O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 31 marca 2011

Nie chcę się powtarzać, ale to nieuniknione, kiedy się przez kilka lat pisze o swoim życiu. W ten sposób tradycyjnie pojawia się dylemat, o czym pisać? Życie składa się bowiem z wielu czynności powtarzalnych, które różnią się od siebie w szczegółach, ale oglądane z pewnej perspektywy są do siebie podobne.

Mógłbym na przykład napisać, że miałem kolejną obronę i mam kolejnego wypromowanego absilwenta na koncie, ale to już dwudziesty pierwszy dyplomant, a ja już pisałem tu kilka razy na taki temat. Mógłbym napisać, że ten dyplomant był jednym z nielicznych, których zaliczam do grona wybitnych. Może to słowo wyda się komuś w tym kontekście za mocne, ale lepszego nie znalazłem na poczekaniu.

Mógłbym też napisać, że należała mu się ocena celująca w dyplomie, ale regulamin studiów jest bezlitosny i jeśli komuś ze średniej wychodzi 4,69, a ocena celująca jest od średniej 4,70, to nic się nie da zrobić i zostaje ocena bardzo dobra. Wcześniejsza wersja regulaminu, która obowiązywała jeszcze kilka lat po tym, jak skończyłem studia, dawała możliwość podniesienia wyniku studiów o jeden choćby w takiej sytuacji. Ale tej furtki już nie ma i szkoda, że nie ma, bo to nie pierwsza taka sytuacja, jakiej jestem świadkiem.

Zajrzałem nawet do indeksu, żeby zobaczyć, jakie oceny mogły zdecydować o tym, że średnia ze studiów była trochę za niska (za egzamin i za pracę dyplomant dostał po piątce). Znalazłem tam wśród czwórek i piątek dwie gołe trójczyny. Jedna z nich mnie nie zdziwiła, druga tak. Ja sam wystawiłem temu studentowi na pierwszym semestrze studiów magisterskich piątkę z mojego przedmiotu, co jest przypadkiem rzadkim. Na tyle rzadkim, że kiedy ostatnio wpisałem innemu studentowi do indeksu ocenę cztery i pół, zażartowałem, że co prawda to nie piątka, ale i tak stanie się legendą. I nie jest bynajmniej tak, że ja nie chcę stawiać piątek, ale tym, którzy chcą mieć taką ocenę w indeksie po prostu stawiam wysoko poprzeczkę. I cieszę się, że są tacy, którym udaje się do niej doskoczyć.

Mógłbym tutaj też napisać, że dziwi mnie niezmiernie, że szefem samorządu studenckiego na Politechnice Warszawskiej jest człowiek skazany prawomocnym wyrokiem za rozbój, który jest w okresie próby (został skazany na karę więzienia w zawieszeniu). Student ten po zakrapianej imprezie zrobił nożem dziurę w brzuchu innego studenta i to zdaję się, że dlatego, że tamten kibicował innej drużynie.

W sprawie tej dziwią mnie przynajmniej trzy sprawy. Pierwsza taka, że przeciwko temu studentowi nie wszczęto postępowania dyscyplinarnego. Jest to dla mnie niepojęte, ale podobno gość ten miał poparcie ówczesnych władz swojego wydziału. Jest to o tyle godne potępienia, że gdyby w takim postępowaniu człowiek ten został ukarany, to drogę do różnych funkcji w samorządzie by mu to zamknęło.

Druga sprawa, która mnie dziwi, to fakt, że studenci wybrali sobie takiego przedstawiciela. Przecież chyba ta sprawa nie była dla nikogo z głosujących tajemnicą? A skoro większości studentów ta kandydatura odpowiadała (inaczej przecież nie zostałby wybrany), to prowadzi do smutnej konstatacji na temat środowiska studenckiego. Ale nie lepiej wypada ocena profesury i to jest trzecia sprawa.

Dowiedziałem się mianowicie, że kiedy sprawa wyszła na senacie uczelni to nie dość, że ciało to nie zajęło żadnego stanowiska, to jeszcze pojawiły się nawet takie głosy niektórych profesorów, że to jest bardzo dobra sytuacja, bo w ten sposób ten młody człowiek może się resocjalizować. Zgroza. Idąc tym tokiem myślenia należałoby do wszelkich organów władzy kandydatów szukać tylko wśród osób skazanych.

Ech, słów szkoda.

Tagi: roman j
11:12, roman_j
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 marca 2011

Trafiłem wczoraj na artykuł o pedofilu, którego ofiara po wielu latach wywiesiła w geście bezsilności (bo sprawa się przedawniła) bilbord z jego nazwiskiem i zdjęciem. Nie chcę się odnosić do sedna sprawy, ale jedynie do reakcji jednego z byłych sąsiadów poszkodowanej, bo pysznym przykładem, jak można rozumieć "katolickie załatwienie" takiej sprawy.

To jest tylko jeden przypadek i zapewne nie jest reprezentatywny dla ogółu. Ale nie mogę zakładać, że taką mentalność reprezentuje tylko ten jeden człowiek. Poddaję pod rozwagę wycinki z rozmowy męża ofiary z tymże sąsiadem. Cały artykuł jest pod tym linkiem.

A tutaj wspomniane wycinki:

Nie chcę rozstrzygać o winie. Jeżeli to miało miejsce, to jestem po waszej stronie, ale zapędziliście się za daleko z tym bannerem. Telefony to rozumiem. Jest milion innych sposobów, by to załatwić. W sposób kulturalny i tak jak na katolików przystało. Bo gdyby to było rok temu, miesiąc temu, tobym zrozumiał. Ale to było dawno, dlatego wasza agresja jest jakaś taka dziwna. Nakręciliście taka agresję. Mnie się to nie podoba (...) Sam bym mu dał w mordę. Młotkiem zdemolować chałupę - to tak, ale to, co robicie, obraca się przeciwko wam. Do mojej mentalności jako katolika to jakoś nie dociera. Teraz to wasza zemsta za krzywdę. W taki bandycki sposób. Nie było żadnej sprawy, nie ma udowodnienia. Dla nas, obserwatorów, to jest słowo przeciwko słowu. (...) Można było spotkać się gdzieś, wziąć księdza dziekana, usiąść i w oczy powiedzieć, może by się pod ziemię zapadł, przyznał się. To byłoby bardzo upokarzające dla niego. (...) Nie lubię kopać leżącego. To tak jakby wziąć człowieka za łeb i przez ul. Kościelną ciągnąć po błocie (...)

A gdybym powiedział panu, że sąsiedzi wokół wiedzieli i jeszcze obserwowali to przez lornetkę?

- To pokaż mi pan takiego sąsiada. To takiemu sąsiadowi to ja dziś idę i napluje w gębę. W mordę przypieprzę. To jest ch... nie sąsiad.

A jeśli wielu widziało?

- To pies ich zajeb... na tej ulicy. Niech mi pan powie, kto to widział!

Tagi: roman j
10:40, roman_j
Link Komentarze (6) »
środa, 23 marca 2011

Prezes PiS znowu stracił na chwilę kontrolę nad sobą w świetle kamer i chlapnął coś, co ma tę zaletę, że było przynajmniej szczere. Chociaż mogło się to nie spodobać elektoratowi PiS, do którego zaliczają się w większości ludzie niezamożni. Ale elektorat prezesa Kaczyńskiego pewnie tę wypowiedź złoży na karb żałoby po bracie. To bolesne poczucie straty, której winien jest... wiadomo kto, może przecież od czasu do czasu sprowadzić na manowce nawet tak światły umysł, jakim niewątpliwie dysponuje Jarosław Kaczyński. I zapewne właśnie to było przyczyną skrótu myślowego - BIED(ronk)A, który pojawił się w głowie prezesa Kaczyńskiego, kiedy w świetle kamer robił zakupy. ;)

Ale na pocieszenie wiernego otoczenia prezesa dodam, że mogło być gorzej. Jarosław Kaczyński, znany z dobitnych sformułowań, mógł przecież powiedzieć, że "tanie mięso jedzą psy...". Mógł powiedzieć, a jednak się powstrzymał. Czyż to nie dowodzi jego wielkości? :)

wtorek, 22 marca 2011

Ta notka miała być na zupełnie inny temat. Ale kiedy rano ją zredagowałem w pośpiechu przed wyjściem z domu, Blox łaskawie wysłał mi ją w kosmos. Może napiszę tamtą notkę jeszcze raz, ale pewnie nie dziś w końcu to nic pilnego ani specjalnie ważnego.

A tymczasem przeczytałem dziś na stronach gazetowego Supermózgu, że Maria Skłodowska-Curie była ateistką. Podobnie jak jej ojciec i mąż. W zasadzie nie powinno to dziwić u ludzi zajmujących nauką, chociaż nie jest to takie oczywiste. Są i tacy naukowcy, którzy twierdzą, że to nauka sprawiła, że uwierzyli. Dla mnie osobiście taka deklaracja jest dowodem małej otwartości umysłu i kapitulacji przed nieznanym, czyli dwóch cech, które powinny dyskwalifikować naukowca.

Ale środowisko nauki jest otwarte, co jest jego podstawową cechą, a przynajmniej powinno być. Otwarte także na tych, którzy kwestionują ugruntowane zdawałoby się teorie naukowe. Takich jak na przykład polski profesor dendrologii, specjalista od mamucich penisów, który kwestionuje teorię i sam proces ewolucji. No cóż, jak widać takie poglądy nie są przeszkodą na drodze do profesury. Nawet pomimo tego, że jest to profesura w dziedzinie, której teoria ewolucji jest jednym z fundamentów.

Tagi: roman j
11:46, roman_j
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 21 marca 2011

Przed chwilą trafiłem na ten artykuł i zawarty w nim pomysł losowego wyłaniania politycznej reprezentacji społeczeństwa bardzo mi się podoba. Tym bardziej, że sam kiedyś doszedłem do wniosku, że taki sposób byłby z wielu względów korzystniejszy od wyborów. Problemem może być tylko to, o czym napomknięto w artykule, że osoby pochodzące z losowania mogłyby odmówić przyjęcia funkcji i trzeba by całą procedurę powtarzać.

Zdaję sobie jednak sprawę, że ten pomysł to mżonka mrzonka. Przynajmniej w wyborach do władz państwowych czy samorządowych uregulowanych ustawowo, bo żaden parlamentarzysta nie zgodzi się przyszłości swojej kariery pozostawić losowi i nie zrobi też tego kolegom samorządowcom. Ale chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki sposób wyłaniania władz zapisać np. w statucie jakiegoś stowarzyszenia? Tylko czy jakieś się na to odważy? Wątpię. A szkoda.

Tagi: roman j
21:28, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape