O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 30 grudnia 2009

Nohil novi sub sole. Właśnie się napiąłem, żeby napisać notkę na temat tytułowy, kiedy coś mnie tknęło, żeby przeczytać sobie ten wpis i... dupa blada, bo bym się zaczął powtarzać. Inna sprawa, że może mało kto z obecnych moich czytelników pamiętałby tamtą notkę nieprzypomnianą. Ale nie, nie można tak po prawie trzech latach znów w te same tony uderzać. Tak stary jeszcze nie jestem, żeby w kółko te same historyjki opowiadać (choć mam wrażenie, że mi się to już jednak zdarza).

Z drugiej jednak strony fakt, że ten temat wrócił jak bumerang, świadczy o tym, że niewiele się w nim zmieniło. Może inne nieco mam podejście i wymagania. Dziś już nie napisałbym, że szukam przyjaciela. Wystarczyłby tytułowy spowiednik (ale na pewno nie ksiądz i to się akurat nie zmieniło). A skąd w ogóle ten pomysł? Na szczęście o tym poprzednio nie napisałem, więc mogę zrobić to teraz bez obaw o powtarzanie się.

Otóż dość dawno temu przeczytałem lub zobaczyłem w telewizorni (dziś już nie pamiętam), że w stolicy działają ludzie, którzy poświęcają swój wolny czas na słuchanie ludzi. Na słuchanie i prawie nic więcej, bo ani nie na doradzanie, ani nie na ocenianie, besztanie, pocieszanie, itp. Prawie wyłącznie na przyjazne, akceptujące słuchanie drugiej osoby. Pewnie jeszcze poza tym robią jakieś drobne wtrącenia dla podtrzymania przekonania oratora, że jest słuchany.

Pamiętam, że tak mi się ta idea spodobała (nie pierwsza i nie ostatnia, do której zapałałem sympatią), że sam chciałem coś takiego robić. Na szczęście nie zacząłem. Dlaczego na szczęście? Otóż dziś, gdy patrzę na to z pewnej perspektywy widzę, że chciałem się tym zająć w duchu bajeczki Andrzeja Waligórskiego:

Zapylała raz pszczółka jakiegoś badyla,
Wtem czuje, że od tyłu też ją ktoś zapyla.
Patrzy się, a to truteń, niejaki Zenobi.
Morał - rób dobrze innym, tobie też ktoś zrobi.

No i właśnie ja w duchu tego morału sobie tak myślałem, że jak zacznę innym robić dobrze, to i mnie ktoś zrobi. Tymczasem w życiu tak dobrze nie jest. Jak zaczniesz ludziom robić dobrze, to wkrótce będzie ich tylu chętnych, że niczym innym się nie będziesz miał czasu zająć. A o tym, że ktoś w rewanżu dobrze zrobi Tobie, możesz zapomnieć. Natomiast przeciwnie, jak komuś dopieczesz, to być możesz pewny, że Ci odda i to z nawiązką. Taki to już ten ludek w kraju nad Wisłą i może nie tylko tutaj.

Tak więc moja działalność w rzeczonej materii skończyła się zanim się zaczęła, za co powinienem dziś błogosławić swój słomiany zapał. Choć nadal uważam, że idea jest wspaniała i godna propagowania. I jak już wspomniałem, mnie by się taki spowiednik przydał. Tyle tylko, że wolałbym go znaleźć w gronie swoich znajomych. Jednak przejrzawszy ich zastępy nie znalazłem takiego, który by się bezwarunkowo nadał, a jedynie 2 osoby (słownie: dwie) nadałyby się warunkowo.

Nie świadczy to bynajmniej o lichej kondcji moich znajomości. Nie. Raczej o pewnych trudnych do spełnienia wymaganiach, jakie takiej osobie bym stawiał, a których niespełnienie osobie żadnej nie odejmuje wartości, ale jednak do tej roli ją dyskwalifikuje. Nie wyliczę tych wymagań, bo po co ktoś się ma ode mnie dowiadywać, jakie w nim widzę braki? Napiszę może tylko, że mało ma to wspólnego z tym, co pisałem kiedyś w podlinkowanej wyżej notce.

Wygląda więc na to, że żeby swojej potrzebie wyspowiadania się (a może dosadniej: psychicznego zwymiotowania) uczynić zadość, musiałbym jakąś nową w tym celu zawrzeć znajomość. Czy jednak godzi się zaznajamiać się z kimś po to jedynie, żeby sobie z niego naczynie zrobić do opróżniania swojej psychiki z nieprzetrawionych treści, które ją zalegają i zatruwają? Czy godzi się do kogo wyciągać rękę znajomość inicjujący z premedytacją planując, że się onego perfidnie wykorzysta i... no nie, nie porzuci potem; wręcz przeciwnie. O ile sam wcześniej jednak nie ucieknie.

A takiego osobnika trzeba nie tylko poznać, ale przez rok minimum intensywnie oswajać. Potem psychikę mu przepatrzeć, przetrzepać, wybebeszyć i na lewą stronę wywrócić, żeby upewnić się, czy nie ma jakiej wady ukrytej; jak balon, co nienapompowany ładnie wygląda, ale po kilku mocniejszych chuchach wykonanych do jego środka pocienia się nagle w jednym miejscu i z hukiem prosto w pysk pęka.

Czy godzi się i gdzie szukać takiego? Czym zwabić i zatrzymać, bo przecież nie wzajemnością przysługi, bo byłoby to jak kwas z kwasem mieszać z czego jeszcze gorszy zajzajer tylko powstać może. A tu trzeba kwas w aqua destilata roztwarzać.

Ale tyle mojego, co sobie popiszę, choć pisać już nie miałem tego roku. Za oknem po odwilży już nie ma śladu, a tymczasem we mnie jakaś odwilż nastąpiła i potokiem wpisów blog zalała. A niech i tak będzie. Czytelników moich zapisków znanych mi osobiście uspokoić na koniec pragnę, że ich kwasem wyżej wspomnianym traktować nie będę; jako że, jak to już wyżej napisałem, kwasoodporni moim zdaniem wystarczająco nie są; czego im bynajmniej za wadę nie poczytuję, a i wiele innych zalet dostrzegam. Na to ja muszę sobie jakiegoś nowego, kwasoodpornego ludka znaleźć. Tylko gdzie, jak i kiedy?

wtorek, 29 grudnia 2009

To jest już jakaś tradycja, że jak napiszę, że przez jakiś czas nie będę pisał, to napiszę coś jeszcze tego samego dnia, a jak napiszę, że teraz będę pisał często i regularnie, to robi się we wpisach wielka przerwa.

Ale do rzeczy, bo chciałem krótko.

Zajrzałem do TOP 1000 na Blox'ie. Kipesko. Spadłem w tym tygodniu do czwartej setki. Ale zauważyłem za to, że jestem o dwa oczka wyżej niż blog o Tokio Hotel! ;D

Dziś znowu będzie notka eklektyczna. O wszystkim i o niczym, czyli o tym, co mi akurat na myśl przyjdzie. Niech nikt nie spodziewa się głębi ani wielkiego sensu, choć będę się starał pisać do rzeczy.

Na początek paradoks, który właściwie nie jest paradoksem, choć na taki wygląda. Otóż chciałem sobie dziś przy okazji wizyty w Auchan kupić długopis. Z czerwonym wkładem, bo tego koloru sporo używam i zakupiony niedawno pisak jest już prawie na wyczerpaniu. Ze względu na szybkie tempo zużycia chciałem zaopatrzyć się w jakiś niedrogi długopis lub, jeśli to możliwe, w nieco droższy, ale z możliwością wymiany wkładu (tu przypomniał mi się dość absurdalny dowcip z dzieciństwa: czym różni się trumna od długopisu? wkładem...).

Szukając w odpowiednim miejscu znalazłem kilka długopisów, w opisie których wyraźnie podkreślono, że ich zaletą jest to, że są na wkłady typu... nie pamiętam oznaczenia. Ucieszyłem się i zanim wziąłem jeden z tego typu pisaków do koszyka, najpierw skrupulatnie obejrzałem cały długaśny regał obwieszony przyborami pisarskimi i nie tylko. W poszukiwaniu rzeczonych wkładów oczywiście. Coś mi podpowiadało, że to próżny trud, ale jak ten niewierny Tomasz chciałem sam się przekonać. I przekonałem się. Ani śladu choćby złamanego wkładu nie znalazłem. Zastanawiam się teraz, czy nie ma ich tylko w ofercie hipermarketu, gdzie można kupić mydło i powidło, czy może nie ma go też w ofercie producenta, co byłoby wyjątkowo perfidnym, ale też godnym odnotowania zabiegiem zrobienia klienta w konia. Ostatecznie długopisu nie kupiłem. Może przeproszę się z wiecznym piórem, bo czerwony atrament mam. :)

A teraz mała poświąteczna refleksja. Właściwie powigilijna (po wigilii w Zakładzie). Otóż w czasie wigilii zakładowej zgadało się z naszym Szefem, że ludzie niczego nie uczą się z historii. To przekonanie dość rozpowszechnione, wszak już Pietrzak w Kabarecie pod Egidą prawie 30 lat temu mówił "Człowiek uczy się na błędach i na historii. A historia uczy tylko jednego, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła". Wyraziłem wtedy na tej wigilii przypuszczenie, że ci wszyscy błądzący wychodzą po prostu z założenia, że oni wiedzą, jakie błędy popełnili ich poprzednicy podejmując określone działania, ale wychodzą z założenia, że oni sami zrobią to samo, ale lepiej, tak że właśnie im się to uda. Dziś dodałbym po namyśle do tej wypowiedzi jeszcze kilka zdań.

Po pierwsze myślę, że są takie błędy, których nikt nie powtarza, bo nikogo to nie kusi i takie, które ludzie powtarzać będą z lubością nawet dysponując odpowiednią wiedzą. Używając porównań nikogo nie kusi siadanie gołą dupą na rozgrzanym piecu, a wrzucanie monet do maszyny i pociąganie za wajchę jest udziałem wielu. To oczywiście są bardzo przyziemne i proste przykłady, ale nawet wśród tych o doniosłym charakterze dałoby się przeprowadzić taki podział.

Po drugie zaś myślę, że życie ludzkie byłoby nudne, gdyby nie popełniane przez nas błędy. Choć niekoniecznie te, o których mówi historia. Zresztą gdybyśmy unikali ich robienia, to w wielu przypadkach nie mielibyśmy wyboru, jaką drogą podążać w życiu i szli byśmy zawsze tylko tą jedną, słuszną. A czy nie ma czegoś heroicznego w tym, że kiedy czasem z tej drogi zboczymy, to później często świadomi popełnionego błędu dokładamy wysiłku, aby jego skutki naprawić czy zniwelować? Często mamy wtedy w życiu pod górkę i pół biedy, gdy tylko my, ale czy to nie nadaje naszemu życiu jakiegoś sensu (przynajmniej w ten sposób, że nadaje mu cel)? Poza tym uważam, że każdy błąd jest inny, bo inne są okoliczności jego popełnienia, a tym samym inne mogą być jego skutki. I wierzę, że popełnianie błędów ma też sens poznawczy, bo wiele odkryć naukowych zostało dokonanych przypadkiem wskutek popełnienia błędu. To tyle o błądzeniu, a teraz gładko przejdę do nauki.

Chodzą mi po głowie pomysły na kolejne co najmniej trzy tematy badawcze. Ale nie wiem, czy poza "chodzeniem o głowie" coś więcej z tego będzie. Po pierwsze, nie mam żadnego przekonania, czy mają one sens (poza sensem poznawczym). Po drugie, nie do końca mam przekonanie, czy bronią się z punktu widzenia ekonomii (to znaczy jeden na pewno nie, jeden chyba tak, a jeden - trudno wyczuć). Po trzecie obawiam się, że nie będę mógł ich przetestować, bo albo moje szefostwo uzna, że są niezbyt sensowne (co ja akurat zrozumiem, choć nie uważam, że należy robić w nauce tylko rzeczy, które na pierwszy rzut oka mają sens), albo okaże się, że nie dysponujemy wyposażeniem niezbędnym do przeprowadzenia badań (choć wstępne działania w co najmniej dwóch przypadkach mogę zrobić nawet w domu), albo wreszcie zabraknie mi czasu, pary tudzież natchnienia. W ostateczności może się też okazać, że ktoś już to przede mną robił, a ja o tym nie słyszałem. Mimo to pozostaję w nadziei, że dane mi będzie te trzy pomysły przetestować. Między innymi dlatego chciałem zajmować się nauką. Szkoda, że pod tym względem nie jest u nas jak w USA, gdzie pieniądze znaleźć można nawet na mocno absurdalne, z mojego puntu widzenia, dociekania. Ale do USA nie wyjadę uprawiać naukę, bo chciałbym to robić tutaj. :)

I tym optymistycznym akcentem kończę życząć szczęśliwego Nowego Roku, jako że do końca tego roku chyba już tu pisać nie będę.

sobota, 26 grudnia 2009

Męczy mnie ten świąteczny maraton nicnierobienia. Zresztą to norma, że te święta kojarzą mi się głównie ze zmęczeniem bezczynnością. Nie wiem, czy zawsze tak było, bo nawet nie chce mi się nad tym zastanawiać, ale chyba nie. Ale kiedy to się zmieniło i dlaczego, nie wiem. A teraz niemal słyszę, jak tryby świata skrzypiąc zwalniają i prawie zatrzymują się w te dni.

Mógłbym sobie znaleźć jakieś zajęcię, ale trudno znaleźć motywację, kiedy dookoła prawie nic się nie dzieje. Może w przyszłym roku wybiorę się w tym czasie na narty? Tylko musiałbym się najpierw nauczyć na nich jeździć. Może więc właśnie w tym celu bym pojechał?

Nie jest tak, że nie lubię odpoczywać. Ale lubię to robić wtedy, kiedy potrzebuję (lub chcę), a wypoczynek dawkować sobie w rozsądnych ilościach. I najlepiej aktywnie. Trzy dni niecnierobienia pod rząd to zdecydowanie za dużo jak dla mnie. "Rozformowuję się" i trudno mi potem z powrotem nabrać rozpędu. Zwłaszcza, że okoliczności zewnętrzne nie sprzyjają.

Pewnie o tym zapomnę, ale dziś mam szczerą wolę zorganizować sobie tak czas w kolejne święta, żeby minęły szybko i bezboleśnie. Może jakiś maraton wiglijny? Może wspomniane narty? Albo ciepłe źródła? A może jakieś spotkania w przyjaznym towarzystwie? Tylko z kim, skoro każdy w te dni kursuje od krewnych do krewnych choćby nawet przez cały rok o nich nie pamiętał, nie zadzwonił, żeby dowiedzieć się, czy jeszcze żyją i jak.

Ale nie jest tak, że nic nie robię w święta. Owszem, przewidująco zaplanowałem sobie trochę zajęć, ale nie wiem, co mnie bardziej męczy: bezczynność, czy zajęcia, którymi próbuję tę bezczynność zabić? Nawet czytanie książek męczy. Jutro za to wybiorę się do kina. Mam nadzieję, że mnie to trochę wyrwie z marazmu. W końcu będzie trzeba się przespacerować tam i z powrotem na świeżym powietrzu.

Jak pisałem, wcześniej, dostałem list od M. Przeczytałem go wczoraj. Opisał mi swój wyjazd pociągiem do Nowego Jorku. Mocno się zdziwiłem, kiedy przeczytałem, ile trwała ta podróż. Myślałem, że już tylko PKP przewozi swoich pasażerów ze średnią prędkością 50 km/h, ale okazuje się, że ma konkurencję w tej dziedzinie w USA. M. opisywał mi m.in., jakie piękne widoki miał możliwość podziwiać w czasie tej podróży. Też bym tak chciał. Tylko, że ja potrzebowałbym do tego wizy amerykańskiej. Dobrze, że przynajmniej do Kanady mogę się już wybrać bez tych dodatkowych komplikacji. Z M. na pewno bym się nie nudził w święta, ale on niestety nie ma zwyczaju spędzać ich tutaj. Zresztą nie wiem, czy gdyby miał taki zwyczaj, to nie spędzałby ich w rodzinnym gronie.

Nabrałem ochoty na napisanie czegoś w swoim odręcznym dzienniku. Trochę ostatnio go zaniedbałem z braku czasu. A teraz chętnie przeleję doń trochę nieco bardziej osobistych refleksji. Trochę się dziś zastanawiałem na przyczynami mojego kiepskiego samopoczucia i także wnioski z tych przemyśleń przeleję na karty dziennika.

 

środa, 23 grudnia 2009

Mam w tym roku zdecydowany przesyt wigilii. Nie chodzi o jedzenie, ale o liczbę imprez. W tej chwili odbyłem ich już cztery. Więcej na pewno nie będzie (jeśli nie liczyć tej rodzinnej), ale to i tak za wiele.

Pierwsza była wigilia dla pracowników politechniki. Zwykle, jako pracownik, nie chodziłem na nią, ale tym razem poczułem się zobowiązany jako członek chóru. Zaśpiewałem, co swoje, ale do łamania się opłatkiem specjalnie się nie rwałem. Zresztą nie było za bardzo kiedy, bo przez większość czasu zabawialiśmy zebrane towarzystwo śpiewem. Trochę żałuję, bo zjawił się biskup ordynariusz. Pomyślałem, że mogłem mu złożyć życzenia, aby księża w jego diecezji dotrzymywali ślubów szczególnie posłuszeństwa. Tego chyba można życzyć każdemu ordynariuszowi. A temu personalnie mógłbym jeszcze życzyć więcej tolerancji dla tolerancji, bo wiem, że ma w tej dziedzinie spore niedobory. Choć z drugiej strony religia, którą reprezentuje, jest w swych założeniach nietolerancyjna, więc chyba te życzenia byłyby z kategori, nomen omen, pobożnych. :)

Drugą imprezą była wigilia w chórze. Jeszcze tego samego dnia, ale później. To była moja druga wigilia chórowa, ale poprzednia była chyba ze dwa lata temu. Rok temu na pewno nie było. Było miło, odśpiewaliśmy sobie jeszcze raz kolędy, ale tym razem już na luzie, bo sami dla siebie. Szkoda tylko, że nie wszyscy dotarli na to spotkanie, w tym osoby, na których obecność liczyłem. Trudno. Może następnym razem frekwencja będzie wyższa.

Trzecią wigilię miałem na politechnice, ale w gronie zakładu. Wcześniej jeszcze tego dnia przerzuciłem od 8.00 rano ćwierć tony betonu w kostkach po ok. 8 kg, po czym tylko przebrawszy się w domu z marszu ruszyłem na uczelnię. Było miło jak zwykle. A może nawet jeszcze milej. Chociaż nieco się spóźniłem, to jednak zdążyłem jeszcze na życzenia. Zaraz potem zasiedliśmy do barszczyku i tak zleciało nam półtorej godziny.

Ostatnia jak na razie wigilia odbyła się w Zespole. Nie byłem na tej wigilii nigdy dotąd, choć odbywa się co rok w tym samym terminie. Tym razem wyciągnął mnie A., któremu żona tym razem będąc w rozjazdach służbowych nie mogła towarzyszyć. Ja co prawda żony zastąpić nie mogłem i nie chciałem, ale zgodziłem się robić za osobę towarzyszącą. Skoro po z górą 20 latach znajomości A. wciąż się jeszcze do mnie przyznaje, to ja mu się mogę zrewanżować w ten sposób. ;) Tłoku nie było na tej imprezie, a A. stwierdził, że bywało więcej ludzi. Fakt, że z grona osób, które dobrze znam, były dosłownie jednostki. Ale może za rok będzie lepiej, bo jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to się wybiorę.

Na koniec tego męczącego dnia i tej notki dodam, że dostałem list od M. I to napisany odręcznie! (chyba go oprawię w ramki) ;) Napisał go w pociągu z Nowego Jorku. Tyle przeczytałem w pierwszym akapicie. Dalej nie czytałem. Na razie. Czekam na odpowiedni moment, kiedy będę miał wolny dzień i nastrój. Wtedy zaparzę sobie kawę, wezmę list, usiądę w fotelu i będę czytał. Może zrobię to jutro traktując jego lekturę jako prezent pod choinkę. I pewnie niedługo potem napiszę odpowiedź. :)

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape