O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 04 kwietnia 2012

Wszystko przez chodzenie bez czapki. Skutki takiego nierozsądnego podejścia do własnego zdrowia mogą być przykre. I nie mam na myśli tych najbardziej oczywistych w postaci kataru, drapania w gardle, puchnącej od bólu głowy, itp. Jednemu z takich mniej oczywistych skutków poświęcam tę notkę.

Zaziębiłem się prawdopodobnie w piątek lub w sobotę. Dodam, że jeśli w piątek, to do południa, a nie wieczorem, żeby nie wywoływać poczucia winy jednego z moich potencjalnych czytelników. ;) W każdym razie na początku tygodnia choroba się już całkiem nieźle rozwinęła i zacząłem wdrażać jakieś działania lecznicze.

Na pierwszy ogień poszły środki paramedyczne, czyli nalewka farmaceutów, płukanie gardła wodą z solą, itp. Ale skutki takiego leczenia były mizerne, więc dziś postanowiłem nie czekać dłużej i dokonać zmasowanego ataku na chorobę. Wypisałem sobie listę czterech specyfików i wyguzdrałem się do apteki.

Jednym z tychże specyfików miały być pastylki Strepsils. I kiedy wyrecytowałem w aptece listę życzeń, usłyszałem pytanie, jakie mają być te Strepsils? Nie zastanawiając się długo machnąłem ręką, że wszystko jedno i znacząco zaniosłem się kaszlem. Pani chyba poczuła się moją odpowiedzią nieusatysfakcjonowana (w sumie też nie lubię takich odpowiedzi), dopytała więc jeszcze, czy mogą być "intensive"?

Mój pracujący nie do końca sprawnie, ze względu na chorobę, mózg zinterpretował to tak: "hmmm, intensive to pewne to samo co forte w nazwach niektórych innych leków i pewnie oznacza po prostu większą dawkę". Doszedłszy do takiego wniosku powiedziałem, że tak, jak najbardziej może być.

Pani mnie podsumowała na kasie i suma chyba wydała jej się dość wygórowana (mnie nie), bo jakoś tak ją wyrecytowała z rezygnacją i zauważyła, że najdrożej z tego zestawu to właśnie te Strepsils kosztowały. Nic to, pomyślałem, ważne, żeby pomogły. Zdrowie jest bezcenne.

Wróciłem do domu i siadłem do czytania ulotek, żeby się przekonać, czy wszystko to, co kupiłem, zażyte w kupie nie wyśle mnie ekspresowo na tamten świat albo na przykład na przymusowy całodzienny seans na sedesie. Kiedy sięgnąłem po zakupione Strepsils, najpierw zdziwiło mnie, że zawierają jakiś flurbiprofen, który od razu skojarzył mi się z ibuprofenem, czyli lekiem przeciwbólowym i przeciwzapalnym. No ale pomyślałem, że może dodali tego tak przy okazji. Oprócz tego, czego tam się przede wszystkim spodziewałem.

Jednak szybko przekonałem się, że tego, czego się tam spodziewałem tam nie ma! Chciałem kupić lek antybakteryjny, żeby zastąpił moje płukanie gardła wodą z solą, a kupiłem przeciwbólowy. A wszystko dlatego, że jeden i drugi nazywa się tak samo. Z tą drobną różnicą, że ten drugi ma dodany dodatkowy człon do nazwy. Zresztą mylący.

Zjeżyłem się, bo poczułem się zrobiony w balona. Gdybym wiedział przed wizytą w aptece, jaka jest różnica między Srtepsils, a Strepsils Intensive, to w życiu bym tego drugiego nie kupił. No ale nie wiedziałem, a założyłem błędnie, że ta sama nazwa oznacza ten sam składnik. Pani w aptece też nie była zbyt pomocna, ale jej odpuszczam winy.

Według mnie to producent zachowuje się nie fair wobec swoich klientów. To tak, jakbym poszedł do piekarni, żeby kupić chleb i zapytano by mnie, czy może to być "chleb aromatyczny". Ja w dobrej wierze odpowiedziałbym, że tak, a potem w domu przekonałbym się, że pod tą nazwą sprzedano mi placek drożdżowy.

A wszystko dlatego, że dałem się wziąć na lep reklamy. Licho mnie podkusiło. Mogłem przecież kupić sobie chlorchinaldin, którego przez tyle lat używałem odkąd pamiętam, zanim pojawiły się te wszystkie Strepsilsy, Neoanginy i inne cuda. I tak pewnie zrobię następnym razem. A Strepsils niech sobie wsa... znaczy ssą. ;)

Tagi: roman j
21:17, roman_j
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 kwietnia 2012

Nie wiem, czy coś mądrego lub ciekawego ktoś poniżej znajdzie. Ale ponieważ trochę czasu upłynęło od czasu napisania mojej ostatniej notki, a na dodatek przyszedł mi akurat do głowy temat przełamujący ostatnio dominującą tutaj tematykę, więc zaryzykowałem i wziąłem się za pisanie.

Do tego tematu zainspirował mnie M. I to w dość ciekawy sposób. Ale po kolei.

Wczoraj rano M. zamieścił na FB link do filmiku. Filmik przedstawiał historyjkę, w której niewinny (a według opisu głupi) żart nieoczekiwanie zakończył się tragicznie, bo czyjąś śmiercią. Pod tym linkiem wywiązała się krótka dyskusja. Ja uznałem, że umieszczanie takiego filmu w internecie jest głupotą i to właśnie napisałem. M. stwierdził, że może to być przestroga przed ludzką głupotą. Z tym ja się znów nie zgodziłem, ale mniejsza już o to, dlaczego.

Nie o tym chciałem bowiem pisać, jak wymienialiśmy poglądy. Wymiana była krótka, ale skłoniła mnie do przemyśleń, co mi się dość często zdarza. :) I doszedłem do wniosku, że głupota jest odporna na edukację. Dlaczego? Żeby wskazać, jak doszedłem do takiego wniosku, muszę najpierw napisać, czym według mnie jest to, co ludzie potocznie nazywają głupotą.

Przyjęło się dość powszechnie, że określenia "mądrość" i "głupota" są antonimami. Dodatkowo zwykle mądrość utożsamia się z wiedzą, więc głupotę uważa się zapewne potocznie za synonim braku wiedzy. Tak też pewnie ja odpowiedziałbym wcześniej, gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest głupota. Doszedłem jednak po namyśle do wniosku, że mianem głupoty najczęściej jednak określamy nieumiejętność robienia właściwego użytku ze swojej wyobraźni.

Zapewne to nie wyczerpuje znaczenia tego pojęcia, ale wydaje mi się, że to odpowiada większości sytuacji, kiedy ktoś używa tego określenia. Jeśli więc przyjmiemy, że głupota i niewiedza to nie jest to samo, to i remedium na oba te problemy nie jest takie samo. Niewiedzę można tępić za pomocą edukacji, ale korzystania z wyobraźni edukacja, przynajmniej taka, z jaką się na co dzień spotykamy, nie nauczy. Zresztą gdyby nawet podjąć próbę nauczenia kogoś korzystania z własnej wyobraźni, bo myślę, że jest to możliwe, to czy na dłuższą metę coś by to dało? Jestem wobec tego sceptyczny.

Kształtowanie i działanie wyobraźni wymaga spokoju. Jest to taka aktywność naszego umysłu, w której obcuje on przede wszystkim sam ze sobą, ze swoimi zasobami doświadczeń. To wymaga skupienia i odcięcia się od większości bodźców. Tymczasem w dzisiejszych czasach jest to niemal niemożliwe. Jesteśmy z dnia na dzień bombardowani coraz większą liczbą informacji i bodźców z otoczenia, które nasz mózg musi analizować i segregować na te, które może zignorować i na te, na które musi zareagować.

Wydawałoby się, że to dobrze, że tych bodźców i informacji jest coraz więcej, bo są one przecież pożywką dla wyobraźni, która bazuje na wiedzy i doświadczeniu. Jednak z racji ich narastającego strumienia mózg ma coraz mniej czasu i okazji do konsumowania w spokoju wiedzy, jaką mu te bodźce dostarczają. Na dodatek są one coraz mniej wartościowe, coraz krótsze (z racji tego, że musi się ich zmieścić więcej w tym samym czasie), coraz bardziej powierzchowne. Są dla mózgu tym, czym śmieciowe jedzenie dla żołądka. Prędzej wywołają rozstrój i przesyt niż dostarczą czegoś wartościowego.

Poza tym ludzie coraz rzadziej się z tego strumienia bodźców wyłączają, żeby poświęcić swój (coraz cenniejszy) czas na tak twórcze zajęcie jak myślenie (rozumiane jako snucie refleksji). To jest passé, nudne, staroświeckie. Po co rozmyślać? Jeszcze głowa rozboli. Tyle, że bez tego nie ma szans na kształtowanie wyobraźni. A braki w wyobraźni owocują tym, co ludzie nazywają potem głupotą.

Chociaż oczywiście nie jest tak, że właściwie ukształtowana wyobraźnia pozwoli przewidzieć wszystkie możliwe konsekwencje naszych działań i uchroni nas przed zrobieniem czegoś, co przyniesie nieprzyjemne, czy wręcz tragiczne skutki. Takiej gwarancji nie ma, bo życie potrafi pisać zaskakujące scenariusze. Ale robiąc użytek ze swojej wyobraźni i "serwisując" ją od czasu do czasu można uniknąć wielu przynajmniej tych dość łatwych do wyobrażenia przykrych skutków naszych działań. Za pozostałe zaś nie musimy się czuć winni wiedząc, że przynajmniej próbowaliśmy ich uniknąć. :)

Tagi: roman j
22:47, roman_j
Link Komentarze (2) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape