O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 29 kwietnia 2009
     Lojalnie uprzedzam moich stałych czytelników, że na mój blog w ramach testów zagości komercja. Ona pewnie i tak już gości, bo wszystkie darmowe widżety, jakimi obwiesiłem stronę, w rzeczywistości darmowe nie są, bo w zamian za to, że one są u mnie serwisy je udostępniające wyświetlają u mnie reklamy (tak przynajmniej zakładam, bo ja żadnych reklam nie widzę). Postanowiłem w tej sytuacji mieć jakiś udział w zyskach z reklamy na moim blogu i dlatego pojawi się tutaj widżet z reklamami. Liczę na to, że nie będzie natrętny i uciążliwy. Jeżeli będzie inaczej, to się z nim pożegnam.
     Moich wiernych czytelników proszę o wyrozumiałość i jednocześnie zapewniam, że treść i forma moich wpisów nie ulegnie zmianie. Nie zamierzam uprawiać tutaj od dzisiaj innej formy internetowego pamiętnikarstwa niż dotąd. Jeśli ono się broni i będę miał z tego parę groszy (pewnie dosłownie), to fajnie. A jak nie będę miał, to też nie będzie tragedii. :)
Tagi: roman j
09:24, roman_j
Link Komentarze (18) »
wtorek, 28 kwietnia 2009
     Mam drobny dylemat z gatunku moralnych. Muszę rozwikłać konflikt między obowiązkiem, a potrzebą ducha. Dawniej bez wahania wybrałbym obowiązek. Ale od jakiegoś czasu moje wybory nie są już tak jednoznaczne. Sumienność i obowiązkowość to cnoty cenione w społeczeństwie. Głównie przez tych, którzy tych cech nie posiadają, ale z nich korzystają. Ale dość o tym. Nie chcę demoralizować czytelników. Do pewnych prawd lepiej dojść samemu. :)
     Kupiłem niedawno książkę "Bóg nie jest wielki" Christophera Hitchensa. "Boga urojonego" Dawkinsa chwilowo porzuciłem, bo nie odpowiada mi jego styl. Niestety, lektura pierwszych stron zakupionej książki przekonała mnie, że i Hitchens pisze w sposób, który nieco mnie drażni. To styl amerykańskich kaznodziejów. Tylko że to jest kaznodzieja ateizmu. Chociaż wiele spośród myśli które zawarł na stronach swojej książki, jest podobnych czy wręcz identycznych z tymi, do których sam doszedłem, jednak razi mnie, kiedy Hitchens wali je bez ogródek prosto w oczy.
     Brakuje mi w obu tych książkach subtelności, wyważenia. Obie przeznaczone są moim zdaniem dla osób, które już są ateistami lub mocno skłaniają się w tym kierunku. Kogoś wierzącego utwierdzą one tylko w jego stanowisku (niekoniecznie w samej wierze). Nie dlatego, że przekonają go o istnieniu boga, ale dlatego, że atakując go tak otwarcie tak naprawdę zmuszają go do okopania się na swoich pozycjach. Nie dają szansy na honorowe ich porzucenie. Mam już taki przykład z własnego doświadczenia. W toku dyskusji udało mi się "letniego" katolika doprowadzić niemal do pozycji radykalnych. Dlatego uważam, że na ateizm nie należy nawracać. Jak to mówią "Mało wiedzy oddala od boga, dużo wiedzy oddala boga" i jeśli ktoś pewien poziom wiedzy osiągnie, sam się pożegna ze złudzeniami. A jak nie, to niech mu idzie na zdrowie.
     Ale może dość o tym kontrowersyjnym temacie. Wrócę jeszcze na chwilę do pierwszego akapitu, bo zdarzyła mi się zabawna historia. W czasie, kiedy przeżywam swoisty kryzys wiary z sens bycia sumiennym i obowiązkowym, z czego zwykle korzystają inni, dwoje moich dyplomantów dzisiaj na konsultacjach skomplementowało mnie słowami, że u mnie wszystko musi być zrobione na wysokim poziomie (ale nie chodziło akurat o to, co ja robię, a o to, co jest robione pod moją pieczą). Czy to nie ironia życia, że w okresie kiedy próbuję od tego mundurka uwolnić lub chociaż go poluźnić słyszę od ludzi, że to właśnie ze mną kojarzą. I znów mam dylemat. Psuć ten obraz i czuć się swobodniej, czy trzymać poziom przynajmniej tych, którzy robią coś pod moją opieką lub kierownictwem? Najlepiej byłoby pogodzić jedno z drugim. I na ewentualny zarzut niekonsekwencji odpowiedzieć słowami: "Czy widział kto, żeby drogowskaz chodził drogą, którą pokazuje?" :)
Tagi: roman j
22:04, roman_j
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 kwietnia 2009
     Czuję się przepracowany. To wskutek pracowitych weekendów. Pracuję w sumie 18 godzin w weekend i kiedy kończę pracę w niedzielę, muszę zajrzeć do dowodu osobistego, żeby przypomnieć sobie, jak się nazywam. Potwierdza się to, co niedawno przeczytałem, a mianowicie, że nadmiar pracy odmóżdża.
     Zawsze wolałem semestr letni od zimowego, ale tegoroczny semestr letni jest wyjątkowo wyczerpujący. Ktoś tak ułożył plan zjazdów, że najpierw były trzy zjazdy pod rząd, potem święta i znów dwa zjazdy pod rząd. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że osoba, która ułożyła ten grafik zjazdów, nie pracuje w weekend. Pięć zjazdów w sześć tygodni to jest nadmiar szczęścia. Na szczęście w następny weekend będę na majówce. Odpocznę sobie przed kolejnym zjazdem.
     Tymczasem próbuję jakoś przetrwać kolejny zjazd. Zajęcia już właściwie skończyłem, ale czekam jeszcze, bo może przyjadą do mnie dyplomanci. Wolałbym, żeby nie przyjeżdżali, ale wstępnie umówiłem się z nimi, że jak coś będą mieli do pokazania, to niech przyjadą. Muszę więc na nich poczekać.
     Ze względu na zajęcia i na lokalizację mojego pokoju na uczelni, sporo chodzę. A przy okazji tego chodzenia dokonuję różnych mniej lub bardziej zaskakujących odkryć. Na przykład zauważyłem ostatnio, że na klatce schodowej na przeciw mojego pokoju zaczął z sufitu odpadać tynk. Na razie w niewielkich kawałkach, ale zawsze jest ryzyko, że spadnie większy. A skoro o sufitach mowa, to zauważyłem też, że na pierwszym piętrze, na korytarzu wzdłuż gabinetów najważniejszych person na wydziale z sufitu zwisają cycki. Ten erotyczny aspekt wystroju uczelni zapewne ma nam kompensować pewien niedobór przedstawicielek płci pięknej występujący na uczelni technicznej. Żeby uspokoić co wrażliwsze osoby dodam, że cycki są syntetyczne, a ich erotyczny charakter zawoalowany. Są to bowiem szklane, półkoliste plafony, których jednoznaczne skojarzenie z kobiecymi piersiami nasunęło mi się, kiedy po skupieniu na nich wzroku ujrzałem metalowy element w kształcie brodawki sutka z wypustką. Jestem głęboko przekonany, że projektant tego plafonu miał bardzo konkretną wizję swojego produktu. :)
     Ale żeby nie było tylko o cyckach, napiszę też o innej ciekawostce. Otóż chodząc dość często tą klatką schodową, nad którą zaczął się kruszyć sufit, na parterze mijam się z jukką. Mijam się dosłownie, bo stoi ona przy poręczy, a rozrosła się tak, że jej liście zajmują połowę szerokości biegu. Do czasu uważałem to za uciążliwość, ale ostatnio zmieniłem zdanie, bo jukka... zakwitła i pięknie pachnie. Teraz przechodząc koło niej staram się trafić nosem w jakiś kwiatostan. Wyczytałem, że jukka rzadko kwitnie w pomieszczeniach, a jeszcze rzadziej owocuje (a owoce ma jadalne). Skoro zakwitła, to dobrze jej u nas, może więc wyda też owoce. Chociaż pewnie musiałaby ją zapylić jakaś ćma, która przy okazji składa w jej kwiatostanach jajka. Ja jej niestety nie zapylę, bo moje się nie zmieszczą. Zresztą natura przystosowała mnie do zapylania innego gatunku.
     Kontynuując rozważania z zakresu biologii napiszę, że przeczytałem niedawno, że naukowcom udało się zsekwencjonować genom krowy. Z ciekawości poszperałem w Sieci, żeby sprawdzić, czy może zajęli się już także i kotem. Okazało się, że tak. Najciekawsze jest to, że podobno z kotem człowiek ma więcej wspólnych genów niż z psem. Czyli, że jesteśmy spokrewnieni. Zawsze tak podejrzewałem. Z kotami łączy mnie chęć do chodzenia własnymi drogami, nieufność wobec ludzi, niechęć do życia w stadzie (prędzej w kolonii) i parę innych cech.
     Postanowiłem się odkrytymi faktami podzielić z moją kocicą. Powiedziałem jej, że jesteśmy krewniakami. Zareagowała na tę informacje powściągliwie. Otworzyła jedno oko. Mruknęła coś ironicznie pod nosem, co od biedy można było zrozumieć jako "rewelka", ziewnęła szeroko jak wąż boa, przekręciła się drugi bok, zwinęła w kłębek i zasnęła. Mam podejrzenia, że ona wiedziała o tym od dawna. A może ma to po prostu poniżej ogona. :)
     
Tagi: roman j
16:41, roman_j
Link Komentarze (14) »
środa, 22 kwietnia 2009
     Przed chwilą przyjrzałem się swojej twarzy w lustrze i zauważyłem na niej pierwsze w tym roku ślady opalenizny. Przez moment byłem tym zdziwiony, ale zaraz sobie uświadomiłem, że przecież cały dzień spędziłem na słońcu. Okazją do tego była wiziyta na działce, na którą zaprosił mnie A. Ponieważ jakoś nie mamy za wiele okazji, żeby się spotkać i pogadać, więc A. wpadł na pomysł, żeby mnie zaprosić na działkę. Mieliśmy tam sporo czasu, żeby sobie pogadać i... sporo pracy, bo działka jest praktycznie dziewicza.
     A. zaplanował sobie na dzisiaj zrobienie ogrodzenia od strony drogi, a właściwie jego dokończenie, bo najważniejsza część, czyli szkielet, była zrobiona wcześniej. Teraz trzeba było ten szkielet wypełnić sztachetami. Co też wspólnie zrobiliśmy. Wspólnie, bo chociaż byłem tam gościem, to jednak nie mógłbym siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak A. się mocuje z ogrodzenie. Zresztą we dwóch robota szła nam wyjątkowo sprawnie. Zrobiliśmy to ogrodzenie prawie bez słów. To znaczy rozmawialiśmy i to prawie cały czas, ale nie na temat tego, co robimy, ani co i jak mamy robić. Na ten temat porozumiewaliśmy się z rzadka półsłówkami. Więcej nie trzeba było.
     A. zażartował nawet (bo myślę, że to był żart), żebyśmy założyli firmę zajmującą się stawianiem ogrodzeń ludziom. Odpowiedziałem, że czemu nie. Ta robota przynajmniej od razu daje widoczne efekty, którymi można się nacieszyć, a materia, nad którą się pracuje, jest uległa i w pełni współpracuje. Tego się niestety nie da powiedzieć o moim obecnym zajęciu, choć ma też ono wiele zalet.
     W czasie naszej wspólnej pracy A. zaskoczył mnie w pewnym momencie pytaniem, nad którym miałem się tutaj na blogu pochylić i rozwinąć ten temat w tej notce. Nawet przemyślałem sobie, co chciałbym napisać, ale teraz doszedłem do wniosku, że te rozważania byłyby chyba jednak zbyt osobiste. Napisałem, że A. mnie zaskoczył, ale nie tyle samym pytaniem, ile tym, że interesuje go moja odpowiedź na nie. Ale skoro zapytał, to mu odpowiedziałem. Nie zaspokoję jednak ciekawości czytelników mojego bloga i nie napiszę nawet, o co mnie zapytał. Niech to zostanie między nami. :)
Tagi: roman j
22:51, roman_j
Link Komentarze (10) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
     Czytam właśnie książkę Milana Kundery. Po raz pierwszy usłyszałem o niej dobre dwadzieścia lat temu, kiedy kupił ją mój brat i rozbawiło go coś, co przeczytał na pierwszej stronie. Pamiętałem, że chodziło o jakieś murzyńskie wojny. I teraz po ponad dwudziestu latach sam sobie przeczytałem także ten fragment.
     Ale nie o tym chciałem napisać. Chcę, i zaraz to zrobię, zamieścić w blogu pewien cytat z tej książki. Oto on:
"(...) cel, do którego człowiek dąży jest zawsze niejasny. Dziewczyna, która tęskni do małżeństwa, tęskni do czegoś całkiem nieznanego. Młodzieniec, który pragnie sławy, nie wie, co to jest sława. To, co nadaje sens naszemu postępowaniu, jest dla nas zawsze czymś totalnie nieznanym".
     To mi nieco przypomina mój wyrażony kiedyś w tym blogu pogląd na temat marzeń, które zrealizowane zwykle rozczarowują. A ponieważ już o tym kiedyś pisałem, więc nie będę się powtarzać.
Tagi: roman j
18:34, roman_j
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape