O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 24 maja 2012

Zostałem dziś zaskoczony dwoma informacjami. Pierwsza zaskoczyła mnie pozytywnie, a druga zdecydowanie negatywnie. Po tej drugiej zrobiło mi się bardzo, bardzo przykro. I żeby nie myśleć o tym za dużo i zrzucić sobie z głowy ten ciężar, zdecydowałem się napisać o tym w blogu. Zakładam, że nikt, o kto ma z tą sprawą jakiś związek, nie będzie tego czytał, więc pozwolę sobie na trochę szczerości, na którą pewnie wobec tych osób bym się nie zdobył. I nie z braku odwagi, ale dlatego, że i tak nic pozytywnego z tego by nie wynikło, a ja co najwyżej zostałbym uznany za malkontenta.

Przechodząc do sprawy napiszę, że dowiedziałem się dziś nieoficjalnie, że moja kandydatura była rozważana na stanowisko zastępcy dyrektora mojego instytutu. To jest ta pierwsza, pozytywna wiadomość. Wiadomość, której nie do końca dowierzam. Ale druga wiadomość, ta negatywna, paradoksalnie, uwiarygodniła tę pierwszą. Druga była taka, że moją kandydaturę odrzucono i to z kuriozalnego, według mnie, powodu.

Zrobiło mi się z tego powodu cholernie przykro. Ale nie dlatego, że moja kandydatura upadła. Ja nie mam parcia na stołki. Poza tym uważam, że jestem „niewybieralny”. To znaczy, że nie jestem człowiekiem, którego ktokolwiek rekomenduje na jakieś obieralne stanowisko na uczelni. Nie mam pleców, bo sobie ich nie robię. Nie mam też ambicji związanych z pełnieniem takich stanowisk, choć jak byłem młodszy i głupszy, to roiłem sobie, że może kiedyś jakieś stanowisko obejmę. Teraz generalnie odpowiada mi obowiązujące status quo. Cieszy mnie to, co robię, czyli mnóstwo dydaktyki z niewielką domieszką nauki. Jednak kiedy dowiedziałem się, dlaczego w tym przypadku moja zupełnie niepotrzebnie rozważana kandydatura upadła, to straciłem serce do swojej firmy. A powód była taki, że „za mało tu bywam”.

Tu, czyli na uczelni. Nie wiem nawet, jak to rozumieć, bo na zajęciach jestem zawsze. Tak samo na konsultacjach. Jestem zawsze, kiedy jestem potrzebny i kiedy ktoś mnie wcześniej uprzedzi, że mam być, a także czasami stawiam się nawet, jeśli to nie było planowane. Pracuję też w wakacje, kiedy trwa rekrutacja. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów nie mam swojej firmy, która odciągałaby mnie od pracy na uczelni, nie biorę też żadnych fuch, od których także nie stronią moi koledzy. I choć był czas, kiedy sobie w ten sposób do skromnej pensji dorabiałem, to zawsze interes uczelni stawiałem na pierwszym miejscu mówiąc, że tutaj jest moje podstawowe miejsce pracy.

Z tego powodu nigdy nie marudzę przy układaniu planu, bo wiem, jak dużą pracą jest jego ułożenie i nie mój interes jest przy tym najważniejszy. Nie zainteresowałem się też przedstawioną mi niedawno propozycją dodatkowej pracy w prywatnej uczelni (mogłem sobie na niej dobrze dorobić). Co chcę podkreślić, nie uważam siebie bynajmniej z tego tytułu za jakoś szczególnie oddanego pracownika. Nie uważam też, że należy mi się za moją postawę nagroda. Na nagrody nie liczę, bo po prostu robię to, co do mnie należy.

Jednak kiedy słyszę, że „za mało tu bywam”, to czuję ogromny żal, że ktoś mnie bardzo niesprawiedliwie ocenił. Ale nie będę się bronił. Choćby dlatego, że nie bardzo nawet rozumiem sens tego zarzutu. Gdyby ktoś mnie ocenił, że jestem za młody, niedoświadczony, zbyt obciążony godzinami (ktoś musiałby je wziąć za mnie), to byłoby co innego. A tak... Zresztą szkoda słów. Mam pewne przypuszczenia, kto mógł mnie tak podsumować. Ale ponieważ mogę być w błędzie, więc nic o tym nie napiszę.

Podjąłem za to pewną decyzję, z którą się jakiś czas wahałem. Przez całą obecną kadencję władz jestem sekretarzem Wydziałowej Komisji Rekrutacyjnej. Funkcję tę pełnię m.in. dlatego, że świetnie układa mi się współpraca z obecnym dziekanem, docentem S. Napomknąłem mu nawet, że jeśli dostanie propozycję pozostania na stanowisku w kolejnej kadencji i ją przyjmie, to ja bezwarunkowo przez kolejne cztery lata będę sekretarzem, o ile on wyrazi chęć współpracy ze mną.

Okazało się jednak, że docent S. nie będzie już prodziekanem. W tej sytuacji wahałem się, czy swoją funkcję pełnić dalej. I kiedy dowiedziałem się, kto został wybrany na nową kadencję, byłem prawie pewien, że chcę nadal być sekretarzem WKR. Jednak po tym, czego dowiedziałem się dziś, jestem pewien, że tegoroczna rekrutacja jest ostatnią, w której uczestniczę jako sekretarz. Jeśli ktoś mnie zapyta, dlaczego, to odpowiedź jest prosta: za mało tu bywam...



Tagi: roman j
14:36, roman_j
Link Komentarze (12) »
niedziela, 20 maja 2012

Taka myśl przeszła mi przez głowę, kiedy wyszedłem dziś do pracy. I po drodze układałem sobie w głowie treść tej notki. Tak więc jestem już w pracy i piszę blog. Ale jestem w pracy wyłącznie fizycznie, bo obowiązki podejmuję za pół godziny i mam nadzieję, że ten czas mi wystarczy do napisania notki.

Pomyślałem sobie, że warto sobie zrobić taką migawkę aktualnego stanu mojego mikroświata, żeby móc do niej wrócić kiedyś, jeśli mi kiedyś padnie "system", jak ostatnio mojemu laptopowi. Jemu może nie tyle padł, co zaczął fiksować, tak że musiałem pięć razy przywracać mu system. Mnie może więc też przyda się taki punkt przywracania.

Pogoda, bo od tego zacznę, też fiksuje. Jednego dnia nad ranem temperatura ociera się o zero, a kilka dni później ma być ok. 30 stopni w dzień. Można dostać kręćka. Nie wiadomo, jak się ubierać. Na samopoczucie moje też to dobrze nie wpływa.

Podobnie jak to, co widzę wokół siebie wśród ludzi, w środowisku których się obracam najczęściej. A że są to ludzie nieco ode mnie młodsi, to są właśnie w okresie, kiedy się szuka tej drugiej połowy, a w poszukiwaniach tych doznaje się także i klęsk.

W te właśnie procesy wpisuje się fakt, że E. rozstał się że swoją M. Może raczej powinienem napisać, że się ze sobą rozstali, żeby nie sugerować niczyjej inicjatywy czy winy. Jestem chyba bardziej empatyczny niż się tego po sobie spodziewam, bo wiem, jak się teraz czuje E. i od czasu do czasu przychodzi mi na myśl, żeby jakoś mu pomóc przez to przejść.

Wiem z doświadczenia, że przejść to trzeba samemu i nie da się tego uniknąć. To znaczy uniki można robić, ale jeśli się było mocno zaangażowanym, to takie uniki, zaprzeczanie swoim odczuciom, bagatelizowanie, itp. przypomina leczenie zapalenia płuc aspiryną. Może na jakiś czas pomoże, a potem objawy wrócą z większą siłą.

Jedyne, co warto robić, to łagodzić objawy, czyli pomóc jakoś iść dalej mimo tego garba, co nagle wyrósł na plecach. No i tak od czasu do czasu próbuję, ale nie wiem, czy pomagam, czy może niezamierzenie szkodzę, bo brak mi doświadczenia, a oceniać swoje działania mogę tylko po objawach. A to też nie jest łatwe, bo jak mawia doktor House, wszyscy kłamią.

Kolejny związek, jaki się rozpadł, to K. i J. Wiele wskazuje na to, że on rozpadł się już dość dawno, ale trwał jak to spróchniałe drewno puste w środku. W końcu się zawaliło i są ofiary. Choć wygląda na to, że jest tylko jedna ofiara - K., bo druga strona znalazła szybko pocieszenie w nowych ramionach.

To tym gorzej dla K. Nie znam się z nim zbyt dobrze, bo zaledwie kilka razy mieliśmy okazję pogadać, ale i tak mu współczuję. Najpierw rozstać się z dziewczyną (niekoniecznie chcąc tego rozstania), a potem jeszcze dowiedzieć się, że ta ma już nowego chłopaka, to jak dostać dwa ciosy jeden po drugim, z których każdy w pojedynkę człowieka nokautuje psychicznie i emocjonalnie. Po takiej serii trudno się podnieść.

W tej sytuacji zdziwiło mnie, że J. dziwi się (a przynajmniej jakoś ją to zastanawia), że K. się z nią nie kontaktuje. Ale musiałby mieć chyba jakieś chorobliwie masochistyczne skłonności, żeby podtrzymywać taki kontakt po tym, co się stało. Jak pisałem, nie znam go za dobrze, ale nie podejrzewam go o to.

Może będzie okazja pogadać, bo chciał się ze mną spotkać. Ale chyba w obecnym stanie nie ma ochoty się z nikim widzieć i jeśli tak właśnie jest, to doskonale go rozumiem. Najpierw trzeba wylizać rany we własnej norze z dala od innych. No ale nie będę kontynuował tego wątku.

Napiszę jeszcze o jednej sprawie. Mianowicie o moich skokach, do których chcę w tym sezonie wrócić. Zdałem już egzamin KWT i myślałem, żeby poskakać w następny weekend. Ale z dwóch powodów tak się chyba nie stanie. Po pierwsze niedługo potem (we wtorek i środę) odbywa się na moim wydziale konferencja, w której organizację jestem zaangażowany. Chyba lepiej będzie, jak weekend poświęcę ostatnim przygotowaniom do niej, bo czuję, że będę miał jeszcze co robić.

Drugi powód jest zaś taki, że w Aeroklubie Kieleckim jest jakiś wewnętrzny konflikt, którego efektem jest między innymi to, że nie odbyły się już raz zaplanowane skoki, bo pilot nie chciał polecieć z tymi akurat skoczkami, którzy chcieli poskakać. Co prawda ja stroną konfliktu nie jestem, ale nie chcę ryzykować wycieczki na próżno przez kawałek Polski. Może z czasem sprawa trochę przyschnie. Zresztą przy następnej okazji, za kolejne trzy tygodnie, będzie najwyżej ten jeden powód, więc może łatwiej się zdecyduję.

No dobra, czas kończyć pisać i zacząć pracę. :)

Tagi: roman j
08:31, roman_j
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 maja 2012

Nawet nie widziałem, że już tak długo tutaj nie zamieściłem żadnego wpisu. To znaczy wiedziałem, że nie piszę i że to trochę trwa, ale dopiero dziś spojrzałem na datę poprzedniego wpisu i uświadomiłem sobie, że to już sześć tygodni. Wcześniej zresztą próbowałem się odszukać na liście TOP 1000 i na liście blogów ze swoje kategorii. Bezskutecznie. Dziwi mnie szczególnie to drugie, bo fakt, że nikt nie zagląda na strony blogu, gdzie przez sześć tygodni nic się nie dzieje, nie powinien dziwić.

A skąd taka przerwa? Z dwóch powodów. Albo nie ma o czym pisać, albo nie ma kiedy pisać. W większości przypadków chodzi o ten drugi powód. Z tego samego powodu niemal martwy jest mój drugi blog - turystyczny i trzeci. Ale tamte nie były nigdy specjalnie żywotne.

Tematów też jakoś brakuje, bo jeśli już się coś nasuwa, to są to jakieś przemyślenia, które niekoniecznie warto upubliczniać. W każdym razie nie w kraju, gdzie podobno jest tylko 3,3% ateistów, czyli zabobon trzyma się mocno.

Tematów osobistych, czyli z życia wziętych, nie mam ochoty ostatnio tutaj prezentować. Nie dlatego, żeby mi się źle wiodło, ale w tej chwili nie czuję potrzeby dzielenia się wiadomościami na ten temat. Zresztą deficyt czasu skutecznie mnie do tego zniechęca. Jeśli już mam poświęcić czas na blog, to nie po to, żeby pisać o duperelach.

Chociaż teraz takie właśnie duperele piszę, ale mam akurat chwilę niezagospodarowaną, a poza tym uznałem, że warto dać sygnał, że ten blog nie jest jeszcze trupem. :) Ale moi wierni czytelnicy, jeśli jeszcze jacyś zostali, mają próbkę tego, jak będzie wyglądał koniec tego blogu. Będzie właśnie tak, że bez żadnego uprzedzenia po prostu któryś wpis tutaj stanie się ostatnim. Może ten, może jakiś następny. Nie wiem, nie jestem prorokiem. W każdym razie jak widać ten poprzedni nie był jeszcze ostatnim. ;) A czy i kiedy pojawi się następny, czas pokaże. Może jutro, a może wcale, a może coś pomiędzy jednym a drugim.

Tagi: roman j
11:40, roman_j
Link Komentarze (4) »

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape