O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007
    Czas najwyższy przestać się "pogrążać w mroku" i napisać kolejną notkę (tak na marginesie, to czytanie drugiego tomu powieści idzie mi znacznie sprawniej i sądzę, że to nie jej styl mnie tak męczył; ale o to mniejsza). Z nadejściem nowego roku ludziom zdarza się podejmować różne postanowienia. Ja nie lubię takich postanowień podejmować. Wolę robić plany. I właśnie takim planom, wybranym, nie wszystkim, poświęcę dziś moją notkę.
    Zacznę od moich planów remontowych, czym ucieszę co najmniej kilkoro czytelników mojego bloga. Podjąłem decyzję, że po nowym roku rozejrzę się za elektrykiem i pierwszą rzeczą, jaką się zajmę (ale nie piszę na razie kiedy) będzie wymiana instalacji elektrycznej w obu pokojach. Poprzednio moje plany w ogóle tej pozycji nie uwzględniały. Planowałem wymienić instalację tylko w kuchni i łazience przy okazji kompleksowego remontu, jaki chciałbym tam przeprowadzić, ale w pokojach miałem to zrobić w bliżej nieokreślonej przyszłości, a przynajmniej nie wcześniej niż zdecydowałbym się na remont przedpokoju (wtedy wymieniłbym tablicę bezpieczników i listwę rozdzielczą, o ile tak się to nazywa). Jednak po namyśle doszedłem do wniosku, że jeśli umebluje jakiś pokój, to remontu instalacji pewnie w nim już nigdy nie przeprowadzę, bo nie zdecyduję się na zrobienie w nim takiej rozpierduchy, jakiej to wymaga. A skoro zdecydowałem się na remont instalacji elektrycznej, to oznacza, że praca ta musi mieć priorytet przed wszystkimi innymi. Zwłaszcza przed podłogą i malowaniem. Co prawda w mniejszym pokoju malowanie już zrobiłem, ale na szczęście mam zapas farby, żeby je poprawić po wymianie instalacji.
    O innych planach w telegraficznym skrócie. Zamierzam nauczyć się podstaw plumkania na pianinie i zrobiłem w tym celu pierwszy krok, ale może napiszę o tym kiedy indziej.
    Podobnie biorę się solidnie za naukę hiszpańskiego, bo rok święty 2010 coraz bliżej i zostało mi tylko 2,5 roku na naukę podstaw języka.
    Dobrze byłoby, gdyby szybko udało mi się przełamać niechęć do pobierania krwi, bo wtedy zrobię sobie badania lotnicze potrzebne przed kursem spadochronowym. Gdyby wszystko poszło po mojej myśli, być może w przyszłym roku skoczę sobie wreszcie. I nie będzie to skok w bok.
    Innych planów chwilowo nie pamiętam. W każdym razie nie planuję przeprowadzki. Nie znaczy to bynajmniej, że jej nie będzie. To się okaże, bo w tej sprawie decydują liczne okoliczności, z których nie na wszystkie mam wpływ.
    Przypomniał mi się na koniec jeszcze jeden plan. Przynajmniej dwie publikacje, żeby o sobie przypomnieć światu naukowemu. Materiał jest, tylko brakuje zacięcia, żeby się za to wziąć. To nie jest niestety tak szybkie i przyjemne, jak pisanie bloga. Ale jak to kiedyś powiedział mi prof. W., kiedy on czegoś nie ma ochoty zrobić, wtedy dłubie to po trochu, aż w końcu to zdłubie. Może tak właśnie do tego podejdę, bo żaden termin mnie w tej sprawie gonić nie będzie i będę mógł sobie spokojnie dłubać.
    To tyle sylwestrowej spowiedzi. Następny wpis już w nowym 2008 roku. A skoro w moim archiwum pojawi się styczeń 2008 oznaczać to będzie, że nieuchronnie zbliża się 1. rocznica pisania blogu. Jeśli dobrze pamiętam, przypada za 10 dni. Ale to już temat na osobną notkę w odpowiednim czasie. :)
Tagi: roman j
21:37, roman_j
Link Komentarze (20) »
sobota, 29 grudnia 2007
    Do wczoraj tytuł tej notki można było rozumieć jedynie metaforycznie, ale po dzisiejszej nocy staje się on coraz bardziej realny. Ale zacznę od jego sensu metaforycznego.
    Czytam ostatnio książkę Wiliama Styrona pt.: "Pogrążyć się w mroku" i ta lektura mnie wyjątkowo męczy. Nie wiem tak do końca, czy męczy mnie styl (mało się dzieje), czy treść. W każdym razie czytanie idzie mi z trudem. Stylem ta książka przypomina mi twórczość Faulknera. I nie wiem, czy kiedyś miałem więcej smaku do tego typu literatury, czy może po prostu Faulkner nie był aż tak uciążliwy? Czytając Stryona niemal fizycznie czuję te męki, jakie przeżywają bohaterowie i dostaje pasji, kiedy czytam o Helenie Loftis. A może to trafia mnie w jakiś czuły punkt?
    No trudno. Doczytam to do końca. Właśnie zacząłem drugi tom i z ulgą skonstatowałem, że ma 80 stron mniej niż pierwszy. Dlaczego nie rzucę w cholerę tej książki? Dlatego, że tak robię tylko w przypadku wyjątkowo beznadziejnych lektur. Do końca nie doczytałem chyba tylko Biblii i "Lubiewa". W obu przypadkach nie przebrnąłem nawet pierwszej ćwiartki. Każdy ma chyba takie ksiązki, przez które nie potrafił się przekopać. Moja polonistka, którą zresztą niezależnie od tego bardzo szanuję, kiedyś zwierzyła się, że nie potrafiła przebrnąć przez "Ulissessa" Joyce'a. Nie muszę dodawać, że zamierzam się z tą książką zmierzyć. ;]
    Jak napisałem, staram się książki doczytywać do końca, bo zawsze może mnie gdzieś czekać miła niespodzianka. Gdybym się szybko zniechęcał, do nie doczytałbym do końca pewnie prawie żadnej książki Johna Irvinga, który jest bezapelacyjnie moim ulubionym pisarzem współczesnym, który na dodatek nie traci formy z książki na książkę, co się niektórym niestety zdarza. Ale chyba ze Styronem do takiego porozumienia nie dojdę. :)
    A teraz bardziej namacalny wymiar pogrążania się w mroku. Miałem dziś bardzo ciężką noc. Prawie nie zmrużyłem oka, bo napieprzał mnie żołądek. Nie piszę, że mnie bolał, bo to było coś jeszcze bardziej dokuczliwego. Wydaje mi się, że to nawet nie tyle dokuczał mi mój organ trawienny, ile mięśnie. Nad ranem w końcu wziąłem proszek na migrenę. On działa ogólnie uspokajająco i rozluźniająco, więc liczyłem, że mi pomoże. Chyba w końcu pomógł, bo ulga przyszła, ale później niż się spodziewałem.
    Takie coś zdarzyło mi się po raz drugi w życiu. Kiedy pierwszy raz mnie to spotkało, wtedy żył jeszcze mój ojciec i razem z nim bladym świtem pojechaliśmy na pogotowie. Tam po pół godzinie oczekiwania zostałem zbadany i dostałem jakiś zastrzyk rozkurczający. Bez efektu. Ale że nie nic innego nie mogli mi zaproponować, więc zdecydowałem się pójść do domu. Tak, pójść, a nie pojechać i całą drogę szedłem zgięty w pałąk. Ale chyba mi to pomogło, bo kiedy w końcu doszliśmy, było już lepiej. A może to zastrzyk zaczął działać z takim opóźnieniem?
    Zastanawiam się, co wywołuje takie bóle? Może dwa razy w ciągu całego życia to niewiele, ale wolałbym po raz trzeci tego nie przechodzić. O ile można tego uniknąć.
    No nic. W konsekwencji dzień mam z głowy, bo chodzę jak śnięta ryba i nawet tę notkę piszę na raty. Szkoda, bo miałem dziś popracować. Może po obiedzie się troche zdrzemnę, to mi się kondycja poprawi, bo nawet kawa niewiele pomaga.
Tagi: roman j
15:10, roman_j
Link Komentarze (33) »
piątek, 28 grudnia 2007
    Pisałem kiedyś o dziwnych sytuacjach, jakie spotykają mnie, kiedy chodzę pieszo. I dziś zdarzyła mi się taka  sytuacja, a im dłużej o niej myślę, tym więcej wątpliwości nabieram, co do jej charakteru.
    Dziś zatrzymałem się na chodniku przy bankomacie, bo ktoś akurat pobierał pieniądze i musiałem poczekać. Wtedy podeszłą do mnie kobieta w średnim wieku. Z wyglądu to taka raczej bliżej Trzepowa niż Starego Miasta. Zagadała do mnie, a że mówiła nieco niewyraźnie, więc w pierwszej chwili nie zrozumiałem, o co jej chodzi. Myślałem, że chce, żebym jej naprawił zegarek, ale okazało się, że pyta, czy bym jej nie nastawił zegarka. Tłumaczyła, że kupiła go od Ruskich i nie wie, czy dobrze chodzi.
    Jako człowiek uczynny zgodziłem się (kiedyś mnie ta uczynność zgubi) i po sprawdzeniu godziny powiedziałem jej, że ten zegarek się śpieszy jakieś 3 minuty. Znowu zapytała, czy go jej nastawię, a kiedy przytaknąłem, zaraz chciała go zdejmować z ręki. Powiedziałem, że nie trzeba, ale chyba nie zrozumiała, więc ująłem ją za rękę, przekręciłem z powrotem, żeby widać było cyferblat i przestawiłem go o te trzy minuty. Podziękowała i poszła. Jak potem zauważyłem, zatrzymała się kawałek dalej i z kimś konferowała.
    Nic właściwie się nie stało, ale kiedy zacząłem nad tym myśleć, kilka okoliczności zaczęło mnie zastanawiać. Po pierwsze ten zegarek nie wyglądał na nowy, ale może Ruski sprzedają zegarki używane. Po drugie ten zegarek wyglądał jakby był złożony z co najmniej dwóch róznych zegarków, bo pasek miał zupełnie nie pasujący do koperty (nie będę się rozwodził, dlaczego tak uznałem). Po trzecie, ten zegarek właściwie dobrze chodził, a sprawdzić to można było przy zakupie (najbliższy bazar od miejsca, gdzie mnie ta kobieta zaczepiła, był odległy o spory kawałek drogi). Miałem więcej wątpliwości, ale wiele z nich wymagałoby obszernych przypisów i wyjaśnień (coś, co mnie wydaje się dziwne, komuś na pierwszy rzut oka może się takie nie wydać bez dodatkowych wyjaśnień).
    Tak czy inaczej zacząłem się zastanawiać, co mogłoby się ewentualnie stać, czego wolałbym uniknąć, gdyby to spotkanie potoczyło się inaczej. Jedyna rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to możliwość, że gdyby ta kobieta zdjęła zegarek i wręczyła mi go w celu nastawienia godziny, wtedy nie chciałaby go przyjąć z powrotem i próbowała by mi go sprzedać. To znany chwyt akwizytorów, którzy najpierw dają coś do ręki, a potem proponują tego zakup nie przyjmując tego z powrotem. Oczywiście ta kobieta nie była akwizytorem, ale może zabrakło jej na wino (zalatywała troszkę sfermentowanymi owocami) i w ten sposób chciała mnie na parę złotych naciągnąć. A może mi się tylko wydaje. :)
    Z innych ciekawych zdarzeń napiszę o wizycie u fryzjera (w końcu dałem się ostrzyc, bo zarosłem jak owca). Przede mną był długowłosy chłopak. Kiedy usiadł na fotelu i padło pytanie, jak strzyc, odpowiedział, że może on pokaże i wyciągnął... dowód osobisty (nota bene jeszcze stary). Tak więc oprócz strzyżenia "na rondel" można też ostrzyc się "na dowód osobity".
    Tak w ogóle, to uważam, że długie włosy nie pasują facetom, więc z satysfakcją obejrzałem efekt strzyżenia. Żeby nie było co do tego wątpliwości, to jako liberał uważam, że każdy może nosić takie włosy, jakie chce. Ale mimo to rezerwuje sobie prawo do własnej, wartościującej opinii na ten temat. Podobnie jak nie bronię nikomu palenia, ale osoby palące mają u mnie niższe notowania towarzyskie. Co oczywiście mogą z nawiązka nadrobić innymi walorami osobowości. ;)
Tagi: roman j
16:28, roman_j
Link Komentarze (21) »
czwartek, 27 grudnia 2007
    Nastawiłem się na zdanie relacji z mojej wycieczki w dniu jutrzejszym po opracowaniu załączników graficznych w postaci map z Google Maps wzbogaconych o przebieg mojej trasy zarejestrowanych dzięki modułowi GPS. Niestety, kiedy doszedłem do celu i zadowolony z siebie wybrałem polecenie zapisania danych w telefonie (tutaj mam aplikację, która rejestruję trasę), telefon się najpierw powiesił, po czym odwiesił się, ale przy okazji zakończył aplikację bez zapisania danych. I tak dane z trasy szlag trafił.
    Zastanawiam sie teraz, czy to był jednorazowy wybryk, czy tak już będzie za każdym razem, bo jeśli to drugie, to poważnie pomyślę o znalezieniu innego oprogramowania. Żałuję, że to wszystko poszło w diabły, bo ładnie mi się cała trasa w telefonie na bieżąco zapisywała. Nawet wysokości były dość sensowne, choć może nie tak do końca prawdziwe (ale przynajmniej nie było tak, jak ostatnio na mieście, kiedy według wskazań GPS-u zszedłem głęboko do podziemia, bo aż 136 m poniżej poziomu morza).
    Ale pal sześć. Nie miałem siły się nawet wkurzyć, bo do przejścia 28 kilometrów w około 6 godzin dość sporo ich zużyłem. Szkoda mi tych danych, bo miałem unikalną okazję zarchwizować na dokładnych mapach bardzo szczegółowy przebieg sporych fragmentów dwóch szlaków. Pewnie nie będę miał okazji zrobić tego ponownie w najbliższym czasie, bo chyba się ponownie na tę trasę nieprędko wybiorę (jest tyle dróg do przejścia, że chodzenie po własnych śladach wydaje się marnotrawieniem czasu). A nawet gdybym się wybrał na te szlaki ponownie, to pewnie nie w takim wymiarze odległości.
    Z samego szlaku wrażeń wartych opisania mam niewiele, bo ze względu na mgłę za dużo okolicy sobie nie obejrzałem. Ale z takich ogólnych refleksji mam na przykład taką, że są to tereny bardzo urokliwe i spokojne. Zwłaszcza zimą, bo latem spodziewam się tam sporego ruchu turystycznego. Na dodatek tereny te są dla mnie zupełnie dziewicze, bo w te okolice pieszo chyba się dotąd nigdy nie wybrałem. Tytułowe sarny widziałem tylko na pierwszym kilometrze drogi. Dwie przebiegły mi ścieżkę, ale na tyle szybko i na tyle daleko, że mignęły mi tylko ich zgrabne zwieńczenia tylnych kończyn z charakterystycznymi "lusterkami". Za to pod koniec miałem trochę pietra, gdy idąc wąską i mało uczęszczaną ścieżką co rusz mijałem ślady żerowania dzików. Zrobiłem się wtedy bardzo czujny i płoszył mnie każdy nietypowy odgłos. Na szczęście dzików nie spotkałem.
    Do dobrych stron tej wyprawy zaliczyć mogę m.in. fakt, że termos, który wziąłem ze sobą, sprawdził się. Jeszcze na 24 km trasy miałem ciepłą kawę, co jak nic innego dodawało mi animuszu i chęci do dalszej wędrówki. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć, że do dobrych stron zaliczyć trzeba to, co mnie czekało na mecie mojej wędrówki. Złożyłem wizytę rodzicom A. i M. Nie mogłem się od tego wykręcić, zresztą nawet mi to do głowy nie przyszło, bo popełniłbym niewybaczalne faux pas. Zostałem jak zwykle przyjęty bardzo gościnnie, skutkiem czego zamiast wrócić pociągiem (chciałem się naocznie przekonać, czy rzeczywiście jeżdżą) wróciłem autobusem prawie dwie godziny później niż planowałem. Ale nie żałuję. Zresztą ostatni raz składałem taką wizytę jakieś 2,5 roku temu, więc nie wypadało mi się teraz ulotnić po godzinie.
    Powinienem też wspomnieć, że podczas tej wizyty spotkałem też M. i damę jego serca, Di, z którą swego czasu prowadziłem ożywione dialogi w komentarzach do notek. Teraz miała ona okazję skonfrontować swoją wizję mojej osoby z rzeczywistością. Mam nadzieję, że się nie rozczarowała. ;)
    Na pożegnanie usłyszałem, że mam zdecydowanie częściej przychodzić w odwiedziny (poprzednim razem też przyszedłem pieszo - w ramach OWRP 2005). No i chyba muszę poważnie potraktować te słowa, bo i A. coś napomykał wczoraj, że pochodziłby sobie po tych okolicach i dziś jego mama też wspomniała coś o tym (choć w tym przypadku w grę wchodzą zdecydowanie krótsze dystanse niż dzisiejsze 28 km). Pomyślę nad tym. Jak pisałem wcześniej, tereny na zachód od Gostynina są przeze mnie mało turystycznie poznane, więc może w przyszłym roku znowu zapuszczę się w te okolice. Może wtedy nie zawiedzie mnie GPS i będę mógł też pokazać trasę.
    A tak w ogóle, to coraz poważniej rozważam możliwość zaopatrzenia się w kijki do uprawiania nordic walking. Raz, że dzięki nim szybciej się chodzi i mniej się męczą nogi, a dwa, że można się nimi opędzać od natrętnych psów. Dziś jeden taki był problematyczny, że dłuższy czas mnie obszczekiwal i podbiegał naprawdę blisko. Właściwie to nie on, ale ona, bo to była suka i to chyba nawet ze swoimi szczeniakami, bo biegały jeszcze wokół mnie jakieś dwa małe psiaki (jeden nawet wskakiwał mi na nogę, ale że nie próbował gryźć, więc się nim nie zajmowałem). Jeden z tych psiaków był podobny do tej suki.
    Zwykle staram się w takich sytuacjach jakoś opędzić, ale dziś zagrałem va banque i... zatrzymałem się, po czym wyciągnąłem ręke do tej suki. A ona poszczekała jeszcze trochę, ale w końcu podeszła do ręki i obwąchała ją ostrożnie kilka razy. To ją chyba uspokoiło, bo się więcej nie naprzykrzała, ale co gorsza, zaczęła mi towarzyszyć. Szła ze mną może nawet i kilometr to zostając w tyle, to wybiegając naprzód. Na szczęście po drodze spotkała jakiegoś innego niczyjego psa i się wzajemnie sobą zainteresowali. Może będą z tgo kolejne szczeniaki?
    Podsumowując, do strat własnych musze doliczyć dwa małe odciski. Po jednym na każdej stopie. Ale jeśli po przejściu 28 km jedyną kontuzją jest odcisk wielkości 0,5 cm, to jak na mnie to jest najmniejszy możliwy wymiar strat zdrowotnych. Spodziewałem się dużo poważniejszych kontuzji.
    I tak już na sam koniec napiszę, że podliczyłem wczoraj wieczorem swoje punkty za przejścia piesze w tym roku i okazało się, że zapomniałem we wsześniejszych rachubach, że 17 km zrobiłem na zlocie przodowników turystyki pieszej na Jurze. Czyli wystarczyłoby mi dziś zrobić tylko 7 km. Ale jak rasowy przodownik ;) wyrobiłem 400% normy. Tylko zamiast orderu, premii albo zdjęcia na tablicy mam na pamiątkę jedynie dwa małe odciski. ;)
środa, 26 grudnia 2007
    Jako wprawkę przed jutrzejszym długim spacerem wybrałem się dziś na krótszy. W mniej ustronne obszary, czyli po moim grajdołku. Starałem się tak obrać trasę, żeby przejść koło możliwie wielu budów. Mam już takie spaczenie, bynajmniej nie zawodowe, bo budowy interesowały mnie już od podstawówki (kiedyś nawet miałem ich spis na bieżąco aktualizowany; dziś nawet mnie samemu trudno w to uwierzyć).
    Najpierw zajrzałem na dworzec, żeby sprawdzić, jakie mam jutro połączenia z i do grajdołka. Przy okazji przekonałem się naocznie, że znów można stąd wyjechać w świat pociągiem. A na północ nie można było od 12 lat (tak przynajmniej pisali w prasie, bo już nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałem w pociągu jadącym w tamtym kierunku; wiem tylko, że jechałem wtedy do Ostródy).
    Póżniej ruszyłem na cmentarz i zajrzałem na grób ojca. Świeczki się wszystkie wypaliły, a że pora była późna, nie było już gdzie kupić nowych. Nie szkodzi. Kupię następnym razem. W czasie wizyty na cmentarzu zdawało mi się, że słyszę cichutko grającą pozytywkę. Wychodząc postanowiłem zlokalizowac źródło dźwięku (a nuż to komórka dzwoni jakiemuś zmarłemu). Okazało się, że na jednym z grobów stał koszyczek z sianem, na którego rączce przymocowany był jakiś ptak i z tego koszyczka dobiegały dźwięki kolędy.
    Po cmentarzu odwiedziłem rynek. Popatrzyłem na lodowisko i poszedłem dalej rzucić okiem na budujące się kino. Potem ruszyłem w kierunku domu robiąc takie zakole, żeby przejść koło mojego rozbudowującego sie liceum. Niestety, jak zwykle trafiłem tam pod wieczór i prawie nic nie widziałem.
    Po powrocie do domu coś mnie podkusiło, żeby siąść przed telewizorem, gdzie akurat leciał "Klan". Siedzę, jednym okiem rzucam na ekran, drugim w najnowszą "Politykę" i naglę słysze ten głos, który poznałbym nawet przez sen! Z. na ekranie.
    Zawsze jak go widzę, bolą mnie zęby. Nie wiem, dlaczego, ale nie mogę go oglądać. Zawsze mam wrażenie, że robi z siebie idiotę. A przez to, że go dobrze znam, a on (jeszcze) przyznaje się do mnie, sam czuję się idiotycznie. A może to wskutek niechęci, której podłoże tkwi dość daleko w przeszłości?
    I pomyśleć, że kiedyś byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Kiedyś... Jakieś 15-20 lat temu. Nawet skończyliśmy to samo liceum, choć w różnych klasach. Wtedy jeszcze jakoś się układało między nami, choć pamiętam, że to własnie w liceum zaczęło się psuć i że w czasie matury byliśmy już na dobre na wojennej stopie. Po maturze on poszedł "na komedianta" do Warszawy i kontakt się na jakiś czas urwał. Nie napiszę, żebym żałował.
    Były jeszcze jakieś dwa incydentalne spotkania: jedno w autobusie w moim grajdołku, kiedy tylko skinęliśmy sobie głowami i raz na Dworcu Zachodnim, kiedy nawet porozmawialiśmy kurtuazyjnie. Dłuższe spotkanie mieliśmy w zeszłym roku podczas stulecia naszego Liceum, gdzie on miał między innymi być wodzirejem na pikniku, a ja byłem na etacie jedynego niepijącego. Trochę pogadaliśmy, ale ta rozmowa to była dla mnie męka.
    W TV widziałem go dotąd dwa razy. Raz w "Słowie na niedzielę" i ostatnio w idiotycznej reklamie (dzięki niemu wydała mi się podwójnie idiotyczna). No i teraz ten epizod w "Klanie". Chyba zacznę oglądać w TV tylko wiadomości. Prezenterem w dzienniku chyba nie zostanie? Jak go znam, to byłoby poniżej jego ambicji.
Tagi: roman j
21:33, roman_j
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape