O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
niedziela, 31 maja 2009

Dzisiaj zrobiłem sobie drugą wycieczkę korzystając z wolnego weekendu. Podobnej długości, jak w piątek. Podobieństw było nawet nieco więcej, bo też przeszedłem dwoma szlakami w tym jednym od początku do końca. No i znowu wróciłem do domu zmoknięty, chociaż jak wychodziłem, to pogoda dopisywała. Wiedziałem jednak, że to prawie bezchmurne niebo to dla zmylenia. Świadczył o tym wiaterek, zachmurzenie na horyzoncie i... prognoza pogody odczytana dzień wcześniej z meteogramu.

Mniej więcej 2/3 drogi udało mi się przejść w słońcu, co było zarówno przyjemne jak i dokuczliwe. Miałem pewne niedobory w zaopatrzeniu w płyny (potencjalnie) ustrojowe. W piątek taka sama ilość mi wystarczyła, ale wtedy słońce nie dogrzewało, a i ja może mniej się forsowałem. Jednak pozostałą część drogi przeszedłem w strugach deszczu. O tym jednak później. Najpierw napiszę o kocie.

Niedługo po starcie, gdzieś może godzinkę, szedłem przez jakąś wieś drogą, a ukośnie do niej na kolizyjnym kursie zbliżał się kot. Z doświadczenia wiem, że spotykane koty nie mają ochoty na bliższe spotkanie, ale mimo to zawsze próbuję je przynajmniej zwabić tradycyjnym, polskim "kici, kici". Ma to też ten plus, że jak kot nie chce się dać zwabić, to przynajmniej słyszy, że trzeba wziąć nogi za pas. Ten kot jednak najwyraźniej nie słyszał. Pomyślałem sobie że albo jest oswojony, albo głuchy, skoro nie reaguje na odgłos moich kroków i nawoływań.

Zbliżałem się coraz bardziej i wyraźnie było widać, że nasze drogi za chwilę się przetną, więc kiedy byłem już o pół kroku od kociska, już miałem się schylić, żeby go poczochrać po grzbiecie. I w tym momencie zwierzak albo mnie zobaczył, albo wreszcie usłyszał, bo nagle czmychnął tak, że aż się zakurzyło. Widać, że oswojony nie był, więc pewnie głuchy albo zakochany.

Jakieś dwadzieścia metrów dalej w trawie zauważyłem kolejnego kota, ale ten na pewno nie miał ochoty na spotkanie, bo na mój widok przyjął pozycję pod nazwą: "Tobie się tylko wydaje, że widzisz tutaj kota" i rzeczywiście po chwili widać mu było już tylko koniuszki uszu. Dobrze, że mam w domu kota, bo gdybym liczył na łaskawość tych wolnobytujących, że dadzą się poczochrać, to bym się chyba nie doczekał. :)

Gdzieś około 20 kilometra trasy, jak już wspominałem, pogorszyła się pogoda. Pogorszyła się zasadniczo. Rozpętała się burza z silnym wiatrem, gradem i ulewą. Z tego całego zestawu najmniej miałem przeciwko gradowi, bo łapiąc kulki gradu próbowałem zaspokoić pragnienie (miałem jeszcze co pić, ale chciałem oszczędzić to na końcówkę trasy). Niestety, grad się dość szybko skończył. Ale za to deszcz, wiatr i pioruny nie. Szczególnie te ostatnie wprawiły mnie w wisielczy humor. Zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby w lesie nie stanąć pod drzewem. Doszedłem do wniosku, że rozwiązaniem jest kucanie, leżenie lub siedzenie. Przestałem też korzystać z kijków, jak tylko zaczęła się burza, bo stwierdziłem, że mając w rękach dwie elektrody węglowe z metalowymi końcówkami, które wbijam w ziemię mogę stać się w jednej chwili nowym Frankensteinem. Tylko ja w przeciwieństwie do niego nie ożyję, a wręcz przeciwnie.

Ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie może mi się nic stać, bo przecież mam do napisania notkę w blogu. No i miałem rację, nic mi się nie stało. Może poza tym, że z powodu lenistwa nie zaimpregnowałem sobie butów i przez to do licznych jezior okolicznego pojezierza dołączyły moje dwa osobiste: Jezioro But Lewy i Jezioro But Prawy. Oba jeziora o zmiennej lokalizacji. Okresowo wysychające, a właściwie okresowo się pojawiające. Być może po raz ostatni. Zresztą skoro mowa o butach, to wymagają one drobnych prac naprawczych, które jednak będę mógł wykonać dopiero po ich dokładnym osuszeniu. Dobrze się składa, bo co najmniej w ciągu najbliższych dwóch tygodni nigdzie się nie wybiorę pieszo. Nie dlatego, że mam dość, ale dlatego, że nie będę miał czasu.

Tagi: roman j
21:37, roman_j
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 maja 2009

Tytuł jest najkrótszym podsumowaniem tego, co się dzisiaj najciekawszego wydarzyło. Wybrałem się na spacer w kijkami. I z ciekawości zabrałem ze sobą pulsometr, żeby zarejestrować średni puls, maksymalny puls i liczbę spalonych kalorii.

Po drodze spotkał mnie deszcz. I to kilka razy. A raz nawet burza. Byłem jednak na te spotkania dobrze przygotowany. Miałem przeciwdeszczową pelerynę, którą po trzecim z kolei ulewnym, choć przelotnym, deszczu zostawiłem na grzbiecie, bo znudziło mi się jej ciągłe zakładanie i zdejmowanie.

Zrobiłem około 27 km pieszo przez... pomyłkę. Ale była to bardzo pozytywna w skutkach pomyłka, bo gdybym się nie pomylił, to zrobiłbym jeszcze 7 km więcej. Takie były moje początkowe plany (choć z moich obliczeń wynikało, że będzie ich mniej). Chciałem przejść do końca zielonym szlakiem wychodzącym z mojego grajdołka na wschód, a potem wrócić niebieskim. Jednak w jednym miejscu, tuż przed końcem zielonego szlaku, nie wziąłem jednego skrętu i tak oszczędziłem niechcący 7 km. Biorąc pod uwagę to, jak jestem zmęczony, cieszę się z tej pomyłki.

Taką trasę, ale pełną, zrobiłem już kiedyś razem z A. Wtedy się nie pomyliliśmy. Pamiętam, że ledwo doszliśmy z powrotem. Ja byłem tak zmęczony, że mój organizm odmówił strawienia jabłka, które zjadłem na kilka kilometrów przed dojściem do celu. Odczekał te kilka kilometrów, po czym je zwrócił. Dziś do takich ekscesów nie doszło. Może dlatego, że prawie nic nie jadłem. Ograniczyłem się do napoju energetycznego.

Jutro pewnie będę odpoczywał i oddam się lekturze. Mam na tym polu trochę zaległości. Z M. spotkałem się już w środę. Pojechałem autobusem. Wypiłem sobie na miejscu piwko, pogadaliśmy, a potem pojechaliśmy z powrotem razem z B., która jechała na noc do pracy. We trójkę pojechaliśmy przedtem przetestować nową knajpkę z kuchnią włoską. Moje wrażenia z tego lokalu są mieszane. Jedzenie niezłe. Ceny niezbyt niskie, ale przecież to nie bar mleczny. Wystrój mało wyszukany. Obsługa miła, ale jakaś taka, hmmm, może nie będę pisał. W menu błędy i braki (o brakach poinformowała obsługa proponując dodatkowe pozycje nie ujęte w menu; o błędzie dowiedziałem się od M., kiedy powiedziałem mu, jak się według menu nazywa to, co zjadłem).

Po tej włoskiej obiadokolacji była jeszcze późna kawka, po czym pożegnaliśmy się i poszedłem do domu. Ale zanim się jeszcze rozstaliśmy, M. mnie po raz kolejny mobilizował do nauki języka francuskiego. Zobaczymy, może się rzeczywiście wezmę i pouczę korzystając z tego, że przez najbliższe pół roku będę się miał przed kim popisywać postępami. ;)

Jutro pewnie będę odpoczywał i zajmę się lekturą. Zarówno beletrystyką, jak też dyplomem jednego z moich dyplomantów, który w ostatni wtorek obdarował mnie sporej grubości skoroszytem. Obiecałem mu na najbliższy wtorek przeczytać jeden fragment. Chcę się wywiązać, więc pewnie będę sobie przeplatał lekturę obowiązkową lekturą czytaną dla przyjemności.

Ufff. Udało się sklecić notkę. Obawiałem się, że po dzisiejszym wysiłku mój pozbawiony zapasów glukozy mózg odmówi współpracy przy realizacji tak trywialnego zadania. Nie chcę go jednak przeciążać. Idę spać.

Dopisek (22:48:33): Blox coś namieszał z edytorem i moje notki nie będą już wyglądały tak ładnie jak dotąd. Nie będzie ciągłości tekstu i wcięć na początku akapitów. (poprawka, wszystko zostaje po staremu, jesli ma się IE; w FF udało się na razie zrobić wcięcia). Kiszka... :(

Tagi: roman j
22:32, roman_j
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 maja 2009
     Mam dwa tematy na podorędziu, o których mam napisać w blogu, ale jeden jest dość trudny i nie wiem, czy uda mi się go przedstawić w wystarczająco przystępny sposób, a drugi... no cóż, drugi wyleciał mi z głowy. Nie pierwszy raz, co zresztą wierni i uważni czytelnicy wiedzą, bo piszę o tym co jakiś czas. Dlatego znów będzie dziś notka z codzienności.
     Wspominałem już, że zaczęła się rekrutacja na moją uczelnię. I dziś dostałem wreszcie narzędzia do trzymania ręki na pulsie tego procesu. Przydzielono mi konto (tzw. aktywne, jedyne na wydziale) i hasło, dzięki którym mogę przeglądać listy kandydatów i wykonywać na nich pewne operacje (jakie, tego jeszcze dokładnie nie wiem i dlatego nic nie robię, poza przeglądaniem). Oczywiście dane, do jakich mam dostęp, są z kategorii chronionych, dlatego mogę się tutaj podzielić tylko ogólnymi konkluzjami, jakie mi się nasunęły po zapoznaniu się z nimi. Z pewnym zaskoczeniem znalazłem na przykład na liście kandydatów kilka osób, które chcą studiować na moim wydziale (i kierunku, bo mój kierunek mnie interesuje przede wszystkim), a pochodzą z odległych od mojego grajdołka miejscowości i mają bliżej do innych ośrodków akademickich. Większość jednak spośród chętnych rekrutuje się z najbliższych okolic.
     Przy okazji doszedłem do wniosku, że słaby ze mnie agitator, bo jak na razie znalazłem na liście tylko jedną osobę z miasta, do którego wybrałem się zimą w ramach akcji rekrutacyjnej. Może więcej chętnych pojawi się później, bo rekrutacja trwa dopiero trzy tygodnie, a będzie trwała jeszcze ponad miesiąc. Jeszcze wszystko może się zmienić.
     Jeśli chodzi o tytułowe spirytualia, to naszła mnie ostatnio ochota na preparowanie nalewek. Chciałem zacząć od nalewki imbirowej i w celu jej nastawienia kupiłem butelkę spirytusu przy okazji zakupów w Kauflandzie. Po powrocie do domu okazało się jednak, że w żadnym z przepisów, jakie znalazłem w Sieci, nie ma w składzie spirytusu. Imbirówkę nastawia się na wódce. Ale to nie szkodzi. Zakupiony spirytus się nie zmarnuje. Nastawię na nim nalewkę lukrecjową i miętówkę. Do imbirówki natomiast przy najbliższej okazji dokupię wódkę, miód i cytryny. Myślę, że jeśli nastawię ją teraz, to do zimy się wyklaruje i będzie jak znalazł na ewentualne zimowe przeziębienia (także jako profilaktyka).
     Dostałem wiadomość z pierwszej ręki, że M. dotarł już w okolice mojego grajdołka, a że mam w tym tygodniu wolny weekend, więc jest szansa, że spotkamy się za kilka dni. Poza tym chciałbym w ten wolny weekend wybrać się z kijkami. Mam co najmniej dwie trasy, które chciałbym przejść. Może więc te trzy dni (bo zaliczam do nich też piątek) podzielę tak, że dwa z nich przeznaczę na spacery z kijkami, a jeden na spotkanie z M.
     Czas kończyć to dzisiejsze pisanie, bo mam pewną robotę, która idzie mi jak krew z nosa. Chciałbym dziś jeszcze zakończyć jeden jej etap i przybliżyć się do końca. To, co mi zostanie, chcę dokończyć w środę, a najpóźniej w czwartek. Inaczej nie mógłbym się w pełni cieszyć wolnym weekendem. :)
Tagi: roman j
22:30, roman_j
Link Komentarze (11) »
niedziela, 24 maja 2009
     Codziennie człowiek dowiaduje się czegoś nowego. Zwłaszcza z serwisów informacyjnych. Na przykład przed chwilą dowiedziałem się, że Rosjanie w czasach kryzysu wolą robić zakupy w niskich sklepach. Jeśli nie wierzycie, to obejrzyjcie poniższy obrazek i przeczytajcie to, co podkreśliłem na czerwono. Jeśli obraz jest mało czytelny, to kliknijcie prawym klawiszem myszy i wybierzcie opcję "Pokaż obrazek". Powinien się wtedy pojawić w pełnym wymiarze.
 
 

Tagi: roman j
19:31, roman_j
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 maja 2009
     Wbrew tytułowej kolejności rozpocznę od poczucia nieadekwatności, które zaatakowało mnie wczoraj około 11.00. Nagle poczułem, że znajduję się w nieodpowiednim miejscu i zajmuję się nieodpowiednimi sprawami. Niestety, razem z tym poczuciem nie przyszła informacja, gdzie i co powinienem robić. I to w tej sytuacji jest najbardziej uciążliwe. Próbowałem sprawdzić po omacku, to znaczy brałem się za różne rzeczy, które miałem do zrobienia, ale to nic nie dało. Co gorsza, w takim stanie nieadekwatności wszystko, co się robi, robi się gorzej, bo głowa tylko częściowo jest zajęta bieżącą działalnością, gdyż próbuje za wszelką cenę ustalić, jak przywrócić równowagę.
     W końcu wyszedłem z domu, bo umówiłem się z A. na spotkanie na wernisażu Jana Tarasina. On miał tam być niejako służbowo, z rozdzielnika, a ja po to, żeby mu swoim towarzystwem trochę uprzyjemnić czas no i poocierać się trochę o Sztukę. Poza tym obaj spotykamy się rzadziej, niż byśmy chcieli, bo jeśli już on, jako bardziej zajęty, ma trochę czasu, to ja akurat muszę mieć w swoim grafiku jakieś zajęcia.
     Na wernisażu byłem po raz pierwszy. I poczułem, że moje poczucie nieadekwatności rośnie, kiedy rozejrzałem się najpierw po uczestnikach, a potem po tym, co wisiało na ścianach. Pod wpływem tego doświadczenia z nowym impetem powróciło pytanie "Co jest sztuką?". Po obejrzeniu oprawionych w ramki pomazanych długopisem kartek zatytułowanych całościowo jako "Projekty i szkice" skłonny byłem przyjąć, że wszyscy tworzymy sztukę, a artystami są ci spośród nas, którzy mają odwagę (lub są na tyle szaleni), żeby podjąć wyzwanie, aby się z tego wyżywić (lub nie wyżywić). Popatrzywszy na niektóre z wywieszonych szkicy Tarasina doszedłem do wniosku, że ja sam niechcący od czasu do czasu tworzę taką sztukę. Biorę kartkę, coś na niej piszę, a ponieważ nie lubię marnotrawstwa, więc jeśli na kartce tej jest jeszcze miejsce, to czasem dopisuję na niej coś innego i znowu. Niekiedy zaleję ją w międzyczasie kawą albo rozmażę coś mokrą ręką i wypisz, wymaluj wychodzi z tego coś, co wczoraj zobaczyłem pieczołowicie oprawione w ramki.
     Wernisażowi towarzyszył poczęstunek, ale nie skorzystałem uznając, że będąc profanem w świątyni sztuki nie powinienem. Wkrótce potem udałem się na próbę chóru, gdzie po jakiejś godzinie w końcu opuściło mnie poczucie nieadekwatności, ale chyba bardziej dlatego, że mu się znudziło, niż dlatego, że byłem na właściwym miejscu robiąc to, co powinienem.
      Schodząc z Parnasu na ziemię wrzucę kilka słów na temat mojego remontu, który posunął się dziś niespodziewanie o tyle, że mam nowe drzwi wewnętrzne. Od razu poczułem się lepiej w mieszkaniu. Nawet rozpierducha remontowa, która wyziera z każdego kąta, mniej mnie razi. Ale jednak razi, dlatego podjąłem postanowienie, że kolejnym moim ruchem remontowym będzie... wielkie sprzątanie. Czas zrobić trochę miejsca przed planowanym dalszym ciągiem prac, bo jeśli ilość śmieci będzie przyrastać w tym tempie, to niedługo mnie spod nich nie będzie widać. :)
     A co do reklamy, to może moi czytelnicy zauważyli, że pojawiła się pierwsza. Na razie tylko na jeden dzień na dwa dni. To o tyle niedobrze, że w piątki i soboty mam zwykle mniej odwiedzin. Trend zaczyna się zmieniać w niedzielę po południu. Mam nadzieję, że chociaż kilka osób odwiedzających mojego bloga wejdzie na stronę, która się do nich wdzięczy, żeby "sponsor" mojego bloga nie żałował swojego wyboru. ;)
     I żeby nie kończyć tak komercyjnie napiszę, że dzisiejszy dzień rozpoczął się niemal wzorcowo. Nad ranem burza i krótki, ale treściwy deszcz, a potem wyszło piękne słoneczko. Przyjemnie się spaceruje w takie poranki. Tak powinno być codziennie. Niestety, później dzień się nieco popsuł. Ale co mi tam. Cieszę się jak diabli, że mam już te drzwi i chyba nic mi dziś humoru nie popsuje. :)
Tagi: roman j
12:56, roman_j
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape