O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 25 marca 2012

Ciekawe myśli nachodzą człowieka w najmniej oczekiwanych momentach. Na przykład kiedy wracam z zajęć do swojego pokoju na uczelni, a myśli moje błądzą nie wokół zagadnień, których uczę, ale w ogóle gdzie indziej. Tym razem moje myśli doprowadziły mnie do zabawnego paradoksu. Nie będę opisywał, jak do tego doszedłem, ale przedstawię sam efekt.

Otóż w Księdze Rodzaju, która jest częścią mitologii judeochrześcijańskiej, napisane jest, że pierwotni ludzie, zanim zjedli owoc zakazany, nie czuli wobec siebie wstydu mimo swej nagości. Dokładnie brzmi to tak (Rdz 2,25): Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu. Potem zdarzyło się to nieszczęście ze zjedzeniem jabłka i sytuacja się zmieniła (Rdz 3,7): A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.

Można z powyższego wysnuć uprawniony chyba wniosek, że jedną z konsekwencji czynu, który sprowadził na ludzkość grzech pierworodny (przynajmniej według koncepcji chrześcijaństwa) jest odczuwanie wstydu ze swej nagości wobec innych ludzi. Zaraz po tej konkluzji nasuwa się myśl, że są na świecie ludzie, dla których nagość jest tak naturalna, że nie wywołuje u nich poczucia wstydu.

I żeby nie upraszczać nie napiszę, że mam na myśli naturystów, którzy nago chodzą głównie po plażach lub na własnych zamkniętych imprezach, ale różne pierwotne ludy np. afrykańskie. Nie noszą oni przyodziewku ze względu na panujące upały, ale też nie zasłaniają tzw. wstydliwych (w naszym rozumieniu) partii swoich ciał przed innymi współplemieńcami, a więc raczej nie odczuwają wstydu z racji ich prezentowania w całej okazałości.

Konkluzja ta prowadzi do bardzo poważnego w swoich konsekwencjach wniosku: być może nie wszyscy ludzie pochodzą od Adama i Ewy. ;) Pozostaje zatem do rozstrzygnięcia czy rajska para skonsumowała owocnie swój związek, zanim skonsumowali to nieszczęsne jabłko, czy też może Adam i Ewa nie mieli monopolu na bycie prarodzicami współczesnych ludzi, ale były też jakieś inne pary? Takie, które się na jabłka z drzewa zakazanego nie skusiły. :)

W ten zabawny sposób wskazałem, że spisana przez ludzi mitologia judeochrześcijańska chyba nie w całości powstała pod boskim natchnieniem. Bóg, zakładając, że w ogóle istnieje, musiałby się akurat zdrzemnąć, kiedy starożytni autorzy pisali ten kawałek. Nie można chyba bowiem zakładać, że ten rzekomo doskonały byt nie zauważyłbym, jakie konsekwencje logicznie wynikają z tekstu pisanego pod jego dyktando. Jakie by mu to świadectwo wystawiło. ;)

środa, 21 marca 2012

Znów wracam do tematu, który stał się ostatnio leitmotivem moich notek blogowych, ale w pewnym sensie zostałem do tego skłoniony. Wdał się bowiem ze mną w dyskusję pewien katolicki "neofita" i zapytał mnie między innymi w pewnym momencie, jak doszedłem do ateizmu, bo jest tego ciekaw. Zapytał też, jak to "u nas" jest.

Początkowo zastanawiałem się, czy jest sens odpowiadać na te pytania. Zwłaszcza na drugie, bo nie ma żadnych "nas". Ateizm, tak jak ja go rozumiem, nie jest jakąś formą religii tyle, że bez boga. Ateiści to są w moim rozumieniu, ludzie, którzy mają wspólny światopogląd, ale nie tworzą żadnej organizacji na kształt tych religijnych z kaznodziejami, itp. My się nie spotykamy na jakichś "antymszach" czy innych, podobnych obrzędach. Nie mamy swojego świętego pisma, w którego nieomylność wierzymy, choć na pewno są pozycje dla dojrzewania tego światopoglądu ważne. Ja takich jednak nie znam, bo doszedłem do swojego światopoglądu bez pomocy literatury. Dopiero teraz szukam jakichś pozycji poświęconych temu tematowi, ale niezbyt intensywnie.

Natomiast od odpowiedzi na pierwsze pytanie odstręczało mnie poczucie, że mam oto przedstawić coś na kształt ateistycznego "świadectwa", czyli ulubionej zabawy katolików polegającej na opowiadaniu innym o tym, jak ich nawiedziła myśl o tym, że bóg istnieje, że bóg ich kocha i innych tego typu. Opowieści te, głoszone publicznie, często są nagradzane pochwałami innych członków wspólnoty tak, że można się poczuć jak na spotkaniu klubu AA.

W końcu jednak doszedłem do wniosku, że mogę kilka słów temu poświęcić i wskazać, co mnie na drogę do ateizmu drogę skierowało.

Właściwie mógłbym to ująć w krótkim stwierdzeniu: zaufałem swojemu rozumowi pozwalając mu działać bez kagańca religijnego światopoglądu. I na tym mógłbym zakończyć. Ale ponieważ już wcześniej wziąłem sobie kartkę i wynotowałem cztery punkty, w których mógłbym to zagadnienie rozwinąć, więc je przedstawię.

1. Zadałem sobie pytanie, czy istnieje dowód na istnienie boga? Odpowiedź, do jakiej doszedłem, brzmi: nie istnieje i istnieć nie może. Równie dobrze mógłbym żądać dowodu zmyślonej przez siebie tezy, że milion lat świetlnych od nas krąży planeta wielkości Marsa, na której równiku czcionką Times New Roman o wielkości 12 punktów jest wyrzeźbiony napis JAHWE. Spróbujcie tego dowieść lub dowieść, że to nieprawda, a zrozumiecie, jak się tworzy religie. Piszę "tworzy", a nie "tworzyło", bo ten proces nadal trwa, czego dowodem jest np. scjentyzm. :)

2. Zadałem sobie pytanie, czy byt w rodzaju boga jest niezbędny do istnienia świata w takim kształcie, jaki obserwuję wokół siebie? Jak dotąd nie udało mi się znaleźć dowodu na to, że jest niezbędny, więc zakładam, że nie jest. A skoro świat może się bez niego doskonale obyć, to po co ja mam zakładać, że on jednak istnieje???

3. Moja wiedza na temat różnych religii prowadzi do wniosku, że każda z nich twierdzi, że tylko ona ma patent na prawdę i tylko ona zna naturę boga, jego wolę i jest depozytariuszką jego słów. Wszystkie one są jak przekupki na rynku twierdzące, że tylko ich produkty gwarantują zdrowie i długie życie w szczęściu. Z punktu widzenia logiki, wszystkie one jednocześnie racji mieć nie mogą. To dowodzi, że racji nie ma żadna, bo żadna z nich nie jest w żaden sposób wyróżniona spośród innych, choć każda tak uważa.

4. Ewolucja religii i wzajemne przenikanie religijnych koncepcji doprowadziły mnie do wniosku, że religia jest tworem ludzkim. Jest odpowiedzią na ludzką potrzebę transcendencji, a nie emanacją jakiegoś niezmiennego, pozaziemskiego bytu. Im więcej ludzie wiedzą na temat natury świata, tym bardziej religia musi się nagimnastykować, żeby się z różnych mitów wynikających z wcześniejszej niewiedzy wycofać. Podobnie ewoluuje koncepcja boga i samych wierzeń. Chrześcijaństwo wypączkowało z judaizmu początkowo jako mało znacząca sekta, jakich było w judaizmie kilka. Judaizm zaś z dużym prawdopodobieństwem czerpał garściami z zaratusztrianizmu, który jest jedną z najstarszych religii monoteistycznych. Tak więc nihil novi sub sole.

Czwarty punkt jest może najsłabszy z tych czterech, które podałem, niemniej jednak również przemawia na korzyść poglądu, że żadnego boga nie ma. Mam jeszcze w zanadrzu kilka paradoksów, ale im może kiedyś poświęcę oddzielną notkę, żeby tej nie przedłużać.

Zamiast tego na koniec dodam jeszcze efekt moich ostatnich przemyśleń, czyli praktyczną definicję teologii. Otóż teologia jest to pseudonauka zajmująca się szukaniem w tym, co kiedyś napisali jacyś ludzie, tego, czego oni nie napisali, żeby dziś uzasadnić to, co chcą współcześnie robić ludzie, którzy uważają, że to, co tamci kiedyś napisali, jest cenne. :) Definicja jest nieco zawiła, ale na pewno nie aż tak, jak zawiłe są niektóre teologiczne wywody. :)

sobota, 10 marca 2012

Od dość długiego czasu interesują mnie tajniki ludzkiej psychiki. Ciekawi mnie to, jak ludzie funkcjonują. Co ich napędza zarówno do zachowań pozytywnych, twórczych, jak też i do negatywnych, destruktywnych dla siebie i otoczenia. Lubie obserwować innych, ale też i siebie. Z sobą mam o tyle łatwiej niż z innymi, że o sobie wiem najwięcej. Nie napiszę, że wiem wszystko, bo to na pewno nie jest prawdą i chyba nikt tak o sobie powiedzieć nie może.

Interesują mnie mechanizmy, motywy i uwarunkowania ludzkich zachowań głównie dlatego, że chciałbym wiedzieć, jak można zapobiegać tym negatywnym lub je eliminować. Mniej interesuje mnie skłanianie ludzi i siebie do zachowań pozytywnych, bo myślę, że po wyeliminowaniu tych pierwszych te drugie same się pojawią.

Chciałbym poznać mechanizmy destrukcyjnych zachowań oraz, o ile można tego dociec, ich przyczyny. Zarówno te pierwotne, które człowieka ukształtowały tak, że ma skłonność do zachowań destrukcyjnych, jak i te będące "cynglami". Czyli te powodujące, że konkretne zachowanie ma miejsce. Zakładam optymistycznie, że mając tę wiedzę można destrukcyjne zachowania wyeliminować.

To jest jedno możliwe podejście do zagadnienia, ale nie jedyne. Chociaż do niedawna innymi w ogóle się nie interesowałem. Jednak od pewnego czasu obserwuję z dość bliska osobę, która ma zupełnie inne podejście. Mianowicie uświadomić osobie, że jakieś jej zachowanie jest destrukcyjne, o ile sama tego nie widzi, i daje jej do zrozumienia, że we własnym dobrze rozumianym interesie warto to zachowanie wyeliminować. Nie interesuje natomiast tej osoby, o której wspominam, skąd się te zachowania biorą, co jest ich przyczyną.

Na własny użytek, kiedy dziś układałem sobie w głowie tę notkę nazwałem pierwsze z tych podejść analitycznym, a drugie behawioralnym. I do dziś uważałem, że to pierwsze prawie nie ma wad, poza jedną. Wymaga czasu. Zakładałem, że po poświęceniu odpowiedniej ilości czasu, niewykluczone, że czasem bardzo dużej ilości, mechanizm i przyczyny każdego zachowanie destrukcyjnego mogą zostać odkryte, a następnie dzięki temu zneutralizowane.

Podejście behawioralne poważałem za szybkie efekty, bo nie wdając się w rozważania dlaczego dzieje się coś, co należy zmienić, a wskazując tylko, to warto zmienić, można pewnie szybciej dojść do celu. Ale myślę, że można też do niego nie dojść, jeśli pojawi się opór. Podejście to ma dla mnie tę zasadniczą wadę, że jest na swój sposób bezduszne. Nie daje człowiekowi możliwości odnalezienia źródeł zachowań destrukcyjnych.

Tymczasem ktoś, kto sobie uświadomi destruktywność pewnych swoich zachowań, czuje potrzebę zrozumienia ich przyczyn. Dzięki temu ratuje bowiem w jakimś stopniu swoje poczucie wartości. Łagodzi poczucie winy, które ma z racji tego, że się tak właśnie zachowuje. Wie, że ma ono jakieś przyczyny i źródła, a nie jest jego wrodzoną właściwością.

Na podstawie powyższych poglądów do dziś przedkładałem zdecydowanie podejście "analityczne" nad "behawioralne" (podkreślę, że te określenia są umowne; przyjęte na potrzeby tej notki i moich rozważań). Dziś jednak przyszła mi do głowy myśl (i nawet pamiętam, w którym miejscu to się wydarzyło), że taka analiza zachowań może mieć negatywne następstwa.

Człowiek może uzyskaną w ten sposób wiedzę wykorzystać jako usprawiedliwienie tego, co robi. I może uważać, że z racji tego, co się dowiedział, ma prawo się tak właśnie zachowywać, a inny powinni to akceptować. To się może się wydawać absurdalne, ale znam co najmniej jedną tak właśnie myślącą osobę. Tyle, że nie jest to akurat efekt pogłębionych rozważań nad swoją psychiką i zachowaniem.

Dlatego teraz uważam, że najlepsze jest połączenie tych dwóch podejść. Że z jednej strony należy człowiekowi pomóc odkryć, dlaczego ma skłonność do zachowań destrukcyjnych. A jeśli sam do tego dojdzie, pozwolić mu je wyjaśnić, żeby pomóc mu zachować szacunek do samego siebie i zdjąć część brzemienia poczucia winy. Z drugiej strony jednak trzeba uświadamiać człowiekowi konieczność zmiany swoich zachowań. Nie pozwalać wyjaśnieniom zmieniać się w usprawiedliwienia. Wskazywać, jakie szkody przynoszą takie zachowania.

Te dwa podejścia są jak dwie nogi, a jak wiadomo, najpewniej stoi się na dwóch nogach, a nie na jednej, choćby najstabilniejszej. Teraz muszę jeszcze z tego, do czego dopiero co doszedłem i zapisałem, wyciągnąć odpowiednie wnioski dla siebie. :)

Tagi: roman j
18:34, roman_j
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 marca 2012

Przeczytałem sobie dziś w Sieci ciekawy artykuł na temat filmu "Wstyd". Po tej lekturze nabrałem chęci, żeby zobaczyć ten film. Dotąd takiej chęci nie miałem, ale może dlatego, że tytuł nic mi nie mówił. Ale nie o filmie chciałem napisać, ale o jednym zdaniu z całego artykułu, które utkwiło mi w głowie. Nawet niecałym zdaniu.

Ten kawałek brzmi tak: po każdym zerwanym poważnym związku trzeba przejść okres żałoby, który trwa około dwóch, trzech lat. Kiedy to przeczytałem, zacząłem rozumieć, dlaczego wydaje mi się, jakbym miał w życiu wyrwę o długości właśnie mniej więcej trzech lat. Ten okres obejmuje jakaś mgła, jakaś częściowa amnezja, która sprawia, że kiedy próbuję sobie przypomnieć sobie coś z tego okresu, czego nie mam w jakiś sposób udokumentowanego, przychodzi mi to z trudem.

Jeśli porównać życie do filmu, który się tworzy z przeżytych scen, to ja z tego okresu mam większość pustych klatek. Zupełnie tak, jakbym przez te trzy lata nie żył. Ale może rzeczywiście nie żyłem, tylko mi się wydawało, że żyję... W każdym razie coś mi się w głowie na nowo ułożyło po przeczytaniu tego kawałka.

Na koniec, bo dziś będzie to już koniec pisania, mam prośbę do tych wszystkich moich czytelników, którym przyszłoby do głowy próbować mnie odpytać i dowiadywać się bliższych szczegółów na temat, o którym wspomniałem. Nie pytajcie. I tak nie odpowiem, bo wszystko, co miałbym na ten temat do powiedzenia, już napisałem. Resztę zachowam dla siebie. A jeśli ktoś ma jakieś podejrzenia, to... jego czy jej prawo. :)

Tagi: roman j
21:28, roman_j
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 marca 2012

Hipokryzja znów tryumfuje. Prezydent zarządził żałobę po ofiarach katastrofy pod Szczekocinami. Nie wiem, po co? Komu ta żałoba i do czego jest potrzebna? Rodzinom ofiar? Ratownikom? Lekarzom leczącym poszkodowanych? Kolejarzom? Strażakom niosącym pomoc? Prokuratorom prowadzącym sprawę? Widzom chłonącym bezrefleksyjnie wiadomości? Sprzedawcom czarnych wstążek? A może panu prezydentowi Komorowskiemu? Jeśli ktoś potrafi mi wyjaśnić, komu i po co ta żałoba, to poproszę.

Miałem nadzieję, że następca tragicznie zmarłego miłośnika żałób narodowych będzie rozsądniej szafował tym szczególnym sposobem honorowania zmarłych, ale widzę, że się pomyliłem. Nic nie ujmując tragicznie zmarłym chciałbym zapytać, pana prezydenta, czy w katastrofie tej zginęły jakieś wybitne jednostki? Czy naród nasz stracił światłych przedstawicieli, skoro naród ten ma się teraz pogrążyć w żałobie, której zresztą nikt, poza najbliższymi ofiar, i tak nie będzie w żaden sposób celebrował?

Aż się prosi, żeby zapytać, dlaczego nie ogłoszono żałoby po niedawnej śmierci noblistki Wisławy Szymborskiej? Jestem pewien, że tę stratę odczuł znacznie szerszy krąg naszych rodaków i że wielu z nich na swój sposób przeżywało po niej żałobę.

A poza tym skoro śmierć szesnastu obywateli warta jest dwudniowej żałoby, to powinniśmy trwać w żałobie nieustającej, bo statystycznie rzecz biorąc przez te dwa dni w Polsce zginie zapewne w wypadkach drogowych więcej niż szesnaście osób. I będzie dobry powód, żeby przedłużyć żałobę o kolejne dwa dni, a potem kolejne i tak dalej, i tak dalej.

Zastanawiam się, czy nie jest tak, że takimi pustymi gestami próbujemy maskować to, co naprawdę czujemy. Jak to powiedział pewien klasyk, którego zwykle nie miałbym ochoty cytować, ale tym razem wyjątkowo to zrobię, przypomina mi to perfumowanie szamba. Będziemy, formalnie, przeżywać żałobę po zupełnie obcych sobie ludziach, a tym czasem guzik nas to wszystko będzie obchodzić. Podobnie, jak nie obchodzi nas to, że sąsiad z góry katuje żonę, pijani sąsiedzi zza ściany znęcają się nad dzieckiem, a osamotniona sąsiadka z naprzeciwka w późnej jesieni żywota łaknie choćby chwili rozmowy...

Uzupełnienie: Bardzo rozsądny głos anonimowego artysty.

Tagi: roman j
20:12, roman_j
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape