O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 31 maja 2007
Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Obiecałem i postanowiłem, że to właśnie dziś obietnicę zrealizuję. No to dzieła. Poniżej w kilku krokach i kilku obrazkach wyjaśnię, jak się oblicza pierwiastek kwadratowy z dowolnej liczby za pomocą kartki papieru i ołówka (ewentualnie długopisu, ale ja wolę ołówek).
Ja do przykładowych obliczeń przyjąłem liczbę: 3742965,530638


1. Liczbę, której pierwiastek chcemy obliczyć musimy najpierw podzielić na grupy po dwie cyfry. Zaczynamy od przecinka i przesuwamy się najpierw w lewo, a potem w prawo, jeśli są jakieś cyfry po przecinku. Jeśli po tym podziale zostanie nam na prawo od przecinka jakaś samotna cyfra, to możemy dopisać jej do towarzystwa zero. Liczba po podziale na grupy wygląda tak:

 

 

2. W kolejnym kroku należy znaleźć największą liczbę z zakresu 1-9 0-9, której kwadrat jest mniejszy nie większy od pierwszej z lewej strony grupy cyfr. W naszym przypadku szukamy największej liczby, której kwadrat jest nie większy niż "3". Tą liczbą jest 1. Znalezioną w ten sposób liczbę zapisujemy jako pierwszą cyfrę wyniku pierwiastkowania. Jej kwadrat odejmujemy od pierwszej grupy cyfra, a do wyniku odejmowania dopisujemy kolejną grupę. Wygląda to więc tak:

 

 

3. Dalszy ciąg obliczeń polega na powtarzaniu tych samych kroków.
Zaczynamy od pomnożenia uzyskanego dotąd wyniku przez 2. W naszym przypadku 2x1 = 2. Teraz proszę o skupienie. Kolejnym krokiem jest znalezienie takiej największej liczby z zakresu 1-9, która wstawiona w żółte pola na poniższym obrazku spełni zapisaną nierówność. Próbując opisać to słowami: musimy nasz podwojony wynik najpierw pomnożyć przez 10, potem dodać do niego liczbę z zakresu od 1-9, a następnie uzyskaną sumę jeszcze przez tę dodaną liczbę przemnożyć. Wynik ma być mniejszy od liczby, którą uzyskaliśmy w wyniku odejmowania i dopisania kolejnej grupy cyfr z pierwiastkowanej liczby, a dodana liczba z zakresu 1-9 ma być największą z możliwych. Mam nadzieję, że poniższy obrazek to dobrze wyjaśnia. Jak widać, nierówność spełnia liczba "9" i to jest kolejna cyfra wyniku naszego pierwiastkowania. Wynik naszych działań, podobnie jak wcześniej, odejmujemy od poprzedniej różnicy powiększonej o dopisaną kolejną grupę cyfr, czyli od 274 odejmujemy 29x9 czyli 261. W wyniku otrzymujemy liczbę 13 i dopisujemy do niej kolejną grupę, czyli "29". W ten sposób uzyskujemy liczbę 1329.

 

 

4. W kolejnym kroku podwajamy dotychczas uzyskany wynik pierwiastkowania. Czyli 2x19 = 38. I powtarzamy manewr z mnożeniem tego wyniku przez 10 i dodawaniem liczby z zakresu 1-9 oraz mnożeniem tak otrzymanej sumy przez dodaną liczbę. Wynik musi być mniejszy od 1329. Można z grubsza oszacować, że 380 mieści się w 1384 1329 nie więcej niż 3 razy. Dla pewności sprawdzimy, czy liczba 4 będzie odpowiednia: 384x4 = 1536 > 1384 1329. Za dużo. Przyjmujemy liczbę o jeden mniejszą: 383x3 = 1149 < 1384 1329. Bingo! Kolejną cyfrą naszego wyniku jest "3". Po wykonaniu działania 1384 1329-1149 otrzymujemy wyniku 180 i do tej liczby dopisujemy kolejną grupę cyfr, czyli "65". Otrzymujemy w ten sposób 18065. Ten fragment działań mamy zobrazowany poniżej (dorysowałem kilka strzałek, żeby pokazać, co się skąd wzięło):



 

5. Kolejne kroki są takie jak opisane w punkcie 4. Pokaże następny krok na kolejnym obrazku (już bez opisu, ale będą za to strzałki).

 



Jak widać kolejną cyfrą wyniku jest "4". Po tej cyfrze wstawiamy przecinek, bo następna dopisywana grupa cyfr jest już po przecinku.

Dalszych kroków nie będę przedstawiał. Pokaże tylko ostatni, który sam wykonałem wykonując obliczenia na potrzeby tej notki. Tym razem bez strzałek i wyjaśnień.

 

Kiedy skończą nam się grupy cyfr, dopisujemy zera. I możemy sobie liczyć, liczyć, liczyć aż nam się znudzi, albo zabraknie miejsca na kartce.

 

Mam nadzieję, że algorytm jest przejrzyście opisany. Ale jeśli nie, to mogę go ewentualnie jeszcze uzupełnić jakimiś dodatkowymi wyjaśnieniami.
środa, 30 maja 2007
Wróciłem ostatnio do jednego ze swoich dawnych hobby. Porzuciłem je jakiś czas temu z braku czasu oraz innych przyczyn, których nie potrafię tutaj sprecyzować, choć wiem, że są. Właściwie nie powinienem pisać, że to hobby porzuciłem. Poznałem siebie na tyle, że wiem, że ja niczego (i nikogo) nie porzucam chyba, że coś (lub ktoś) przestaje istnieć. Dlatego chyba trafniej będzie napisać, że „zawiesiłem” zajmowanie się moim hobby. I nie jest to jedyna rzecz, która w moim życiu trwa w zawieszeniu. Być może niektóre w tym stanie trwać będą do mojej śmierci, kiedy to ostatecznie i nieodwołalnie porzucę wszystko.
Ale wracając do mojego hobby, którym na nowo się zająłem, a raczej odwiesiłem, to jest nim zbieranie etykietek piwnych. Pierwszą etykietkę w moich zbiorach zdobyłem w 1994 roku, co oznacza, że param się tym już 13 lat. Zbiory nie są imponujące (niecałe 800 sztuk). Nie są też wysokiej jakości, bo zbieractwo to traktuję całkowicie amatorsko nie wymieniając się praktycznie ani wiedzą, ani eksponatami z innymi kolekcjonerami. Niezbyt wysoka jakość moich zbiorów wynika też z faktu, że okazy moje zbieram "z natury", to znaczy odmaczam z butelek. Choć mam też niewielką liczbę etykietek pozyskanych bezpośrednio od producentów. Jednak najbardziej cenię te etykietki odklejane od butelek, podobnie jak niektórzy filateliści cenią bardziej znaczki stemplowane od tych prosto z drukarni.
Do odwieszenia tego hobby po kilku latach przerwy skłonił mnie, jak to pewnie często się zdarza, kontakt z innym kolekcjonerem. Ale, wbrew pozorom, nie kolekcjonuje on etykietek, tylko kapsle. Mam na myśli uczestnika naszej majówkowej imprezy - A.
Tak to chyba zwykle jest, że obserwując czyjąś pasję kolekcjonerską i zbieracki zapał sami się tym zarażamy, zwłaszcza, kiedy mamy ku temu jakieś predylekcje. U mnie zaowocowało to powrotem do zawieszonej pasji. Mam jeszcze co najmniej dwie takie pasje, które są w uśpieniu. Jedna to filatelistyka, a druga to modelarstwo kartonowe. Do tego drugiego kilkakrotnie chciałem wrócić (skończyło się na rozważaniach na temat), bo bardzo lubię, kiedy z płaskich zadrukowanych arkuszy papieru powstaje trójwymiarowy model. Fakt, że często niedoskonały, ale ta metamorfoza ma w sobie coś z aktu tworzenia i zawsze mnie bardzo fascynowała. Tym hobby zaraził mnie mój brat, który chyba teraz też już od jakiegoś czasu się nim nie zajmuje (z braku czasu), choć spod jego ręki wychodziły modele dużo doskonalsze (ale pewnie to kwestia wprawy, do której i ja bym z czasem doszedł). Pamiętam, że jak byłem mały lubiłem się przyglądać, jak on klei te małe cacuszka, aż w końcu kiedyś sam kupiłem numer "Małego Modelarza" albo jakieś podobne pisemko i zacząłem własną przygodę z modelarstwem. Dziś trochę mi tego brakuje, ale są dwie przeszkody (mniej lub bardziej wydumane): kot i brak miejsca. Mając kota w domu trzeba się liczyć z potencjalnymi zniszczeniami klejonym modeli i trzeba by je w związku z tym gdzie dobrze chować, a podczas samego klejenia kota trzymać na dystans. Drugi problem to brak miejsca na ekspozycję "produktów" mojego hobby. Chyba najchętniej bym je rozdawał, ale jako że są to rzeczy niepraktyczne (zajmują miejsce i kurzą się) i na dodatek z moich wciąż jeszcze niezbyt wprawnych rąk - niedoskonałe, chętnych bym chyba nie znalazł. Mógłbym je ewentualnie zatrzymywać, bo choć bardziej mnie pasjonuje samo tworzenie, to i oglądanie swoje "dzieła" post factum jest przyjemne. Ale z czasem w mieszkaniu zabrakłoby miejsca na modele biorąc pod uwagę, że mam kilkadziesiąt (może nawet sto) potencjalnych modeli do wykonania, a niektóre są pokaźnych rozmiarów, jak na przykład pancernik Yamato.
Być może jednak to wszystko są tylko wymówki. Być może za jakiś czas przestanę w końcu się nimi zasłaniać i zapytam sam siebie, czy mam wciąż w sobie jeszcze tę pasję tworzenia? Niedawno oglądałem model, który kleiłem "na zamówienie" dla brata A., czyli M. Wydaje mi się, że nawet go skończyłem, co mi się niestety rzadko zdarzało, bo często napotykałem jakiś techniczny problem trudny do rozwiązania i myśląc nad sposobem jego rozwiązania brałem się za kolejny model. Jeszcze go dziś obejrzę. Jak coś, to jest do odebrania. Dobre kilka (kilkanaście?) lat po terminie... ;)
Na zakończenie tematu hobby dodam jeszcze, że z moich obecnych pasji najwięcej chyba czasu poświęcam turystyce i czytaniu książek, a w uśpieniu mam jeszcze takie dziwactwa, jak uczenie się języków obcych i śpiew chóralny. Kto wie, może i do nich wkrótce wrócę.
Tagi: roman j
11:50, roman_j
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 maja 2007
Dzień drugi naszej wyprawy majowej rozpoczął się pobudką, czyli standardowo. Była to święta niedziela. Po śniadaniu, spakowaniu się i zdaniu pościeli ruszyliśmy w kierunku Międzyrzecza. Mieliśmy mały problem z wybraniem właściwego kierunku na kiepsko oznakowanym rondzie przed wyjazdem z Gorzowa, dzięki czemu zwiedziliśmy jeszcze jeden niewielki kawałek miasta.
Kolejny nocleg mieliśmy zaplanowany w miejscowości Głębokie. Tym razem miało być bardziej komfortowo niż w Gorzowie i na swój sposób było, ale o tym dalej. Jakiś pech jednak nadal prześladował naszą władczynię kółka, bo przegapiliśmy zjazd do miejsca naszego noclegu. Trzeba jednak uczciwie dodać, że szczególnie dobrze nie był on oznaczony. W końcu jednak po nawrocie wjechaliśmy na drogę prowadzącą w las, a po chwili jechaliśmy wzdłuż ośrodków wczasowych szukając tego właściwego.
Od ręki go nie znaleźliśmy, więc zaparkowawszy samochód wyłoniliśmy delegację w składzie: R. i B., która zajęła się odszukaniem, kogo trzeba i załatwieniem, co trzeba. Trochę to potrwało, ale w końcu pojawił się przedstawiciel firmy i popilotował nas do naszego domku. Domek był nawet dość schludny. Takie typowe postPRL-owskie murowane turystyczne czworaki. Miał jednak z naszego punktu widzenia jeden feler, gdyż był... 4-osobowy. Na szczęście okazało się, że nie będzie problemu z dostarczeniem kolejnego łóżka. W domku była mini-lodówka (działająca) i piec akumulacyjny (nie działający, a szkoda). Była też malutka kuchnia ze zlewozmywakiem i mała łazienka z tronem przy oknie i prysznicem (z letnią wodą). Drzwi do łazienki miały drobny wadę - nie domykały się. Próbowałem coś z tym zrobić skrobiąć je nożem tu i tam, ale po kwadransie takiego skrobania osiągnąłem tylko tyle, że szpara po zamknięciu drzwi była mniejsza. Nie zanosiło się jednak na to, żeby udało się ją całkowicie zlikwidować.
Umówiliśmy się z człowiekiem, który nas zakwaterował, że wrócimy około 18.00, a wtedy ktoś z obsługi dostarczy nam nowe łóżko. My tymczasem po wstępnym rozpakowaniu wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy zwiedzać Międzyrzecki Rejon Umocniony (MRU).
Na miejsce, czyli do miejscowości Pniewo, tym razem dojechaliśmy bez błądzenia, ale jakieś fatum nad naszym środkiem transportu wisiało. Otóż zatrzymaliśmy się przed bramą skansenu sprzętu wojskowego rozglądając się za parkingiem. Okazało się, że na jego terenie można zaparkować, ale trzeba było kawałek cofnąć, żeby tam wjechać, więc B. wrzuciła wsteczny i... łup! Stuknęliśmy się z kimś, kto stanął tuż za nami. Na szczęście niegroźnie. Nie było ofiar w ludziach, ani strat materialnych, a jedynie moralne.
Po szczęśliwym zaparkowaniu R. udał się po bilety, a my obeszliśmy sobie teren i obejrzeliśmy sprzęt. Zanim zaczęliśmy zwiedzanie, kupiliśmy sobie razem z A. kurtki wojskowe z demobilu Bundeswehry. Ja z konieczności, bo wybierając się na majówkę zakładałem, że będzie w tym czasie upał, a nie mróz i żadnej kurtki ze sobą nie wziąłem. Jak się później okazało, ta kurtka z MRU bardzo mi się przydawała w kolejnych dniach.
Zwiedzane zaczęło się od powierzchni, a konkretnie od zwiedzenia wystawy. Dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy o historii i współczesności MRU zanim ruszyliśmy na zwiedzanie podziemi Festungsfront Oder Warthe Bogen, jak nazwali go jego budowniczowie, czyli Niemcy. Zwiedzanie trwało ponad godzinę i mógłbym napisać o tym, co ciekawego tam zobaczyliśmy i usłyszeliśmy,  ale po co? Wolę pozostawić ciekawość czytelników niezaspokojoną i zachęcić do odwiedzenia Pniew. Uważam, że naprawdę warto.
niedziela, 27 maja 2007
Odwiedzając znajome blogi widzę, że wakacje coraz bliżej, bo niektórzy gdzieś się porozjeżdżali, inni piszą jakby mniej lub rzadziej. Jest więc dobry moment, żeby trochę poprzynudzać. Dlatego dziś wracam do tematu, który zacząłem wcześniej, czyli do Abrahama Maslowa spojrzenia na IV RP. Rzecz będzie o kolejnej potrzebie z piramidy Maslowa, czyli o potrzebie bezpieczeństwa.
Na poczucie bezpieczeństwa składa się wiele różnych czynników. Gdyby zapytać ludzi, co warunkuje ich poczucie bezpieczeństwa, większość bez wahania odpowiedziałaby, że przede wszystkim niska przestępczość. To prawda, ale niepełna. Niewątpliwie jest to warunek niezbędny poczucia bezpieczeństwa, ale są warunki bardziej fundamentalne. Na przykład posiadanie dachu nad głową. Czy można mieć poczucie bezpieczeństwa nie mając dachu nad głową? Nie. Kiedy ma się już jakieś lokum, to przydałoby się źródło dochodów, czyli najlepiej praca. Mając mieszkanie i pracę chcielibyśmy mieć pewność, że nie stracimy dorobku naszego życia i tak dochodzimy do niskiej przestępczości, ale też do ochrony własności, czyli do sfery prawa.
Prawo powinno nie tylko chronić własność, czy też obywateli. Powinno być też przejrzyste i zrozumiałe oraz nie powinno też być zbyt często i radykalnie zmieniane. Prawo stanowi bowiem fundament państwa i jeśli ono jest niestabilne, to cała konstrukcja się chwieje przez co człowiek nie czuje się bezpiecznie. Oczywiście prawo nie powinno być też nadużywane i naginane, zwłaszcza do doraźnych potrzeb państwa. Jeśli chodzi o państwo zaś, to powinno być bezstronne, sprawne i przyjazne obywatelom. W końcu dla nich jest stworzone. Warto też wspomnieć o przewidywalności działań państwa i jego ciągłości mimo zmian ekip rządzących.
Prawdopodobnie nie wymieniłem wszystkich składników poczucia bezpieczeństwa, ale czas przejść do oceny naszego kraju i społeczeństwa pod kątem zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa.
Nie jest z tym dobrze. Jeśli chodzi o przestępczość, bo od niej zacząłem, to podobno ona spada, ale jest to przede wszystkim skutek spadku bezrobocia i emigracji części młodych ludzi (bynajmniej nie chodzi o przestępców). Do tych efektów państwo przyłożyło częściowo rękę, ale w sposób niezamierzony (mam na myśli emigrację).
Jeśli chodzi o zapewnienie dachu nad głową, to i tutaj państwo wypada blado. Na przykład na tle takiej Francji, która przyjęła program, zgodnie z którym każdym ma prawo do dachu nad głową i może o to prawo walczyć przed sądem administracyjnym. A u nas gminy nie budują mieszkań socjalnych, bo się nie opłaca. Społeczeństwo też uważa, że na mieszkanie trzeba zapracować. Tymczasem dach nad głową jest warunkiem uzyskania pracy. Kto zatrudni bezdomnego? W Polsce chyba nikt. A skoro mowa o pracy, to jest z nią ostatnio lepiej, ale mogłoby być jeszcze lepiej, bo wiele rzeczy można by w tym kierunku zrobić.
Prawo jakie jest, każdy widzi. Ani przejrzyste, ani proste, ani stabilne, ani dobrej jakości. Na dodatek bywa nadużywane, także po to, żeby obywatelom pokazać "siłę" państwa. Bezpieczniej się od tego nie czujemy. Wręcz przeciwnie. Nie ma sensu też wspominać o konsensusie w sprawie fundamentalnych wartości i kierunków rozwoju państwa, bo po ostatnich wyborach nadzieja na zachowanie takiej ciągłości legła w gruzach.
Wniosek nasuwa się taki, że państwo nie stwarza warunków do zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa, a od biedy można uznać, że robi to w stopniu dalece niewystarczającym.
Na tym chyba zakończę wpisy o piramidzie potrzeb Maslowa. Przejrzałem szybko pozostałe potrzeby: przynależności, miłości, szacunku i prawie wszędzie widzę przewagę minusów. Żeby się roztrząsaniem tych minusów nie dołować i nie zanudzać przy okazji czytelników, kończę cykl na tej notce.
Tagi: roman j
21:39, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 maja 2007
W Polskę i w świat poszła informacja, że premier nie ma konta w banku. A pieniądze trzyma na koncie mamy. To, że ktoś nie ma konta, nie musi dziwić. Ale to, że konta bankowego nie ma szef rządu dużego, cywilizowanego kraju, jest zaskakujące.
Jeszcze bardziej zaskakujące jest tłumaczenie premiera, dlaczego nie założył konta. I nie jestem przekonany, że jest ono szczere. Myślę, że premier wymyślił je na poczekaniu i dlatego w świat poszła ta dziwna wersja, że premier obawia się, żeby ktoś go za pomocą konta nie wplątał w aferę korupcyjną. Przecież jeszcze do niedawna nie był premierem, a nawet więcej, nie był politykiem, z którym się liczono. Kto i po co miałby go wplątywać w jakąś aferę? To wie pewnie tylko sam premier.
Premier deklaruje, że swoje pieniądze trzyma na koncie mamy, do którego premier ma pełnomocnictwo. To urocze, ale też... niebezpieczne. Niebezpieczeństwo polega na tym, że mama premiera, jak każdy z nas, kiedyś umrze. A w momencie śmierci właściciela konta wygasają pełnomocnictwa i pieniądze zdeponowane na koncie stają się częścią masy spadkowej. Postępowania spadkowe trwają w Polsce dość długo, a na dodatek spadkobiercami będą obaj bracia, czyli premier będzie się musiał podzielić swoją kasą z prezydentem.
Jakby tego było mało, od spadku trzeba przecież zapłacić podatek. Chociaż ostatnio słyszałem o planach zmiany ustawy o darowiznach i spadkach. Zmiany mają polegać m.in. na tym, że bardzo znacząco ma zostać podniesiona kwota wolna od podatku. Czyżby te zmiany przeprowadzano ze względu na premiera? ;)
W związku z tym tematem nasunęła mi się jeszcze jedna refleksja. Pisałem w marcu o dziurawych skarpetkach Pula Wolfowitza i ich możliwym wpływie na politykę. Myślę, że to, co tam napisałem (link jest poniżej w TrackBacku), odnosi się równie dobrze do premiera. Jego zniszczone buty, których zdjęcie obiegło Internet układają się w spójny obraz z faktem nieposiadania konta. I ten obraz jest niestety niepokojący...
Tagi: roman j
19:43, roman_j
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape