O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 15 listopada 2012

Wracam z pracy. Po drodze przechodzę przez kilkanaście ulic. Czasem na światłach. Przed jednym przejściem staję, bo czerwone, a akurat nie mam powodów do obywatelskiego nieposłuszeństwa, więc czekam grzecznie na zielone. Obok pani z pieskiem, który jakby mniej grzecznie doczekać się nie może. Widać, że zdenerwowany hałasem, bo ulica ruchliwa, truchta wokół swojej opiekunki, na ile pozwala mu krótka smycz. Gdyby miał gdzie, to pewnie chętnie by się schował. Nagle zniecierpliwiona pani krzyczy na niego: Spokój!

A mnie w tym momencie pojawia się w głowie myśl, że oto człowiek zażądał od zwierzęcia tego, czego sam osiągnąć nie potrafił.

Tagi: roman j
16:27, roman_j
Link Komentarze (10) »
środa, 14 listopada 2012

Długo zbierałem się do napisania tej notki. Ciągle coś przeszkadzało. A to brak czasu, a to chęci, a to akurat pojawiał się ciekawszy temat i wyczerpywał czas oraz chęci, które incydentalnie akurat się spotkały. No ale ten czas nadszedł i dwa miesiące po tym, jak zdarzyło się to, o czym piszę, wreszcie o tym napiszę. :) A napiszę o tym, jak będąc we wrześniu w Warszawie wybrałem się na dawno zaplanowaną, choć bez konkretnego terminu, wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Do wizyty tej, jak wspomniałem, z dawna planowanej, stosunek miałem ambiwalentny z przewagą niechęci. Na samym początku, kiedy otwarto to muzeum, zadeklarowałem, że moja noga w nim nie postanie. Zadeklarowałem to mimo zachwytów, w jakich rozpływali się ci, którzy w nim byli, zarówno moi znajomi (takich była garstka) jak też osoby zupełnie mi obce.

Moja niechęć do tego przybytku kultury miała, jak uważam, racjonalną podstawę. Uważam bowiem za pomysł absolutnie absurdalny, żeby poświęcać muzeum jednej z większych klęsk, jakie dotknęły nasz kraj w jego historii. Przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę czasy nowożytne. To tak, jakby Niemcy utworzyli Muzeum Pierwszej Bitwy pod Tannenbergiem (pod tą nazwą w historiografii niemieckiej znane jest wydarzenie znane u nas jako Bitwa pod Grunwaldem). Oczywiście upraszczam mocno wiążąc Tannenberg - Grunwald ze współczesnymi Niemcami. Mam nadzieję, że to karygodne uproszczenie zostanie mi jednak wybaczone, bo czasami potrzebny jest prosty przykład trafiający do przekonania. Do ludzi wychowanych w PRL-u na skojarzeniu Krzyżacy=Niemcy (zwłaszcza zachodnie) taki przykład trafia chyba najlepiej. Ich potomstwo w dużej części tym stereotypem też przesiąkło.

Wracając jednak do tematu i muzeum, to ponieważ jednak nieopatrznie obiecałem komuś, że wybierzemy się razem do tegoż muzeum, więc nie chciałem się już wycofywać. Osoba ta była tak pozytywnie nastawiona do tej wizyty i lojalnie czekała z nią na taki moment, żebyśmy mogli wybrać się tak we dwójkę, choć okazji do odwiedzin miała sporo w międzyczasie, że danego słowa postanowiłem dotrzymać. Pomyślałem zresztą, że może rzeczywiście będzie to przyjemne doświadczenie, skoro tak wiele osób jest pod wielkim wrażeniem wizyty w tymże muzeum i tak bardzo się nim zachwycają.

Niestety, pomyliłem się w rachubach. Wizyta w muzeum była nudna i rozczarowująca. Może wynikało to ze zbyt rozbudzonych oczekiwań? Na przykład ostrzyłem sobie zęby na przejście kanałami. I co? No przeszedłem tym kawałkiem, jaki zrekonstruowano w muzeum. Krótkim, sterylnie czystym, ciasnawym, ale bez przesady. Przyznam, że więcej emocji wzbudzało we mnie łażenie w dzieciństwie po piwnicach własnego bloku, który przecież znam. Nie wiem, może trzeba cierpieć na klaustrofobię, żeby się tym zachwycić.

Kolejne doświadczenie - wiszący spory kawałek samolotu. Po bliższym przyjrzeniu stwierdziłem, że nie napracowano się nad tym modelem specjalnie. Kleiłem kiedyś modele kartonowe i stwierdzam, że w tej mojej amatorskiej działalności przywiązywałem większą wagę do wierności różnym szczegółom. Ubawiło mnie szczególnie koło "schowane" w skrzydle zamarkowane wygięta blachą tegoż skrzydła i namalowanym na tym wygięciu obrazkiem koła?

Kolejne rozczarowanie to film za dwa złote, który, jak się potem dowiedziałem, można za darmo obejrzeć na YouTube. Film rzekomo trójwymiarowy, ale nawet w specjalnych okularach nie widziałem specjalnie efektu głębi, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę z jakiej perspektywy i odległości filmowano obiekty pokazane na filmie.

Rzekomo wielką zaletą tego muzeum jest jego multimedialność. Ta multimedialność sprowadza się do kilkunastu (kilkudziesięciu?) telewizorów, na których liczne gadające głowy opowiadają wciąż te same historie. W większości te, które telewizja publiczna serwuje nam co roku od pierwszego sierpnia do końca września. Niestety, tym samym telewizja publiczna, nota bene realizując swoją misję, pozbawia muzeum cennego waloru nowości, bo po kilkunastu latach słuchania w telewizji opowieści powstańców, kiedy ogląda się ich potem w muzeum, ma się nieznośne poczucie deja vu.

Żeby było ciekawiej (?) nie da się wysłuchać większości z tych materiałów, bo nie pozwala na to panujący w muzeum szum. Ale jeśli ktoś zna dość dobrze angielski, to może treść opowieści powstańczych poznać z tłumaczenia, jakie pojawia się na dole ekranu. To paradoksalne, że o ile w kinach napisy są po polsku na obcojęzycznych filmach dla wygody oglądających, to w tym muzeum to angielskojęzyczne napisy pozwalają zorientować się, o czym jest polskojęzyczny materiał filmowy.

Mógłbym się jeszcze pewnie wywnętrzać, choćby właśnie na temat wnętrz, ale napiszę jeszcze tylko o jednej zabawnej i smutnej jednocześnie sytuacji. Otóż zanim weszliśmy do budynku muzeum, zauważyliśmy, że znajduje się w nim taras, na który można wejść i zapewne obejrzeć najbliższą okolicę z góry. W pewnym momencie znużeni zwiedzaniem wnętrz chcieliśmy dostać się właśnie na ten taras. Zagadnęliśmy więc panią obsługującą windę, czy dostaniemy się nią na tenże taras. Pani nas najpierw chyba nie zrozumiała, po czym poinformowała, że winda prowadząca na ten taras to nie ta, a ta właściwa jest zepsuta. Kiedy mój towarzysz zwiedzania skonstatował, że przecież na tym tarasie są ludzie, bo ich widzieliśmy, pani z niezmąconym spokojem odpowiedziała, że są, bo... nie mogą zjechać. Całe szczęście, że nas taka "atrakcja" ominęła...

Podsumowując, rozczarowałem się do Muzeum Powstania Warszawskiego podwójnie. O ile przed wizytą w nim byłem nastawiony negatywnie wyłącznie ze względu na bezsensowną według mnie ideę honorowania tej niepotrzebnej narodowej hekatomby. I o ile przed samą wizytą zmieniłem nastawienie zakładając, że tak nowoczesne muzeum na pewno mnie do siebie przekona właśnie swoimi nowatorskimi rozwiązaniami, więc nie ma sensu się boczyć. O tyle po wizycie uznałem, że była to zupełnie niepotrzebna strata czasu, której mogłem uniknąć, gdybym był bardziej konsekwentny w swoich postanowieniach. To właściwie jedyna wartościowa nauka, jaką wyniosłem z tej wizyty.

Tagi: roman j
23:58, roman_j
Link Komentarze (18) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape