O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 31 marca 2008
    Dzień trzeci powitał nas pogodą niejasną. Dość często wychodziło zza chmur słońce, ale zanosiło się na to, że może popadać. Pogoda przypominała tę, jaką rok wcześniej mieliśmy w Gostyninie. Z tą różnicą, że wtedy padało w nocy i popadało nad ranem jeszcze przed złożeniem namiotów. Tym razem do chwili wyjścia z miejsca noclegu deszcz nie spadł. O suchej stopie poszliśmy też z powrotem do Javorníka.
   Na przedmieściach zatrzymałem się przez chwilę przy małym obelisku. Według słów św. Marcina miał to być pomnik ofiar rasizmu. Tak zeznał nam poprzedniego dnia na odprawie. Trochę się wtedy zdziwiłem, bo czemu to Czesi mieliby stawiać pomnik ofiarom akurat rasizmu. Okazało się, że to był pomnik ofiar faszyzmu, co nie wydawało się już takie niezwykłe w tej części Europy. Ciekawostką był fakt, że był to
pomnik z odzysku. Wcześniej był obeliskiem ku czci bratniej Armii Czerwonej zresztą gwiazda wciąż na nim była). Gospodarni Czesi zamiast pomnik usuwać po rostu przerobili go na pomnik ofiar faszyzmu. Z daleka napis był na tyle niewyraźny, że można było rzeczywiście pomylić "faszyzm" z "rasizmem". Zwłaszcza, że po czesku te dwa słowa różnią się tylko jedną literą i ptaszkiem ("fašismus" i "rasismus"). Ptaszka mógł nasz przewodnik nie dojrzeć, a z daleka duże "R" i duże "F" są dość podobne. 
    Po krótkich oględzinach poszliśmy dalej, a celem naszym był zamek biskupów wrocławskich, czyli Jánský Vrch. Do obejrzenia tutaj. Zamek ten jest specyficzny z dwóch powodów. Po pierwsze znajduje się tutaj największa w Czechach kolekcja fajek. Po drugie za dodatkową opłatą można sobie obejrzeć w zamku nie tylko pomieszczenia reprezentacyjne, ale też całe zaplecze kuchenno-administracyjne z pralnią, łazienką, kuchnią, itp. Zwykle takich pomieszczeń nie udostępnia się zwiedzającym. My oczywiście zwiedziliśmy także te pomieszczenia.
    Obiecano nam tez koncert muzyki dawnej, ale okazało się, że coś nie zostało dograne (dosłownie i w przenośni). Najpierw dowiedzieliśmy się, że ten koncert jest w cenie biletu, a na miejscu okazało się, że trzeba dopłacić za tę przyjemność po 5 koron. I co najlepsze, kasjerka niektórym osobom sprzedała bilety z koncertem, a niektórym bez. A że grupa szła razem, więc trzeba było z koncertu zrezygnować. Oczywiście kasa zwracała pieniądze, ale kilka starszych pań uparło się, że chcą wysłuchać koncertu i koniec. Przez chwilę poczułem się jakbym był na wycieczce z przedszkolakami, których opiekun nie chce wziąć na obiecane wcześniej lody. Rozumiem, gdyby chodziło o coś naprawdę atrakcyjnego, ale pięć minut rzępolenia na starych pudłach można sobie było odpuścić. I tak też się stało.
    Zamek zwiedzaliśmy godzinę. Nasza przewodniczka, bardzo ładna dziewuszka, niestety nie mówiła po polsku, więc wręczyła jednemu z uczestników tekst w naszej ojczystej mowie, a sama robiła za semafor pokazując to, o czym akurat czytał nasz pół-przewodnik.
    Kiedy wyszliśmy z zamku, okazało się, że zaczęło delikatnie padać. Zeszliśmy więc szybkim krokiem z Vrchu do miasta i po chwili zastanowienia zalogowalismy się do hostinca. W samą porę, bo jak tylko weszlismy, deszcz lunął. Wypiliśmy tam po dwa kufle miejscowego piwa za 15 Kč sztuka czekając na przejaśnienie. Dopiwszy drugie piwo i nie doczekawszy się poprawy pogody zdecydowalismy się, że niezależnie od deszczu trzeba iść. Gdy przyszło do płacenia, czekała mnie miła niespodzianka. Kobieta zza baru, która liczbę wypitych piw zapisywała sobie robiąc kreski na podkładce, podsumowała nas na... 60 Kč, czyli o 1/3 za mało.
    Ale że liczyła sumiennie i kilkakrotnie, uznałem, że pewnie dała nam jakiś rabat i nie protestowałem. Zapłaciłem, ile sobie zażyczyła i wyszliśmy. Na dworze lało. Postaliśmy jeszcze trochę pod dachem przed wejściem, a jak deszcz trochę zelżał weszlismy jeszcze do sklepu, gdzie zrobiliśmy zaopatrzenie w alkohol. To znaczy moi niezastąpieni towarzysze zaopatrzyli mnie w alkohol w rewanżu za to, że dzień wcześniej postawiłem nam wszystkim obiad, a rano jeszcze zafundowałem zwiedzanie zamku jako jedyny posiadacz koron w tym towarzystwie. Sam wybrałem taką formę rozliczenia, a była ona możliwa, bo sprzedawczyni w sklepie przyjmowała złotówki.
    Po zakupach ruszyliśmy dalej. Kiedy wychodziliśmy z Javornika znowu się rozpadało i na jakiś czas zamelinowaliśmy się nawet pod jakimś orzechem, ale w końcu deszcze zelżał, a nawet wyszło słońce. Dalej w ciągu naszej drogi chwilami jeszcze trochę kropiło, ale największe opady mieliśmy za soba. Późnym popołudniem dotarliśmy na przejście graniczne Paczków - Bílý Potok. Niedługo potem dotarliśmy do granic Paczkowa, gdzie mieliśmy tego dnia nocować. A co jeszcze robiliśmy tego dnia, zanim poszliśmy spać, o tym w następnym wpisie.
Tagi: roman j
20:09, roman_j , OWRP
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 marca 2008
    Co jakiś czas zdarza mi się czytać tu i ówdzie, że amerykańscy naukowcy dokonali jakiegoś kolejnego odkrycia. W większości wypadków nie są to jakieś odkrycia przełomowe, a niekiedy wręcz kuriozalne, ale niewątpliwie ich liczba utrwala w nas przekonanie, że jeśli czegoś jeszcze nie wiemy, to amerykańscy naukowcy na pewno prędzej czy później wypełnią tę lukę w naszej wiedzy.
    Pozazdrościłem amerykańskim naukowcom i też postanowiłem podzielić się ze światem wynikami moich dociekań, które, chociaż są bardzo odległe od mojej specjalności naukowej, reprezentują przyzwoity poziom amerykańskiego, prowincjonalnego college'u. Ponadto, jak sądzę, zainteresują one 90% polskiej populacji i to zarówno pań, jak i panów.
    Czas więc, żeby PAP oznajmił światu, że "polski naukowiec dowiódł, że pędzenie bimbru sprzyja zachowaniu szczupłej sylwetki". Słowo się rzekło (a raczej napisało), kobyłka u płota. Trzeba pokazać dowody. Oto one.
    Jak pewnie wie to znakomita większość polskiej dorosłej populacji, alkohol powstaje z cukru, a proces ten nazywa się fermentacją alkoholową. Dla tych, którzy nie spali na lekcjach chemii i coś niecoś z tego przedmiotu kojarzą, poniżej podaję uproszczone równanie reakcji chemicznej, jaka prowadzi do przemiany cukru (tutaj akurat glukozy) w alkohol.
 
C6H12O6 2C2H5OH + 2CO2
 
    Dla tych, którzy z chemii już niewiele pamiętają, podam powyższe równanie w bardziej przystępnej wersji:
 
cukier spirytus + bąbelki
   
    Dalej będzie nieco trudniej, bo muszę użyć moli. I nie chodzi mi o te małe, upierdliwe, srebrzyste robaczki, które wpieprzają nam czasem ubrania w szafach lub książki na półkach. Mol to jest jednostka liczebności. Jeśli komuś to nic nie mówi, to może łatwiej będzie mu to zrozumieć, jeśli użyję porównania zaczerpniętego z Wikipedii. Otóż mol to jest taki mendel, tylko że większy. Mendel jaj to jest 15 sztuk, a mol jaj to jest średnio 602,214,179,000,000,000,000,000 jaj. Jeśli komuś się chce, to może obliczyć, ile czasu wszystkim ziemskim kurom zajmuje zniesienie mola jaj. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że jeszcze im się ta sztuka nie udała.
    Zostając na chwilę przy jajach można zauważyć, że jeśli na jedną jajecznicę potrzebujemy jednego jajka, to z mendla jaj otrzymamy mendel jajecznic, a z mola jaj, mol tychże. Z cukrem i spirytusem jest podobnie, z tą tylko różnicą, że z mendla cząsteczek cukru (a dokładnie glukozy) otrzymamy dwa mendle cząsteczek alkoholu. Z molami jest tak samo. Jeden mol glukozy (lub pół mola cukru z cukiernicy) da nam dwa mole alkoholu. Dwa za jeden. Fajnie, prawda? No nie do końca, bo ten 1 mol cukru (glukozy) waży ok. 180,16 g, a 1 mol czystego spirytusu już tylko 46,06 g. Ale kto by tam pił czysty spirytus. I tak rozcieńcza się go wodą i wychodzi łeb za łeb, a może nawet lepiej, bo z kilograma cukru możemy otrzymać (przynajmniej teoretycznie) około 1,5 l wódki 40%.
    No a gdzie ta szczupła sylwetka? Już dochodzę do konkluzji. Tak się składa, że naukowcy, ale nie wiem, czy amerykańscy, czy jacyś inni, wyliczyli, że 1 gram cukru daje organizmowi 4 kcal energii. Tymczasem jeden gram spirytu daje 7 kcal. Dokonajmy więc prostych obliczeń. Ze 180 gramów cukru otrzymamy 2*46 gramów spirytu, czyli 92 gramy. Pomnóżmy te wartości przez liczbę kalorii:
 
cukier:  180 g * 4 kcal = 720 kcal
spirytus: 92 g * 7 kcal = 644 kcal
--------------------------------------
różnica:                         76 kcal
 
    W ten sposób dowiedliśmy, że cukier spożywany w postaci przetworzonej w procesie fermentacji alkoholowej dostarcza organizmowi o ponad 10% kalorii mniej! To dobra informacja dla panów i dla pań, które może bardziej łaskawym okiem spojrzą na eksperymenty swoich mężczyzn polegające na określaniu zawartości cukru w cukrze.
    I na tym można by ten wywód zakończyć, bo zostało udowodnione to, co było do udowodnienia. Ale sumienie i ustawa o wychowaniu w trzeźwości nie pozwalają mi postawić tutaj kropki przed dodaniem akapitu zawierającego propagandę antyalkoholową.
    Może więc w ostatnich słowach tej notki przypomnę, a niektórym uświadomię, że alkohol jest produktem wytwarzanym przez drożdże. Przy czym słowo "wytwarzany" nie jest tutaj ścisłe, bo alkohol jest przez drożdże właściwie wydalany. Drożdże bowiem konsumują cukier, a alkoholem... siusiają. Jeżeli więc przed konsumpcją wyrobów alkoholowych nie powstrzyma Was świadomość, że raczycie się drożdżowymi siuśkami, to pozostaje mi tylko życzyć Wam smacznego. :)
Tagi: roman j
10:42, roman_j
Link Komentarze (23) »
sobota, 29 marca 2008

To się już może staje nudne, ale nie zrażając się taką możliwością donoszę, że po raz kolejny upiekłem ciastka owsiane. Tym razem wyszły mi chyba najlepiej jak dotąd i zakładam, że żadnych dodatkowych modyfikacji do przepisu już nie wprowadzę. Najwyżej wypróbuję jeszcze jedną opcję pieczenia.

A w związku z tym, że udało mi się dobrać zadowalające proporcje składników, podam dziś mój przepis, na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie naśladować. Oryginalny przepis, z którego skorzystałem, jest tutaj: Przepis wyjściowy (może ktoś woli wypróbować oryginał). A mój, zmodyfikowany przepis jest następujący:

  • 1/2 kostki masła
  • 1/4 szklanki cukru (łącznie z cukrem waniliowym, którego ilość należy dobrać wedle gustu)
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 szklanka mąki razowej typ 2000
  • 3/4 szklanki łuskanych ziaren słonecznika
  • 3/4 szklanki platków owsianych
  • 2-3 łyżki stołowe wody

Zaczynamy jak w oryginalnym przepisie od wymieszania masła z cukrem i proszkiem do pieczenia. Masło powinno przed przygotowaniem ciasta poleżeć trochę w cieple, bo to znakomicie ułatwia mieszanie. Zwłaszcza, jeśli robi się to ekologicznie (czyt.: ręcznie). ;) Do masła wymieszanego z cukrem dodajemy mąkę przesianą przez sitko o dość grubych oczkach (żeby otręby trafiły do ciasta, a nie do kosza). Mąkę zwilżamy 2-3 łyżkami wody. Oprócz mąki do masła należy dodać na tym etapie płatki owsiane i ziarno słonecznika.

Ziarno słonecznika w oryginalnym przepisie zaleca się uprażyć na patelni na złoty kolor. Jeśli ktoś się na to zdecyduje (ja dotąd zrobiłem to w 2 z 3 przypadków), to polecam następującą technikę: suchą patelnię nagrzewamy do dość wysokiej temperatury, po czym wrzucamy ziarna i nieustannie mieszamy, żeby nie pozwolić im się przypalić. Po osiągnięciu przez słonecznik oczekiwanego koloru trzeba jego ziarno wystudzić przed dodaniem do ciasta.

Po dodaniu wszystkich składników ciasto wyrabiamy na dość jednolitą masę (przy czym nie należy się spodziewać cudów jednorodności przy tak gruboziarnistych składnikach). Ciastka można wyrabiać na różne sposoby. Ja preferuję wykorzystanie do tego łyżki stołowej, na którą nabieram ciasto i ręcznie formuję coś na kształt małży (ten kształt w czasie pieczenia i tak się nie zachowa). Ciastka ułożyć na blasze (można podłożyć folię aluminiową lub odpowiedni papier). Piec proponuję w temperaturze ok. 150 stopni przez co najmniej 15 minut, ale tę część przepisu proponuję traktować z dużą rezerwą i ustalić czas pieczenia indywidualnie. Kiedy ja się zastosowałem do czasu i temperatury podanych w oryginalnym przepisie, to prawie wyszedł mi węgiel owsiany. Stąd w moim przepisie obniżona nieco temperatura (bardziej obniżać nie polecam), ale wtedy czas może okazać się za krótki.

Z powyższych proporcji mi wszyszło ostatnio 17 ciastek, ale niektóre były nieproporcjonalnie duże, więcnastępnym razem może wyjść ich nieco więcej.

Jestem zwolennikiem eksperymentowania w kuchni dlatego polecam modyfikację przepisu, jeśli komuś ten nie będzie odpowiadał. Ja na przykład myślałem o dodaniu jajka, ale okazało się, że i bez tego można otrzymać dość zwarte ciastka. Nie polecam dodawania większej ilości cukru w proporcji do innych składników, bo według mnie ciastka według powyższego przepisu są wystarczająco słodkie. Oczywiście można zastapić mąkę razową zwykłą mąką pszenną, ale takie ciastka stracą nieco ze swoich walorów zdrowotnych.

Smacznego życzę tym wszystkim, którzy zechcą spróbować swoich sił w pieczeniu ciastek według powyższego przepisu. :)

Tagi: roman j
08:45, roman_j
Link Komentarze (18) »
czwartek, 27 marca 2008

Temat dzisiejszej notki wyłonił się niemal wprost z notki sprzed dwóch dni, gdzie pisałem o podsycanej przez Tomasza Manna mojej fascynacji muzyką. Manna chwilowo odłożyłem (cały wczorajszy dzień poświęciłem politechnice), ale fascynacja muzyką na tym nie ucierpiała, a nawet się zaczyna rozwijać i przybierać niebezpieczne formy. Ale o tym na razie nie będę pisał. Zamiast tego spróbuję gładko połączyć te dwa odległe zdawałoby się tematy, jak fascynacja muzyką i niedoszła kariera w milicji. ;)

Otóż rozmyślając po ostatniej notce nad muzyką przyszło mi na myśl, że zapis nutowy jest formą kodowania informacji. Kodowanie natomiast kojarzy się z szyfrowaniem, czyli celowym ukrywaniem treści przed osobami niepowołanymi. To mnie naprowadziło na ślad wspomnień z dzieciństwa, bo jako nastolatek miałem fioła na punkcie różnego rodzaju szyfrów. Miałem nawet zeszyt, w którym zapisywałem różne metody szyfrowania, o których albo gdzieś wyczytałem, albo sam je wymyśliłem (a raczej modyfikowałem istniejące). Było to wtedy o tyle trudniejsze, że o Internecie się w ogóle nie słyszało.

Moją fascynację przez krótki czas dzielił kolega z podstawówki i kiedyś on sam wymyślił szyfr, który ja miałem złamać. Nie wdając się w szczegóły napiszę, że w końcu mi się to udało, ale w międzyczasie poprosiłem o pomoc... znajomego oficera milicji ze Szczytna (złóżmy to na karb dziecięcej naiwności). I tu doszedłem prawie do osi tematu mojej dzisiejszej notki. Skąd ja znałem, mając 12 lat, oficera milicji z miasta dość odległego od mojego grajdołka? Zaraz to wyjaśnię, ale uprzedzam, że to będzie długa opowieść i pełna dygresji.

Jak już pisałem wcześniej, przez 2/3 mojego dzieciństwa należałem do pewnej znanej w moim grajdołku Instytucji, która miała coś wspólnego z harcerstwem. Można nieco złośliwie napisać, że miała ona tyle wspólnego, że mieściła się piętro wyżej niż komenda hufca. W każdym razie z tej instytucji wyjeżdżaliśmy na obozy zimowe i letnie. Zwykle o rzut kamieniem od naszego grajdołka, czyli do takich miejscowości jak: Gąbin, Gostynin, Łęczyca, Piątek. Ale latem 1988 roku pojechaliśmy dużo dalej, bo zakwaterowaliśmy się na terenie Wyższej Szkoły Oficerskiej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Szczytnie.

To była frajda. Jedną z ciekawostek było na przykład, że jedliśmy posiłki na stołówce razem ze słuchaczami tej szkoły, którzy pozostali tam na wakacje. Specyfika stołówki sprowadzała się m. in. do tego, że nie było na miejscu sztućcy, ale każdy z nas dostał niezbędnik, którego miał pilnować jak oka w głowie. Zagrożeniem dla naszej tymczasowej własności był taśmociąg, na którym po zjedzeniu posiłku stawiało się tace z talerzami. Trzeba było uważać, żeby razem z tą tacą nie odjechał niezbędnik, bo jego późniejsze odzyskanie było kłopotliwe. Wiele razy zdarzało się, że ktoś tknięty nagłą myślą rzucał się w kierunku sunących powoli tac, żeby chwycić swój niezbędnik, jeszcze zanim zniknął w czeluści prowadzącej do kuchni. :)

Inną atrakcją byli wartownicy. Patrolowali teren w mundurach polowych z długą bronią. I niech mi jakiś facet napisze, że kiedy miał 12 lat, to nie robiło na nim wrażenia urządzenie o nazwie KBKAK, czyli Krótki Bojowy Karabinek Automatyczny Kałasznikowa (nie mylić z KBKB, co oznacza Krótki Bojowy Kij Bambusowy). Zwykle wartownicy nas ignorowali, chyba że próbowaliśmy się oddalić poza teren szkoły, co się raczej nie zdarzało. Ale kiedyś przez balkon, a mieszkaliśmy na parterze, zagadało nas dwóch wartowników, czy nie mamy czegoś do picia, bo gorąco było tego dnia. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że tylko wodę w kranie. Odpowiedzieli, że może być, więc poczęstowaliśmy ich i mogliśmy się chwilę dłużej przyjrzeć temu żelastwu, które nosili na plecach. :)

Za naszego pobytu w WSOMSW zdarzył się tam nawet incydent z bronią. Otóż wartownicy po zakończeniu służby mieli obowiązek rozładować broń w wyznaczonym miejscu celując nią, na wszelki wypadek, w białą tarczę z czarnym dużym kołem z wypisanym poleceniem, żeby tu celować w czasie rozładowywania. To było zapewne podyktowane względami bezpieczeństwa. I szybko zrozumiałem dlaczego, kiedy któregoś dnia padł w tym miejscu strzał. Oglądaliśmy potem na drugi dzień ślad po kuli w murze, który jednak szybko został zamaskowany wykonanym z drewna stelażem, na którym na nowo powieszono wspomnianą wcześniej białą tablicę.

Wspomniałem wcześniej, że wyjścia z terenu szkoły pilnowali wartownicy, którzy m. in. zatrzymywali nas przy rzadkich próbach wymknięcia się do miasta. Po jakimś czasie jednak ja i jeszcze jeden kolega staliśmy się dla wartowników niewidzialni. A jeśli akurat jakiś mniej przytomny przeglądał na oczy i próbował nas zatrzymać, wtedy z miną niewiniątka któryś z nas oznajmiał, że pozwolił nam wyjść porucznik (i tu padało nazwisko), i że możemy poczekać, aż on, to znaczy wartownik, zadzwoni do pana porucznika i to potwierdzi. Żaden nie zadzwonił. Ale nie był to z naszej strony żaden wybieg, bo tenże porucznik był przez nas wcześniej zapoznany i nasz "immunitet" miał solidne podstawy.

Porucznika A.S. poznaliśmy przypadkiem podczas... przycinki drzew przy placu apelowym. On zajmował się nadzorem nad tą czynnością, a nas zajmowała... jego oficerska czapka, którą zdjął na ten czas. Jak chyba większość chłopców w moim wieku miałem szczególne nabożeństwo do mundurów. Co więcej, byłem w tym czasie obeznany w dystynkcjach tak, że każdego bez wyjątku mundurowego mogłem "rozszyfrować" po tym, co nosił na pagonach. Nic więc dziwnego, że ta leżąca czapka kusiła mnie, żeby ją przymierzyć.

Czapka jak czapka, ale te trzy gwiazdki na otoku i biały pasek na daszku... :) W końcy zdobyłem się na odwagę i w towarzystwie kolegi podeszliśmy do porucznika (wtedy jeszcze nie widziałem, jak się nazywa). Zapytaliśmy, czy możemy przymierzyć czapkę, niespecjalnie wierząc, że się zgodzi. O dziwo, zgodził się, co nas wprawiło niemal w euforię. Żałowałem wtedy, że nie mam aparatu i nie mogę się uwiecznić. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo może dziś po kilkunastu latach to zdjęcie znalazłoby się w archiwach IPN z adnotacją, że "figurant w wieku 12 lat odbywał szkolenie oficerskie w WSOMSW przygotowujące do działalności infiltracyjnej prowadzonej niejawnie, ble ble ble..." ;)

W każdym razie na przymierzaniu czapki nasza znajomość się nie skończyła. Oczywiście to my chcieliśmy ją dalej podtrzymywać, a porucznik A.S. nie miał nic przeciwko. Pamiętam, że dzięki temu mogliśmy wejść do dyżurki i posiedzieć tam, kiedy on miał akurat służbę. Oczywiście, jak już wspomniałem, staliśmy się "niewidzialni" dla wartowników. Nasz znajomy zaprosił nas też do swojej kanciapy, która mieściła się na ostatnim, czyli chyba drugim, piętrze budynku, gdzie byliśmy zakwaterowani. Ta część budynku była zamknięta i zaplombowana, tyle że rolę plomby pełnił... kapsel wypełniony plasteliną. W tej plastelinie był odbity odcisk jakiegoś stempla z orzełkiem. Ale kiedyś przekonałem się, że ten stempel porucznik A.S. z powodzeniem zastępował monetą 50-groszową (to były czasy przed hiperinflacją i takie monety były wtedy w obiegu).

Na drugim piętrze namiętnie grywaliśmy z A.S. w trambambulę, w którą on jeden ogrywał nas dwóch zawsze do zera. Albo on był w tym naprawdę niezły, albo my wyjątkowo ciency. Zakładam optymistycznie, że to pierwsze. W jego pokoju w szafie było sporo ciekawych rzeczy. Na przykład czapka z dystynkcjami kapitana, którą zostawił mu kolega, który awansował, mówiąc, że na pewno mu się wkrótce przyda. Tę też przymierzyłem niemal czując, że wyglądam w niej bardziej dostojnie niż w tej z trzema gwiazdkami. Na pamiątkę dostałem pagony sierżanta od munduru polowego i naszywkę z napisem "milicja". Nie wiem, czy jeszcze gdzieś to mam. Dostaliśmy też tzw. notatniki służbowe, gdzie na ostatniej stronie nasz znajomy milicjant wpisał swoje nazwisko i adres. Notatnik ten znalazłem dziś w moich papierach, a w nim takie ciekawostki, jak małe fiszki z miejsce na wpisanie nazwiska i adresu oraz m.in. z takim tekstem "Polecam natychmiast zgłosić się do służby. Komendant Wyższej Szkoły Oficerskiej im. gen. Fr. Jóźwiaka-Witolda w Szczytnie płk dr St. Biczysko". Muszę przyznać, że ówczesny komendant miał nazwisko adekwatne do pełnionej funkcji. ;)

Nie będę się już rozwodził nad tym, co jeszcze ciekawego dzięki tej znajomości zdarzyło nam się w ciągu tych dwóch tygodni, żeby nie przedłużać. Napiszę tylko, że pod koniec pobytu, kiedy się żegnaliśmy, nasz znajomy milicjant wyraził przypuszczenie, że może kiedyś będziemy tam studiować. Mój kolega, młodszy ode mnie, energicznie zaprzeczył, bo miał już wtedy jasno sprecyzowane plany: będzie studiował na Akademii Muzycznej. Muszę przyznać, że podziwiałem te jego plany w czasie, kiedy ja sam wiedziałem tylko, że po zakończeniu podstawówki pójdę do liceum, a potem na pewno na jakieś studia. Co więcej, kolega mój swoje plany zrealizował, o czym się niedawno przekonałem. Ja wtedy odpowiedziałem, że kiedy skończę liceum, wtedy się nad tym zastanowię, ale niczego nie obiecuję. Przyznam, że potem pomysł ten wracał wielokrotnie, ale jakoś się nie zmaterializował. Zresztą obawiam się, że moje warunki fizyczne niestety szansę na taką drogę kariery zawodowej raczej przekreślały.

A co z naszą znajomością? Jak się dalej potoczyła? Z przyczyn obiektywnych umarła wkrótce śmiercią naturalną, choć ja jeszcze co najmniej przez rok byłem pod wrażeniem pobytu w WSOMSW. Od tego czasu milicja stała się policją, WSOMSW stała się Wyższą Szkołą Policji, a nasz znajomy, co sprawdziłem za pośrednictwem Internetu, przeszedł na emeryturę w stopniu młodszego inspektora, czyli po dawnemu podpułkownika. Od chwili wyjazdu ze Szczytna nie miałem z nim już żadnego kontaktu. Dziś ciekawi mnie tylko, czy pamięta jeszcze dwóch chłopaczków:12-latka i 9-latka, którzy 20 lat temu spędzali wakacje w Szczytnie. :)

Tagi: roman j
10:10, roman_j
Link Komentarze (10) »
środa, 26 marca 2008
    Miałem dziś pisać o czymś zupełnie innym. Przygotowałem sobie w głowie długą i pełną dygresji notkę wspominkową, ale... życie dziś znów uczyniło mnie świadkiem zabawnej sytuacji, której chciałbym dać świadectwo w blogu.
    Idąc dziś do pracy w pewnym momencie zauważyłem, że na przystanku, do którego się powoli zbliżałem, zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego dość młody, elegancko ubrany człowiek. Sprawiał wrażenie zagubionego w okolicy, bo podszedł do starszego, wąsatego i potężnie zbudowanego człowieka i prawdopodobnie o coś go zapytał. Zapytany zaczął coś mówić, ale chyba do tej wymiany zdań włączyła się stojąca nieopodal kobieta, bo facet nagle ryknął: "Ale to ja rozmawiam z tym panem!", po czym dodał "Ale jak pani wie lepiej, to proszę!" i wzburzony odszedł kilka kroków na odchodnym dorzucając jeszcze głośno "Zawsze się k...a musi wp...lić". Po chwili, kiedy się z nim zrównałem, rzucił jeszcze pod nosem, nie wiem, czy bardziej do mnie, czy do siebie "K...a jeb...a".
    Ta sytuacja mnie trochę rozbawiła, ale nie za mocno. Nie znajduję jednak w sobie chęci potępienia tego człowieka. Po rozłożeniu tej sytuacji na czynniki pierwsze, postawieniu się w jego sytuacji, raczej mu współczuję. Nie usprawiedliwiam go jednak, bo zareagował skandalicznie. A jednak współczuję mu współczuciem człowieka, który widząc tę emocjonalną beczkę prochu próbuję dociec, co mogło ją napełnić? Zadaje też sobie pytanie, ile jest wśród nas takich chodzących min emocjonalnych, na które niechcący nadepnąwszy możemy zostać zasypani gradem odłamków jak ta kobieta, której jedyną winą było to, że chciała pomóc? :)
Tagi: roman j
12:44, roman_j
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape