O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 30 marca 2009
     Prawie nie mam ostatnio czasu na czytanie książek, ale jakby na przekór temu czytam trzy książki na raz. Oczywiście nie wszystkie trzy w jednej chwili. Właściwie to czytałem trzy, bo jedną, z pewną ulgą, skończyłem czytać. W każdej dziedzinie dobrze mi robi płodozmian, więc pewnie dlatego nie skupiłem się na jednej lekturze.
     A co czytam? Pierwsza książka to "Mountolive" Lawrence'a Durrella. To trzecia książka z czteroczęściowego cyklu. Zainteresowałem się tym cyklem po tym, jak serwis książkowy, o którym kiedyś wspominałem na łamach bloga, polecił mi jego czwarty tom. Uznałem, że jeśli warto przeczytać czwarty, to warto też będzie przeczytać pozostałe i zacząłem od pierwszego. Pierwszy ("Justyna") znalazłem w bibliotece, gdzie jestem zapisany. Jest tam też i czwarty ("Clea"). Drugi zaś ("Balthazar") i trzeci ("Mountolive") miały być w jednej z filii bibliotecznych. Drugi był, a trzeci tylko w katalogu, z którego nie został usunięty, choć śladu po nim nie ma, bo ktoś go wypożyczył i nie oddał już dość dawno. Nie mogąc go wypożyczyć, kupiłem go na Allegro. Wyszło taniej, niżbym miał po niego jechać do Włocławka (tam go mają w bibliotece). Zastanawiam się, czy po przeczytaniu tego trzeciego tomu nie sprezentować go bibliotece, żeby mieli komplet.
     Drugą książką jest "Solaris" Lema. Staram się poczytywać Lema, choć jego twórczość jest nierówna. Mój początkowy entuzjazm nieco opadł po kilku mniej wciągających pozycjach. Może "Solaris" mnie nie rozczaruje. Kiedy zacząłem ją czytać, miałem niejasne wrażenie, że już ją kiedyś czytałem. Ale to wrażenie jest tak niejasne, że być może mi się jedynie wydaje.
     Trzecią książkę wziąłem przypadkiem. Chciałem coś Oskara Wilde'a, ale tego, co chciałem, nie było na półce w bibliotece, więc mają do wyboru dwie inne pozycje wziąłem tę, której nie czytałem. Ta książka to "Teleny". I ją właśnie z pewną ulgą doczytałem do końca. Nie polecę jej, bo gdybym wiedział, co w niej jest, to bym sobie darował czytanie. To takie "Lubiewo" sprzed wieku. Jak ktoś lubi erotykę przedstawianą bez pruderii w najróżniejszych konfiguracjach, to się nie zawiedzie. Mnie jednak taka literatura nie pociąga. A już szczególnie przy jedzeniu; zdarzyło mi się trafić na dość obrazowy fragment akurat w czasie śniadania (wiem, wiem, czytanie przy jedzeniu to niepoprawny nawyk; dostałem więc za swoje).
     Dzisiaj byłem w stolicy. Wyjechałem o 8.00 z pracy, a po 12.00 byłem z powrotem. Transport na koszt Firmy, bo też i może uda się dla Firmy z tego wyjazdu ściągnąć trochę grosza. Nie za wiele tego może być (o ile będzie), ale mając do wyboru "mieć" albo "nie mieć" chyba każdy wybrałby tę pierwszą opcję.
     Zakładałem, że po powrocie będę wreszcie miał chwilę spokoju, ale gdzie tam. Po południu zadzwonił do mnie gość z biura, które ma załatwić resztę formalności z ministerstwem i stwierdził, że we wniosku jest błąd, bo przyjąłem za dużo kosztów pośrednich. Myślałem, że mnie jakiś nagły atak apopleksji trafi.
     Te koszty wpisałem do projektu dokładnie pod ich dyktando. Na dodatek wcześniej sam przyjąłem ich mniej, ale potem zwiększyłem je, bo ich wyliczenia wskazywały, że może być więcej. Okazało się jednak, że w kryteriach przyjmowania ich wysokości jest swoisty paragraf 22: jak przyjmę koszty w niższej kwocie, to nie przekroczę progu, który zmusza mnie do przyjęcia tych niższych kosztów; mogę więc przyjąć je w wyższej kwocie, ale jak je tak przyjmę, to wtedy przekraczam kwotę progową i nie mogę przyjąć tych wyższych kosztów.
     Ostatecznie jakoś z tego wybrnąłem. Ustaliliśmy też, że ja prześlę wersję elektroniczną poprawionego wniosku, a oni już za mnie załatwią wydruk, oprawienie, zebranie podpisów, itd. Mam ochotę jutro do 16.15 wyłączyć telefon, bo wtedy mija termin składania wniosków, żeby nie siedzieć jak szpilkach i nie zastanawiać się, co też jeszcze ciekawego w tym wniosku znajdą (mimo, że wcześniej go we dwie osoby niezależnie od siebie oglądali!). Chyba się jednak na to nie zdecyduję. Ale zamierzam się jutro wreszcie wyspać i pewnie na noc wyłączę telefon. :)
Tagi: roman j
20:55, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 26 marca 2009
     Piszę to na wypadek, gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości. :)
     Żyję, ale głównie pewnym projektem europejskim, którego dość pochopnie dałem się zrobić kierownikiem. Właściwie na razie jestem "prawie jak" kierownikiem, bo zanim umowa z ministerstwem nie zostanie spisana, to "kierowniku" można na mnie wołać tylko w żartach. Ale do śmiechu mi nie jest. Terminy gonią, interpretacje zmieniają, oczekiwania rosną, roboty przybywa. A to dopiero etap przygotowywania wniosku. Nie chcę pisać o szczegółach, ale nadają się na mały kryminalny thriller z kilkoma zwrotami akcji.
     Tak się już w tym wszystkim zakręciłem, że nie wiem, czy ucieszę się z sukcesu, czyli przyjęcia naszego projektu do realizacji. Mam teraz akurat przerwę w działaniach, bo czekam na opinię ze wstępnej oceny naszego wniosku przez wewnątrzuczelniane gremium, które się na tym lepiej zna niż my. Czekam z niepokojem nie wiedząc, ile trzeba będzie poprawić i do kiedy. Ale nie marnuję czasu. Przygotowałem się już na kilka kroków do przodu, a jeszcze co najmniej jeden krok przygotuję. Odetchnę z ulgą dopiero we wtorek rano. Chociaż i ta ulga będzie krótkotrwała. Używając porównania ze znanego dowcipu o rabinie i kozie mogę napisać, że ubędzie tylko jedna koza z licznego stadka zamieszkującego moją izdebkę. I jest do tego szansa, że ona wróci. Z młodymi. Na dłużej... :)
Tagi: roman j
15:34, roman_j
Link Komentarze (9) »
piątek, 20 marca 2009
     Znacie pewnie to powiedzenie, że wiedza nieużywana ma tendencję do zanikania. Dziś do pewnego stopnia przekonałem się o tym na własnej skórze.
     Pojechałem do stolicy na spotkanie w Gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej. Czekając na rozpoczęcie spotkania przechadzałem się korytarzem, kiedy usłyszałem, jak ktoś do mnie woła: "excuse me". Za drugim razem odwróciłem się i ujrzałem czarnoskórego studenta.
     Zapytał mnie on w całkiem dobrej angielszczyźnie, czy przypadkiem nie wiem, która jest godzina? I wtedy niestety moje zwoje mózgowe odpowiedzialne za tłumaczenie z języka obcego na nasz na chwilę zawiodły, bo zanim dotarł do mnie sens jego pytania, zdążyłem mu już z uśmiechem odpowiedzieć "no". Przez krótką chwilę zaćmienia wydawało mi się po prostu, że on mnie pyta o coś zupełnie innego. O coś, czego ja akurat nie wiem.
      Musiał się chłopak mocno zdziwić moją odpowiedzią, czemu zresztą dał wyraz robiąc "karpia" i wydając odgłos wskazujący na to, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Może nawet sobie pomyślał, że trafił na rasistę. Kiedy już sobie uświadomiłem pomyłkę, przez krótką chwilę myślałem, czy by jej jakoś nie naprawić, ale mój interlokutor już się oddalił.
     Zatem miast zadośćuczynieniem, uspokoiłem sumienie za pomocą tłumaczenia niepozbawionego nawyku naukowej precyzji, że przecież odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, bo w momencie, kiedy mnie zapytał, nie wiedziałem, która jest godzina. A on nie poprosił mnie, żebym to sprawdził.
     Ukontentowawszy się myślą, że postąpiłem zgodnie z arystotelesowską maksymą Amicus Plato, amicus Negro, sed magis amica veritas, obróciłem ten potencjalnie przykry incydent w anegdotę, którą tymi słowami kończę. :)
Tagi: roman j
22:54, roman_j
Link Komentarze (18) »
środa, 18 marca 2009
     Mój kontakt z blogosferą ostatnio (to znaczy co najmniej od początku roku) nabrał charakteru sporadycznych wejść. I jeśli już znajdę chwilę czasu, to wchodzę tylko po to, żeby napisać parę słów, a potem jeszcze czasami zmagać się w dyskusjach światopoglądowych z myślącymi inaczej (co nie oznacza, że gorzej). Trochę mnie to zmęczyło, a raczej "domęczyło", bo inne sprawy, który mam natłok, odpowiadają za gros tego zmęczenia.
     Dlatego dzisiaj postanowiłem nastawić się na odbiór. Sumiennie przejrzałem zawartość mojego blogrolla. Przeczytałem uważnie większość notek na blogach, gdzie pojawiło się coś nowego od ostatniej wizyty. Tam, gdzie materiału jest więcej, być może wrócę jeszcze w najbliższym czasie. Gdzieniegdzie pozostawiłem ślad w postaci komentarza, ale sporadycznie, bo zmęczeniu towarzyszy awersja do pisania (tę notkę piszę wyjątkowo bez awersji, bo to zwykła relacja, która niemal sama się pisze). Chciałbym zostawić więcej śladów, ale nic na siłę.
     Jest trochę spraw, o których chciałbym napisać: o tym, że szczyty mam już za sobą, o tym, że wziąłem sobie za dużo na głowę, o tym, że wciąż brakuje mi asertywności, o tym, że czasem trzeba wybierać między złym, a jeszcze gorszym, o tym, że wpadłem w pułapkę, którą sam zmontowałem, o tym, co jest najważniejsze w życiu (przynajmniej w mojej obecnej ocenie), a czego mi brak, o tym, że nie zawsze człowiek może robić to, co warto robić i dlatego nie zawsze robi to dobrze, czy wreszcie o tym, że jednocześnie nabrałem nadziei i ją straciłem. 
     Chciałbym o tym napisać, ale nie mogę. Na pewno nie mogę tutaj (z różnych powodów, także wspomnianej awersji), ale może mogę piórem na kartkach zeszytu? Obawiam się, że zatraciłem tę umiejętność, od kiedy zacząłem pisać blog, bo autocenzura, której poddaje swoje blogowe wypowiedzi weszła mi tak w krew, że nawet na kartce papieru, której, w założeniu, nie przeczyta nikt poza mną, nie potrafię się otworzyć.
Tagi: roman j
12:04, roman_j
Link Komentarze (15) »
czwartek, 12 marca 2009
 
Abonent jest na zawsze niedostępny.
 
Tagi: roman j
00:05, roman_j
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape