O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 25 grudnia 2013

Drażnią mnie coroczne apele o wcześniejsze zamykanie sklepów w Wigilię. Nie rozumiem, dlaczego tego dnia, który przecież jest zwykłym dniem pracy, ktoś miałby być zmuszany do skracania dnia pracy swoich pracowników? Na jakiej podstawie? Wigilia nie jest ustawowo wolnym dniem od pracy. Nie jest też świętem kościelnym, o ile wiem.

Osoby, które wzywają do wcześniejszego zamknięcia sklepów motywują to chęcią umożliwienia pracownikom handlu przygotowania czy nawet w ogóle spożycia wigilijnej kolacji. A ja się zastanawiam, dlaczego tak uprzywilejowani mają być jedynie pracownicy handlu? Przecież nie tylko oni idą w Wigilię do pracy? Co więcej, oni mają wolne 25 i 26 grudnia, a są tacy pracownicy, którzy zarówno 24 jaki i 25 oraz 26 muszą pracować bez żadnych ulg, bo taka jest specyfika ich pracy.

I oni są w gruncie rzeczy najbardziej pokrzywdzeni w Wigilię. Jeśli bowiem pracownicy handlu zostają wcześniej zwolnieni do domu w ten dzień, to mają bonus. Taki dzień jest dla nich jakby półświętem. Niby dzień roboczy, ale nie trzeba przepracować go w całości (ciekawe, czy nieprzepracowane godziny przynajmniej odlicza im się od czasu pracy). Tymczasem wspomniani wyżej pracownicy, którzy na takie ulgi liczyć nie mogą, mają ten dzień liczony, jak każdy inny zwykły dzień pracy. Bez jakiejś premii za to, że w pracy spędzą część lub całość Wigilii.

Oczywiście dla takiej premii nie ma podstaw prawnych. Ale podobnie jest z wcześniejszym zamykanie sklepów w Wigilię. W tej sytuacji uczciwe byłoby jedno z dwóch rozwiązań. Albo wpisujemy do ustawy kolejny dzień wolny - 24 grudnia i dzięki temu osoby pracujące w tym dniu otrzymają za swoją pracę wyższą, świąteczną stawkę. Albo uznajemy fakt, że Wigilia jest zwykłym dniem pracy, w którym każdy musi swoje odpracować, jeśli akurat ten dzień jest dla niego dniem pracy.

Oczywiście każdy pracodawca, o ile jest taka możliwość, może z własnej inicjatywy i dobrowolnie skrócić dzień pracy pracownika, ale z uwzględnieniem nieprzepracowanych godzin w późniejszym rozliczeniu. Powinna to być jednak suwerenna decyzja każdego pracodawcy, na którego nikt nie powinien wywierać nacisków i który nie powinien być publicznie potępiany, jeśli zdecyduje, że tego dnia każdy pracuje jak w zwykły dzień. Jeśli ktoś chce mieć wolne w Wigilię, jest przecież urlop do dyspozycji.

Tagi: roman j
11:30, roman_j
Link Komentarze (8) »
wtorek, 24 grudnia 2013

Śnił mi się dziś szpital. Ale nie ten, w którym byłem ostatnio. I w ogóle nie jakiś taki, który bym kojarzył. Z kontekstu snu wynikało, że wracam na oddział po przepustce, ale nie wiem, jak długiej. Najpierw wydawało mi się, że to był tydzień, ale potem miałem wrażenie, że jednak więcej.

Trafiłem na oddział w chwili, kiedy z sali, w której leżałem poprzednio, wypisywano do domu trzy ostatnie osoby, które znałem z poprzedniego pobytu. Wśród nich była moja znajoma A., której w rzeczywistości nigdy w szpitalnych realiach nie spotkałem. Przyszedł też ze mną ojciec (sic!), ale zaraz po przyjściu usiadł gdzieś w poczekalni i czekał na rozwój wypadków, tak więc właściwie jakby go w tym śnie nie było.

Sam oddział był dziwny. Sala, do której trafiłem, na początku snu mieściła może dziesięć łóżek, z czego kilku nie było, a pozostałe były tylko w części zajęte. W miarę rozwoju snu sala jednak stawała się coraz większa. Przybywało łóżek, a na nich nowo przyjmowanych pacjentów. Pod koniec snu było ich tam ze trzydzieści i wszystkie zajęte.

Próbowałem sobie zarezerwować jakieś łóżko. Uważałem, że jako powracający pacjent jestem uprzywilejowany, przez co zostanę szybko przyjęty i będę mógł się "zagospodarować". Miałem ze sobą jakiś ręcznik i spodnie dresowe. Niestety, co sobie przysiadłem na jakimś łóżku, okazywało się, że komuś już zostało przydzielone, a ja byłem traktowany, jakby mnie nie było. Irytowała mnie ta sytuacja i rozmawiałem o tym z A., która próbowała mnie uspokoić, ale mało wiarygodnie to wychodziło, jako że ja czułem, że ona jest już jedną nogą poza szpitalem. Wiedziałem, że lada chwila jej tu nie będzie i myślami jest już na zewnątrz, a ja zostanę. Chyba.

Żeby było ciekawiej, wyjście tych trzech ostatnich znanych mi pacjentek (bo chyba to były trzy kobiety; dwie na pewno, płci trzeciej osoby nie pamiętam) wyglądało jak jakieś przyjęcie. W każdym razie spełniany był toast wódką i chyba winem. Ja się nie załapałem, a jeszcze w chwili spełniania toastu w sali był spory tłok. Już po obudzeniu uświadomiłem sobie, że w realnym świecie raczej nie leżałbym na sali z kobietami, bo przecież chyba obowiązuje podział na sale dla mężczyzn i kobiet. W moim śnie jednak takiego podziału nie było.

Chodziłem zdenerwowany po oddziale. W pewnym momencie stwierdziłem, że ktoś mi podprowadził ręcznik i dres, które zostawiłem na jednym z łóżek, które miałem nadzieję wreszcie dostać w przydziale, ale które dostał ktoś inny. Nie wiedziałem nawet, które to było łóżko, bo nagle pacjentów zaczęło przybywać, jakby ogłosili masowe przyjęcia, a sala zaczęła się wypełniać łóżkami i pacjentami, którzy, jak się wydawało, wcześniej by się w niej nie zmieścili.

I tak się właściwie skończył ten sen. Bez rozstrzygnięcia, czy mnie przyjęli, czy nie. Nie wiem nawet, jaki to był oddział, ale trafiający nań pacjenci przychodzili o własnych siłach i nie wyglądało na to, żeby im coś poważnego dolegało. Ciekawe, na ile ten sen to jakaś projekcja moich nieświadomych procesów myślowych, a na ile zapowiedź przyszłych zdarzeń?

Co prawda nie jest tak, że wierzę w jakieś nadprzyrodzone zjawiska, których skutkiem jest to, że ludziom śnią się ich przyszłe losy. Ale potrafię sobie wyobrazić sytuację, że ta biologiczna maszyna obliczeniowa obdarzona wyobraźnią, jaką jest nasz mózg, działając podświadomie na podstawie różnych faktów składa sobie jakąś wizję przyszłych wydarzeń. Wizję, która jest na tyle prawdopodobna, że potem się w jakieś części realizuje. I nie ma w tym nic niezwykłego.

Niezwykłe może się nam to wydawać w sytuacji, kiedy świadomie jakieś fakty pomijamy lub lekceważymy, przez co to, co nam się przyśni, a potem może częściowo zrealizuje, wydaje nam się zaskakujące. A tymczasem gdyby przeanalizować te pominięte fakty, mogło by się okazać, że można z nich wyciągnąć wnioski na temat tego, co się może prawdopodobnie stać w naszym życiu w przyszłości. I to właśnie być może robi nasz mózg m.in. w czasie snu, kiedy nasza świadomość odpoczywa, a przez to jego "moce obliczeniowe" mogą być wykorzystane w innym celu niż na jawie.

Taka senna wizja oprócz tego, że zawiera jakiś scenariusz wydarzeń, jest też przefiltrowana przez nasze dotychczasowe doświadczenia, obawy czy inne emocje. To ją wzbogaca, ale jednocześnie sprawa, że staje się mniej prawdopodobna. No bo przecież jest całkiem możliwe, że trafię za czas jakiś do szpitala (mam nawet skierowanie), ale szansa, że odprowadzi mnie tam zmarły ojciec jest zerowa. Nie sądzę też, żebym spotkał tam akurat A. i żeby na powitanie zwędzili mi ręcznik. ;)

Podoba mi się takie wyjaśnienie profetyzmu marzeń sennych. Ale są to tylko moje luźne rozważania. Nie zamierzam nikomu moich poglądów na ten temat narzucać. :)

Tagi: roman j
09:00, roman_j
Link Dodaj komentarz »

Umyłem dziś okna. Nie ze względu na Wigilię, ale dlatego, że im się to należało. Powinny być umyte wcześniej, ale ze względu na moją niepełną sprawność musiałem to odłożyć. I dobrze. Obawiałem się, że trzeba będzie poczekać do wiosny, a tu pogoda sprawiła miłą niespodziankę. Jeszcze rano leżąc w łóżku i słysząc deszcz stukający o parapet pomyślałem, że z mycia będą nici, ale przed południem przestało padać i prawie się wypogodziło.

Z racji tego, że nie ufam swojej chorej nodze, darowałem sobie skakanie po drabinie i wchodzenie na taboret. Dlatego najwyższe partie okien pozostały nieumyte. Na szczęście szyby są w całości w moim zasięgu, a nawet część ram powyżej. Zza czystych szyb od razu przyjemniej się patrzy na świat. Teraz światło dnia, którego będzie znów z dnia na dzień przybywać od czwartku bez trudu będzie się wlewać do środka.

Ale oprócz zwycięstw są też i porażki. Takie o których pisać nie chcę i taka, o której wspomnę. Dziś przy zmianie opatrunku okazało się, że bandaż jest przesiąknięty. To się już dość dawno nie zdarzało. Poza tym jakoś dziwnie zaczyna wyglądać ziarnina. Jakaś ciemna się tu i ówdzie robi.

Nie cieszy mnie to, ale też i nie martwi. To drugie chyba dlatego, że z racji tego, że przyroda jest ogólnie w marazmie ja sam popadłem w stan podobny do przygnębienia, który od tegoż różni się tylko tym, że nie odczuwam smutku. A raczej prawie go nie odczuwam.

No nic. Nie pozostaje mi nic innego, tylko obserwować, co się dzieje. Może nic złego. Może to po prostu jakiś kolejny etap. Rana mnie ostatnio trochę pobolewa. Głównie szczypie. I to paradoksalnie mnie cieszy, bo powinna boleć potraktowana 10% roztworem NaCl. Jak boli, to znaczy, że żyje. A to dobry znak.

Tagi: roman j
00:31, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przywykłem już do tego, że ludzie przyznający się do jakiejś religii są zwykle niekonsekwentni w swoich przekonaniach lub postępowaniu. Albo nielogiczni. Jakiś czas temu spotkałem się z dwoma takimi przypadkami, które dotyczyły bezpośrednio mnie, a miały związek z moim wypadkiem.

Najpierw jedna osoba powiedziała mi, że powinienem się "pomodlić do bozi" (cytat dosłowny), że to się tylko tak skończyło. Potem druga, że powinienem się zapisać na pielgrzymkę, z tego samego powodu. Obu osób nie będę na moim blogu bliżej identyfikował, bo nie ma takiej potrzeby.

Abstrahując od infantylności pierwszej sugestii ("do bozi" to się mogą modlić kilkuletnie dzieci) oba pomysły dowodzą pewnej niekonsekwencji w myśleniu o wpływie jakichś wydumanych wyższych istot na nasze życie. Skoro miałbym dziękować jakiemuś bogu za to, że moja przygoda ze źle rozwiniętym spadochronem skończyła się tylko złamaniem nogi i jednego kręgu (piszę "tylko" w porównaniu ze wszystkimi potencjalnie możliwymi konsekwencjami), to chyba najpierw powinienem go objechać za to, że w ogóle do takiej sytuacji dopuścił. Gdzie on był, kiedy ktoś składał ten spadochron, z którym potem skoczyłem? Gdzie był, kiedy on się rozwinął nie do końca tak, jak powinien? Przysnął? Poszedł do lodówki po piwo? Rżnął w brydża z aniołami?

Przecież jeśli uważamy, że korzystne dla nas sploty okoliczności są wynikiem działania jakichś istot wyższych zwanych zwykle bogami, to chyba powinniśmy też konsekwentnie zakładać, że i te niekorzystne są ich sprawką. Jest nawet dowód w Biblii. W księdze Hioba. Po lekturze tej księgi powinienem przyjąć, że jeśli ten bóg, którego czci około 80% naszego społeczeństwa (według sondażu tyle wierzy w jego istnienie) istnieje, to jest z niego kawał drania, dla którego postawienie człowieka na krawędzi przepaści, a potem łaskawe zabranie go stamtąd to jedna z ulubionych zabaw.

I teraz pytanie, czy bylibyśmy skłonni podziękować komuś, kto na przykład najpierw nas okradnie, a potem da pieniądze na chleb? Albo komuś, kto nas pobije, a potem przyłoży nam lód do opuchniętej gęby? Chyba wobec żadnego człowieka nie czulibyśmy w takiej sytuacji wdzięczności (pomijam tu wszelkiej maści masochistów). Dlaczego więc mamy ją odczuwać wobec boga?

To religia nas tak indoktrynuje, że wszystko, co się dobrego dzieje w naszym życiu zawdzięczamy bogom i mamy im być za to wdzięczni. Nawet jeśli to, co dobre, wynagradza nam tylko w niewielkiej części to, co złe spotkało nas chwilę wcześniej. To zaś co złe, to albo kara, na którą sobie sami zasłużyliśmy, albo "próba" naszej lojalności. I za wszystko, i dobre i złe, mamy dziękować bożkowi, którego wyznajemy.

Jak wdepnąłeś człowieku w krowi placek, to idź daj na mszę, że ta mina była tylko krowia, a nie przeciwpiechotna. I zamiast kląć, że musisz wyczyścić teraz but z g..., raduj się, że masz go jeszcze na co założyć. Taki światopogląd zaszczepia nam religia. U mnie się nie przyjął. Dlatego proszę darować sobie sugestie, za co i komu powinienem dziękować. :)

Tagi: roman j
09:47, roman_j
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 grudnia 2013

Zaraz po napisaniu poprzedniej notki przyszła mi do głowy myśl, żeby zrobić sobie prezent na święta i odblokować czasowo dostęp do blogu. Prezent zrobię sobie, ale może też może kilku innym osobom, które trafiają tutaj w poszukiwaniu wartościowych notek, które kiedyś gdzieś podlinkowano. Trafiają i odbijają się od blokady, bo chyba nikt z nich nie próbuje uzyskać dostępu. A o tym, że trafiają, wiem ze statystyk.

Dlatego od dziś do 6 stycznia 2014 roku (włącznie) można sobie tutaj wejść bez zaproszenia. Myślę, że i tak mało kto zajrzy. Po tym terminie odtworzę listę czytelników, bo mam ją już zapisaną i nie będzie się trzeba na nowo zgłaszać. Nie wiem tylko, czy nie będzie trzeba na nowo potwierdzać zaproszeń ode mnie? No cóż, okaże się. Ale nawet jeśli trzeba będzie, to chyba niewielki kłopot. Przy okazji będzie okazja zweryfikować, ile ta lista zawiera martwych dusz. :)

Uzupełnienie: na razie wyłączę też pokazywanie mapki po wejściu na blog. I to może już nawet na stałe. :)

Tagi: roman j
13:27, roman_j
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape