O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 29 maja 2008
    Chyba starzeję się mentalnie szybciej, niż to wynika z mojej metryki, bo drażni mnie, kiedy do serwisów informacyjnych trafiają słowa z języka ulicy. Jest nim według mnie na przykład słowo "zboczeniec", które ma jeszcze ten feler, że jest nacechowane emocjonalnie. Może ja jestem wychowany na jakiejś staroświeckiej szkole dziennikarstwa, ale uważam, że do redagowania artykułów informacyjnych powinno używać się (chyba wciąż jeszcze) neutralnego języka literackiego. I proszę nie pisać w komentarzach, że np. Masłowska to też literatura, bo chodzi o przeciwieństwo języka potocznego, a nie o to, co autorzy w swoich książkach czasem piszą. :)
    Kwiatek, który mnie skłonił do zredagowania tej notki, znalazłem tutaj.
    Na wypadek, gdyby ktoś się zreflektował i przeredagował podlinkowany artykuł, zacytuję zdanie, które mnie tak zaskoczyło, że aż przeczytałem je kilkakrotnie: "Stosowny artykuł kodeksu cywilnego jest zwykle stosowany we Francji, kiedy po ślubie jedno z małżonków okaże się zboczeńcem." A swoją drogą, to ciekaw jestem, jaka jest we francuskim kodeksie cywilnym definicja "zboczeńca"? :)
Tagi: roman j
21:36, roman_j
Link Komentarze (4) »
    Prezes TVP Andrzej Urbański występuje ostatnio dość często broniąc abonamentu i przy każdej takiej okazji wyciera sobie gębę słowem "misja", które odmienia przez wszystkie przypadki. Czasami jego pomysły na obronę obecnego status quo są kuriozalne.
    Oglądałem niedawno program Tomasza Lisa, w którym prezes Urbański straszył, że jeśli zabiorą mu wpływy z abonamentu, to on zdejmie z anteny rzekomo "misyjne" telenowele. Abstrahując od tego, ile w tych serialach jest misji, trzeba sobie szczerze powiedzieć, że w te groźby są zupełnie bez pokrycia. Pan prezes bardzo duże pieniądze dla telewizji zarabia na rynku reklamowym, a wspomniane telenowele są lokomotywami reklamowego interesu TVP. Gdyby w proteście przeciw likwidacji abonamentu prezes Urbański zdecydował się zdjąć z anteny ulubione seriale Polaków, wtedy zachowałby się jak przysłowiowy wnuczek, który na złość babci postanowił odmrozić sobie uszy. Strzeliłby sobie w stopę, bo straciwszy wpływy z abonamentu, obniżyłby jeszcze znacząco dochody z reklam. W konsekwencji chyba nikt nie miałby wątpliwości, że powinen stracić po tym ruchu także stanowisko, bo udowodniłby, że jest człowiekiem nieodpowiedzialnym, który nie nadaje się na szefa żadnej firmy, nawet jednoosobowej, że o kombinacie rozmiarów telewizji nie wspomnę. Poza tym skoro te seriale są produkowane za pieniądze z abonamentu, to dlaczego przed każdym z nich pojawia się informacja, że widzowie oglądają je dzięki tej czy innej firmie? Czy te firmy finansują produkcję seriali płacąc abonament?
    A jak wygląda misja w wykonaniu TVP Andrzeja Urbańskiego można się przekonać choćby w niedzielę w porze, o której od wielu lat w "dwójce" nadawana była "Szansa na sukces". Była, bo od jakiegoś czasu już nie jest. Nie wiem, od kiedy, bo ostatnio rzadko oglądam TVP w niedzielę o tej porze ze względu na pracę. Ale ostatnio obejrzałem i zamiast "Szansy" miałem wątpliwą przyjemność oglądania czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało mutację programu "Od przedszkola do Opola", tyle że mutację złośliwą. Jest to może program nieco podobny do "Szansy na sukces", ale z grubsza tak podobny jak podobni są do siebie prowadzący. Z jednej strony Wojciech Mann kulturalny, sympatyczny o subtelnym poczuciu humoru i poczuciu taktu, a z drugiej strony Krzysztof Skiba, którego charakterystykę ograniczę do stwierdzenia, że jest Wojciecha Manna niemal dokładnym przeciwieństwem.
    Nie wiem, dlaczego TVP zrezygnowałą z "Szansy", która przecież była programem misyjnym, bo pozwoliła zaistnieć wielu talentom, a i kilka gwiazd i gwiazdek wypromowała. Poza tym program ten nie schodził poniżej pewnego poziomu nawet, jeśli czasem trafiał do niego dla równowagi ktoś, kto swoim występem udowadniał jedynie, że "śpiewać każdy może, jeden lepiej, a drugi gorzej". Tymczasem to, co na miejsce "Szansy" wepchnęła TVP, ma chyba na celu jedynie zaspokojenie ambicji rodziców dzieci, które trafiają do programu. Ze zdumieniem dowiedziałem się mimochodem, że do tego programu przeprowadzane są eliminacje. Zastanawiam się, jakie są kryteria, bo bynajmniej nie jest nim słuch, czy jakieś choćby szczątkowe umiejętności wokalne.
    W ten oto sposób TVP za nasze pieniądze w jednym z najlepszych niedzielnych pasm promuje rozwrzeszczaną, niemiłosiernie fałszującą dzieciarnię i aż nadto rozgarniętego prowadzącego zamiast misji realizując ambicje rodziców, którzy mogą dzięki temu rodzinie i znajomym z dumą oznajmić, że Wiktoria, Pamela, Oliwier, czy Gabriel wystąpił w telewizji. Gwiazd żadnych z ten program nie wylansuje, żaden talent dzięki niemu odkryty nie zostanie. Jeśli program TVP ma dalej ewoluować w tym kierunku, to ja podpisuję się oburącz pod pomysłem likwidacji abonamentu.
    I na koniec słowo o Wojciechu Mannie. Czytałem gdzieś, że nie jest on ulubieńcem obecnych władz TVP i m. in. dlatego "Szansa na sukces" spadła z anteny, a następne w kolejce są "Duże dzieci". Podobno wszystko dlatego, że zbyt wiele osób wita obecnego prezesa TVP słowami: "Cześć Wojtek! Świetnie Ci się musi powodzić, bo na żywo wyglądasz nawet dorodniej niż na ekranie telewizora". Sami rozumiecie, że w takiej sytuacji Mann musiał zniknąć z ekranu... ;)
Tagi: roman j
18:28, roman_j
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 maja 2008
    Właściwie, gdyby dobrze policzyć, to mam nawet dwa problemy. Ten drugi polega na tym, że nie wiem na czym polega pierwszy. A to jeszcze bardziej komplikuje sprawę. I to na dzisiaj wszystko, co chciałem napisać. Resztę czasu, który miałem przeznaczyć na pisanie, poświecę rozwiązywaniu drugiego problemu. ;)
Tagi: roman j
11:28, roman_j
Link Komentarze (13) »
niedziela, 25 maja 2008
    Nie tyle jestem, co byłem. W piątek i w sobotę. Relację, jak zwykle, złożę w moim turystycznym blogu. A tytuł jest oczywiście trawestacją fragmentu wiersza wielkiego polskiego poety. Tytuł ciekawy musi być, więc tym razem taki sobie wymyśliłem. Tylko zamiast pewnego małego, zakompleksionego miasteczka musiałem wstawić większe, żeby mi do tematu notki pasowało. Co tam było oryginalnie i kto to napisał, to moi ziomkowie wiedzieć powinni, a pozostali niech spróbują poszukać w Sieci. :)
    Nie będę tu składał relacji z wyjazdu, ale dokonam małej retrospekcji, bo w Kielcach nie byłem po raz pierwszy i na pewno nie ostatni, a możliwe, że zawitam w te okolice jeszcze w te wakacje i to na dłużej. A teraz powspominam sobie pokrótce moje poprzednie tam wizyty.
    Jeśli pamięć nie płata mi figla, to po raz pierwszy w Kielcach byłem pod koniec szkoły podstawowej. Który to mógł być rok? Na pewno nie późniejszy niż 1991 i nie wcześniejszy niż 1988. I stawiam raczej na datę bliższą tej późniejszej cezurze czasowej. Byliśmy wtedy z wycieczką klasową w Górach Świętokrzyskich. Pamiętam z tamtego wyjazdu tylko jakieś migawki. Noclegi w ośrodku wczasowym gdzieś w lesie (pamiętam, że domki mieliśmy murowane), pamiętam, że mieszkałem z J. i kimś jeszcze, i że naparzaliśmy się szyszkami. Coś mi też w głowie zostało, że nasi opiekunowie tej nocy ostro łoili, ale nie pamiętam już, skąd to wspomnienie (może stąd, że zawsze tak było?). W samych Kielcach byliśmy chyba wtedy tylko przejazdem. Nie pamiętam nawet, czy coś wtedy zwiedzaliśmy, czy nie, ale zapamiętałem zegar na dworcu PKP i dziwny kształt budynku dworca PKS.
    Drugi z zapamiętanych wyjazdów w te okolice miał miejsce na rok przed maturą, ale byłem tam nie ze szkolną wycieczką, a z Zespołem (co to jest Zespół, wyjaśni się po uważnej lekturze notki pt. Pogrzeb...). Byliśmy na dwutygodniowym obozie w Chęcinach i jednym z punktów pobytu był występ w Kielcach na Festiwalu Piosenki Harcerskiej.
    O tym pobycie mógłbym napisać oddzielną notkę, a nawet kilka, bo był to czas przełomowy. Okres burzy i naporu. To był, jak się potem okazało, mój ostatni obóz z Zespołem, choć praktyka była taka, że się w tej formacji służyło do matury (a byli i tacy przywiązani, co jeszcze po maturze zostawali, ale nie wiem, czy to bardziej z miłości do tańca, do Zespołu, czy raczej do... młodszego kolegi). W każdym razie ja po dwunastu latach sumiennej pracy powiedziałem "dość" i swojego trzynastego sezonu artystycznego nie zacząłem.
    Wracając jednak do Kielc, bo o nich przecież miałem pisać, to tym razem byliśmy tam przynajmniej trzy razy, a może nawet więcej. Raz na pewno na próbie w Kadzielni, raz na występie, który doskonale zapamiętałem z racji kompletnego niedopasowania repertuaru do charakteru festiwalu i obaw, jak na to zareaguje widownia (to było trochę tak, jakby wpuścić Mazowsze na festiwal w Opolu). Wreszcie trzeci raz, choć niekoniecznie trzeci w kolejności, to była wizyta w Muzeum Narodowym i w ogóle zwiedzanie miasta.
    Z tej wizyty w Górach Świętokrzyskich, poza koncertem, zapamiętałem też pewien incydent. Nasza zwierzchność zespołowa wpadła wtedy na dziwny pomysł, żebyśmy opisali swoje wrażenia z koncertu w formie listu do kogoś znajomego. No cóż, nie wiedzieli, co czynią, chcąc, żebym coś takiego napisał. Wiele osób twierdzi, że mam tak zwaną lekką rękę, a w specyficznych okolicznościach, staje się ona wyjątkowo lekka, a ja wyjątkowo boleśnie smagam wtedy ironią. Tak też było i tym razem. Usiadłem i napisałem taki list, że jak go przeczytał A., to stwierdził, że jest świetny, ale... żebym go nie oddawał. Odpowiedziałem, że nie ma takiej możliwości, żebym go nie oddał. Wtedy poprosił o zwłokę, bo... chciał go sobie przepisać. Jeśli dobrze pamiętam, to nie była jedyna kopia.
    A. chciał go zachować pewnie obawiając się między innymi tego, że efekt mojego intelektualnego wysiłku wywoła furię Wiadomo Kogo w wyniku czego zostanie porwany na strzępy (i ja razem z nim), a szkoda by było, żeby taki świetny kawał literatury miał pójść w zapomnienie. Spodziewałem się takiego rozwoju okoliczności i ze stoickim spokojem go oczekiwałem. Jednak przewidywana burza nie nadciągnęła. Okazało się, że owszem wstrząsnąłem kierownictwem, ale był to jeden z tych nielicznych w moim życiu przypadków, kiedy krytyka zaowocowała refleksją skrytykowanego, a nie atakiem wściekłości i odwetem. Trochę wtedy tego żałowałem, że tak się wszystko skończyło, bo byłem gotów na konfrontację.
    Niedawno natomiast, na kilka tygodni przed wspomniany wcześniej w blogu pogrzebem, dowiedziałem się, że od A., że mój list jest pieczołowicie przechowywany w archiwum Zespołu. Niemal jak dokument lokacyjny miasta. I, jeśli dobrze zrozumiałem, traktowany był jak w pełni usprawiedliwiony wyrzut sumienia. No cóż, człowiek nigdy nie wie, jakie będą dalekosiężne skutki jego działań.
    Wreszcie trzeci mój pobyt w Kielcach, ograniczony w czasie i przestrzeni, miał miejsce u schyłku roku 2000, kiedy to razem z A. wybrałem się na Sylwestra do Ochotnicy Górnej. Dojazd tam zaplanowałem nam pociągiem z przesiadkami w Warce, Radomiu i Kielcach. I właśnie przesiadka w Kielcach przypomniała mi się wczoraj, kiedy siedząc w hallu dworca podniosłem wzrok znad "Szatańskich wersetów" i utkwiłem go w suficie. "Ten sufit skądś znam", pomyślałem wtedy. I przypomniało mi się, jak siedzieliśmy w poczekalni na pięterku i ja kontemplowałem ten sufit nie chcąc dać się sprowokować do kłótni, która wisiała w powietrzu.
    Ten Sylwester zresztą też był pamiętny, bo A. tuż po północy zaliczył po starej przyjaźni cios huśtawka w czerep (cofał się z aparatem, żeby zrobić zdjęcie i podstawił się). Pamiętam, że kiedy przyjechała karetka, po którą zadzwoniliśmy, jej załoga była tak zalana, że podziękowaliśmy za pomoc. Pewniej czuliśmy się w maluchu, którym zawiózł nas kolega, który nie wylewał tego wieczoru za kołnierz, choć droga do Nowego Targu przypominała stromą serpentynę. Lekarz, którego z tej okazji udało nam się znaleźć wcześniej na miejscu, też już był wstawiony na okoliczność Sylwestra, ale on nie był w pracy, więc trudno było mieć o to do niego pretensje. Pamiętam też, że strułem się wtedy niemiłosiernie, bo chcąc się uspokoić poprosiłem papierosa (normalnie nie palę), a ja mam tak dziwny metabolizm, że papieros po solidnej dawce alkoholu oznacza ciężkie zatrucie dnia następnego. Zrozumiałem swój błąd po pierwszych dwóch sztachnięciach, ale było już za późno.
    Tak więc teraz to był mój czwarty pobyt w Kielcach. Być może były jeszcze w międzyczasie jakieś wizyty przejazdem lub w oczekiwaniu na przesiadkę, ale nie utkwiły mi w pamięci. O tym obecnym napiszę za jakiś czas. Ale o samych Kielcach będzie w nim niewiele, bo spędziłem w nich w sumie nieco mniej niż 2 godziny. Może nadrobię to w wakacje, jeśli na przykład ktoś zechce mnie po nich oprowadzić... ;)
Tagi: roman j
09:29, roman_j
Link Komentarze (4) »
środa, 21 maja 2008
    Ten temat poruszałem już chyba na blogu, ale chyba tylko przy okazji. Zresztą nawet jeśli poświęciłem mu samodzielną notkę, to teraz wracam do niego. Chodzi o pewien pomysł, jaki sobie harcerze znaleźli na zarobienie pieniędzy, jak zakładam, na letni wypoczynek. Pomysł ten sprowadza się do obstawienia kas w dużym sklepie i pakowaniu klientom zakupów do reklamówek. Teoretycznie za darmo, ale ustawione na kasach dokładnie przed nosem klienta skarbonki dość jednoznacznie wskazują, że gratyfikacja za wykonaną "usługę" jest mile widziana.
    Pomysł ten jest z punktu widzenia jego realizatorów pewnie bardzo dobry. Świadczy o tym fakt, że takie naloty na sąsiadujący z moją uczelnią sklep urządzane były już kilkakrotnie. Założę się, że można z tego wyciąnąć niezłą kasę. Natomiast z punktu widzenia klienta ten pomysł niekoniecznie jest dobry. W każdym razie dla mnie jest to wyłącznie uciążliwość.
    Kiedy widzę, że przy kasie kręcą się ci "pomocnicy", wtedy najpierw szpetnie przeklinam pod nosem, a potem przy kasie staram się możliwie szybko zająć strategiczną pozycję w miejscu, gdzie lądują moje zakupy po ich nabiciu na kasę, żeby zdążyć je przechwycić, zanim dorwie się do nich ta niechciana pomoc. A to m. in dlatego, że w większości przypadków pakuję zakupione towary do własnej torby, a ta szarańcza chce mnie uszczęśliwić plastikowymi torebkami. Nie jestem zainteresowany też tym, żeby ktoś mi pakował produkty do mojej własnej torby, bo ja staram się (z różnym skutkiem) układać je tak, żeby te bardziej wrażliwe nie uległy niepotrzebnej fatydze. Tymczasem ta niechciana, natrętna pomoc zwykle pakuje wszystko, jak leci, a jedynym kryterium pakowania jest szybkość (skutki tego mogą czasem być dość żałosne).
   Poza tym byłbym naprawdę szczęśliwy, gdyby ktoś zapytał mnie najpierw, czy potrzebuję pomocy, bo zdarza się, choć rzadko, że mam rzeczywiście dużo zakupów, nie mam akurat swojej torby, a sprawna pani przy kasie tak szybko mnie podliczy, że muszę uciekać z na wpół spakowanymi zakupami, żeby zrobić miejsce kolejnej osobie. Dziwnym zbiegiem okoliczności wtedy akurat nie ma pod reką nikogo do pomocy. Natomiast kiedy pomocy tej nie potrzebuję, jest mi ona udzielana na siłę, tak jak dziś, kiedy szczaw stojący przy kasie, mimo że widział, iż pakuję się do swojej torby, wykorzystując chwilę zawahania złapał kilka moich zakupów i wrzucił do reklamówki. Musiałem mu je niemal siłą zabrać.
   Ta dzieciarnia nie robi tego wszystkiego oczywiście z własnej inicjatywy i bez nadzoru, może więc ten nadzór w postaci drużynowych czy zastępowych pouczył najpierw swoich podpiecznych, że udzielanie komuś pomocy na siłę jest równie godne potępienia, jak odmówienie jej komuś w potrzebie. Mnie się ta akcja pakowania zakupów jednoznacznie kojarzy z działaniami grup młodocianych, którzy np. myją szyby w samochodach zatrzymujących się na skrzyżowaniach nie pytając o zdanie ich kierowców. Różnica jest tylko taka, że ci dyskretniej niż tamci proszą o datek w zamian za wykonanie niezamawianej usługi. Ale i tu i tam wykorzystuje się ten sam psychologiczny mechanizm wymuszenia.
   Może przeczyta ten wpis ktoś odpowiedzialny za organizowanie takich akcji i przemyśli, czy nie organizować ich nieco inaczej, bo myślę, że nie jestem jedyną osobą, która odczuwa przy takiej okazji dyskomfort.
Tagi: roman j
17:21, roman_j
Link Komentarze (37) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape