O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 29 grudnia 2014

Dziś krótko, bo zbieram się do wyjazdu i mam niewiele czasu. Zobaczyłem dzisiejszy rysunek Marka Raczkowskiego i postanowiłem wrzucić link, bo porusza ten sam temat, co moja notka z 24 grudnia br. Miłego oglądania. :) 

Oczywiście życzę tego wszystkim, poza głównym bohaterem rysunku, choć on tutaj i tak na pewno nie zagląda.

A tu rzeczony rysunek.

sobota, 27 grudnia 2014

Miałem nieco inny temat na notkę dzisiejszą. Ale na razie się z nim wstrzymam, a może w ogóle odpuszczę. Zwłaszcza, że coś innego wpadło mi właśnie w oko. Taki swojski filmik z internetu, który nawet można jakąś okrężną drogą powiązać z wigilią niedawno przeszłych świąt.

Mój ojciec, człowiek prosty, miał między innymi takie powiedzenie, że ktoś kogoś lub czegoś słucha jak świnia grzmotu. Po obejrzeniu tego filmu zastanawiam się, czy nie powinno się mówić raczej, że się ktoś kogoś słucha jak krowa puzonu? Trzeba iść z duchem czasu i wynikami badań terenowych. A poza tym nawet nie brzmi to jakoś pretensjonalnie (to znaczy, powiedzenie, bo na puzonach to ja się nie znam). ;)

środa, 24 grudnia 2014

Zastanawiałem się, czemu by tu poświęcić kolejną notkę w blogu, bo akurat mam czas i ochotę coś napisać. No i proszę, temat sam się nawinął. Nadpapież Terlikowski znów błysnął w mediach. Zwykle jego poglądy kwituję wzruszeniem ramion, ale tym razem nie odmówię sobie przyjemności wymierzenia kuksańca w jego tak beztrosko nadstawioną sempiternę. :)

Tym razem nasz naczelny interpretator doktryny katolickiej, a może nawet znawca myśli boga postanowił pozbawić złudzeń obrońców praw zwierząt. Jednym pociągnięciem pióra pozbawił ich działalność sensu. Co więcej, unieważnił przy okazji jedną z ustaw. Można przeczytać o tym tutaj.

Nadpapież Terlikowski twierdzi bowiem autorytarnie, że zwierzęta praw nie mają. I podpiera się w swoim stwierdzeniu Biblią. Zupełnie tak, jakby to, co tam zostało zapisane, było jedyną prawdą, objawioną i obowiązującą, uznawaną bez wyjątku przez każdego człowieka na naszej planecie, czy choćby w naszym kraju. O tym, że tak nie jest, chyba nie trzeba przekonywać. Bardzo widocznym tego zaprzeczeniem w kwestii praw zwierząt jest ustawa o ich ochronie.

I tak mamy tutaj do czynienia ze sprzecznością. Zgadzając się z Terlikowskim musielibyśmy uznać, że mamy ustawę, która formułuje i chroni prawa, których... nie ma, choć one właśnie z niej wynikają. Ale zaraz, skoro nie ma praw, które chroni ta ustawa, to jak to jest możliwe, że za łamanie tychże praw sądy zasądzają kary w tym także kary więzienia? Tym samym ipso facto prawa te muszą istnieć.

Wychodzi z tego sprzeczność, że tak to ujmę, teologiczna, gdyż to teologia specjalizuje się w formułowaniu sprzeczności, które sprzecznościami są tylko dla tych, którzy w rozumowaniu posługują się logiką, a nie wiarą. Sprzeczność powyższa jest jednak pozorna. Zwierzęta bowiem prawa mają, czego, jak napisałem powyżej, dowodzi objęcie ich ochroną ustawową. Fakt, że istnienie tych praw wynika li tylko z zapisu ustawy, jest ich istnienia warunkiem wystarczającym. Taka jest bowiem natura praw, że do ich zaistnienia wystarcza ich sformułowanie.

Ale oczywiście oprócz zagadnienia istnienia określonych praw są jeszcze zagadnienia ich egzekwowania, ochrony, źródeł, podstaw, etc. I w kwestii tych zagadnień chciał zapewne pan doktor zabrać głos, ale tak charakterystyczna dlań pycha zgubiła go. Napiął się za bardzo zanim wziął się za pisanie, a za mało przemyślał to, co na papier przelał. Wskutek tego zamiast poważnych, godnych namysłu stwierdzeń i obowiązujących interpretacji wyszła mu... zwykła bzdura.

Jeśli kogoś co do tego nie przekonałem, to dam sobie jeszcze szansę i na koniec podam przykład stwierdzenia, które jest tego samego rodzaju, co mądrości pana Terlikowskiego na temat praw zwierząt. Otóż, proszę państwa, pana Tomasza Terlikowskiego nie ma! A wnoszę o tym wprost z lektury Pisma Świętego, gdzie ani wzmianki o nim wprost nie znajdziemy, ani też nawet pośrednio jego istnienia nie da się z jej kart wyprowadzić. :D

I tym optymistycznym akcentem kończę życząc wesołych świąt Bożego Narodzenia wyłącznie tym, którzy je obchodzą. A tym, dla których są to jedynie, jak dla mnie, dni wolne od pracy, życzę, żeby ci pierwsi za mocno im tych dni nie obrzydzili swoimi obchodami. :)

wtorek, 23 grudnia 2014

Nie będę sprawdzał, czy się nie powtarzam, choć mam wrażenie, że już o tym pisałem. Ale chyba nie zaszkodzi przypomnieć moje stanowisko w kwestii życzeń świątecznych. Zaczął się okres kolejnych świąt i znów do skrzynki trafiają nieprzemyślane życzenia. W tym roku postanowiłem na każde takie odpowiedzieć, nawet na te z automatu wysyłane do wszystkich subskrybentów list dyskusyjnych.

Tych ostatnich nie lubię szczególnie. Ktoś bezmyślnie wysyła do wszystkich to samo nie zastanawiając się, na ile te życzenia są trafione. I zwykle chodzi o to, żeby ocieplić wizerunek swojej organizacji, firmy, itp. a nie o to, żeby rzeczywiście komuś sprawić przyjemność (choć nie wykluczam, że komuś te życzenia przyjemność sprawią).

W tym roku w odpowiedzi na życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia piszę, że są one dla mnie, jako ateisty, równie przyjemne, jak dla praktykującego muzułmanina przyjemne byłyby życzenia złożone z okazji święta Jom Kipur, czy też Hanuki. Myślę, że przekaz jest jasny. Tym bardziej doceniam osoby, które życzenia składają mi bez powoływania się na Boże Narodzenie.

Ja w tym czasie akurat też mam co świętować, bo cieszę się z przypadającego w tych dniach zimowego przesilenia. Sekwencja świąteczna jest taka: od 18 grudnia słońce zaczyna zachodzić coraz później, od 27 grudnia dnia zaczyna przybywać, a od 5 stycznia słońce zaczyna wschodzić coraz wcześniej. To zimowe przesilenie wyznacza też dla mnie początek nowego roku, bo akurat 1 stycznia to dla mnie dzień jak każdy i zupełnie umowny początek.

Oczywiście zmiany cyferek po 1 stycznia nie kwestionuję i nie podważam. Ale traktuję to urzędowo, a nie świątecznie. Coś jak przekroczenie linii zmiany daty. Kiedyś tę datę zmieniać trzeba, więc niech będzie tak, jak jest to najpowszechniej przyjęte. :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Z racji rozpoczętej dłuższej przerwy w pracy, która ani nie jest strajkiem, ani urlopem, ani bezrobociem, postanowiłem napisać kolejną notkę. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, żeby popracować. Zwłaszcza teraz, kiedy studenci już mają wolne i mógłbym zająć się spokojnie uzupełnianiem dokumentacji związanej z ich projektami, przeprowadzeniem kilku badań, które nie są na tyle praco- czasochłonne, że obecnie bez kłopotu bym się z nimi uwinął i może czymś jeszcze. Ale nic z tego. Szefostwo postanowiło oszczędzać. Zamykamy interes na święta, wyłączamy grzanie, może też prąd i nikogo do środka nie wpuszczamy.

Nie mam nic przeciwko oszczędnościom, ale dziwi mnie sytuacja, w której z jednej strony rzekomo oszczędzamy, a z drugiej nie widzimy nic zdrożnego w tym, że pieniądze wyciekają nam z innej strony całkiem sporym strumieniem. Taka sytuacja jest właśnie u nas na uczelni, a dotyczy ogrzewania. Dziwię się, że od tak długiego czasu nikt nie pomyślał o tym, żeby zamontować na grzejnikach zawory termoregulacyjne. Skutki tego są dwojakie.

Jeden taki, że jeszcze niedawno dramatycznie różnie rozkładała się temperatura w różnych pomieszczeniach. Ja siedziałem w moim pokoju w kurtce, bo inaczej nie szło (nawet myślałem, czy nie wyjść na korytarz, bo tam było cieplej), a w pracowni komputerowej piętro niżej był tropik i można by prowadzić zajęcia w podkoszulku oraz krótkich spodenkach.

Jak się poprawiło, to teraz przesada jest w drugą stronę. Wchodzę do mojego do niedawna lodowatego pokoju i panuje tam teraz dla odmiany duchota. Podobnie było w te ostatnie cieplejsze dni w całym gmachu. Idę na zajęcia i nie dość, że od razu po wejściu trzeba otworzyć okno, żeby doprowadzić temperaturę do rozsądnego poziomu (czyli obniżyć), to jeszcze czasem trzeba przez jakiś czas to okno trzymać otwarte na oścież, bo inaczej pod koniec zajęć trudno byłoby zdzierżyć z nadmiaru ciepła.

Nie wiem, ile pieniędzy idzie w ten sposób w powietrze na marne, ale myślę, że są to kwoty, po które warto się schylić. Nie wiem też, jaki byłby koszt zamontowania zaworów z termoregulacją i czy szybko by się one zwróciły. Ale jestem pewien, że by się zwróciły, o ile by z nich korzystano, co też nie jest wcale takie pewne.

Mam doświadczenie sprzed kilku lat z naszej auli. Miałem tam egzamin. Po 15 minutach od rozpoczęcia zacząłem się pocić, chociaż to nie ja go pisałem. Było tam po prostu za gorąco. Akurat na auli grzejniki mają zawory termoregulacyjne, ale były one ustawione na maksymalny przepływ. Ustawiłem je wtedy w rozsądnych pozycjach, tam gdzie sięgnąłem. I co z tego? Kilka dni później byłem na auli z innego powodu. Rzuciłem z ciekawości na zawory chcąc ocenić trwałość moich zabiegów. I co? Znowu były rozkręcone na maksimum. Widać stać nas na to...

Ale nie o tym miałem pisać, a o tym, że ciągle jestem jeszcze w domu, a nie w szpitalu. Tym razem skończył się kontrakt w NFZ. Oszczędzę sobie pisania, a czytelnikom czytania szczegółów. Napiszę jedynie, że od ręki dostałem kolejny termin - 12 stycznia 2015 r. Czy ten już jest ostateczny? Nie chcę nic zakładać. Liczę na to, że tak, ale po dwóch poprzednich podejściach wszystko jest możliwe. I właściwie na tym mogę ten temat skończyć, dlatego może dobrze, że zacząłem od czegoś innego, bo inaczej bardzo krótka wyszła by ta notka. :)

Tagi: roman j
11:55, roman_j
Link Dodaj komentarz »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape