O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 31 grudnia 2010

Pod koniec grudnia osłabłem nieco i chyba to trudy semestru zimowego dały o sobie znać, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, jak dużo mam w nim zajęć. Dlatego począwszy od ostatniego dnia zajęć zacząłem się byczyć i byczę się nadal.

Nie oznacza to, że nie robię nic, bo to by mnie męczyło podobnie jak nadmiar zajęć. Ale zajmuję się tylko rzeczami niezbędnymi albo takimi, na których zależy przede wszystkim mnie, a na które wcześniej nie miałem czasu prymat przyznając obowiązkom i zobowiązaniom wobec innych. Dodatkowo wstaję z łóżka dopiero, kiedy za oknami jest już jasno (choć żeby się za bardzo nie rozpuszczać budzik mam codziennie nastawiony na 7:00).

Dzięki temu podejściu nadrobiłem trochę zaległych lektur, zacząłem pisać opis drugiej wycieczki na dużą srebrną OTP, który być może skończę do końca tygodnia. Chciałem jeszcze zrobić sobie na próbę słoiczek marynowanego czosnku, ale jakoś nie mogę się do tego zmobilizować (po napisaniu tych słów zrobiłem sobie małą przerwe w pisaniu, poszedłem do kuchni i zacząłem przygotowywać czosnek do zamarynowania).

Na nowy rok nie mam żadnych postanowień. Co nie oznacza, że nie mam jakichś planów. Ale tych nie zamierzam wdrażać akurat od 1 stycznia licząc na jakąś magię tej daty. Dla mnie ten dzień jest niemal taki sam jak inne w roku. Nie do końca taki sam z racji tego, że jest to dzień świąteczny.

Sylwestra w tym roku spędzę w domu, choć była opcja wyjazdu do Szczecina i spędzenia go na łonie natury w Puszczy Wkrzańskiej. Opcji tej nie wykorzystałem głównie zniechęcony tym, co się ostatnio dzieje na kolei. Drugim powodem, początkowo nie branym pod uwagę, ale im bliżej końca roku, tym ważniejszym, było wspomniane wcześniej zmęczenie. Tak się w odpoczywaniu rozleniwiłem, że perspektywa przemierzenia połowy Polski w celu spędzenia Sylwestra w ciekawszych okolicznościach coraz mniej mnie kusiła. Zresztą odmówiłem już wcześniej i tylko coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to była dobra decyzja.

Ale przyznaję, że ten sposób spędzenia ostatniego dnia roku podoba mi się. Może kiedyś uda mi się coś takiego zorganizować w niezbyt licznym gronie w okolicach mojego grajdołka. Najpierw nocny, kilkunastokilometrowy spacer po okolicznych lasach, potem ognisko i wreszcie dalszy ciąg imprezy gdzieś pod dachem, ale nadal z dala od większych skupisk cywilizacji.

Chyba na tym zakończę i wrócę do mojego eksperymentu z marynowanym czosnkiem. Będzie jak znalazł na zimę, bo zima ma jeszcze potrzymać. :)

Blog Roku 2010

Tagi: roman j
19:31, roman_j
Link Komentarze (6) »
wtorek, 28 grudnia 2010

Czytając książkę, o której już wcześniej wspominałem, to znaczy "Stoicyzm uliczny" Marcina Fabjańskiego, co kilka stron natrafiam na cytaty z Artura Schopenhauera. I bardzo mi te cytaty przypadają do gustu, choć to właściwie nie jest kwestia gustu, ale światopoglądu.

Nie mam niestety nic z jego dzieł poza "Erystyką, czyli sztuką prowadzenia sporów", więc zajrzałem do Sieci, żeby przynajmniej znaleźć jakieś ciekawe a nieznane mi dotąd aforyzmy jego autorstwa. Pokłosie tych poszukiwań zamieszczań niżej. Ja już nabrałem chęci na zapoznanie się z twórczością Artura Schopenhauera. A może kogoś jeszcze w ten sposób zachęcę.

Etyka i moralność nie zależą od takiej czy innej religii. To tylko religie przywłaszczają sobie pewne pojęcia moralne, obowiązujące w danym środowisku: sankcjonują je i głoszą.

Religię możemy przyrównać do przewodnika, który prowadzi ślepego - chodzi bowiem tylko o to, aby ślepy doszedł do celu, a nie o to, aby wszystko widział.

Jak człowiek dźwiga własne ciało, a ciężaru jego nie czuje, tak nie dostrzega własnych błędów.

Co ludzie zwykle nazywają swym losem, jest przeważnie ich własną głupotą.

Jedynym mężczyzną, który nie może żyć bez kobiet, jest ginekolog.

Wolnym bowiem jest człowiek tylko wtedy, gdy jest samotny.

Ożenić się to jest pozbyć się połowy swoich praw i podwoić w zamian swoje obowiązki.

Rzadko myślimy o tym, co mamy, lecz zawsze o tym, czego nam brak.

Każdy człowiek potrzebuje stale nawet pewnej ilości trosk, cierpień lub biedy, tak jak okręt potrzebuje balastu, by płynąć prosto i równo.

Krótko mówiąc, bardzo mało ludzi umie myśleć, ale jakiś pogląd chce mieć każdy. I cóż pozostaje tu innego, jak przejąć gotowy pogląd od innych, zamiast wypracować go samemu?

Skromność przy przeciętnych zdolnościach jest zwykłą szczerością; przy wielkich talentach - obłudą.

Lekarz stara się ujrzeć w człowieku jego niedomagania, sędzia jego złe strony, a ksiądz jego głupotę – im głębsza tym lepsza.

Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość.

Bogactwo jest jak woda morska: im więcej pijesz, tym większe masz pragnienie.

Z geniuszu w praktycznym życiu tyle jest pożytku, ile z teleskopu w teatrze.

Nieustanne starania obliczone na usunięcie cierpienia nie dają nic poza zmianą jego postaci.

Blog Roku 2010

Tagi: roman j
23:18, roman_j
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 grudnia 2010

To w tytule to nie o mnie. Choć może kiedyś będzie. Tak o Marcinie Fabjańskim napisał wydawca jego książki. A może i on sam o sobie tak napisał. Nieważne. Ważna jest książka. Uprzedzam, będzie reklama. Ale darmowa (tych za pieniądze jakoś nikt na moim blogu wieszać nie chce).

Jestem pod nieustającym wrażeniem książki "Stoicyzm uliczny. Jak oswajać trudne sytuacje". Właściwie to niedobrze, że jestem pod takim wrażeniem, bo to nie przystoi stoikowi. Chociaż z drugiej strony stoikiem nie jestem, ale ta filozofia, wbrew pozorom bardzo praktyczna, przyciąga mnie z siłą magnesu neodymowego.

Czytam i przemawia to do mnie. Co więcej, czytam i odnajduję średnio co kilkanaście stron sposoby oswajania nieprzyjemnych (pozornie) sytuacji, do których sam doszedłem swego czasu. Nie wbija mnie to w dumę, bo i nie powinno, ale dostaję sygnał, że już tą drogą szedłem nawet o tym nie wiedząc. Nie wiedząc, kto ją wytyczył przede mną i dokąd prowadzi. Teraz wiem i tym bardziej zamierzam nią iść.

Łatwo nie będzie. I wiem, co mi na niej ciąży. Rozrośnięte ego. Pocieszam się tylko tym, że znam takich, co mają jeszcze większe, czyli jeszcze większy ciężar niosą przez życie. Ale nie pocieszam się złośliwie. Raczej cieszę się, że jestem gdzieś w środku stawki.

Zrozumiałem też, a przynajmniej tak mi się wydaje, dlaczego tak bardzo dobrze się dogaduję z prodziekanem S. Dlaczego tak miło mi się z nim zawsze rozmawia i dlaczego odczuwam wobec niego niekłamaną sympatię. Otóż w mojej ocenie, a jest ona subiektywna, więc potencjalnie błędna, to jest człowiek, który ma bardzo mało rozrośnięte ego.

Nie chcę się dalej w to zagadnienie zagłębiać, bo mój blog czytają ludzie, którzy znają człowieka. Dodam jeszcze tylko, że kiedy doszedłem do powyższego wniosku, zaraz pojawił mi się przed oczami człowiek jakby z drugiego bieguna. Jeden z profesorów z mojego wydziału, który ma dla odmiany tak rozrośnięte ego, że go spoza tego ego nie widać. Tutaj tym bardziej nie napiszę, kogo mam na myśli. Dodam tylko, że nie jest z mojego instytutu.

Właściwie powyższy akapit powinienem skasować. I nie ze względu na to, że ktoś mógłby się obrazić i potem mi zaszkodzić. Ale dlatego, że to co napisałem, jest przyganą, łagodniejszą siostrą obelgi, a o tej Schopenhauer napisał, że "niska natura ma do niej instynktowną wręcz skłonność, ilekroć zaczyna odczuwać duchową wyższość". Odczucie duchowej wyższości zaś Marcin Fabjański na łamach swojej książki określa jako "objaw duchowego niedorozwoju".

Widać jestem duchowo niedorozwinięty. Ale chcę się rozwijać. I widzę, że łatwo nie będzie. Ale trzeba próbować, bo tylko praktyką można dojść do biegłości.

Książkę powyższą chciałem kupić i wysłać A. jako prezent na gwiazdkę. Na szczęście w porę zorientowałem się, że ten pomysł był zdradzieckim podszeptem mojego ego. Moje ego cierpi przez to, że jest ignorowane przez A. i chciało w ten spsób ściągnąć na siebie jego uwagę. Ale na szczęście w porę przejrzałem ten plan.

Książkę jednak wysłałem jako prezent. Tylko, że zamiast do A. wysłałem ją do A. i A., czyli do brata i bratowej. Może im pomóc, jeśli właściwie z niej skorzystają. I pisząc to nie próbuję wykazywać swojej duchowej wyższości, zwłaszcza, że ja jestem z nas dwóch młodszy. Po prostu znam mojego brata i wiem, że z codziennymi trudnymi sytuacjami zmaga się tak, jak większość ludzi, czyli średnio skutecznie. Dlatego posłałem mu tę Wunderwaffe do walki z upiedliwościami życia codziennego. Mam nadzieję, że będzie jej z korzyścią dla siebie używać.

Nie jemu jednemu ona mogłaby się przydać. Prawdę mówiąc lista osób, którym chętnie bym ją dał, jest dość długa, bo jest na niej niemal każdy mój dobry znajomy, któremu dobrze życzę. Ale nie stać mnie na to, żeby każdemu taki prezent zrobić. Nie można ludzi uszczęśliwiać na siłę. Zwłaszcza, że mogłoby się okazać, jak w przypadku niedoszłego prezentu dla A., że nie o cudze szczęście wcale chodzi, ale o potrzeby własnego ego.

Blog Roku 2010

Tagi: roman j
23:47, roman_j
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 grudnia 2010

Tytuł przywodzi na myśl słowa kolędy, którą zresztą bardzo lubię śpiewać. Jeśli kogoś może zdziwi, że śpiewam kolędy deklarując jednocześnie, że nie wierzę w istnienie żadnych bogów, to jest to sprzeczność pozorna. Ja po prostu lubię śpiewać i nie mam uprzedzeń w doborze repertuaru. Na tej samej zasadzie podczas ulewy nie miałbym oporów, żeby schować się przed nią w kościele, a przecież widząc mnie tam ktoś mógłby sądzić błędnie, że jestem gorliwym i praktykującym wiernym. :)

Ale nie o kolędach chciałem pisać. I nawet nie planowałem w tym okresie poruszać w blogu tematów religijnych. Jednak czytając powieść Wiesława Myśliwskiego "Nagi Sad" trafiłem na taki fragment:

"(...) - Podobno tylko Bóg wszystko potrafi, a człowiek to marność nad marnościami, strachu swego się boi. Ksiądz tak mówi i tak się już przyjęło.
- Nie wierz księdzu - powiedziałem tłumiąc w sobie płacz. - Nigdy księdzu nie wierz. Z Boga przecież żyje.
"

Przerwałem czytanie i zamyśliłem się chwilę nad tym fragmentem. I pomyślałem sobie, że żaden bóg nie jest, jak to próbują ludzi przekonać różne mitologie i ich głosiciele, odwiecznym. Każdy bóg się kiedyś narodził, a jego akuszerami byli kapłani, którzy powołali go do życia, aby potem z niego żyć.

Żaden też bóg nie jest nieśmiertelny. Przeciwnie. Każdy z nich umiera razem ze swoim ostatnim wyznawcą, bo jest tylko pochodną jego wiary. Dzieje ludzkości usłane są trupami bogów m.in. starożytnych Egipcjan, Greków, Rzymian czy pogańskich Słowian. I nie ma podstaw, aby zakładać, że ten sam los nie spotka w przyszłości Allaha, Jehowę czy innych czczonych dziś bogów.

Ale każdego takiego martwego już boga można w każdej chwili wskrzesić. Wystarczy w niego uwierzyć i zostać jego kapłanem. I są tacy, którzy próbują. Z różnym skutkiem. :)

piątek, 24 grudnia 2010

Jeśli mnie pamięć nie zwodzi, to rok temu robiłem podobną wyliczankę, jakiej zaraz dokonam poniżej. Ale ponieważ rok to długi okres czasu i można zapomnieć, co się pisało (czytało) rok wcześniej, a poza tym "nic dwa razy się nie zdarza i zdarzy", dlatego pozwolę sobie na powtórkę. Ostatecznym argumentem jest to, że telewizja publiczna powtarza się częściej niż ja, a ludzie jeszcze za to płacą. ;)

Wracając do tematu znów wyrażę myśl nienową, że jak na człowieka, którego religijny wymiar zbliżających się świąt nie dotyczy, biorę udział w dużej liczbie tzw. wigilii. Właściwie trafniejszymi określeniami zamiast słowa "wigilia" byłyby: "spotkanie opłatkowe", "śledzik", "spotkanie świąteczne", ale utarło się jakoś, że te mniej lub bardziej liczne zgromadzenia nazywa się jednak wigiliami.

Tym razem byłem już na pięciu wigiliach, szóstą będę miał w domu i zaproszono mnie na siódmą, ale o tym napiszę dalej. Z tych pierwszych pięciu na jednej byłem niejako z poczucia obowiązku. Pisałem o niej. Chodzi o wigilię na uczelni dla pracowników i emerytów. Byłem tam w podwójnej roli pracownika i artysty-amatora (dodałem słowo "amator", żeby okiełznać nieco moje i tak za mocno rozrośnięte ego). To chyba była najmniej udana wigilia. Ograniczyła się do odśpiewania razem z chórem kilku kolęd, do których końca niektórzy pracownicy nawet nie doczekali, tak im się śpieszyło.

Ten występ jest jedynym w roku, po którym chór czuje pewien niesmak. To znaczy czują go głównie ci, którzy są na nim po raz pierwszy, bo ja już wiem, że na tym spotkaniu chór śpiewa do opłatka, tak jak w knajpach muzycy grają do kotleta. Jesteśmy tam tylko umilającym składanie życzeń tłem muzycznym, które z trudem przebija się przez gwar składanych życzeń.

Kolejna wigilia była również w pracy, ale w zakładzie. Ta była zdecydowanie przyjemniejsza, choć nie obyło się bez drobnych upierdliwości. Mianowicie ponieważ nasz najmłodszy kolega z zakładu wziął w tym roku ślub, na tapetę wszedł temat planów małżeńskich dwóch ostatnich wolnych facetów, czyli m.in. mnie. Ja od razu rozwiałem nadzieję, na to, że mam w ogóle takie plany. Przypieczętowałem jeszcze tę deklarację cytatem z Schopenhauera: Ożenić się, to jest pozbyć się połowy swoich praw i podwoić w zamian swoje obowiązki.

Poza tym wigilia przebiegła nam bardzo miło. Właściwie mógłbym nawet wyrzucić słowa "poza tym", bo to mi w żaden sposób nie zepsuło nastroju. Przywykłem do rozważań na temat zmiany mojego stanu cywilnego. Są równie bezproduktywne, jak rozważania o istnieniu boga. Ale jak w przypadku każdych czczych rozważań zawsze znajdą się ludzie, którzy się nimi pasjonują nie zważając na ich bezproduktywność.

Tak się złożyło, że tego samego dnia miałem wigilię z chórem. Ze względu na nią darowałem już sobie obiad tego dnia, bo jeszcze nie zdążyłem strawić tego, co skonsumowałem na zakładowej wigilii. Wigilia chórowa była bardzo sympatyczna. Stawiło się 21 osób plus dyrygent. Miał do nas jeszcze dołączyć podobno ksiądz, ale jego wizyta powoli zaczyna stawać się mitem, bo w zeszłym roku też miał nas odwiedzić i nie dotarł. W tym roku tej nowej tradycji stało się zadość, nad czym nie ubolewam. Szkoda może tylko, że na niego czekaliśmy, bo mogliśmy wcześniej zacząć.

Zaczęliśmy od składania życzeń, co jest zawsze dla mnie doświadczeniem trudnym, bo wypada te życzenia jednak jakoś spersonalizować, a ja o wielu spośród uczestników tej wigilii wiedziałem tylko tyle, że studiują i śpiewają w danym głosie. Jakoś jednak z tego udało mi się wybrnąć. Po tej części zasiedliśmy do stołów i pojawił się na nim nieśmiertelny barszczyk. Zanim się jednak pojawił, wybiły korki, kiedy dziewczyny podłączyły czajniki. Szczęście w nieszczęściu, że wybiły tylko w obwodzie z gniazdkami. Udało się jednak przywrócić zasilanie z pomocą ochroniarza. Oględziny wykazały, że przyczyną było zwarcie w przedłużaczu. To było jedyne zwarcie i spięcie tego wieczoru.

Na barszcz spuszczam zasłonę milczenia. Wspomnę za to wino, które pojawiło się na stole. Przynieśliśmy po jednej butelce ja z dyrygentem, co na 20 osób (bo jedna była nieletnia) było ilością symboliczną. Ja kupiłem mołdawskie czerwone półsłodkie wino o znamiennej nazwie "Czarny doktor". Bardzo dobre. Polecam, bo nie jest drogie, a naprawdę smaczne. Dyrygent przyniósł jakieś polskie (sic!). Nazwy nie pomnę. Spróbowałem go trochę, ale gust mam chyba za bardzo wyrafinowany, bo jak dla mnie za mocno czuć było to wino siarką. Ja wiem, że siarkowanie wina to powszechna praktyka nawet we Francji, ale trzeba znać miarę.

Kolejna wigilia, którą tylko wspomnę, to spotkanie w gronie absolwentów mojego liceum, które ogranizowało stowarzyszenie tychże absolwentów. Było miło, kameralnie i obyło się bez składania życzeń każdy każdemu.

Kolejna wigilia miała miejsce wczoraj w Zespole, w którym przetańczyłem 12 lat. Byłem na tej wigilii po raz drugi i nie wiem, czy nie ostatni. Przypomniał mi o niej A., tak jak i w zeszłym roku i tak jak w zeszłym roku wybraliśmy się nią obaj. Ale za to w zeszłym roku spotkałem tam przynajmniej więcej znajomych. No i jakoś mniej smętnie było wtedy niż teraz. W czasie tego spotkania A. zapytał, co będę robił dziś po wigilii, na co odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że będę trawił. Pytanie było nie od rzeczy, bo A. zaprosił mnie na wigilię do swoich rodziców, na którą wybiera się z żoną i mogliby mnie wziąć ze sobą.

Gdyby zaprosił mnie ktoś inny, to odmówiłbym bez wahania. Ale tutaj musiałem się zastanowić. Wiem, że na pewno byłoby bardzo miło na tej wigilii, bo gościłem wielokrotnie u rodziców A. i byłem tam zawsze bardzo sympatycznie podejmowany. Wiem, że i tym razem nie byłoby inaczej. Jednak po rozważeniu wszystkich za i przeciw, z powodów, w które nie chcę się zagłębiać, zdecydowałem jednak, że nie skorzystam z tego zaproszenia. A. chyba wyczuł, że się waham, bo na pożegnanie powiedział, że jeśli zmienię zdanie, to mam wysłać SMS-a. Wracając do domu jeszcze myślałem nad tym, czy nie zmienić decyzji. I prawdę mówiąc myślę nadal. Ale pewnie na myśleniu się skończy.

Ostatnia wigilia, ta która jeszcze się nie odbyła, czeka mnie dzisiaj w domu. Skromna, wyjątkowo kameralna i taka, od której wykręcić się nie mogą, choćbym chciał. Biorę w niej udział tylko ze względu na matkę. Kiedy jej zabraknie, zniknie ostatni powód, żeby 24 grudnia traktować inaczej niż każdy inny dzień w roku. Ale jestem gotów znosić tę uciążliwość tak długo, jak będzie trzeba i wcale nie tęskno mi do uwolnienia się od tego rodzinnego obowiązku.

I na koniec trochę nie na temat. Zgłosiłem swój blog do konkursu na Blog Roku 2010. Zakładam, że jestem bez szans na jakiekolwiek laury ze względu na silną konkurencję. Ale uważam, że warto w życiu działać zgodnie ze słowami Artura Schopenchauera: Nie masz żadnej szansy, ale ją wykorzystaj.

A poniżej prezentuję grafikę, jaką będę umieszczał w notkach do końca konkursu.

Blog Roku 2010

Tagi: roman j
11:05, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape