O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 23 grudnia 2011

W tytule napisałem o "garści" refleksji, podczas gdy siadając do pisania tej notki miałem w głowie właściwie tylko dwie i to krótkie, ale ponieważ wiem, że moje notki niekiedy lubią puchnąć podczas pisania i rozrastać się jak ciasto drożdżowe, więc żeby nie wracać do tytułu i nie zmieniać w nim liczebnika z "dwie" na "trzy" albo więcej, nadałem mu bardziej uniwersalne brzmienie.

Refleksję tak naprawdę miałem początkowo jedną i tą umieszczę tutaj jako pierwszą. Dotyczyła ona dwóch śmierci, które miały miejsce jedna po drugiej (choć nie ma pewności, co do dokładnego miejsca i terminu jednej z nich). Zmarło dwóch ludzi, którzy dość mocno odcisnęli swoje piętno w dziejach współczesnego świata: Václav Havel i Kim Dzong Il. Najpierw dowiedziałem się o śmierci pierwszego, a dwa dni później agencje doniosły, że zmarł drugi.

Usłyszałem wtedy taką opinię, że jest remis. Komuś przyszło coś takiego do głowy pewnie dlatego, że z jednej strony zmarł polityk, który zanim nim został walczył jak intelektualista o wolność, a z drugiej strony zmarł dyktator, władca państwa, w którym deficyt wolności obywateli jest chyba największy na świecie.

Ale to nie prawda, że mamy remis. Świat jednak stał się gorszy. O ile bowiem miejsce zmarłego dyktatora Korei Północnej naturalnie zajął jego syn i następca, o tyle puste miejsce pozostało po śmierci ostatniego prezydenta Czechosłowacji, nie da się wypełnić. To miejsce może się najwyżej zabliźnić, jak zabliźnia się rana na pniu drzewa po złamanej gałęzi. Tak bowiem jest ten świat zbudowany, że głupców i kandydatów na dyktatorów nie zabraknie, a ludzie mądrzy i szlachetni nie rodzą się na kamieniu i żadnego z nich nie da się zastąpić.

Rozrosła mi się ta pierwsza refleksja, choć myślałem, że zajmie mi co najwyżej jeden krótki akapit. Teraz czas na drugą, do której doszedłem, kiedy położyłem się na chwilę dzisiaj po obiedzie licząc, że krótka drzemka uśmierzy ból głowy, jaki mi od rana dokucza. Niestety, nie dane mi było się nawet zdrzemnąć, bo niedługo po tym, jak zamknąłem oczy, odezwał się dzwonek domofonu.

To był doręczyciel z jednej z prywatnych firm pocztowych, który przyniósł ostatni numer "Polityki" w tym roku. Zwykle zostawiał go w skrzynce, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tym razem musiałem pokwitować jego odbiór. To mi nasunęło myśl, że nie znam nikogo z mojego najbliższego otoczenia, kto czytałby "Politykę" czy jakiś inny tygodnik opinii. Na palcach jednej ręki mogę też policzyć osoby, o których wiem, że czytają codzienną prasę lub książki. I chodzi mi głównie o te osoby, które spotykam na co dzień, w tym także studentów. Zastanawiam się, na ile jest to signum temporis, a na ile dowód słabości intelektualnej środowiska, w jakim się obracam.

Produkuje się (sic!) coraz więcej ludzi z wyższym wykształceniem, którzy stają się automatycznie przedstawicielami inteligencji z racji wykształcenia. Mamy takich ludzi już w Polsce prawie 18% (według ostatniego spisu powszechnego). Ale wzrost ilości odbija się na jakości. I właściwie nie wiadomo, czy to grono ludzi, to jeszcze jest inteligencja. No bo czy można się uważać za przedstawiciela inteligencji, jeśli jedyne słowo pisane, z jakim się obcuje, to zawartość stron internetowych? Czy można się uważać za inteligenta czerpiąc wiedzę o świecie wyłącznie z Wikipedii, Google i Facebooka?

Zostawię to pytanie bez odpowiedzi i przejdę do tej refleksji, jaka mi się nasunęła na końcu rozważań rozpoczętych przez wizytę doręczyciela. A nie dotyczyła ona słabości intelektualnej inteligencji, ale przyczyn tego stanu rzeczy, który sprawia, że tak zmieniły się zwyczaje ludzi wykształconych. Wszystko to sprawiła technologia, w tym internet.

Ale technologia pozbawiła nas moim zdaniem jeszcze jednej ważnej rzeczy. Dzięki temu, a może raczej przez to, że mamy telefony komórkowe, internet, komunikatory, pocztę elektroniczną, Skype'a, serwisy społecznościowe i inne... nie mamy szansy za sobą zatęsknić. Technologia pozbawiła nas tego i ja nie jestem jej za to wdzięczny, bo jeśli nie ma prawdziwej tęsknoty, to nie ma też prawdziwej radości ze spotkania. Skoro bowiem nigdy tak do końca ze sobą na dobre nie tracimy kontaktu, to też nie możemy się cieszyć z jego ponownego nawiązania.

Nikt już nie odczuwa radości z otrzymania listu, bo nawet jeśli ktoś coś do kogoś by napisał, to zanim list, który kiedyś był formą kontaktu, dojdzie do adresata, można z tym adresatem na kilka i kilkoma kanałami sposobów wymienić myśli, podzielić się wiadomościami, uczuciami, czy refleksjami. I można to zrobić niemal natychmiast, on-line. A najgorsze jest to, że nie można z tego systemu komunikacji się wyłączyć, wykluczyć bez ryzyka, że znajdziemy się na marginesie życia. Spróbujcie wyrzucić telefon komórkowy, odłączyć internet, zamknąć konto na Facebooku czy Naszej Klasie.

Ja rozważałem taką możliwość czysto teoretycznie i doszedłem do wniosku, że to najprostsza droga do tego, żeby znaleźć się poza nawiasem mojego obecnego środowiska. Nie, na to nie jestem gotów. I nie wiem, czy kiedykolwiek będę, choć chciałbym. Byłoby to formą cywilnej śmierci. I chyba tylko śmierć, ta rzeczywista, jest jedyną szansą odcięcia się od tego wszystkiego na dobre. Ale to żadne rozwiązanie. Zresztą i śmierć oznacza dziś co innego. Jak to już kiedyś pisałem na łamach tego blogu, śmierć oznacza jedynie, że "abonent jest na zawsze niedostępny".

Tagi: roman j
16:29, roman_j
Link Komentarze (10) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Reanimowałem, przynajmniej czasowo, mój drugi blog na Blox.pl, bo trochę materiału na nowe notki znalazłem i nie mogłem sobie odmówić opublikowania ich. Jak ktoś chce obejrzeć, to zapraszam.

Na tym blogu dziś zmieniłem jedną rzecz tytułem eksperymentu. Nie napiszę co, ale uważni czytelnicy zauważą. Za jakiś czas sprawdzę, czy zmiana ta zaowocowała tak, jak się spodziewam, czy nie. Jeśli nie, to niewykluczone, że zmienioną rzecz przywrócę do stanu poprzedniego, bo wobec zmiany mam mieszane uczucia.

Zbieram się, żeby napisać kolejną notkę w blogu turystycznym. Zbieram się i... nic na razie z tego nie wychodzi. Ale czuję, że wzbiera we mnie chęć/potrzeba/przymus (nie wiem, co skreślić) i w końcu to zrobię. :)

A dziś mały urywek lektury. W lekturze też jestem opóźniony, więc nadal męczę książki Tokarczuk. Obecnie opowiadania. Jestem tą lekturą zaskoczony na plus. Może w krótszych formach trudniej stracić formę przed końcem? No i pomysł wystarczy jeden a dobry. No ale oddaję głos autorce.

(...) jak się czuje człowiek nie kochany? Czuje, że wszystko, co robi, jest złe i nawet, gdy przestaje to robić, to też jest złe. Wszystko w nim jest do niczego. Jest szmatką, papierkiem rzuconym na ziemię. Taki człowiek nigdy nie zazna spokoju. Będzie robił wszystko, żeby stać się godnym miłości, ale nigdy mu się to nie uda. Może z takich niekochanych ludzi biorą się wszyscy perfekcjoniści, ponieważ nigdy żaden rezultat ich nie zadowoli; będą pracować jak woły bez możliwości spełnienia, bez nagrody. Kraina Syzyfów i tych, którzy nabierają wodę sitami.

Tagi: roman j
14:45, roman_j
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 grudnia 2011

Jak widać po moim blogu, przechodzę kryzys twórczy. Ta notka nie świadczy o jego przełamaniu, raczej go potwierdza. Oto mając bowiem oczywisty temat i ogólne wyobrażenie o tym, co chciałbym napisać, mam problem z formułowaniem myśli i przekuwaniem ich w kolejne zdania tej notki. Ale jakoś idzie. Doszedłem już do czwartego zdania. Może czas zacząć pisać coś na temat.

Wybieram się w piątek na maraton. Właściwie nie wybieram się, ale jadę. "Wybieram się" to brzmi, jakbym jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji, a ja ją podjąłem. Nie będę jednak ganiał po ulicach ponad czterdzieści dwa kilometry późną jesienią (choć trzeba przyznać, że piękną). Będę siedział przez dwanaście godzin przy komputerze, albo w jego bliskim sąsiedztwie, i pisał. Pisał blog, bo to maraton blogerów.

V maraton blogerów

To jest V maraton blogerów, a mój drugi. Poprzednim razem byłem na pierwszym i zacząłem od wysokiego C, bo jako jeden z dwójki uczestników dotrwałem do końca nie zmrużywszy oka. O ile pamiętam, to ostatecznie uznano, że trójka z nas dotrwała do końca i taki był oficjalny wynik. I choć prywatnie się z nim nie zgadzam, to nie protestowałem, bo nic mi on nie ujmuje.

Pierwszy maraton w porównaniu z obecnym bym bardziej wymagający, bo trwał dobę. Nie pamiętam już, o której się zaczynał, ale mogła to być 17.00. Pewnie można to nawet sprawdzić w blogu poświęconym maratonowi. Trzeba tylko przewinąć do końca...

No i skusiłem się. Zajrzałem na tamten blog. I już wiem, że pierwszy maraton odbył się 21 września 2007 roku, a zaczął się o godzinie 18.00. Pamiętam, że byłem pierwszym uczestnikiem, ale tak byłem zaaferowany tym, co się dzieje, że pierwszy wpis popełniłem prawie godzinę po rozpoczęciu, kiedy w sali, gdzie odbywał się maraton, było już całkiem sporo uczestników. Wydaje mi się, że dwie moje pierwsze notki są tutaj: No to siup i Gdzie są komentarze?

Nie są to może notki wysokich lotów, ale ideą maratonu nie było (i nadal chyba nie jest) stworzenie dzieła literackiego, ale wysiedzenie przez dobę przy klawiaturze i pisanie co jakiś czas notki w blogu na dowolnie wybrany temat (nie było tematu przewodniego). A wysiedzieć nie było łatwo. Szczególnie drugą połowę doby, kiedy przyszedł ranek, zaczęło świecić słońce, a ludzie poczuli zmęczenie. Część się oddaliła, część się pospała.

Najtrudniejsze było tych kilka godzin przed 18.00, kiedy przynajmniej ja zacząłem tracić wiarę w sens prowadzenia tej imprezy przez całą dobę. Była nas już wtedy tylko garstka i właściwie chyba każdy czekał, żeby nadeszła już ta końcowa godzina. Łącznie z organizatorami. Żeby można było sobie pogratulować i rozejść się każdy w swoją stronę. W porównaniu z tym pierwsza połowa doby była zdecydowanie ciekawsza.

Znalazłem zdjęcia z tego pierwszego maratonu. Jak ktoś chce je obejrzeć, to są dostępne pod tym adresem. Znalazłem nawet siebie na trzech zdjęciach. Na wszystkich w tle, bo nie pchałem się w obiektyw. Na jednym nawet zauważyłem, że już cztery lata temu miałem dość wyraźną łysinkę... ;)

Zdjęcia jednak nie oddają wszystkiego, na pewno nie oddają atmosfery. Na przykład tego, że w pewnym momencie spontanicznie wpadliśmy na pomysł, żeby zakupić jakieś napoje wyskokowe. Zrzuciliśmy się więc na piwo i wino, które skonsumowaliśmy w dość szybkim tempie, ale przy zachowaniu pełnej kultury. Nie było tego zbyt wiele na głowę, więc i skutków żadnych przykrych nie było, a jedynym efektem ubocznym było to, że część blogerów poszła spać. :)

Ciekawe, jak będzie tym razem? Nie było mnie na trzech poprzednich imprezach, więc sporo mnie ominęło. Tylko na drugim z kolei maratonie mógłbym być, ale się nie zdecydowałem. Za to w kolejnych dwóch nie mogłem wziąć udziału, bo nie pasowały mi terminy. Teraz więc, kiedy okazało się, że termin jest sprzyjający, nie wahałem się długo. Zresztą bycie Strong Bloggerem z pierwszego maratonu zobowiązuje. ;)

No ale nie zamierzam snuć kombatanckich wspomnień. Zamierzam się dobrze bawić i odnowić znajomości zawarte na pierwszym maratonie. No i na pewno dotrwać do rana. Nie zakładam natomiast, że przełamię kryzys twórczy. Pisanie blogu zawsze traktowałem jako realizację potrzeby dzielenia się swoimi przemyśleniami i odczuciami. Choć tych ostatnich umieszczam tu coraz mniej w miarę, jak uświadamiam sobie, że coraz większe grono moich czytelników rekrutuje się spośród moich znajomych. Jeśli nie piszę, to znaczy, że nie mam takiej potrzeby lub, że potrzeba ta jest na tyle słaba, że nie udaje jej się pokonać przeszkód, jakie stoją na drodze jej zaspokojenia.

Ale jak widać, jak dotąd nawet po dłuższej przerwie tu wracam. Nie wiem, jak długo jeszcze. Nie zakładam tego z góry. Los moich dwóch pozostałych blogów wskazuje, że przerwa może być bardzo długa. Jeden z nich właściwie porzuciłem, choć mam materiał na jedną notkę i może ją napiszę. Co do drugiego, to obiecuję sobie co rusz, że znów coś napiszę, ale na razie nic z tego nie wychodzi. Rozgrzebałem nawet jakąś notkę w formie szkicu, ale jakoś jej nie udaje mi się zakończyć.

No nic. Wystarczy na dziś tego pisania. Muszę zachować trochę myśli na maraton, żeby nie pisać notek jedynie relacjonujących to, co się będzie działo dookoła mnie. Chociaż takich pewnie będzie i tak najwięcej. No to do przeczytania w blogu o maratonie. W piątek od 19.00 do 7.00 w sobotę rano. Dam radę! ;)

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape