O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 27 kwietnia 2013

Śpiewamy na chórze utwór "Panis angelicus". Oczywiście prawie każdemu pierwsze słowo kojarzy się z organem. Zwrócił nawet na to uwagę dyrygent mówiąc żartobliwie, żeby "panisa" nie mylić z wiadomo czym. Skwitowałem to uwagą, że faktycznie może się pomylić, bo i to na "ch" i to na "ch" (jakby ktoś nie wiedział, to "panis" po łacinie oznacza "chleb"). :)

Tagi: roman j
23:11, roman_j
Link Komentarze (2) »

Jedna taka mnie myśl niepokoi od jakiegoś czasu, więc postanowiłem ją zapisać. Taka "mądrość ludowa", bo to ani mądrość, ani ludowa (bo moja własna).

Otóż dwie rzeczy nigdy w życiu nie występują razem: władza i święty spokój. Tak więc jeśli cenicie sobie spokój w życiu, nie sięgajcie nigdy po żadną władzę. Jeśli bowiem to zrobicie, to ani spokojnego życia mieć nie będziecie, ani z waszej władzy żadnego pożytku nie będzie.

Tagi: roman j
22:55, roman_j
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Znów sytuacja z życia wzięta. W niedzielę miałem zajęcia niemal cały dzień. Udało mi się jednak na jednej godzinie tak sprawnie się uwinąć z materiałem, że zostało mi trochę czasu, który razem z czasem mojej planowej przerwy pozwolił mi na chwilę wyjść do Kauflandu po zaopatrzenie na ten pracowity dzień. Zrobiłem tam więc drobne zakupy i stanąłem w kolejce do kasy. Kas czynnych było kilka, ale kupujących sporo, więc wszystkie kolejki były długawe.

Kiedy już doszedłem do kasjerki i miała mnie podliczać, podszedł do mnie jakiś człowiek i pyta, czy może wejść przede mnie, bo on ma tylko dwa piwka. Skinąłem głową, że nie. Zmył się więc, ale nie śledziłem, czy postanowił postać w kolejce, czy szukać szczęścia przy innej kasie.

Ktoś może powie, że jestem nieuprzejmy, ale zanim to zrobicie, drodzy nieliczni w tej chwili czytelnicy, przedstawię trzy powody, dlaczego się nie zgodziłem i dlaczego prawdopodobnie nie zgodziłbym się w każdej innej takiej sytuacji.

Po pierwsze akurat tego dnia spieszyło mi się. Miałem mało czasu, a nawet ta minuta przy kasie dłużej oznaczała minutę mniej na powrót do zajęć. Nastałem się zresztą w kolejce i z czasem było już krucho. Ale to akurat najmniej ważny powód, choć też pewnie miał wpływ.

Po drugie, facet zapytał mnie o zgodę, ale ja nie stałem w tej kolejce sam. Za mną było jeszcze kilka osób. Gdybym się zgodził go wpuścić, wtedy podjąłbym decyzję także za te osoby, które stały za mną. A nie miałem do tego upoważnienia. Gdyby facet zaczął od końca i po kolei byłby wpuszczany przed kolejne osoby dochodząc w ten sposób do mnie, wtedy sprawa byłaby czysta. Na ten aspekt niestety zwykle tacy uprzejmi kolejkowicze nie zwracają uwagi. Niektórzy ludzie lubią innym świadczyć uprzejmości także na cudzy koszt.

Wreszcie po trzecie zaleciało mi cwaniactwem. W końcu czemu ktoś, kto ma "tylko dwa piwka" ma z racji tego mieć promocję w czasie oczekiwania do obsłużenia w kasie? Czy komuś, kto ma tylko dwa piwka czas bardziej się dłuży? Czy to jakiś efekt relatywistyczny przeoczony przez Einsteina? Jeśli miałbym coś poradzić takiemu niecierpliwemu konsumentowi, to zachęciłbym go, żeby sobie do tych piwek dokupił kilka puszek orzeszków ziemnych, kilka paczek czipsów, jakieś paluszki, krakersy. Z takim ładunkiem zakupów czas na pewno przestałby mu się dłużyć. ;)

Tagi: roman j
23:17, roman_j
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 kwietnia 2013

Znowu będzie notka oparta na faktach z życia wziętych. Z życia mojego. Jeśli kogoś to martwi lub denerwuje, że zajmuję się drobiazgami zamiast w co drugiej notce sadzić sążniste elaboraty na temat ważkich świata problemów, to odpowiem, że trochę mi się nie chce. Z racji tego, że straciłem możliwość prezentowania się szerokiej, anonimowej publiczności.

Ale to tylko część prawdy. I to raczej ta zdecydowanie najmniejsza z części. Aż tak próżny nie jestem. ;) Większa część, może nawet dopełniająca całości, ma w sobie posmak amatorskiego filozofowania, któremu tak lubię się czasem oddawać. Po prostu ten blog, podobnie jak samo życie, jest jak ciasto, a ciasto, jak wiadomo, nie może się składać z samych rodzynków, bo by nas w końcu zemdliło od nadmiaru tych słodkości. Dlatego czymś trzeba wypełniać tę przestrzeń między rodzynkami, bo przecież w powietrzu wisieć nie będą. ;)

Dziś będzie o pomarańczach i o tym, jak się nabrałem w sklepie. Nie wiem tylko, czy ktoś mnie nabrać chciał, czy tak wyszło?

W każdym razie kilka dni temu, może nawet tydzień, kupiłem w Kauflandzie nieoczekiwanie cztery pomarańcze. Nieoczekiwanie, bo nie miałem takich planów, ani smaku na pomarańcze. Ale jak zobaczyłem piętrzące się dorodne i ładnie wybarwione owoce, to kupiłem sobie cztery. Pal licho, nawet niech będą kwaśne, pomyślałem, zawsze to jakaś odmiana.

Kwaśne nie były. Wręcz przeciwnie. Były tak słodkie, że nie przypominam sobie, kiedy jadłem wcześniej tak słodkie pomarańcze. Na dodatek skórkę miały cieniutką, co bardzo pozytywnie je odróżniło od kupionych jeszcze wcześniej grejpfrutów, w których 3/4 owocu to była skóra.

Nie namyślając się wiele przy kolejnej okazji kupiłem znowu cztery pomarańcze, bo tamte szybko skonsumowałem. I chociaż była to już końcówka, to i tym razem się nie rozczarowałem. Potem była przerwa w zakupach aż do dziś. Dziś znów byłem w Kauflandzie. I znów piętrzył się w nim stosik pomarańczy. Na oko bardzo podobnie wyglądających. Tylko cena trochę wzrosła. Wcześniej płaciłem 2,99 zł/kg, a teraz chyba 3,69 zł/kg albo coś koło tego. Nic to, pomyślałem, nadal tanio jak na taki rarytas i wziąłem sześć.

Trochę mi się wydawały jakby bardziej skórzaste niż poprzednio, ale to było jakieś niejasne wrażenie, które szybko minęło. W domu od razu jedną rozkroiłem na cztery części i obrałem ze skóry (to mój własny, choć może nieoryginalny, patent na jedzenie cytrusów). Skóra okazała się wyraźnie grubsza niż poprzednio, a sama zawartość, chociaż smaczna, już nie tak słodka. Dla pewności zjadłem jeszcze jedną. To samo.

I tak sobie pomyślałem, czy to zbieg okoliczności, że najpierw w sklepie pojawił się świetny towar w świetnej cenie, a kiedy się do niego przekonałem, to przyszło mi kupić towar gorszy i w cenie mniej korzystnej? Na dodatek w większej niż poprzednio liczbie. To oczywiście może być zwykły przypadek. Ale ponieważ żyjemy w świecie, gdzie coraz częściej człowiek człowiekowi świnią (i nie mam tu na myśli tylko Polski, bo tak jest nie tylko u nas), więc i podejrzliwość się pleni, mam gdzieś tam z tyłu głowy spiskową teorię, że oto sklep (ale nie w sensie budynku), mnie psychologicznie perfidnie podszedł.

Ale staram się w tej teorii za mocno się nie utwierdzać, bo mogłoby się to skończyć teorią o zamachu, wybuchach rozdymających skórkę (znalazłbym pewnie na niej ślady trotylu), helu wysysającym cukier i brzozie, co to zamiast szyszek rodzi pomarańcze, które potem Rosjanie wysyłają do Polski udając Greków. ;)

Tagi: roman j
21:31, roman_j
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Miałem w planie napisanie notki na nieco poważniejszy temat, ale postanowiłem, że napiszę o czymś, co mnie od jakiegoś czasu nieco drażni w pewnej reklamie. Początkowo myślałem, że tylko ja to zauważyłem (tak, wiem, to dowód naiwności i samouwielbienia jednocześnie). ;) Ale rzut oka do Sieci szybko wyprowadził mnie z błędu. I w tej sytuacji zastanawia mnie tylko, dlaczego ten reklamowy knot jeszcze jest emitowany w TV?

A chodzi o reklamę Snickersa i jej nieszczęśliwe tłumaczenie z angielskiego na polski. W reklamie tej pada dwukrotnie kwestia Who would like to smell like you?. Sądząc po polskim tłumaczeniu ja myślałem początkowo nawet, że ta kwestia w oryginale brzmi nawet jakoś tak Who would like to smell you?, bo to przynajmniej jakoś tłumaczyłoby pomyłkę osoby dokonującej przekładu (nie wiem, czy słowo "tłumacz" nie byłoby tu na wyrost). W przekładzie słyszymy bowiem Kto chciałby cię wąchać?, co ma się nijak do kontekstu. Powinno być Kto by chciał pachnieć jak ty? Moim zdaniem obecne tłumaczenie jest po prostu błędne niezależnie od tego, że nie pasuje do kontekstu.

Jak pewnie wiedzą osoby władające w jakimś stopniu angielszczyzną, czasownik to smell oznacza po polsku zarówno pachnieć jak i wąchać. I gdyby oryginalne zdanie brzmiało tak, jak myślałem i podałem wyżej, to takie tłumaczenie, jakie słychać w reklamie, byłoby przynajmniej poprawne, choć nie pasujące do kontekstu. A tak, moim zdaniem, osoba dokonująca tłumaczenia dała ciała. Podsumowując napiszę, że zastanawia mnie, że ta reklama jest cały czas emitowana, chociaż o tym nieszczęsnym tłumaczeniu można tu i ówdzie poczytać w Sieci, także w branżowych (dotyczących reklam) blogach. A może tak ma być? Wszak dziwactwa zapadają w pamięć lepiej i na dłużej niż rzeczy normalne i właściwe? :)

Tagi: roman j
16:00, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape