O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 31 maja 2011

Dzisiejszy dzień zaczął się nieszczególnie, a kulminacja nastąpiła koło południa.

Zaczęło się od rana, kiedy na chwilę zajrzałem do M., bo akurat przechodziłem koło jego lokum w drodze do pracy. I dobrze, że zajrzałem, bo się dzięki temu dowiedziałem, że jutro jest wtorek. To znaczy, że jutro znowu mam takie same zajęcia jak dzisiaj, a do tego jeszcze konsultacje. Czyli w tym tygodniu będę miał prawie drugie tyle godzin, ile planowo powinienem mieć. Mało to mnie cieszy.

Zajęcia mi dzisiaj poszły średnio. Odczuwam już zmęczenie, a kiedy jestem zmęczony, to staję się drażliwy. O ile w normalnych okolicznościach potrafię się zdobyć na to, żeby nawet ciężko kapownemu studentowi po raz piąty tłumaczyć to samo, o tyle dziś cierpliwości zaczynało mi chwilami brakować. Może nie było tego wyraźnie widać, bo u mnie objawia się to zwykle dość subtelnie. Na żadne wybuchy złości sobie nie pozwalam. :)

W takich okolicznościach chciał dziś ze mną pogadać A. za pomocą komunikatora (może gdyby zadzwonił, to sprawy inaczej by się potoczyły). Nie mogliśmy się jakoś zegrać, bo kiedy ja miałem przerwę, to on był akurat zajęty i odwrotnie. Wreszcie ja skończyłem zajęcia i miałem iść do domu, ale zdecydowałem, że poczekam. Pomyślałem, że może A. będzie miał chwilę, to dowiem się wreszcie, jaką ma do mnie sprawę, bo próbował się ze mną skontaktować już od czwartku. Chciałem jednak jak najszybciej wrócić do domu, więc czekałem jak na szpilkach. No i doczekałem się. Chyba na moje nieszczęście...

A. zaczął rozmowę i zapytał, kiedy rozpoczynam wakacje. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że pewnie dopiero w sierpniu (lipiec będę miał z głowy przez rekrutację), a potem, zakładając, że chodzi o jakąś sprawę, którą można załatwić w kilku zdaniach i chcąc go tym samym zmobilizować, żeby przeszedł do meritum, napisałem coś w stylu: "No to pisz, o co Ci chodzi".

Wydawało mi się, że to było neutralne, ale czasem mam wrażenie, że wszystko, co ja piszę do A., jest źle rozumiane. Ten bowiem zamiast przejść do rzeczy, odpisał mi najpierw, że źle zacząłem. Po takiej odpowiedzi coś mnie trzepnęło po trzewiach. Pomyślałem sobie, że ja tu, kuźwa, siedzę tylko po to, żeby dowiedzieć się, jaką on może mieć do mnie sprawę, a ten mi tutaj mędrkować zaczyna. Mógłbym przecież już dawno być w drodze do domu. Ale czekam, bo nie chcę go potraktować per noga. Zwłaszcza, że już w czwartek chciał pogadać, ale ja nie miałem czasu.

Czekam więc, aż się dowiem, co się stało, że sam z siebie zdecydował się odezwać się do mnie. Zwykle zaszczyca mnie swoim "cześć" raz na dwa miesiące, a jest dostępny codziennie. I zamiast się dowiedzieć, to taki zonk na starcie. Potem jeszcze napisał coś z jawną pretensją, że stawiam go w sytuacji człowieka, który nie może się wysłowić, czy jakoś tak.

Pomyślałem, że w ten sposób nieprędko dowiem się, z jaką sprawą chciał się do mnie zwrócić. Zakładałem jednak, że rozmawiam z dorosłym, dojrzałym człowiekiem. Inżynierem, który ze względu na charakter swojej pracy ma skórę na tyle grubą, że można się do niego zwrócić w krótkich żołnierskich słowach i nie obrazi się na mnie za to. A że byłem zniecierpliwiony i poirytowany wcześniejszą wymianą "uprzejmości", więc wystrzeliłem z tekstem: "Mniej pretensji, więcej konkretów. Nie jestem Twoją żoną".

Miałem na myśli to, że takie gadki pełne wzajemnych pretensji pasują raczej do rozmów małżonków, a nie dwóch rzeczowych facetów, z których jeden ma do drugiego jakąś sprawę. Niestety, za późno zrozumiałem, że A. weźmie to jako przytyk do swojej własnej żony. To zaś oznaczało, że się na mnie śmiertelnie obrazi, bo na jej punkcie jest jeszcze bardziej przewrażliwiony niż na swoim. No i tak się też stało. Próbowałem załagodzić sytuację po powrocie do domu pisząc pojednawczo, że przesadziłem, ale najwyraźniej A. postanowił trwać w swojej obrazie, bo wyłączył komunikator zaraz po tym, jak mu wysłałem pojednawczy komunikat.

No cóż, kwiatów mu nie wyślę. Prosić o przebaczenie też nie planuję, bo nie tylko po mojej stronie jest tu wina, a ja rękę wyciągnąłem w geście pojednania. Próbowałem sprawę załagodzić, ale A. postanowił mnie ignorować. To jest dla niego bardzo wygodne, bo w ten sposób unika wzięcia na siebie części winy i może odgrywać niesłusznie skrzywdzonego. Ale to nie jest dobre. Dla niego.

Zakładam, że z ludźmi, z którymi A. pracuje, nie postępuje w ten sposób. Nie obraża się na nich, bo przecież by uznali, że jest niepoważny. Takie zagrania można (ewentualnie) stosować wobec kogoś, z kim jest się związanym: albo silnym uczuciem, albo więzami krwi, albo urzędowym papierkiem. Ale nawet w takich przypadkach takie zagrania są po prostu dowodem emocjonalnej niedojrzałości. A skoro ja nie jestem żadnym z powyższych przypadków (nie łączy mnie z A. ani krew, ani papier urzędowy, ani uczucie), więc traktowanie mnie przez A. w taki sposób to błąd.

No nic. Pewnie A. przez pół roku się teraz do mnie nie odezwie. Ale jeśli nasze rozmowy miałyby wyglądać tak, jak ta ostatnia, to nie mam czego żałować.

Dopisek (tego samego dnia; 20:30): Przypomniało mi się jeszcze, że kiedy dałem mu do zrozumienia, że mam mało czasu, A. podsumował to słowami "A co ty masz do roboty". Chciałbym go zobaczyć na moim miejscu. Jemu się wydaje chyba, że on zapieprza na budowie, a ja mam nieustający urlop. Może dlatego, że ja wykorzystuję każdą wolną chwilę, żeby się wyrwać gdzieś z domu.

No i może zazdrości mi, że prowadzę spokojne życie singla nie mając na głowie żony i dzieciaka. Jeśli tak, to przecież jemu nikt nie kazał się żenić i rozmnażać. A jeśli już taką drogę wybrał, to niech do mnie nie ma pretensji, że ja sobie takiego "szczęścia" na głowę nie wziąłem. Niech docenia zalety swojej sytuacji, bo jak dobrze poszuka, to je znajdzie.

Tagi: roman j
15:37, roman_j
Link Dodaj komentarz »

Jeszcze niedawno miałem wątpliwości co do tego, a teraz już nabieram pewności, że nasze zastępstwo za W. będzie trwało do końca semestru. Jedyna pociecha jest taka, że od przyszłego tygodnia liczba dodatkowych godzin spadnie z 12 do 8, bo odejdą studia zaoczne. Ale to marna pociecha, bo wiele wskazuje na to, że będzie trzeba się zająć nie tylko zajęciami, ale też zaliczeniami i wystawianiem ocen.

Co prawda można założyć, że czas na to jest do września i potrafię sobie wyobrazić scenariusz, że zostanie to przesunięte na chwilę, kiedy W. wyjdzie ze szpitala, ale czy tak właśnie się stanie, tego nie wiem. Jeśli nie, to będę miał prawie 80 projektów do sprawdzania, bo tyle wydałem tematów, a ocen do wystawienia i wpisów do dokonania miałbym dobrze ponad setkę. Biorąc pod uwagę fakt, że miałem zajęcia przez 1/3 semestru będzie to zadanie dość trudne.

Do tego dochodzą dyplomanci. Całkiem spore stadko chce się bronić w czerwcu lub na początku lipca i nie wiem, czy zostanie mi dość czasu, żeby zapanować nad tym wszystkim. Chciałbym, żeby te dyplomy miały przyzwoitą jakość, ale może się to okazać trudne do wyegzekwowania.

Żeby było zabawniej, najwyraźniej zaczął się sezon na powroty, bo najpierw zjawiła się z gotową pracą jedna dyplomantka, której przerwa w pisaniu pracy była o tyle zaskakująca, że była już wtedy blisko końca. A teraz pojawił się dyplomant, który podejmuje trzecią próbę dokończenia pracy, a ja sam już nie pamiętam, ile lat temu wydałem mu temat dyplomu. Może będzie tak, że za trzecim razem mu się uda. Od ostatniej wizyty dał się zaobrączkować jakiejś samiczce i być może to ona stoi za jego powrotem do pisania dyplomu. ;)

Mam też już pierwszych chętnych na dyplomy na studiach magisterskich. Jeden z nich zgłosił się już wcześniej, bo robił u mnie pracę inżynierską i chyba był zadowolony ze współpracy, chociaż woził się dość długo z tą pracą. Pozostała dwójka to studenci, którzy tytuł zawodowy inżyniera zdobyli w Warszawie, więc nie wiem, jak będzie im szło pisanie prac, chociaż deklarują, że pracują w biurze projektowym, więc pewnie będzie dobrze.

W każdym razie zgodziłem się zostać promotorem tej dwójki, bo trzeci, a właściwie pierwszy dyplomant może pisać u mnie dyplom bez łaski. Ja też miło wspominam współpracę z nim. I to będzie chyba wszystko na studiach magisterskich, bo zdecydowałem się trochę ograniczyć liczbę dyplomów, nad którymi mam pieczę, bo piecza ta staje się coraz bardziej iluzoryczna. A może się okazać, że na studiach dziennych inżynierskich znowu będę miał wysyp chętnych, jak rok temu, kiedy chciałem dać tylko cztery tematy, a ostatecznie dałem się przekonać do ośmiu.

Mało asertywny widać jestem. Ale za to wymagający na zajęciach. I wydawało mi się dotąd, że to drugie powinno powodować raczej zjawisko przeciwne. To znaczy, że powinienem w ten sposób zniechęcać studentów do dalszych kontaktów ze mną po zakończeniu zajęć. Tymczasem jest inaczej. Ale może to tylko chwilowe. Może na początku przyszłego roku akademickiego, kiedy zacznie się wydawanie tematów dla studiów inżynierskich, okaże się, że zainteresowanie opadło. W każdym razie jak dotąd nikt nie przyszedł sobie zaklepać wcześniej tematu, co się niekiedy zdarzało.

Tagi: roman j
06:55, roman_j
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 maja 2011

Przyjaźń, przynajmniej taka, jak ja ją rozumiem, to w dzisiejszych czasach rzadki okaz w międzyludzkich relacjach. Żyjemy przeważnie szybko i płytko. Płytko kochamy (chyba, że kochamy się w łóżku, wtedy zwykle trzeba się zagłębić), płytko odczuwamy świat, płytkie są nasze znajomości. Myślę jednak, że niektórzy z nas tęsknią za taką staroświecką, prawdziwą przyjaźnią. Ale może nie wiedzą, jakie się z tym wiążą obowiązki, bo to są nie tylko prawa i przyjemności.

Dlatego z inspiracji M., który mnie natchnął i dopingował w trakcie, i który przekonał mnie, że warto tym się podzielić z innymi, spisałem dekalog przyjaźni oraz wyposażyłem go w komentarze "teologiczne". :)

Nieprzestrzeganie poniższych przykazań nie jest obwarowane żadną karą. Za to przestrzegając ich skrupulatnie można zyskać nagrodę w postaci przyjaźni i przyjaciela. Nagrodę bardzo cenną. Ale pamiętajcie, trzeba być konsekwentnym, bo kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był.

A oto mój dekalog przyjaźni:

Jam jest Twój przyjaciel, który Cię wywiódł z otchłani duchowej samotności, z niewoli przygodnych znajomości

 1. Nie będziesz miał wrogów żadnych przeze mnie - komentarz teologiczny: nie nastawiaj swojego przyjaciela wrogo do swoich wrogów i nie oczekuj od niego takiej wrogości jako dowodu lojalności; może Twój przyjaciel pomoże Ci się kiedyś z nimi pojednać; jeśli jednak Twoi wrogowie uznają za wroga Twojego przyjaciela, nie miej o to do siebie pretensji; to ich wybór nie Twój.

 2. Będziesz wzywał przyjaciela swego nadaremno - komentarz teologiczny: przyjaciel na pewno doceni to, że nie potrzebujesz go jedynie wtedy, gdy masz jakiś problem czy kłopot, ale chcesz się z nim spotykać także wyłącznie po to, żebyście się wzajemnie nacieszyli swoim towarzystwem i swoją przyjaźnią.

 3. Pamiętaj abyś dzień mu poświęcił - komentarz teologiczny: nie musi być cały, ale ten czas ma być tylko dla niego. 

 4. Czcij przyjaciela swego - komentarz teologiczny: tutaj autor trochę przesadził, słowo "czcij" należy rozumieć jako "dbaj", "ceń" i „kochaj” przyjaciela swego, bo masz go jednego.

 5. Nie rań, bo możesz zabić - komentarz teologiczny: zabić można oczywiście przyjaźń, choć jak trafi się wrażliwa jednostka, to może i przyjaciela; a jeśli już niechcący zranisz, co się może zdarzyć, to przynajmniej to wynagródź.

 6. Nie sprzeniewierzaj się, bo to boli jak cudzołóstwo - komentarz teologiczny: jak się pokłócisz z przyjacielem, nie szukaj pocieszenia w ramionach innego/innej; zwłaszcza, że mógłbyś w ten sposób złamać 5. przykazanie, jeśli robiłbyś to z premedytacją.

 7. Nie wykorzystuj przyjaciela, bo to tak jakbyś go okradał - komentarz teologiczny: przyjaciel i tak zwykle odda Ci wszystko, co może, więc jeśli czegoś potrzebujesz, to poproś, a nie bierz podstępem; i pamiętaj, że wzajemność cementuje każdą relację międzyludzką.

 8. Ufaj przyjacielowi i daj mu zaufać sobie - komentarz teologiczny: chyba zbędny.

 9. Dziel się swoim przyjacielem z innymi - komentarz teologiczny: pamiętaj, że dzielić się można tylko tym, co chociaż częściowo do Ciebie należy, dzieląc się z innymi dowodzisz swojego prawa własności.

 10. Nie zazdrość przyjacielowi sukcesów - komentarz teologiczny: przyjaciel na pewno pomoże osiągnąć Ci Twoje własne cele i będzie z Tobą dzielił radość z nich, nawet jeśli go na jakimś polu pokonasz.

Tagi: roman j
15:06, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 28 maja 2011

Jednak nie pójdę w najbliższym czasie w las, jak pisałem w poprzedniej notce. Wcześniej już wykluczyłem sobotę, jako dzień nie będący w pełni do mojej dyspozycji, a dziś rano przypomniałem sobie, że w poniedziałek, który normalnie mam wolny i który w ostatnich dwóch tygodniach był jedynym dniem wolnym od obowiązku pójścia do pracy, muszę iść do pracy. Co prawda nie mam nic konkretnego do zrobienia, ale "mam być dostępny". To dlatego, że ma się zebrać komisja oceniająca nasze prace statutowe i może chcieć ze mną porozmawiać.

Tym samym w najbliższym tygodniu będę w pracy wszystkie siedem dni. Od poniedziałku do niedzieli. Dobre jest tylko to, że przyszły weekend jest ostatnim weekendem zajęć na studiach zaocznych, a kolejny będę już miał wolny. Zastanawiam się, jak to uczcić. Może wybiorę się na jakiś turystyczny wypad? Zobaczymy. Zostało do tych dni jeszcze sporo czasu i w tym czasie zapewne coś wymyślę.

Okoliczności ułożyły się więc tak, że o wyciszeniu na łonie natury nie może być mowy. Ale może nie będzie to konieczne. Z jednej strony okoliczności nieco się zmieniły, a z drugiej, jak mówi powiedzenie, ranek jest mądrzejszy od wieczora. I ja po nocy nieco inaczej patrzę na to, co się dzieje wokół mnie. Poza tym zmordowałem się rano fizycznie nie wychodząc z domu, co mnie dodatkowo wyciszyło. Chyba nawet trochę za mocno. W niedzielę do tego będę miał zajęcia cały dzień, a wychodząc wieczorem z uczelni po takiej niedzieli nie wiem, czy będę pamiętał choćby, jak się nazywam. :)

Mam za to inny, świeży problem. Problem z dyplomantami. Studenci, zanim zaczną pisać u mnie dyplom, piszą tak zwaną pracę seminaryjną. Te prace muszą napisać w tym semestrze, żeby zaliczyć seminarium dyplomowe. Część z tych prac już do mnie spłynęła w ostatecznej wersji, a kilka jeszcze się tworzy. Jedna z tych prac wzbudziła moje podejrzenie, bo była napisana zdecydowanie za dobrze. Studenta, który ją pisał, uczyłem przez trzy semestry i myślę, że to wystarczający okres, żeby wiedzieć, na co go stać. W każdym razie raczej nie na taki wysiłek intelektualny, który zaowocowałby tak dobrą pracą. Tutaj cudów nie ma. Jeśli zdarzają się nieoczekiwane zmiany formy, to są to wyłącznie zniżki.

Na razie nie mam dowodów na plagiat, ale go poszukam. A zachęcił mnie do tego inny przypadek. Dziś wziąłem się za sprawdzanie pracy innego studenta i chociaż też jest elokwentny i dość zdolny, to coś mnie tknęło, żeby jego pracę zweryfikować pod kątem możliwego plagiatu. I to był strzał w dziesiątkę. Niestety, bo to przykra konstatacja. Teraz muszę się zastanowić, jakie wyciągnąć z tego konsekwencje.

Sprawa jest dla mnie o tyle dziwna, że ten student to nie jest jakiś małopiśmienny gamoń. Jego stać, moim zdaniem, na samodzielne napisanie przyzwoitej pracy. Co więc się stało? Nie miał czasu? Nie chciało mu się? A może po prostu to jest kolejny przykład produktu współczesnego systemu polskiej edukacji, czyli pokolenia "kopiuj-wklej"? Nie wiem, ale to nie ma znaczenia, bo żadna z powyższych możliwości nie stanowi okoliczności łagodzącej. Konsekwencje wyciągnę niezależnie od powodów, których może nawet nie będę dociekał.

Tagi: roman j
15:59, roman_j
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 maja 2011

Poczułem się dziś bezsilny. Bezsilny i wściekły. Wściekły na własną głupotę. Głupotę bezdenną. Na swój brak empatii. Na nieumiejętność wyciągania wniosków z własnych doświadczeń.

Muszę to sobie przemyśleć. Muszę się przeprosić z rozumem. Pobyć z nim sam na sam. Jutro albo w poniedziałek. W lesie gdzieś z dala od ludzi. Chce się wściekle zmęczyć. To mi powinno pomóc.

Tagi: roman j
21:06, roman_j
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape