza chmur i wtedy jej jeszcze nie dostrzegłem. Dopiero jakiś czas później zaświeciła mi ona w oczy w całej swej okazałości.

Nie napiszę tak całkiem wprost i do końca, jaką to prawdę dziś ujrzałem, bo może to nie jest jednak prawda, a mnie się tylko wydaje, że czegoś się dowiedziałem. Tak przynajmniej próbuję się pocieszać. Posłużę się więc pewną maską, żeby to opisać. Odwołam się do doświadczenia, które pewnie wiele osób w życiu miało.

Chyba prawie każdy chociaż raz w życiu spotkał małego pieska z gatunku tych, które łaszą się do każdego. Pierwsze spotkanie z takim pieskiem jest zwykle bardzo przyjemne, bo oto nagle jakiś zwierzak, widząc nas pierwszy raz w życiu, przybiega do nas radośnie machając ogonem na nasz widok. Skacze wokół nas, łasi się, przymila, próbuje lizać po rękach i po twarzy. Wydaje nam się, że polubił nas od pierwszego wejrzenia i od razu sami czujemy do niego przypływ wielkiej sympatii.

Odwzajemniamy mu się głaszcząc go, bawiąc się z nim, targając przyjaźnie za uszy. Czujemy się dowartościowani i wyróżnieni tą bezwarunkową psią sympatią. Myślimy sobie, że musimy być jednak dobrymi ludźmi i ten piesek się na nas poznał w przeciwieństwie do większości ludzi. Skoro on poczuł do nas tak od razu sympatię, to coś w tym musi być. Psy to są przecież bardzo mądre zwierzęta. 

I kiedy tak lejemy sobie sami miód na serce czochrając pieska po grzbiecie i miziając po łebku, nagle czar pryska. W polu widzenia naszego nowego czworonożnego przyjaciela pojawia się jakaś kolejna nieznajoma osoba i piesek mając za nic pieszczoty, jakimi go obsypujemy, w te pędy biegnie do tej nowej osoby. I... wszystko powtarza się od nowa. Ten sam rytuał radosnych pisków, poszczekiwań, obtańcowywania, lizania. Obserwujemy to początkowo z niedowierzaniem, po czym dociera do nas powoli, że ten piesek tak samo potraktuje kolejną obcą osobę, jaką pozna. A potem kolejną, kolejną, kolejną...

Robi nam się przykro. Czujemy się oszukani. Ale w końcu machamy na to ręką. Kto by się tam przejmował. To tylko pies. I to na dodatek nawet nie nasz. Ot, jakiś tam kundelek podwórkowy.

Dziś doszedłem do wniosku, że taki charakter miewają też niektórzy ludzie. I niestety, rozczarowanie w przypadku człowieka jest nieporównywalnie większe i boleśniejsze, niż w przypadku pieska...

Tagi: roman j
22:33, roman_j
Link Komentarze (9) »
wtorek, 01 listopada 2011

Ta notka, zanim się ukazała w swej obecnej formie na blogu, miała już dwa wcielenia. To znaczy miała być poświęcona dwóm innym tematom (ale nie obu na raz). Jeden temat chodzi mi po głowie od dość dawna i bliski byłem tego, żeby w końcu go się z głowy pozbyć. Przynajmniej na jakiś czas. Ale nie doszło do tego, bo nie jestem w odpowiedniej formie pisarskiej. Moja wena tli się obecnie, zamiast buchać płomieniami i strzelać iskrami błyskotliwych sformułowań. Dlatego temat ten odłożyłem na później.

Chciałem zamiast tego napisać kilka zdań o codzienności i zmaganiach z duperelami dnia codziennego. Na przykład o tym, jak bardzo jestem ostatnio rozkojarzony (łącznie z przykładami). Albo o tym, co w ogóle u mnie słychać. I prawie miałem już ułożoną w głowie notkę na taki temat. A może raczej na takie tematy, bo pewnie byłoby ich kilka. Ale nierozsądnie zamiast usiąść do pisania wziąłem się za dalszą lekturę książki Olgi Tokarczuk i... znów trafiłem na fragment, który chciałbym tu zamieścić ku pamięci.

Tak przy okazji napiszę, że trochę ta książką w moich oczach straciła, bo niepotrzebnie zajrzałem na stronice bliskie końca. Przez to odkryłem, że to właściwie kryminał jest, tyle że z radykalnie ekologicznym przesłaniem. Nawet nie wiem, czy słowo "ekologiczny" jest tutaj na miejscu, bo używa się tego przymiotnika jak wytrycha, przez co stracił niemal zupełnie swój pierwotny sens. No ale nie będę przedłużał, bo fragment, który chciałem zacytować, też trochę miejsca tu zajmie. Skomentuję go tylko jeszcze tak, uprzedzając niejako fakty, że ja zdecydowanie też mam opisany poniżej syndrom Leniwej Wenus. Na czym on polega? Tu oddam głos autorce:

Moja Wenus jest uszkodzona albo jest na wygnaniu, tak mówi się o Planecie, która nie znajduje się w tym znaku, w którym powinna być. Na dodatek w złym aspekcie pozostaje do niej Pluton, który u mnie rządzi Ascendentem. Sytuacja ta powoduje, że mam, jak sądzę, syndrom Leniwej Wenus. Tak właśnie nazywam tę Prawidłowość. Mamy wtedy do czynienia z Człowiekiem, który dostał od losu sporo, ale zupełnie nie wykorzystał swojego potencjału. Jest inteligentny i bystry, ale nie przykłada się porządnie do nauki i wykorzystuje inteligencję raczej do grania w karty i stawiania pasjansów. Ma urodę ciała [to mnie akurat nie dotyczy - przyp. RJ], ale niszczy ją zaniedbaniem, podtruwaniem się używkami, ignorowaniem lekarzy i dentystów.

Taka Wenus to dziwny rodzaj lenistwa - okazje w życiu przechodzą koło nosa, bo się zaspało, bo nie chciało się pójść, bo się spóźniło, bo się zaniedbało. To skłonność do sybarytyzmu, życia w lekkim półśnie, rozpraszanie się na drobne przyjemności, niechęć do wysiłku i zupełny brak skłonności do rywalizacji. Długie poranki, nie otwarte listy, odłożone na później sprawy, zaniechane projekty. Niechęć do każdej władzy i do podporządkowania się, milczące leniwe chodzenie własnymi drogami. Można powiedzieć, że z takich ludzi nie ma pożytku.

U mnie to wszystko występuje. Z tą drobną różnicą, że czasem coś się we mnie budzi, co przegania na jakiś czas tę Leniwą Wenus. I chociaż tylko na jakiś czas, to jest to niekiedy czas wystarczający, żeby dobić do jakiegoś kolejnego życiowego portu, żeby pokonać jakiś kolejny dystans na drodze do jednego z Celów, żeby zahaczyć łańcuchem o kolejny ząbek i nie zsunąć się do punktu wyjścia, kiedy znów Leniwa Wenus weźmie mnie w swoje władanie.

Nie zacytowałem tego fragmentu bynajmniej po to, żeby się usprawiedliwić. Ludzie lubią swoje przywary przypisywać przyczynom, na które istnienie nie mają żadnego wpływu i których wpływom tym samym nie potrafią się oprzeć. To wygodne. Ale mnie nie o to chodziło. Zacytowałem fragment, bo bardzo dobrze opisuje stan, w jakim znajduję się mój duch przez całkiem długi okres czasu. Opisuje go celnie i kompletnie.

Nie wierzę, że stan ten jest skutkiem wpływu źle usytuowanej w moim kosmogramie Wenus, czy innego ciała niebieskiego, ale sama nazwa "syndrom Leniwej Wenus" bardzo mi się spodobała i pewnie wejdzie na stałe do mojego języka. Zwłaszcza, że z czasów, gdy darzyłem astrologię pewną estymą, pozostała mi wiedza, że Wenus jest jedną z ważniejszych planet w moim kosmogramie. :)

Tagi: roman j
13:06, roman_j
Link Komentarze (2) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape