O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 28 maja 2010

Różne myśli kłębią mi się w głowie. Niektóre chciałbym zapisać, innymi podzielić się z otoczeniem, ale większość z nich i tak gdzieś ulatuje. Jakoś tak pod wieczór gadałem z J. Napisał mi, bo gadka była za pomocą palców i klawiatury, że poznał niedawno człowieka, który na pierwszy a nawet drugi rzut oka wydawał się interesującym, nietuzinkowym i inteligentnym osobnikiem, a który po dużej dawce alkoholu okazał się wyznawcą teorii, że w katastrofie pod Smoleńskiem zginął "ojciec narodu".

Jedyne wytłumaczenie, jakie na to miałem, jest takie, że poglądy nie mają nic wspólnego ani z wykształceniem, ani z wiedzą, ani mistrzowskim opanowaniem sztuki dyskusji czy operowania logiką. To jest kwestia związana z osobowością, środowiskiem, w jakim się dorasta i podobnymi czynnikami. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. A jeśli nasiąka tylko jednym i nie jest wystawiona na działanie zróżnicowanych "substancji światopoglądowych" to potem takie są skutki, że nasiąka silnie, fundamentalnie. I żadne wykształcenie tego nie zmieni.

Dziś w nocy miałem bardzo przyjemny sen. Sniło mi się dwuosobowe państwo. Jedną częścią tego państwa byłem ja, a drugą... no właśnie. Dlatego właśnie zatytułowałem ten wpis Utopia. Takie rzeczy to tylko w snach. Potem dla równowagi przyśniła mi się wielka wydłużona, gładka i opływowa biała tabletka na przeczyszczenie. Właściwie to nie wiem, czy ona była na przeczyszczenie, ale myślę, że tabletka na przeczyszczenie tak właśnie powinna wyglądać. Sam jej widok powinien budzić nadzieję, że tak jak ona bez trudu przeleci się przez przełyk i zrobi "plum" w żołądku, tak samo coś innego z drugiej strony przewodu pokarmowego przeleci i zrobi "plum" w czymś, z czym kojarzy się biel tej tabletki. Żeby nie było wątpliwości, ja sam nie mam problemów z wypróźnianiem. Dlatego ten sen nie był znamienny. Chyba, że to była tabletka Lucetamu. Też na przeczyszczenie, tyle że mózgu.

Na koniec napiszę, że się wstydzę. Wstydzę się, bo mój chrzestny podejmował Jarosława Kaczyńskiego obiadem i widziała to cała Polska, która oglądała "Wiadomości" albo czytała "Gazetę Wyborczą" na drugi dzień (a może i inne gazety). Nie wiem, dlaczego mnie ten wstyd spotkał, bo z moim wujem (rodzonym bratem mojej matki) o tym nie rozmawiałem. Inna sprawa, że w ogóle dawno z nim nie rozmawiałem, a teraz to pewnie i tak nie będzie o czym.

czwartek, 27 maja 2010

Tym razem krótko. I, choć wiem, że staję się monotematyczny, to znów będzie Vonnegut.

Jako cytat tygodnia dziś apel do palaczy zapisany na ścianie męskiej toalety w piwiarni Kurna Chata na granicy okręgów Rosewater i Brown w stanie Indiana:

"Proszę nie wrzucać niedopałków do naszych pisuarów,
Przecież my wam nie szczamy do popielniczek".

poniedziałek, 24 maja 2010

Miałem początkowo napisać bardzo krótko o jednym paradoksie, który sobie własnie uświadomiłem. Paradoks ten polega na tym, że na dłuższe wyprawy turystyczne wybieram się praktycznie zawsze z człowiekiem, który mieszka w linii prostej około 100 kilometrów ode mnie. To niestety znakomicie utrudnia nam bezpośredni kontakt i właściwie spotykamy się tylko przy okazji takich właśnie wypraw. Dziwne jest, że tak daleko muszę szukać kogoś, z kim mógłbym się wybrać w Polsce (i nie tylko) pouprawiać turystykę. To paradoksalne, że nie mam nikogo takiego na miejscu we własnym grajdołku. Paradoksalne i znamienne. Chętnie bym to zmienił, ale to nie oznacza, że mam jakieś zastrzeżenia do R., bo to o niego chodzi; wręcz przeciwnie. Mam za to zastrzeżenia do siebie ewentualnie do swojego otoczenia.

Inny paradoks, jaki mi przy okazji przyszedł na myśl, to fakt, że najlepiej dogaduję się z człowiekiem, który jest w wieku mojego ojca (nie będę tutaj pisał, czy dobrze dogadywałem się z moim ojcem, bo ten wpis zacznie przypominać książkę Kurta Vonneguta, którą właśnie skończyłem czytać, a którą wcześniej wspominałem; już ją nieco przypomina i to wystarczy), mieszka po drugiej stronie Atlantyku i mam szansę go spotkać tylko przez około połowę każdego roku. I znów zastanawiam się, jak to się stało, że tak się stało? Nie wiem, czy ten wpis ma czas czytać A., ale na wszelki wypadek napiszę, żeby oddać mu sprawiedliwość, że z nim też się bardzo dobrze dogaduję. Ale to nie jest tak dziwne, skoro znamy się od podstawówki, skończyliśmy razem studia, choć razem ich nie zaczęliśmy, spędziliśmy sporo czasu na różnych wyjazdach, z których mamy wspólne wspomnienia, więc to nie jest taki paradoks.

Trzeci paradoks, który zauważyłem przed chwilą, jest taki, że nie spada popularność mojego blogu turystycznego mimo, że nie napisałem w nim nic już spory kawałek czasu. Nawet do niego nie zaglądałem, bo zaniedbawszy go tak bardzo nie chciałem oglądać skutków tego zaniedbania, żeby nie mieć z tego tytułu wyrzutów. Zajrzałem dzisiaj i widzę, że popularności mu nie ubywa. Fakt, że jest to popularność na bardzo niskim poziomie. Ale ponieważ poziom ten jest i tak wyraźnie wyższy niż przez pierwszy rok jego funkcjonowania i nie spada niezależnie od tego, jak często w nim piszę, więc jest to dla mnie paradoks. Inna sprawa, że popularność tego blogu, w którym piszę wielokrotnie częściej niż w tamtym, dla odmiany nie rośnie powyżej pewnego poziomu także niezależnie od tego, jak często go uzupełniam o nowe treści. Widocznie jestem jakąś składową blogowego szumu i przypada na mnie jakiś udział losowych trafień stosowny do losowych wyborów użytkowników Sieci korzystających z Google'a. Ale w tym akurat nie ma nic paradoksalnego. To jest jak najbardziej zrozumiałe i normalne.

niedziela, 23 maja 2010

W poprzednim wpisie wspominałem o roli weny w powstawaniu kolejnych wpisów w moim blogu. Jest ona ważna, ale czasami zdarza się, że przeczytam coś, co napisał ktoś inny. I albo mnie to inspiruje do własnych przemyśleń, które zapisuje, albo, jak dziś, po prostu mam ochotę przepisać to, co ten ktoś napisał. I tak zrobię dziś. Ponieważ przepiszę niewielką część dużo obszerniejszego utworu, więc mam nadzieję, że właściciele praw autorskich do twórczości Kurta Vonneguta nie będą mnie ścigać. Myślę, że nie naruszam prawa cytatu. Cytowany niżej fragment pochodzi z książki „Losy gorsze od śmierci” (tłumaczenie: Jan Rybicki) wspomnianego wyżej autora.

Zanim go zamieszczę, jeszcze krótka refleksja. Kiedyś w moim blogu napisałem, jaki był zasadniczy błąd Jezusa, który sformułował dwa przykazania miłości. Nadal uważam, że to, co tam napisałem, jest aktualne. Jednak Kurt Vonnegut potraktował temat szerzej i na dodatek wskazał w pewnym sensie, jak ten błąd naprawić. I dlatego poniżej cytuję to, co on na ten temat napisał.

Podczas drugiej wojny światowej byłem szeregowcem w piechocie. Walczyłem w Europie przeciwko Niemcom. Na mojej blaszce zapisano nie tylko grupę krwi, ale i wyznanie. Armia określiła je jako >>P<<, czyli >>protestanckie<<. (...) Teraz z perspektywy lat widzę, że powinni napisać nie >>P<<, tylko >>S<<, czyli >>saraceńskie<<, skoro walczyliśmy z chrześcijanami, odbywającymi szczególną, opętańczą krucjatę. Mieli krzyże wszędzie; na flagach, na mundurach i na każdej części swoich maszyn do zabijania, zupełnie jak pierwszy cesarz chrześcijański, Konstantyn. Jak wiadomo, przegrali, co trzeba uznać za poważne niepowodzenie chrześcijaństwa.

Jak wam się wydaje, co sprawia, że chrześcijanie potrafią być tacy krwiożerczy?

Mam na ten temat własną teorię i zaraz ją wam przedstawię,(...). Cały problem ma charakter czysto językowy i może zostać rozwiązany w zadziwiająco prosty sposób, jeśli tylko zgodzą się na to kaznodzieje chrześcijańscy. Każą oni słuchaczom kochać się nawzajem, bliźniego swego i tak dalej. Ale miłość to naprawdę za silne słowo na określenie zwykłych, codziennych stosunków międzyludzkich; miłość to dobre dla Romea i Julii.(...)

Chętnie powtarzam sobie, że Jezus tak naprawdę powiedział po aramejsku: >>Szanujcie się wzajemnie<<. Wtedy jest to dla mnie znak, że On naprawdę chciał nam pomóc nie tylko w życiu wiecznym, ale i doczesnym. Z drugiej strony skąd mógł wiedzieć jak idiotycznie wysoko Hollywood podniesie poprzeczkę dla słowa >>miłość<<. W końcu niewiele osób przypomina Paula Newmana i Meryl Streep?

I pomyślmy, jak szerokie spektrum uczuć wiąże się nam automatycznie z tym słowem. Jeśli nie da się kochać bliźniego, można go chociaż lubić. Jeśli nie da się go lubić, to można się nim nie przejmować. Jeśli nie da się nim nie przejmować, to trzeba go nienawidzić, prawda? Wyczerpaliśmy wszystkie inne możliwości. Całkiem szybko dotarliśmy w tym łańcuszku do nienawiści, co? A wszystko zaczęło się od miłości, wszystko bardzo logiczne, podobnie jak logiczny jest łańcuch od >>rozpalone do białości<< do >>zimne jak lód<<; po drodze jest rozpalone do czerwoności, gorące, ciepłe, letnie, w temperaturze pokojowej, chłodne, zimne, mróz. (...)

W ten właśnie sposób tłumaczę sobie, skąd tyle nienawiści w części świata zdominowanej przez chrześcijaństwo. Zaludniają ją istoty ludzkie, którym każe się kochać, kochać i jeszcze raz kochać. Większości z nich nie udaje się to. Nic dziwnego, bo kochać jest bardzo trudno. Równie przeważającej większości ludzi nie udałyby się skoki o tyczce czy akrobacje na trapezie. A kiedy dzień w dzień, rok w rok, nie udaje się im kochać, logika języka skłania ich do nieuniknionego wniosku, że w takim razie muszą nienawidzić. A stąd, oczywiście, już tylko krok do zabijania w źle pojętej obronie własnej.

>>Szanujcie się wzajemnie<<. To natomiast jest jak najbardziej wykonalne dla każdego człowieka w miarę zdrowego na umyśle - i to dzień w dzień, rok w rok, ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych. Szanować nie sugeruje całego łańcucha możliwości, z których część może być bardzo niebezpieczna. Szanować, to jak wyłącznik światła; jest albo włączony albo wyłączony. Jeżeli przestajemy kogoś szanować, wcale nie mamy ochoty go zabić. Nasza reakcja jest bardziej powściągliwa. Po prostu chcemy, żeby czuł się jak śmieć.

Porównajcie sobie życzenie, żeby ktoś czuł się jak śmieć, z Apokalipsą czy trzecią wojną światową.”

Dalej jest też ciekawie, ale nie chcę zanudzać czytelników. Zainteresowanych ciągiem dalszym i wyciętymi w środku fragmentami (moim zdaniem nie wnosiły nic istotnego) polecam książkę.

sobota, 22 maja 2010

Woda podeszła pod mój grajdołek i narobiła zamieszania. Odwołany został koncert z okazji juwenaliów, który miał się odbyć w amfiteatrze, chociaż woda nie wylała się nawet na nadbrzeże (gdzieniegdzie tylko trochę je zamoczyła). Na najbliższym wodowskazie przed grajdołkiem poziom powoli rośnie, ale nie widać tego. Widocznie jednak ktoś uznał, że nie można ryzykować i koncert odwołano. Zatem dziś sobie nie pośpiewam. Szkoda, bo podobno to takie dobre.

Właściwie to nie o wodzie chciałem napisać. Chociaż o wodzie też. Najpierw. A potem zmieniłem zdanie i chciałem się podzielić uczuciem związania, jakie mam w związku z pisaniem tego blogu. Czuję się związany z tym blogiem niezdrową więzią. Objawia się to tym, że kiedy przez dłuższy czas nie napiszę nowej notki, odczuwam narastający niepokój. Czuję, że nie wypełniam jakiegoś zobowiązania, jakie podjąłem wobec czytelników i sprawiam im tym samym zawód. I nie zmienia tu nic fakt, że czytelników mogących poczuć się zawiedzonymi, że nie ma w blogu nowej notki, jest zapewne garstka (to nie jest nadmierna skromność, ale realizm, którego autorom różnych produktów literackich niekiedy brakuje).

To poczucie wydaje mi się nieracjonalne z kilku powodów. Po pierwsze blog to najogólniej forma pamiętnika (w moim przypadku raczej zbiór felietonów od najróżniejszej tematyce), a więc czegoś, co pisze się dla siebie. Ale z racji tego, że jest to pamiętnik publiczny, piszę się go też także z uwzględnieniem faktu, że ktoś to czyta. I teraz można się zastanowić nad relacją autor-czytelnik, ale ponieważ już się nad tym nieraz zastanawiałem i nie rozstrzygnąłem, czyje interesy są ważniejsze, więc po raz kolejny tematu nie będę roztrząsał. W każdym razie na pewno nie ma blogu bez czytelników. Nie ma co się czarować. Skoro się wybrało taką formę, to z założeniem interakcji (albo z nadzieją na nią). A jeśli się czegoś od drugiej strony oczekuje, to trzeba się też liczyć z jej oczekiwaniami nawet jeśli nie są one wprost formułowane. Z tego chyba założenia wychodzi moja podświadomość, kiedy zaczyna mnie wprowadzać w stan niepokoju wraz z przedłużającym się okresem nieaktywności na blogu.

Teraz, kiedy już zdemaskowałem moją podświadomość, dzięki czemu może uzyskam więcej spokoju w przyszłości, napiszę jeszcze kilka słów o natchnieniu. Tak się bowiem składa, że praktycznie każda notka w tym blogu powstaje najpierw w mojej głowie. I nie mam na myśli jakiejś mglistej koncepcji tego, o czym napiszę, ale żywy tekst notki. Natchnienie jest bowiem tak złośliwe, że pomysły na nowe notki przychodzą mi akurat wtedy, kiedy nie mam pod ręką komputera albo kiedy nie mam czasu na to, żeby usiąść do pisania, bo chcę ten czas poświęcić na coś innego (zwykle ważniejszego). I w takich chwilach "piszę" blog w głowie. Piszę notkę niemal zdanie po zdaniu. I niestety często taka notka nie znajduje drogi na łamy blogu. Kiedy bowiem już siądę do komputera, żeby przelać to, co ułożyłem w głowie do Sieci, wtedy wena ucieka. Może dlatego, że mam uczucie, że nie tworzę czegoś tylko przepisuję. Z czynności twórczej robi się odtwórcza i takie przepisywanie mnie zdecydowanie nie pociąga (przynajmniej na komputerze, bo ręcznie niekiedy lubię sobie przepisywać coś wartościowego). I zdarza się, że notka, która na etapie układania w głowie bardzo mi się podoba, jest treściwa, pełna ciekawych porównań, spostrzeżeń, itp. przy próbie zapisania rozłazi się, rwie, a pisanie jej idzie jak z kamienia. Niekiedy taką notkę wręcz porzucam.

Czasem udaje się jeszcze temat uratować, jeśli za mocno go sobie w głowie nie rozwinąłem. Taką notkę rozwijam potem sam nie wiedząc, w jakim ostatecznie kierunku podążą moje rozważania. Płynę wraz z nimi nie wiedząc, co mnie czeka na mecie. Daję się ponieść wenie (tak powstaje także ta notka). Innym sposobem jest odłożenie napisania notki na później. Tak, żeby w głowie została tylko jakaś myśl przewodnia, kilka zgrabnych zdań (nie za wiele) ogólny zarys, temat. Niekiedy takie zapominanie trwa tak długo, że w końcu temat wydaje mi się niewart podjęcia. I może to dobrze. Może ten mechanizm naturalnej selekcji odsiewa część chłamu. Części nie odsiewa, ale internetowe zapiski amatora mają prawo zawierać także teksty niskich lotów. W końcu o Nike się nie ubiegam, nie startuję w konkursach blogowych (już nie), a złudzenia, że mam do przekazania coś, co może zainteresować szerszą rzeszę czytelników niż ci, którzy już tu zaglądają regularnie, straciłem dość dawno.

Dobra, chyba to jest dobry moment, żeby skończyć notkę, zanim mnie nie weźmie na kombatanckie wspomnienia, czy na wypłakiwanie się czytelnikom w rękaw. Póki mnie jeszcze resztkami sił niesie wena stawiam kropkę i zamiast pisać wezmę się za czytanie.

Tagi: roman j
20:32, roman_j
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape