O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010

W tym roku tak się złożyło, że nie będę na majówce. Przynajmniej nie na takiej, jaką tradycyjnie odbywam w gronie przyjaciół gdzieś w Polsce. Ale nie ma czego żałować, bo weekend majowy jest w tym roku krótki, a i pogoda ponoć ma nie być zachęcająca. Padła propozycja w gronie majówkowiczów, żeby majówkę przenieść na przełom maja i czerwca i zrobić z niej czerwcówkę. Ale chyba i ten pomysł z różnych przyczyn (głównie urlopowych) przepadnie. Tak więc jeśli ktoś ma dla mnie jakąś ciekawą propozycję spędzenia majowego weekendu, to niech się podzieli. Nie gwarantuję, że się skuszę, ale rozważę.

Zresztą mam na tę okoliczność wyjście awaryjne w postaci okolicznych lasów, dróg dróżek i szlaków. Co najmniej kilka z nich kusi mnie, żeby nimi przejść. I niewykluczone, że się skuszę, bo perspektywa siedzenia w domu jest mało pociągająca. W ostateczności, jeśli pogoda będzie próbowała mnie zniechęcić, to mam co robić. Postanowiłem sobie opracować trasy na wszystkie te szczyty Korony Gór Polskich, na których jeszcze nie byłem. Opracowanie polega na ustaleniu, jak można najdogodniej w okolice każdego szczytu dojechać i czym, gdzie przewidzieć ewentualny nocleg (ale najlepiej tylko jeden) i skąd zrobić podejście. Mając tak rozpracowane każde podejście, będę mógł sprawniej szczyty na KGP zdobywać. Na razie rozpracowałem sobie w ten sposób trzy spośród pozostałych.

Może też w wolnej chwili zaplanuję sobie jakiś dłuższy wakacyjny wypad. Oprócz OWRP, który znowu będzie przypominał stosunek przerywany, bo będę musiał przyjechać zeń do pracy na 1 dzień, a być może i zrezygnować z drugiego tygodnia, chciałbym się gdzieś wypuścić w sierpniu. W zeszłym roku też miałem taki zamiar, ale zabrakło czasu na wymyślenie i opracowanie trasy, a poza tym zabrakło też w końcu i chęci, więc z moich planów nic nie wyszło. Tak czy inaczej najpierw muszę rozstrzygnąć, gdzie się wybrać. Z jednej strony kusi mnie wschodnia część województwa świętokrzyskiego (w tym Sandomierz), a z drugiej dobrze byłoby wybrać się gdzie indziej, żebym mógł sobie taką wyprawę zaliczyć jako drugą na dużą srebrną OTP (obie takie wycieczki muszę odbyć na terenie różnych województw, a pierwsza była właśnie w Świętokrzyskiem). W tym drugim przypadku w grę wchodziłoby m.in.: pogranicze Mazowieckiego i Kujawsko-Pomorskiego samo Kujawsko-Pomorskie lub Warmińsko-Mazurskie. W rezerwie mam jeszcze wędrówkę dookoła Wrocławia żółtym szlakiem, z której zostało mi jeszcze kilka etapów do przejście. Oba warianty (tzn. świętokrzyski i nie-świętokrzyski) mają swoje "walety i zady". Najważniejsze, żebym któryś wybrał, a nie znalazł się w sytuacji fredrowskiego osiołka.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Udało mi się ostatnio pobyć trochę na łonie natury. Udało się tylko dlatego, że było to częścią moich nieobowiązkowych obowiązków, które wynikają z tego, że na szczęście udaje mi się znaleźć w życiu czas na moje pasje. Jedną z nich jest turystyka, a ta wiąże się z przebywaniem, w większości przypadków, na świeżym powietrzu. Niekiedy nawet z obowiązku, jak w przypadkach, o których piszę poniżej.

Zacznę od tego, że na poprzednim rajdzie, w którym brałem udział z ramienia lokalnego oddziału PTTK mój prowadzący inną trasę imiennik poprosił mnie o przygotowanie trasy na kolejny rajd. Trasę przygotowałem, została zaakceptowana i miałem ją poprowadzić podczas tegoż kolejnego rajdu. Ponieważ jednak na etapie układania trasy wodziłem po niej jedynie palcem tudzież pisakiem, uznałem, że muszę ją także wcześniej przejść, bo mapy sobie, a życie sobie. I dobrze zrobiłem, bo okazało się, że nie do końca ta trasa może tak wyglądać, jak ją sobie narysowałem. Ale o to mniejsza.

To, co ciekawsze w całej tej sprawie, to bliższe spotkania z dziką zwierzyną, jakie miałem przechodząc tę trasę samemu. Najpierw gdzieś na bocznej dróżce zamajaczyła postać sarny. Nie widziała mnie, więc niespłoszona stała sobie na dróżce. Jestem prawie pewien, że to była sarna, ale w tym momencie muszę dokonać małej dygresji związanej z tym, jak klasyfikuję zwierzynę leśną.

Otóż wszelkie widywane najczęściej ssaki leśne (poza wiewiórkami i innymi zwierzętami praktycznie niewidywanymi przeze mnie jak lisy, wilki, żubry, rysie, itp.) zaliczam do jednej z trzech grup: "zając", "dzik" i "sarna". O ile przedstawiciele dwóch pierwszych są dość dobrze zdefiniowani, o tyle do trzeciej kategorii zaliczam wszystko, co nie należy do dwóch pierwszych i co jednocześnie nie przypomina tych wymienionych wyżej w nawiasie. Wystarczającym kwalifikatorem jest to, że jest to ssak, który jest większy od zająca, porusza się na czterech kończynach i nie ma ryja jak dzik. Wiem, że ta kategoria jest przez to bardzo szeroka, bo zaliczyć do niej można także np. pijanego leśniczego, ale na moje potrzeby podział ten jest wystarczający.

Tak więc wracając do tematu, najpierw spotkałem, a raczej zobaczyłem sarnę. Widok dla mnie nie taki znów rzadki, żebym się mocno wzruszył. Jakieś pół godziny później miałem dużo bardziej emocjonujące spotkanie, bo przez drogę przebiegł mi dzik. Nie wiem, czy to był odyniec czy locha, ale osobnik był naprawdę dorodny i w porównaniu z tym, o którym pisałem na moim blogu turystycznym, a którego spotkałem w Piaskach na ulicy, ten był po prostu wielki. Przebiegł najpierw kłusem ścieżką przede mną, a potem, o zgrozo, zatrzymał się w bezpiecznej odległości w zasięgu wzroku. W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem za chwilę ja nie będę tak kłusował przed siebie, jak on przed chwilą, mając go za sobą. Na szczęście do takiego zajścia nie doszło.

Wreszcie niedaleko mety znów jakieś dzikie stworzenie z kategorii "sarna" przebiegło mi przez ścieżkę. Z tym, że im dłużej o tym myślę, tym mniej przekonany jestem, że była to rzeczywiście sarna. Ale tak myślałem o tym zwierzęciu wtedy i niech tak zostanie. Po powrocie pomyślałem sobie, że miałem dużo szczęścia i dlatego, że nie doszło do bliższego spotkania z dzikiem i dlatego, że jednak tej zwierzyny dzikiej trochę obejrzałem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to, co widziałem, wkrótce mocno zblednie w moich oczach.

W dniu rajdu wziąłem swoją grupę i przegoniłem ją po lesie zgodnie z zaplanowaną trasą. Piszę "przegoniłem", bo choć nie miałem takich planów, to prułem przez las tak szybko, że peleton mocno się rozciągnął. Dopiero na mecie uświadomiłem sobie, jakie musiało być tempo, skoro w niecałe cztery godziny przeszliśmy około 16 kilometrów robiąc po drodze postoje trwające łącznie dobrze ponad pół godziny. Może doświadczonemu turyście takie tempo i taki dystans wydadzą się nie warte celebracji, ale nie prowadziłem trasy zaprawionych w rajdach turystów, ale młodzież, z której część, jak przyznali, poprzedniego dnia jeszcze imprezowała do późna w nocy. Trochę się więc zmordowali, ale za to przynajmniej niektórzy mieli po drodze atrakcje.

Najpierw drogę przecięły nam 3-4 sztuki "saren". Niedługo potem kwicząc w niebogłosy odbiegał od ścieżki w las mały dziczek. Skoro był mały, to podejrzewałem, że gdzieś pewnie kręci się też jego matka, ale na szczęście nas nie niepokoiła. Za to znów za jakiś czas przebiegła nam przez ścieżkę prawdziwa leśna procesja.

Najpierw 6-7 osobników z kategorii "sarna", o których, im dłużej o tym myślę, chyba nie mogę z przekonaniem napisać, że rzeczywiście były to sarny, bo jak na sarny to były po prostu za duże. Na dodatek były dużo ciemniej ubarwione niż moim zdaniem ubarwione sa sarny. Teraz myślę, że mogły to być łosie. Najpewniej samice, może z młodymi. Po tych kilku osobnikach, a może raczej prawie razem z nimi zaczęły przebiegać przez ścieżkę dziki z młodymi. Ile było dorosłych dzików, nie wiem, ale sądzę, że też około 6-8, ale za to próbując doliczyć się biegnącego z nimi drobiazgu, straciłem rachubę. Za szybko biegły i było ich za dużo. Myślę, że mogło być ich kilkadziesiąt. W międzyczasie znów przebiegło kilka sztuk "saren" (bardziej wyglądających na łosie), a między nimi biegły małe warchlaki.

Widok był niesamowity. Głównie ze względu na liczbę, bo tak licznej grupy zwierząt biegnących razem, jak żyję nie widziałem, a trochę po lasach już chodzę. Początkowo przebiegały jakieś 50-100 metrów od nas, ale my wciąż szliśmy w ich kierunku, a one wciąż biegły. Zastanawiałem się, czy jest ich tyle, że kiedy my dojdziemy do tego miejsca, one wciąż będą przed nami przebiegać. Mimochodem nieco zwolniliśmy. Jednak procesja ta, jak na procesję to może za mało dostojna, skończyła się zanim do niej doszliśmy, a kiedy napotkaliśmy ślady kopyt na ścieżce, zwierząt już nawet nie było widać w gęstwinie.

Niektórzy z naszej trasy mieli jeszcze bliższe spotkanie z dziczyzną, bo sarny (lub inne jeleniowate) wypadły dosłownie kilka metrów od nich nieźle ich przy tym wystraszywszy. Kilka metrów bliżej i byłyby ich stratowały. Mimo wszystko dla takich chwil i takich widoków warto ruszyć czasem cztery litery z domu i przejść się po lesie. Polecam. :)

piątek, 23 kwietnia 2010

Dawałem już kiedyś na blogu znak życia, więc żeby się za często nie powtarzać, tym razem będzie "znak pokoju". Zupełnie nie na temat napiszę, że zawsze cholernie chciało mi się śmiać (to formułka dla wtajemniczonych), kiedy słyszałem kwestię "przekażcie sobie znak pokoju", ale to temat na zupełnie inne rozważania.

Piszę, żeby dać znać, że jeszcze mnie cholera nie wzięła. Czuję się nieźle, choć bywało już zarówno lepiej jak i gorzej. Miałem napisać notkę na bardziej konkretny temat, ale kiepsko zarządzam ostatnio swoim czasem i nie udaje mi się go wygospodarować na to, żeby bardziej przyłożyć się do pisania blogu. I w ten sposób różne myśli uciekają mi bezpowrotnie. Ale może to dobrze, bo jeśli zapisywanie ich miałoby mi iść tak opornie, jak pisanie dziś tej notki, to szkoda czasu i trudu. No, na dziś wystarczy.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Niedawno przerzuciłem się z Wańkowicza na Vonneguta. To tylko jedna litera alfabetu wstecz, więc stoją niedaleko siebie na bibliotecznej półce, ale ich prozę dzieli może nie przepaść, ale głęboka rozpadlina.

Tego pierwszego miałem jeszcze kilka książek przeczytać, ale wziąłem chyba nieodpowiednie i się zniechęciłem. Pewnie nie na stałe. Może wrócę jeszcze do pana Melchiora, bo twierdzę, że gust do określonego rodzaju literatury jest sprawą zmienną i zależną także od zewnętrznych okoliczności. A te tym razem skierowały mnie do Vonneguta i chyba zostanę przy nim na dłużej (chociaż na pewno nie dłużej niż do chwili przeczytania ostatniej jego książki).

Ponieważ w tytule jest cytat, więc za chwilę zacytuję krótki urywek z książki "Hokus pokus", który uznałem za wart zapamiętania, bo zniechęca do używania przekleństw, a jednocześnie jest zupełnie wolny od "dydaktycznego smrodku". A oto i on:

"(...) wulgarny i sprośny język daje ludziom nie chcącym słuchać niewygodnych informacji prawo do zamykania na nas uszu i oczu"

Ponieważ moje notki z cytatami zwykle były krótkie, więc i tą w tym miejscu zakończę.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Po tym, jak rozgorzał spór o to, czy Lech Kaczyński powinien spocząć na Wawelu, w tle zaczęły się pojawiać głosy ubolewania, że Polacy znów nie potrafili na długo zachować tej jedności, jaką prezentowali w dniu tragedii i tuż po niej. Słucham tych głosów, a właściwie raczej je czytam, bo ograniczam się do lektury i coraz głośniej rozbrzmiewa w mojej głowie pytanie: w żałobie po jakiej, u licha, jedności wylewane są te krokodyle łzy?

Myślę, że także w tej kwestii daliśmy się ponieść, wbrew racjonalnym przesłankom, jakiemuś myśleniu magicznemu, a kiedy rzeczywistość nieśmiało upomniała się o swoje prawa, zderzyliśmy się z nią; niektórzy z nas boleśnie. Ale czy jest po czym płakać? Czy rzeczywiście odczuwaliśmy w tych dniach jakąś jedność? Moim zdaniem nie. Przeżywaliśmy podobne lub nawet te same uczucia, ale niekoniecznie wspólnie. Zaniechaliśmy publicznych sporów, a dzielące nas różnice chwilowo odsunęliśmy na dalszy plan. Podkreślam, odsunęliśmy na dalszy plan, a nie wyrzuciliśmy na śmietnik. Ale i tak nie wszyscy, czego najlepszym dowodem jest pewien prałat z Przemyśla.

Czy ktoś wierzył, że ten okres będzie trwał wiecznie? Że nagle unieważnimy dzielące nas różnice i staniemy się Jednością? Jeśli tak, to muszę brutalnie się z takimi nadziejami rozprawić. I zrobię to, wbrew pozorom, dla dobra Polski i polskiego społeczeństwa. Ludzie bowiem różnią się i różnić się powinni. Mamy inne cele, inne dążenia, inne aspiracje, inne doświadczenia życiowe, inną rodzinną historię, czy wreszcie inne temperamenty i potrzeby. I bardzo dobrze, że tak jest.

Jedynym społeczeństwem, w którym, w mojej ocenie, ideę jedności udało się doprowadzić prawie do jej pełni, jest społeczeństwo Korei Północnej. Mniej tej jedności jest dziś w Chinach, które z dorogi jej szukania nieco zeszły. Próba wprowadzenia jedności w Kambodży pochłonęła kilka milionów ludzkich istnień, a co najmniej kilkaset tysięcy ludzi przypłaciło życiem podobną próbę przeprowadzoną nie tak dawno w Ruandzie. W Polskiej historii najbliższej tej mitycznej jedności, paradoksalnie, byliśmy w czasach PRL-u. Czy dzisiejsi apologeci wolności nie pamiętają o takich tworach jak Front Jedności Narodu? Albo o hasłach, które w różny sposób głosiły, że kto nie jest z nami, ten jest naszym wrogiem? Jak wielu z dzisiejszych orędowników jedności chciałoby żyć w podanych wyżej przykładowych społeczeństwach?

Pisząc o jedności nie powinno się zapomnieć, że zwykle jest tak, że jej orędownicy bardzo prosto definiują warunek jej osiągnięcia. Warunkiem jest bezkrytyczne przyjęcie ich systemu wartości, ich światopoglądu, etc. A jeśli ktoś ma wątpliwości, co do ich słuszności, ten jest wrogiem jedności. Przy czym akurat z mojego punktu widzenia bycie wrogiem jedności jest jednym z przejawów zdrowego rozsądku i racjonalnego myślenia. Czy bowiem ktoś przy zdrowych zmysłach może sobie wyobrazić "jedność", która połączy mnie i mój ulubiony przykład oponenta - ojca Tadeusza Rydzyka?

Owszem, są rzeczy, które nas łączą, nie zaprzeczam. Obaj mieszkamy w Polsce, obaj mówimy językiem polskim jako ojczystym, obaj jesteśmy Polakami (przy czym ja za Polaka uważam ojca Rydzyka, ale nie mam pewności, czy on mnie także). Ponadto obaj jesteśmy mężczyznami żyjącymi w celibacie, przy czym różni nas to, że ja mogę ten stan rzeczy zmienić jeśli uznam to za stosowne, a on nie. No i ja nie chodzę w kiecce. Poza tym obaj jesteśmy członkami Kościoła Katolickiego i w obu przypadkach jest to czystej wody oportunizm, choć zupełnie czym innym motywowany. Jak widać, jest nieco podobieństw, ale poza tym dzieli nas praktycznie wszystko (pomińmy jakieś nieistotne punkty wspólne, które może jeszcze dałoby się wygrzebać). Czy naprawdę ktoś wierzy, że ja i padre Tadeusz moglibyśmy iść ręka w rękę głosząc te same prawdy i wierząc w te same wartości? No cóż, po namyślę dochodzę do wniosku, że nie da się wykluczyć, że ktoś w coś takiego wierzy, bo wiara jest zwykle irracjonalna i w niejedną bzdurę ludzie wierzą.

Wracam jednak do tematu, bo czas na podsumowanie. Rozprawiwszy się z ideą jedności muszę napisać, że i ja jednak liczyłem na jakąś zmianę w naszym wzajemnym stosunku do siebie. Nie liczyłem na żadną jedność, ale liczyłem na to, że będziemy się różnić... piękniej. Ten przysłówek sam mi się nasunął, ale trąca naiwnością, więc może inaczej. Miałem nadzieję, że będziemy się różnić łagodniej, z mniejszą zawziętością. Że wreszcie niektórzy uznają, że inaczej myślący też mają prawo do istnienia i do myślenia inaczej. Że niektórzy ludzie zrozumieją, że nie warto czekać, aż śmierć przetnie jakiś spór zabierając jedną z jego stron (lub obie) i dobrze jest znaleźć kompromis za życia.

No cóż, byłem naiwny. Nie mniej naiwny niż ci, którzy liczyli na znalezienie mitycznego Świętego Graala Jedności w szczątkach Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem.

 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape