O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011

Nie wiem dlaczego ostatnio w moich przemyśleniach dominuje ten temat, ale tak jest i należy sobie z tego zdać sprawę, jak mawia mój ulubiony wykładowca matematyki, dziekan S. Zdać sobie sprawę i ewentualnie zdać sprawozdanie innym, o ile mają ochotę się z nim zapoznać. Z tego punktu widzenia blog to najwygodniejsza forma gadulstwa, bo można monologować nie mając poczucia, że się komuś narzucamy. Czasem nawet ten monolog przeradza się w dialog, jak się komuś zechce napisać coś w odpowiedzi w komentarzach. Jedyną osobą, która przed moim gadulstwem nie może uciec jestem ja sam. Ale nie mam takiej pokusy, bo lubię, jak mawiał Sokrates, porozmawiać z kimś inteligentnym.

A co z tych rozmów wynika w odniesieniu do tematu tej notki? Kilka refleksji. Na przykład taka, że może pisząc tutaj rozmieniam na drobne swój, nie, nie talent, bo tak wysokiego mniemania o sobie nie mam. Rozmieniam na drobne swój potencjał. Nasuwa mi się takie porównanie, że zamiast zgromadzić zasób fraz, myśli i rozważań, żeby, nie przymierzając, dupnąć raz a dobrze jak ten grom z niekoniecznie jasnego nieba, to ja co jakiś czas, jak mi się trochę tego potencjału zbierze, jedynie iskrzę trochę, jak stycznik na tablicy rozdzielczej. Co mi się jakaś lepsza i nagrody godna fraza w głowie zrodzi, to ją przy najbliższej okazji na strony bloga przelewam, zamiast zazdrośnie jej strzec, zachomikować w głowie i w donioślejszy sposób spożytkować.

Co prawda można to usprawiedliwić potrzebą szlifowania kunsztu w mniejszych formach. Ale od ciągłego szlifowania można szlifowane narzędzie do cna zetrzeć tak, że g... z niego zostanie i nic godnego uwagi się już nim nie stworzy. Zresztą czy Wit Stwosz zanim swój kunsztowny ołtarz w krakowskim kościele stworzył, kunszt swój doskonalił klecąc zydle, zbijając trumny czy rzeźbiąc figurki do bożonarodzeniowych szopek? Na pewno nie, choć z drugiej strony ja Witem Stwoszem pisarstwa nie jestem i nie będę, więc może nie w tym kierunku szukać wzorca powinienem.

W kwestii gromadzenia potencjału refleksja mi się taka nasunęła, że najlepiej pisać nic nie powinieniem, a i mówić niewiele. Półgębkiem najwyżej, monosylabami, bo jak szerzej paszczę otworzę i dam się językowi ponieść, to ani chybi wiele cennych fraz jak ptaki z dziurawej woliery wyleci. Słowem gburem zostać i, jak śpiewa Jan Pietrzak, jedynie milczeć przytomnie i patrzeć. Ewentualnie żeby się temu rosnącemu tak potencjałowi nie dać rozsadzić, a także żeby miejsce na nowe zacne frazy w głowie zwalniać, prowadzić zapiski wyłącznie dla siebie. Tak żeby je potem móc wykorzystać twórczo.

Przyszła mi nawet taka myśl, żeby zapisywać sobie krótkie scenki, jakie się czasem w głowie rodzą. Nawet bez związku jednej z drugą. A kiedy zbierze się tego pokaźna liczba, usiąść i powiązać je ze sobą w jakąś jedną całość niekoniecznie zaplanowaną z góry. Zauważyłem bowiem, że materiału do takich krótkich wyładowań życie dostarcza mi wręcz w nadmiarze. Trzeba by tylko ten surowiec wstępnie obrabiać i gdzieś magazynować. Nie wiem, czy myśli tej ulegnę, ale nie odrzucam jej.

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Będzie o nalewkach, bo mam od jakiegoś czasu melodię do zalewania różnych surowców, najczęściej roślinnych, alkoholem i preparowania w ten sposób różnego rodzaju napitków. Na razie zacząłem od łatwiejszych, jednoskładnikowych, ale może i za trudniejsze się z czasem wezmę. Na razie testuję różne zioła w roli składników nalewek. Mam tylko jeden problem. Mój potencjał produkcyjny zdecydowanie przewyższa mój potencjał konsumpcyjny.

Skutek jest taki, że przybywa trunków i niedługo dom będę miał zaopatrzony lepiej niż niejeden sklep monopolowy, natomiast perspektywa konsumpcji tego nagromadzonego dobra coraz bardziej się oddala. Raz dlatego, że to nie jest ten typ wyrobów, które się pije po to, żeby się skuć do nieprzytomności, a dwa dlatego, że mnie zwykle cieszy pierwszy czy drugi kieliszek, bo kolejne to już monotonia. A bywa, że i pierwszy nie cieszy, bo wyrób niezbyt się udał.

Są też i takie produkty, których sam boje się wziąc do ust, jak na przykład preparowana właśnie Nalewka Piekielna (nazwa wymyślona przeze mnie). Pomysł na nią jest taki, że 20 g bardzo ostrej papryczki chili zalałem spirytusem. Potem po odsączeniu zaleję jeszcze to, co zostanie, wodą, żeby uzyskać nalew o nieco mniejszej mocy. Już się boję efektu, bo coś mnie podkusiło, żeby na pierwszym etapie popróbować tego cuda. Tylko zwilżyłem usta (dosłownie, nie jest to żaden eufemizm), a i tak przez następny kwadrans nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, tak mnie piekło w gębie. Zupełnie, jakby mi ktoś w ustach ognisko rozpalił.

Nie wiem, czy ten wyrób kiedykolwiek skonsumuję, czy będzie sobie stał na półce i czekał na jakiegoś śmiałka. Mogę się ewentualnie zobowiązać, że pokryję koszty leczenia chętnego do konsumpcji, ale ograniczę się takiej sytuacji tylko do kosztów terapii urazów fizycznych. Z urazami psychicznymi trzeba się będzie uporać na własny koszt. A i urazy fizyczne ograniczam wyłącznie do tych wywołanych bezpośrednim działaniem nalewki, bo jak ktoś sobie w szale wywołanym bólem paszczy łeb o ścianę rozbije, to takich przypadków moja oferta nie obejmuje. Ale to na razie i tak sprawa przyszłościowa, bo nalewka jest jeszcze w fazie produkcji. :)

Tagi: roman j
08:19, roman_j
Link Komentarze (6) »
wtorek, 26 kwietnia 2011

To będzie notka luźno związana z tematem. Ale od tematu zacznę, bo od czegoś zacząć trzeba. Tytułowa rocznica przypada jutro. Właściwie to te rocznice są jutro dwie, ale interesuje mnie przede wszystkim ta o niższym numerze, czyli rocznica śmierci mojego ojca. Jeszcze nie okrągła, ale już dość wysoka, bo dziewiąta. Jak szybko ten czas zleciał.

Nie piszę o tym, żeby się nad sobą porozczulać, bo nie znajduję już w sobie ani krzty żalu po tym, co się stało. Po raz kolejny okazało się, że czas leczy rany. Człowiek prędzej czy później dochodzi do wniosku, że stało się coś, co i tak stać się musiało, a że stało się tego dnia, tego roku w taki sposób, na to i tak zwykle nie mamy żadnego wpływu.

Czas leczy rany niezależnie od tego, czy się wierzy w życie pozagrobowe, czy nie. Ja nie wierzę. Grób odwiedzam z obowiązku i oporządzając go od czasu do czasu bynajmniej nie czuję na sobie wzroku jego obecnego "lokatora". Nie próbuję też z ojcem rozmawiać, czy się za niego modlić. Ojciec czasem jedynie pojawia się w jakimś moim śnie, ale są to inne sny niż te, które miałem tuż po jego śmierci. Ale nie będę się rozwodził nad typologią i specyfiką moich marzeń sennych w kontekście pojawiania się w nich moich zmarłych krewnych.

Miałem ochotę napisać coś jeszcze, ale którykolwiek z tematów akurat nasuwał mi się na myśl, po bliższym obejrzeniu okazywał się zbyt trywialny. Jestem w tej materii ostatnio zbyt wybredny, bo przecież sam blog to forma trywialna i nie ma chyba tematów, które mogą się na te strony nie nadawać z racji swej trywialności. A jednak czuję opór przed pisaniem tutaj o wszystkim, co mi na myśl przychodzi. Taka wewnętrzna autocenzura mi się włącza. Co gorsza, nie mogę się skłonić do pisania w dzienniku odręcznym, co przydałoby mi się jak po przepiciu przydaje się porządne rzyganie. Ale i tutaj mam blokadę. Wiem, skąd się ona bierze, wiem, że jest nieracjonalna, ale nie potrafię jej przełamać.

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myśl mało poważna, ale nie chcąca dać mi spokoju, żeby zaprowadzić inny rodzaj dziennika. Dziennik dobrych zdarzeń. Pomysł nań jest taki, że niezależnie od pogody, nastroju i innych okoliczności zewnętrznych i wewnętrznych miałbym obowiązek codziennie choćby w kilku zdaniach napisać, co mi się dobrego tego dnia zdarzyło. Oczywiście założenie jest takie, że codziennie da się coś takiego znaleźć, jeśli się dobrze szuka. Choćby najmniejszy drobiazg.

Pomysł ten zrodził się po tym, jak skonstatowałem, że zwykle moja psyche skupia się na roztrząsaniu tego, co się złego zdarzyło, a to co się zdarzyło dobrego przechodzi często niezauważone. Uznałem więc, że może warto przekierować swój wewnętrzny wzrok w inną stronę. Zacząć wreszcie dostrzegać, że jestem, w porównaniu z wieloma ludźmi na tym świecie, dzieckiem szczęścia. Ale nic chyba z tego dziennika nie będzie. Żeby miało to sens, musiałbym konsekwetnie prowadzić go dzień w dzień. Obawiam się, że nie starczyłoby mi na to konsekwencji. Niezależnie od tego, iż uważam, że mogłoby to mieć dobre dla mnie skutki. Ale nie porzucam tego pomysłu na stałe. Może kiedyś do niego wrócę.

A tymczasem wracam do lektury kolejnej książki Pilcha. Co prawda wolałbym coś sam napisać, ale ze względu na wspomniane wcześniej okoliczności raczej nic z tego nie będzie.

Tagi: roman j
19:36, roman_j
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2011

Wiele hałasu o nic. Tak mógłbym scharakteryzować to, co się dzieje dookoła w związku z kolejnymi świętami. Z mojego punktu widzenia, czyli z punktu widzenia człowieka, który świąt nie obchodzi, ale przyjmuje do wiadomości ich istnienie, nadchodzące święta będą mniej świąteczne niż choćby przypadające tydzień później święta majowe. Do czegóż się bowiem te święta sprowadzają w moich przypadku?

Ponieważ zawsze Wielkanoc przypada w niedzielę, więc nie mam z tej racji dodatkowego dnia wolnego. Mam wolny od zajęć popiątek, ale to nie jedyny taki popiątek w ciągu semestru (na szczęście). Wolny będzie dodatkowo poniedziałek, ale w tym semestrze mam tak ułożony plan, że i tak mam wolne w poniedziałek. Zysków więc nie widać. Widoczne są za to uciążliwości.

Pierwsza uciążliwość jest uciążliwością handlową. Z racji świąt sklepy będą zamykane wcześniej w sobotę i zamknięte w niedzielę oraz poniedziałek. Uciążliwość to niewielka, bo w niedzielę robię zakupy tylko, kiedy pracuję (mam dwie dłuższe przerwy między zajęciami i sklep o rzut beretem), a pracować w tę niedzielę nie będę. W poniedziałki kupuję zaś tylko to, co się akurat skończyło i jest bardzo potrzebne, bo zakupy w poniedziałek to nie jest dobry pomysł. Tym razem musiałem więc jedynie zadbać o to, żeby to, co może się skończyć i jest bardzo potrzebne, skończyło się najwcześniej we wtorek.

Większą uciążliwością jest bezruch poniedziałkowy. Często korzystam z wolnych poniedziałków, żeby załatwić jakieś sprawy na mieście, iść do biblioteki, do PTTK-u, itp. Teraz niczego w poniedziałek nie załatwię, a najwyżej mogę zostać oblany wodą, co zresztą nie zdarzyło mi się od czasów późnego dzieciństwa. Nic dziwnego, wszak nie jestem atrakcyjny obiektem takich ataków. Co innego, gdybym był długonogą, wysoką, szczupłą blondynką. Żeby nie było jednak co do tego żadnych wątpliwości, wcale nie chciałbym być wyżej wspomnianą. O wiele lepiej czuję się w swej obecnej formie, na której pewne apsekty mogę zresztą wpływać.

Kolejna uciążliwość to sytuacja w sklepach. Po pierwsze ludzi jest w nich więcej niż zwykle (przynajmniej wtedy, kiedy ja robię w nich zakupy). To oznacza, że pewnych towarów zaczyna brakować, podobnie jak koszyków czy reklamówek. Poza tym zwykle trzeba spędzić więcej czasu przy kasie, choć pod tym względem zostałem w tym roku dwukrotnie pozytywnie zaskoczony. Stanie w kolejce do kasy w przedświatecznym okresie powoduje też inny wymiar dyskomfortu.

Otóż w okresach przedświatecznych w kolejce do kasy przede mną i za mną stoją ludzie, których niemal nie widać zza sterty zakupów wiezionych w wózkach. Zwykle wtedy zastanawiam się, czy o czymś nie wiem? Może zanosi się na trzecią wojnę światową, a mnie ta informacja umknęła w powodzi doniesień medialnych. I tak nieświadomy robię te swoje zakupy za dwadzieścia złotych, podczas gdy ten przede mną wydał właśnie kilkanaście razy więcej. Czekam więc z niejakim niepokojem na rozwój wypadków, ale jak wiadomo, kolejna wojna światowa jak dotąd nie wybuchła. I nie jest chyba tak, że wybuchnie akurat w okresie jakichś świąt kościelnych, chociaż religia jest jednym z ulubionych powodów, dla których ludzie się nawzajem zabijają.

Z jednego powodu te święta mogłyby być okresem innym niż zwykle, ale o tym może napiszę w kolejnej notce, a może nawet nie. W każdym razie tej notki nie będę już bardziej wydłużał. Na koniec jeszcze tylko w rewanżu wobec tych wszystkich, którzy życzą mi wesołych świąt, ja też pozwolę sobie życzyć czytelnikom mojego blogu

Wszystkiego Najlepszego z okazji 1978. rocznicy stracenia przez Rzymian wędrownego żydowskiego filozofa i kaznodziei imieniem Jezus; założyciela żydowskiej sekty, której członków nazywa się "chrześcijanami".

Formalnie sam jestem członkiem tej sekty, ale zakładam, że kiedy ustaną pewne okoliczności, które mnie na razie przed tym powstrzymują, wypiszę się z niej.

Tagi: roman j
09:42, roman_j
Link Komentarze (12) »
wtorek, 19 kwietnia 2011

Przyszła wiosna, a z wiosną, i z kolejnymi lekturami, tym razem Pilcha, wraz z budzącą się do życia naturą obudziła się we mnie potrzeba zostania grafomanem. Świadomie używam słowa "grafoman", bo w każdym z ludzi, który chciałby napisać książkę, a jest ich, jak sądzę, całkiem sporo, drzemie grafoman. I tylko niektórzy z nich, obdarzeni talentem, zostają pisarzami.

Potrzebę napisania książki odczuwam od dłuższego czasu. Nie potrafię określić jak długiego, ale myślę, że miałem już taki zamysł w okresie "burzy i naporu", czyli kilkanaście lat temu. Na przestrzeni tego czasu zmieniały się koncepcje. Początkowo chciałom przekazać ludziom coś ważnego (choć nie miałem wtedy zielonego pojęcia, co to mogłoby być), a obecnie właściwie chciałbym tylko udowodnić sobie i innym, że potrafię. Pociąga mnie też ta niemal nieograniczona władza, jaką ma autor nad stworzonymi przez siebie bohaterami.

Jakieś próby literackie mam już za sobą, choć nie wiem, czy w ogóle warto o nich wspominać. Napisałem dwa opowiadania, ale tak krótkie, że dłuższe pisałem zwykle wypracowania na sprawdzianach z języka polskiego w liceum (8-10 stron A5 to była moja średnia). Jedno z moich opowiadań wpadło mi kilka lat później w ręce, kiedy robiłem porządki i przeczytawszy je stwierdziłem, że jest dobre. Zaskoczyło mnie to, bo zwykle unikam czytania tego, co napisałem. Uważam bowiem zwykle, że to, co piszę, jest trywialne, infantylne i po prostu słabe. Sam jestem dla siebie najsurowszym krytykiem, a że krytyki nie lubię, więc staram się swoich pisarskich wytworów nie czytać.

Wracając jednak do obudzonej potrzeby pisania, to zacząłem już nawet szukać jakichś poradników poświęconych temu tematowi. Trudno jednak znaleźć coś wartościowego. Na razie kupiłem jedynie "Alchemię słowa" Parandowskiego i postawiłem na półce, bo nie chcę jej czytać w pośpiechu między różnymi innymi zajęciami, jakich mi nie brakuje. Może poczytam ją sobie w wakacje.

Zastanawiałem się ostatnio, gdzie mogłaby się toczyć akcja takiej pisanej przeze mnie książki, kim mógłby być główny bohater, od czego zacząć, jaki nadać bieg akcji, itp. I myśląc nad tym w drodze do i z domu, bo wtedy mam najwięcej czasu na myślenie, doszedłem m.in. do wniosku, że trudno byłoby mi osadzić bohatera i akcję w środowisku, którego nie znam. Natomiast takich, które znam dobrze, nie jest znowu tak wiele. A skoro miałbym pisać o czymś, co znam, to nie mógłbym, choć wolałbym, uniknąć wtrętów autobiograficznych.

Żeby z tego jakoś wybrnąć mógłbym skupić się na samych postaciach, a poskąpić szczegółów dotyczących otoczki, czyli miejsca i czasu, w jakich dzieje się akcja. To też jest jakiś pomysł. I odpowiednio skonsumowany może dać ciekawy efekt. Ale to na razie tylko czcze rozważania, bo nie mam pojęcia, od czego zacząć. Myślę, że nie muszę mieć planu na całość. Mógłbym po prostu rozwijać akcję w takim kierunku, jaki by mi się akurat wydał ciekawy, nie wiedząc, gdzie w ten sposób ostatecznie dojdę. Tak byłoby łatwiej zacząć. Ale z drugiej strony mając z góry ustalony plan zmniejsza się szanse na to, że się utknie gdzieś po drodze w jakiejś ślepej uliczce.

Tak czy inaczej, pewnie znowu nic z tego nie będzie. Swoją potrzebę grafomaństwa zaspokoję kilkoma kolejnymi notkami w blogach, wpisami w dzienniku, a potem nie będę miał czasu o tym myśleć i ta potrzeba znowu we zacznie we mnie drzemać. Do czasu. Może za którymś jej przebudzeniem coś mi się jednak w końcu uda napisać? Coś dłuższego niż dotąd. A może zrobię sobie jakieś wprawki, wybiorę się na jakiś kurs? Zobaczymy.

Tagi: roman j
21:46, roman_j
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 kwietnia 2011

Właśnie przed chwilą dyskutowałem z profesorem K. na temat zaśmiecania polszczyzny. Chociaż słowo "dyskutowałem" jest nieodpowiednie, bo właściwie przez większą część tej dyskusji potakiwałem monologującemu, bardzo zresztą sensownie, profesorowi, który pomostował na nieuctwo nie tylko studentów, ale też młodych pracowników nauki.

Powiedział m.in. brzydkie słowo na "k", kiedy w jakieś pracy czy w artykule, który dostał do recenzji znalazł określenie "odkształcenia wolumetryczne". Zupełnie jakby autor nie mógł napisać "odkszałcenia objętościowe". Usłyszałem też, z czym się całkowicie zgadzam, że rozpowszechnia się przekonanie, iż słów "ilość" i "liczba" można używać zamiennie. Ja sam co prawda dopiero na studiach dowiedziałem się, że nie można, ale za to zapamiętałem bardzo dobrze tę zasadę i wpajam ją moim studentom, jeśli nadarza się okazja.

Kolejnym słowem, które mierzi profesora, jest słowo "podejrzewam" używane w znaczeniu myślę, sądzę czy uważam. "Co za ubeckie społeczeństwo mamy", stwierdził profesor, skoro każdy teraz tylko podejrzewa. A już szczególnie bolą go zęby, kiedy słyszy oświadczenia w rodzaju "podejrzewam, że jutro pójdę do kina". Po tych słowach przynałem samokrytycznie w duchu, że również nadużywam tego słowa. I przejrzałem już pod tym kątem blog zamieniając to słowo na inne słowa. Na razie wyeliminowałem tylko jedną jego formę, mianowicie pierwszą osobę trybu oznajmującego czasu teraźniejszego liczby pojedynczej. Ale niewykluczone (o, k..., tym razem rusycyzm), że znajdę czas i ochotę, żeby usunąć to słowo zastosowane także w innych formach. O ile będzie to miało sens, bo ostatecznie słowo to ma swoje podstawowe znaczenie i użyte we właściwym kontekście nie razi.

Na zakończenie napiszę, że zacząłem bać się pisać. :) Myślę, że niejeden językowy purysta mógłby mi wytknąć niedoskonałości polszczyzny moich notek. Przyznam jednak, że chciałbym pisać poprawnie i jeśli ktoś takie znajdzie, niech się nie krępuje i pisze o nich w komentarzach. Najlepiej z powołaniem na jakiś autorytet, bo niekiedy ludzie w dobrej wierze wprowadzają innych ludzi w błąd, bo coś im się wydaje. :)

Tagi: roman j
10:57, roman_j
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape