O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 23 marca 2013

Jednak nie wróciłem i chyba nieprędko wrócę, więc przyzwyczajam się do myśli, że będę prowadził blog z podziemia. :) Ma to swoje plusy i mogę pisać bardziej otwarcie, bo nawet jeśli trafi się jakiś donosiciel, to zawartość tego blogu z racji jego zastrzeżenia nie jest publicznie dostępna, co wysiłek ewentualnych donosicieli czyni bezcelowym.

Na ewentualne wątpliwości, co komu może przeszkadzać to, co piszę w moim blogu, odpowiem, że też bym się nad tym zastanawiał, ale wiem. Otóż trafiła się najpierw jedna menda, która lubi różne sprawy w życiu załatwiać na skróty. Napisałem więc o tym. I to był błąd. Święte oburzenie wywołało bowiem nie to, że ktoś postępuje źle, ale to, że ktoś o tym napisał. Dla mnie to zwykłe kołtuństwo. Teraz przynajmniej mogę to wprost napisać.

Więcej pisać o tym nie chcę. Myślę, że jest wiele ciekawszych tematów, które warto tu poruszać. :)

Tagi: roman j
18:08, roman_j
Link Komentarze (10) »
środa, 13 marca 2013

Zdarzyło się wczoraj coś, co oceniam ambiwalentnie. Coś, co z najpierw wydało mi się przykre, ale potem znalazłem w tym gdzieś głębiej powody do umiarkowanej radości. To sprawa zbyt osobista, żeby ją przybliżać publicznie na stronach blogu, dlatego więcej szczegółów nie podam. Natomiast sprawa ta skłoniła mnie do pewnych przemyśleń, a efektem tych przemyśleń będzie myśl, nie całkiem uczesana, jak to ująłem w tytule, na temat przyjaźni.

Wiem, że temat jest oklepany, bo od najdawniejszych czasów powstają maksymy dotyczące przyjaźni i przyjaciół. Nie bacząc na to bogactwo dorzucę coś od siebie. Nie wiem, czy coś cennego i odkrywczego, ale coś własnego. :)

Przyjaciel to człowiek, który czasem zada ci bolesną ranę mówiąc prosto w oczy coś przykrego. Tym się jednak przyjaciel różni od zwykłego zawistnika, że to, co powie, będzie prawdą, że powie ci to w cztery oczy oraz tym, że nie będzie w tak zadaną ranę sypał soli ani cię z nią nie zostawi, ale opatrzy ją opatrunkiem z troski i życzliwości oraz będzie jej doglądał, czy się nie jątrzy i dobrze goi.

Tagi: roman j
10:10, roman_j
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 marca 2013

Dostałem ostatnio mail od B. Bardzo miły, jak prawie zawsze. Jeśli dostaję od B. mail, którego miłym nazwać nie mogę, to tylko dlatego, że porusza jakieś smutne tematy. Cóż, i takie sytuacje w życiu się zdarzają. Tym razem jednak było miło, a nawet bardzo. Moje ego trochę spuchło, choć w bezpiecznych granicach. B. napisała bowiem, że wydrukowała sobie moją notkę na temat sposobów zaliczania i zadeklarowała, że pewnie chętnie zapoznają się z nimi jej uczniowie.

To nie pierwszy raz, kiedy mój blog inspiruje B. Jeśli dobrze pamiętam, to na przykład moje rozważania na temat ściągania również uznała za interesujące i nadające się na lekcję etyki. Muszę przyznać, trochę się sumitując za takie podejście, że kiedy pisałem poprzednią notkę, przyszło mi do głowy, że może ją warto byłoby potraktować jako inspirację do jakiejś lekcji etyki.

Skoro już się chwalę, to napiszę też, że B. bardzo spodobało się moje rękodzieło, które specjalnie na jej życzenie wykonywałem przez czas jakiś. Nie przybliżę tutaj, co to jest, przynajmniej na razie. Może za czas jakiś dokonam tutaj swoistego "coming outu" w tej kwestii, ale na razie wiedzą, o co chodzi, głównie moi najbliżsi znajomi z FB. :) No i jeszcze kilka osób spoza tego grona.

Zresztą nie tylko B. się mój wyrób spodobał. Reszta jej rodziny też wyraziła swoje uznanie, a A. nawet wyraził to poprzez bardzo sympatyczny komplement. :) I to jest właśnie jeden z elementów, za które lubię to moje hobby, że pozwala wyprodukować coś użytecznego, czym można sprawić komuś przyjemność. Pewnie jest takich hobby wiele, ale to ma tę dodatkową zaletę, że bardzo lubię się mu oddawać. Tak bardzo, jak wcześniej sam siebie bym o to nie podejrzewał. Odpowiada chyba ono mojemu w gruncie rzeczy samotniczemu usposobieniu i upodobaniu do użytecznej dłubaniny dającej namacalne efekty. :)

Z B. się być może nawet wkrótce spotkam, ale to już nie jest temat na notkę. Chyba, że pisaną po ewentualnym spotkaniu, jeśli zainspiruje mnie ono do jakichś blogowych wynurzeń.

Była prywata, więc teraz będzie reklama. Reklama bezpłatna i dobrowolna uprawiana bez wiedzy i woli reklamowanego medium. :) Napiszę kilka ciepłych słów o "Newsweeku", o co bym się jeszcze kilka dni wcześniej nie podejrzewał.

Kupiłem sobie ostatni numer tego czasopisma trochę z desperacji. Miałem ponad godzinę czasu czekania na autobus i szukałem jakiejś lektury na ten czas. Chciałem jednocześnie, żeby nie była zbyt kosztowna i tak nie mogąc znaleźć "Wiedzy i Życia" ani "Świata Nauki" oraz mając w domu w prenumeracie kolejny numer "Polityki" sięgnąłem właśnie po "Newsweeka". Sięgnąłem, choć z oporem, bo dotąd żywiłem przekonanie, że nie jest to pismo, po które chciałbym sięgać.

Ale było to przekonanie ukształtowane bardzo dawno. Gdzieś u początków wydawania "Newsweeka" w Polsce. Choć z drugiej strony współcześnie zniechęcała mnie osoba redaktora naczelnego. Tomasza Lisa do niedawna ceniłem za spokój i próby obiektywnego podchodzenia do tematów, które porusza w swoim telewizyjnym programie. Próby może nie zawsze udane, bo często wspiera w dyskusji jedną ze stron. Ale przynajmniej nie zamyka uszu na argumenty strony przeciwnej i próbuje z nimi dyskutować.

Od jakiegoś czasu jednak Tomasz Lis i jego program coraz mniej mi się podobają. Po pierwsze dlatego, że redaktor Lis za często daje się ostatnio ponieść emocjom. Po drugie dlatego, że skład dyskutantów dobiera w mojej ocenie tak, żeby było dużo tychże emocji, a mało konkretów. Na przykład nie rozumiem sensu zapraszania wiecznie kretyńsko uśmiechającego się Tomasza Terlikowskiego, który nie umie dyskutować, a tylko głosić jedynie słuszne poglądy w formie kazań. Innych dziwnych dyskutantów pominę.

Po trzecie, Tomasz list naraził mi się swoim programem, do którego zaprosił matkę, której syn popełnił samobójstwo, a kobieta ta uznała, że to z powodu marihuany. Ja rozumiem, że zrozpaczona matka musiała znaleźć jakieś wyjaśnienie tragedii, która ją dotknęła i nie oczekuję, że będzie ona w swoim bólu obiektywnie oceniała jej okoliczności. To jej prawo. Ale od redaktora opiniotwórczego programu oczekiwałem jednak czegoś więcej niż postawienia się w roli tuby nagłaśniającej poglądy, którym daleko do obiektywnych ustaleń i podpierania tych poglądów swoim autorytetem. No ale uważam jednocześnie, że on miał prawo tak postąpić, a ja mam prawo go za to skrytykować i przestać oglądać.

Jednak po "Newsweeka" sięgnąłem. Sięgnąłem i... czytam artykuł po artykule. I zupełnie, jak trzynaście lat temu w przypadku "Polityki", z każdym kolejnym artykułem przekonuję się, że warto sięgnąć po to czasopismo ponownie. Może nie po każdy kolejny numer, bo nie zawsze będę miał czas, żeby go czytać, ale na pewno nie będę już uważał, że to jest pismo zdecydowanie nie dla mnie. Przy okazji przekonałem się, jak histerycznie zareagował Kościół na okładkę ostatniego "Newsweeka" i jak błędnie na podstawie tylko okładki ocenił artykuł o pedofilii w polskim kościele. Ja akurat ten artykuł przeczytałem. I uważam, że krytycy ze strony Kościoła tego nie zrobili. Najwyraźniej coś sobie założyli i chyba założyli, że ich katolickie owieczki też tego artykułu nie przeczytają, ale oprą się na ich opinii. Ich błąd.

A na koniec nietypowo. Ktoś mi niedawno w komentarzach nie podpisując się zarzucił błąd logiczny, bo napisałem, że samica kota miała kastrację, a nie sterylizację. Na tamten komentarz nie odpowiedziałem. Z wielu powodów, a choćby z takiego, że nawet jeśli to był błąd to logika nie ucierpiała na nim, ale co najwyżej semantyka. Poza tym jako autor mam prawo do swojej licentia poetica.

Tak się jednak złożyło, że akurat niedawno przypadkiem trafiłem na jakieś forum, gdzie pisano o kastracji właśnie kocicy, a nie kota. Zajrzałem więc do Wikipedii, żeby sobie jakiś pogląd wyrobić, jak to w końcu jest. Ja wiem, że to może nie jest źródło wiedzy jedynie słusznej i dla kogoś to może nie być argument, ale w artykule w Wikipedii pod tytułem "Kastracja" wyraźnie wspomina się także o kobietach, a sam zabieg zdefiniowany jest jako wycięcie gonad. A gonady, drodzy czytelnicy mniej obeznani z biologią, mają zarówno samce, jak i samice. I to by było na tyle. :)

Tagi: roman j
14:38, roman_j
Link Komentarze (8) »
niedziela, 03 marca 2013

Dziś rano zauważyłem na FB obrazek, który wrzucił mój dobry kolega W. Obrazek ten nie przypadł mi do gustu, co wyraziłem w komentarzach. Ale zainspirował mnie do napisania kolejnej notki w blogu, więc można by stwierdzić, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Chyba jednak nie do końca tak można napisać, o czym poniżej. A obrazek wygląda tak.

Zakamuflowana nietolerancja

Nie muszę pisać, skąd ten obrazek pochodzi, bo jest bardzo dobrze opisany. Ale chluby serwisowi raczej nie przynosi (o co zresztą prawdopodobnie serwis ten w ogóle nie zabiega). Z dwóch powodów.

Pierwszy jest taki, że tego, co pokazano na tym obrazku, w mojej ocenie nie można nazwać wiedzą. Wiedza, to coś obiektywnego, możliwego do zweryfikowania. Tymczasem uważam, że tego stwierdzenia zweryfikować się nie da, a na dodatek wcale nie jestem przekonany, że jest to prawdziwe stwierdzenie.

Drugi powód jest poważniejszy. Ten obrazek mianowicie pod pozorem przekazywania jakiegoś obiektywnego stanu rzekomej wiedzy w postaci neutralnego stwierdzenia pewnego faktu tak naprawdę propaguje nietolerancję. I to nietolerancję wobec dwóch grup społecznych jednocześnie. Gdyby autor tego obrazka chciał wyrazić to, co miał na myśli, wprost, to napisałby zapewne "Faceci z opuszczonymi spodniami to pedały".

Świadomie użyłem tu słowa "pedał", bo takiego na pewno autor by użył, ponieważ powyższe stwierdzenie na pewno nie miało być w założeniu komplementem, a raczej epitetem. Ma ono obrażać osoby noszące spodnie w taki sposób. I to jest pierwsza grupa, wobec której autor propaguje nietolerancję. Drugą są homoseksualiści, którzy zostali tu wykorzystani jako nośnik negatywnych skojarzeń. Porównanie do nich miało być poniżające. I takie oto zakamuflowane przesłanie nietolerancji zawiera pozornie neutralny w swej wymowie obrazek.

Na koniec trochę autorefleksji. Nie chcę się tutaj kreować na rycerza bez skazy, bo ja sam także bywam (podkreślam to słowo: bywam) nietolerancyjny dla określonych poglądów, postaw, itp. Uważam jednak, że otwarta nietolerancja jest zdecydowanie mniej niebezpieczna niż taka zakamuflowana i strojąca się w piórka neutralnego, a może nawet cennego przekazu (w końcu wiedza jest zwykle uważana za pewną wartość). Otwartą nietolerancję łatwo zauważyć i można ją zwalczać (choć niekoniecznie zwalczyć). Tymczasem taka zakamuflowana jest jak rak, który zżera społeczeństwo od środka. Pozwala bowiem ludziom uważać się kulturalnych i tolerancyjnych, choć wcale niekoniecznie tacy są, gdy się im przyjrzeć uważniej.

I dodam jeszcze, że mnie też nie podoba się noszenie opuszczonych spodni z krokiem na wysokości kolan. Nie podoba mi się, ale toleruję to. I dlatego taki obrazek jak ten powyżej, bardzo mi się nie podoba. Wobec czegoś takiego nie potrafię się zdobyć na tolerancję. Uważam, że autora i serwis należałoby zbojkotować, co też będę robił (szkoda, że nie da się tego na FB załatwić automatycznie). Liczę się też z tym, że przysporzę swoim wpisem także fanów tej stronie i temu dziełku. Trudno.

Tagi: roman j
15:20, roman_j
Link Komentarze (6) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape