O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 26 maja 2014

Trochę przewietrzyłem blog, ale czas wrócić za zasłonkę. Dałem szansę tym, którzy szukają u mnie przydatnych informacji, żeby je znaleźli, ale teraz będą musieli poczekać na kolejną. :)

Przy okazji sprawdziłem, jak dużo osób do mnie zagląda. Niezbyt dużo. Ale nie ma w tym nic dziwnego, kiedy się na długie miesiące chowa blog przed potencjalnymi czytelnikami. Trzeba więcej czasu na powrót do dawnej pozycji niż niecałe dwa tygodnie. Ten czas jeszcze nie nadszedł. Jeszcze nie są spełnione warunki, które sam sobie w tej kwestii postawiłem i które do swojej wiedzy pozostawiam.

Niemniej jednak od czasu do czasu na jakiś otworzę drzwi i wpuszczę tu trochę ludzi z zewnątrz. A na razie do lektury zapraszam osoby, które wcześniej wyraziły wolę posiadania dostępu do tworzonych przeze mnie notek. :)

Tagi: roman j
16:22, roman_j
Link Komentarze (4) »
niedziela, 25 maja 2014

Od pewnego czasu dokuczał mi brak książek. Ale nie w sensie ich fizycznej nieobecności, tylko brak takich, które mógłbym czytać. Mam sporo książek w domu, ale znakomita większość spełnia jeden z dwóch warunków, które dotąd wykluczały je z lektury: już je przeczytałem lub nie są beletrystyką (np. książki fachowe czy filozoficzne).

Wcześniej nie było takiego problemu, bo chodziłem do biblioteki i dość regularnie dostarczałem sobie w ten sposób środków do zaspokajania mojego nałogu czytelnictwa. Jakoś tak się jednak złożyło, że przed moim wypadkiem oddałem książki i nie wziąłem nowych, a teraz nie mogę się zmobilizować, żeby pójść do biblioteki. A nawet nie tyle pójść, co wejść, bo już kilka razy przechodziłem obok.

W końcu tak mnie przycisnęło, że postanowiłem sięgnąć po książki już przeczytane, które mam w domu. Nie jest to coś nowego w moim przypadku, bo w dzieciństwie kilka razy (bo chyba jednak nie kilkanaście) przeczytałem książkę "Czterej pancerni i pies". Jednak poza tą jedną lekturą raczej takiego ponownego czytania nie praktykowałem. Piszę "raczej", bo przypominam sobie kilka książek, które czytałem powtórnie. Nie było ich jednak zbyt wiele. Preferuję "świeżyznę". ;)

Ale jak się nie ma, co się lubi, to się czyta, co się ma pod ręką. Padło na razie na prozę Johna Irvinga. Najpierw była "Modlitwa za Owena", a potem "Regulamin tłoczni win". Przed tą pierwszą książką obawiałem się, że nie będzie mnie cieszyć jej lektura, bo za wiele z niej pamiętam. Okazało się, w trakcie czytania, że nie pamiętałem prawie nic poza bardzo ogólnym zarysem akcji i samym zakończeniem, które zresztą też pamiętałem bardzo słabo (przynajmniej jeśli chodzi o różne szczegóły).

No cóż. Czternaście lat to dużo. Wystarczy, żeby móc wrócić do książki, którą się kiedyś czytało z uwagą oraz zainteresowaniem i móc się cieszyć jej lekturą na nowo. Skąd wiem, że poprzednio czytałem ją właśnie niespełna czternaście lat temu? Otóż kiedyś miałem zwyczaj używania jako zakładek kartek z kalendarza. Karta zawsze była z dnia, w którym zaczynałem lekturę. W przypadku "Modlitwy za Owena" to był lipiec 2000 roku. Nie wiem, jaki dzień dokładnie, bo książkę po przeczytaniu pożyczyłem i nie mogę akurat spojrzeć na kartkę.

W lipcu 2000 roku studiowałem w Niemczech i w związku z tym spędzałem prawie cały czas na zmianę w dwóch miastach, których nazwy zaczynały się na D. Bardzo miło wspominam ten okres, choć czasem próbowała mi tam doskwierać nuda i brakowało mi towarzystwa osoby, którą wtedy uważałem za bliską. Osoba ta zresztą miała mnie odwiedzić, ale w końcu się nie zdecydowała. Gdybyśmy się zamienili miejscami, to ja na pewno bym przyjechał. No cóż, mam wrażenie, że ja zawsze angażuję się mocniej. Zwykle pewnie za mocno i źle potem na tym wychodzę.

Pobyt w D. (i w D.) wspominam bardzo miło. Było mi tam tak przyjemnie, że po powrocie przez kilka lat każdej wiosny, a wyjechałem tam w marcu, czułem tęsknotę za tamtym pobytem. Doskwierała mi ona do tego stopnia, że miałem ochotę wyrwać się tam choćby na jeden weekend. Albo na jeden dzień, biorąc pod uwagę, że sporo czasu z tego weekendu musiałbym poświęcić na dojazd i powrót. Jednak ani razu tam nie byłem od 2000 roku. A i tęsknota w końcu osłabła. Przyszła mi do głowy myśl, że może mógłbym się wybrać tam teraz. Tyle, że akurat dokładnie teraz nic z tego nie będzie, bo z niewyleczoną nogą nie chcę się narażać na trudy podróży. Ale może za rok na wiosnę? Jeśli noga pozwoli, to może się wybiorę. Tylko czy znajdę tam jeszcze to wszystko, co mnie zauroczyło za pierwszym razem? Może...

Tagi: roman j
09:03, roman_j
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 maja 2014

Wczoraj udałem się do O., do doktora R., w celu dokonania przełomu w sprawie dalszego leczenia mojej nogi. Przełom miał polegać na ustaleniu daty koniecznej operacji. Niestety, plan mój spalił na panewce. Co prawda z doktorem R. porozmawiałem. Ale tylko chwilę. I dowiedziałem się jedynie, że takich operacji, jak ta wymagana w moim przypadku, oni robią jedną na tydzień. I że mam czekać na telefon.

Tyle, to ja wiedziałem już wcześniej. To znaczy to, że mam czekać na telefon. Natomiast informacja o wielkości "przerobu" dała mi do myślenia. Według moich obliczeń w czasie, kiedy ja czekam na moją operację, na oddziale zoperowano jakieś 12 osób. A kiedy ustalałem pierwotnie z doktorem R., co trzeba u mnie zrobić, napomknął, że jest takich osób jeszcze 4-5. Znaczy, że coś tu się nie zgadza. Niestety, nie było czasu, ani sprzyjających okoliczności, żeby sprawę wyjaśnić.

Postanowiłem sprawę spróbować załatwić z innej strony. Skontaktowałem się z moim byłym dyplomantem, który już wcześniej ułatwił mi kontakt z dr. R. Może tym razem uda się wpłynąć tym kanałem na przyspieszenie operacji. W mojej sytuacji czas nie działa na korzyść, o czym przekonała mnie wizyta u drugiego ortopedy, dr. K.

Na tej drugiej wizycie poczułem się przynajmniej dobrze obsłużony. Noga została obejrzana, obmacana, a następnie opatrzona. Zdjęcie obejrzane uważnie, skomentowane, objaśnione. Recepty wypisane na to, o co poprosiłem (co nie znaczy, że na coś, co w moim przypadku nie jest konieczne). Dr. K. usłyszawszy, jak mi poszło z dr. R. zasugerował, że rozejrzy się za jakimś innym ośrodkiem, który mógłby tę operację przeprowadzić. Chociaż uważa, że dr. R. to zdecydowanie najlepszy wybór i trudno byłoby znaleźć kogoś równie dobrego w okolicy. No cóż, jeśli mam czekać z potencjalnie pogarszającym się stanem na wybitnego fachowca przez jeszcze nie wiadomo jak długo, to wolę być załatwiony w rozsądnym czasie przez nieco mniej wybitnego.

Wziąłem od dr. K skierowanie na RTG i obiecałem, że prześlę mu zdjęcia. Oczywiście jeśli zeskanują się w przyzwoity sposób, bo raz podjąłem próbę ich zeskanowania i wyszło to bardzo marnie. Prawie nic nie było widać. Ale może potrenuję. Dr K. uznał też, że nie zaszkodzi mnie zabezpieczyć przeciwbólowo, jak to on określa. Nie protestowałem, choć po ostatniej jego próbie zabezpieczenia mnie miałem przykre doświadczenia. Przepisał mi taki lek, który choć skuteczny, wywoływał silne mdłości (ponoć taki już urok leków działających na receptor opioidowy). Dwa razy po nim zwymiotowałem w tym raz na uczelni (na szczęście nie na zajęciach). A wziąłem ten lek w sumie trzy czy cztery razy.

Podzieliłem się tym doświadczenie z dr. K. Powiedziałem, że jak się porzygam na zajęciach, to studenci na pewno nie pomyślą, że to przez leki, ale że się pewnie spiłem. I to nie dlatego, że mam taką opinię czy daję podstawy do takiego myślenia. Po prostu ludzie są zwykle umysłowo dość leniwi i to, co widzą, zwykle interpretują w najprostszy sposób. Nie sądzę, żeby komuś w takiej sytuacji chciało się rozważać inne możliwe powody moich torsji.

Dr K. wykazał się zrozumieniem mojej sytuacji i przepisał mi coś innego. Żeby było lepiej, dostałem nawet dwa różne leki. Jeden, jak mnie uprzedził, jest drogi. Nie szkodzi, nie będę za często z niego korzystał, bo mnie ostatnio zwykle ta noga nie boli. Choć fakt, że we wtorek miałem z nią przejścia. Dopiero dwie dawki opokanu (ale w odstępie doby) i pięć tabletek nurofenu (ale bez przekroczenia dozwolonej dawki dobowej) sprowadziły problem po dwóch dobach do mało dokuczliwego bólu, który ostatecznie mi całkiem minął. Może teraz, po wykupieniu przepisanych leków, efekt będzie szybszy, jeśli znów będę miał taki problem. A problem był poważny, bo ból nogi niemal uniemożliwiał mi chodzenie.

Przy okazji wizyt u lekarzy wybrałem się z też z W. do mojej dobrej koleżanki ze studiów doktoranckich, omc. dr hab. inż. D. Możliwe, że nawiążemy bliższą współpracę z korzyścią dla wszystkich stron, na co się zanosi. Wtedy i moja habilitacja może wreszcie stać się bardziej realna, choć do stadium omc. jej jeszcze sporo brakuje. No ale tej kwestii nie będę rozwijał. :)

Cieszy mnie, że pogoda zrobiła się taka ładna. Truskawki na tym słońcu na pewno szybko dojrzewają i robią się słodkie. Może zdecyduję się w tym roku na nastawienie z nich wina. Zrobiłem już raz wino z truskawek kilka lat temu i było pyszne. Ale fakt, że surowiec też był przedni. Nie wiem, czy teraz uda mi się kupić tak czerwone, że aż prawie czarne, wielkie i słodkie truskawki. Ale może tak. Pogoda zdaje się mi sprzyjać. :)

niedziela, 18 maja 2014

Nie jestem fanem Eurowizji. Może dlatego, że Polska od jakiegoś czasu niewiele znaczy w tym konkursie, a ponadto zmiana zasad oceniania występów (wprowadzenie głosowania telewidzów) obniżyła poziom konkursu. Kiedyś, owszem, spędzałem cały wieczór przed telewizorem, żeby obejrzeć wszystkie występy, wytypować swoich faworytów i sprawdzić, na ile moje typy okazały się trafne. Ale to było wiele lat temu. Co najmniej kilkanaście.

Jednak tegoroczna Eurowizja przyciągnęła moją uwagę. W mniejszym stopniu w trakcie swojego trwania, a w większym po zakończeniu. Szczególnie interesująca okazała się reakcja naszych rodaków na wyniki, która mówi o nas może nawet więcej niż myślimy i niż byśmy chcieli.

W tegorocznej Eurowizji uważaliśmy się za faworytów. Tutaj mała dygresja. Będę pisał o tych odczuciach i poglądach, które wydają mi się podzielane przez większość tych członków naszego społeczeństwa, których Eurowizja cokolwiek obchodzi. Jeśli ktoś się pod moimi obserwacjami nie podpisuje, bo sam ma inne poglądy czy odczucia, to niech założy po prostu, że nie należy do grupy przeze mnie opisywanej. Ja sam zresztą też do nie należę, ale wygodniej mi będzie pisać w pierwszej osobie.

Tak więc narastało w nas przeczucie zwycięstwa. Nadzieje na nie wyraźnie wzrosły, kiedy Polska przeszła pomyślnie etap półfinałów. Dalej miało być już tylko lepiej. A jak się skończyło, wiadomo. Skończyliśmy w środku stawki, co jest osiągnięciem dużo poniżej oczekiwań. Trzeba było znaleźć winnego. I taki sam się nawinął. Thomas Neuwirth vel Conchita Wurst. Uosobienie wynaturzeń i przeciwieństwo zdrowego, przaśnego, słowiańskiego świata reprezentowanego przez Donatana i jego grupę.

To rzekomo przez Thomasa czy też Muszelkę (jak można przetłumaczyć imię Conchita) polska propozycja przepadła i nie zawojowała widzów Eurowizji. Według nas Europa wolała zagłosować na faceta z brodą wystylizowanego na kobietę, niż na zdecydowanie lepiej wyposażone przez naturę przedstawicielki Polski. Obfite biusty zdrowych, słowiańskich dziewoi nie zrobiły oczekiwanego wrażenia, bo to dziwactwo Wurst ukradło nam show.

Nie zgadzam się z tymi opiniami. Byłyby one w jakimś stopniu uzasadnione, gdyby polska reprezentacja zajęła na Eurowizji drugie lub trzecie miejsce. Ale my zajęliśmy miejsce w drugiej połowie stawki. Tak więc nie tylko Conchita Wurst była lepsza od nas, ale jeszcze dwanaścioro innych wykonawców, z których żaden nie miał jednocześnie brody i sukienki. Mieli za to pewnie coś innego. Ciekawy tekst, ładne głosy, interesującą aranżację. Nie oparli swojego pomysłu na sukces o piskliwe szczekanie okraszone majtaniem biustami ze szczególnym uwzględnieniem tego ostatniego. To, owszem, spodobało się widzom, bo gdyby uwzględnić tylko ich głosy bylibyśmy na piątym miejscu. Ale to jest konkurs, jednak, piosenki i ostateczne wyniki, z uwzględnieniem głosów jury, boleśnie nam o tym przypomniały.

Dlaczego więc to Thomas Neuwirth stał się głównym winowajcą? Powodów jest zapewne wiele. Łatwiej obwinić jest jedną osobę, niż grupę bliżej nieokreślonych jurorów. Łatwo jest też w naszym bardzo "tolerancyjnym" kraju skierować gniew na osobę, która mocno odbiega od naszych konserwatywnych wyobrażeń, jak powinna wyglądać kobieta, a jak mężczyzna. W ten sposób można odwrócić uwagę od własnego, mało wyrafinowanego i po prostu słabego występu. Może Eurowizja to jest konkurs, gdzie ostatnio mniej coraz liczy się dobry tekst czy ładna melodia, ale najwyraźniej nadal są to ważne kryteria oceny. Inaczej bylibyśmy dużo wyżej.

Jeśli o mnie chodzi, to nie jestem fanem Conchity Wurst. Ładna, kobieca twarz (mimo, że należąca do mężczyzny) oszpecona czarnym gęstym zarostem to nie jest coś, co oglądam z przyjemnością. Raczej przeciwnie. Zdecydowanie wolę oglądać Thomasa Neuwirtha w takim wydaniu:

 

Ale nie zamierzam go (czy też jej) winić za niepowodzenie polskiej propozycji na konkurs Eurowizji. Ona zajęła należne sobie miejsce w szeregu, bo była po prostu słaba. Chciała zagrać na najniższych instynktach i niestety, nie udało jej się w ten sposób zapewnić sobie sukcesu. To poniekąd nawet dobrze. Nie zamierzam też odmawiać prawa Thomasowi Neuwirthowi do przeobrażania się na scenie w Conchitę Wurst (poza sceną ponoć tego nie robi). W końcu ja mogę zawsze zmienić kanał. A wszystkim obrońcom normalności dedykuję kolejny teledysk:

Może się mylę, ale chyba nikt dotąd nie wyrażał się niepochlebnie o Freddiem Mercurym i jego kolegach z Queen z powodu tego klipu. Pewnie dlatego, że nie mieli pecha wystąpić w takiej stylizacji w konkursie Eurowizji i jeszcze go wygrać wbrew nadziejom wielu polskich widzów.

czwartek, 15 maja 2014

Miałem to napisać na Facebooku, bo z racji ukrycia tego blogu mam tam większą oglądalność niż tutaj. Ale pomyślałem, że szkoda takiego tematu na taki serwis. Zwłaszcza, że dłuższe komentarze raczej nie są tam normą. A ja chciałbym trochę się rozpisać.

Temat wpisu odnosi się do wczorajszej rozmowy z Wojciechem Cejrowskim w TVP. Oglądając WC na ekranie stwierdziłem po raz kolejny, że wyjątkowy z niego okaz. I skojarzenie z programem państwa Gucwińskich samo się pojawiło.

Z rozmowy z Cejrowskim najbardziej utkwiło mi w głowie jego stwierdzenie, że tęcza na placu Zbawiciela kojarzy mu się z "grzechem sodomskim". Wydało mi się to nieco dziwne, że człowiekowi tak głęboko pozującemu na wierzącego ten kolorowy łuk, obecny przecież także w malarstwie religijnym, nie kojarzy się z przymierzem boga z ludźmi. No ale cóż, każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasłuży. Może coś złego dzieje się w podświadomości pana WC, że tak mu się akurat tęcza kojarzy. Może jest tam jakaś dezorientacja co do własnej orientacji i stąd takie myśli.

Ciekaw jestem w takim razie, jakie skojarzenia ma Cejrowski, kiedy modli się przed krzyżem, na którym wisi zwykle niemal nagi facet? Facet ten, oprócz tego, że jest nagi, zwykle ma też całkiem muskularne ciało, bo przecież Chrystus, jako syn boga, nie może być jakimś tam chuchrem albo choćby facetem z lekką nadwagą. Dlatego Chrystus ma zwykle muskularne ciało, jakby w przerwach między głoszeniem Ewangelii spędzał sporo czasu na siłowni. Sam pamiętam taką figurę z kościoła, do którego chodziłem dawniej. Nie jestem pewien, czy ten Chrystus nie miał nawet kaloryfera na brzuchu. A co, kto bogu temu zabroni? ;)

Dlatego jestem ciekaw, co też sobie też myśli pan Cejrowski, kiedy widzi taki przykład męskiego niemal aktu? Czy też ma jakieś nieczyste myśli i sprośne skojarzenia? Czy nie razi go to męskie ciało, jak jego kolegę po wierze, pana Terlikowskiego, raziły zdjęcia nagich pleców polskich skoczków narciarskich? Swoją drogą Chrystus nigdy swoich nagich pleców nie prezentuje, bo jest nimi odwrócony w stronę krzyża. Może więc dlatego pana Terlikowskiego, nie przyzwyczajonego do takiego widoku, te plecy tak wzburzyły.

A jeśli chodzi o symbole i ich znaczenie oraz obecność w życiu publicznym, to na koniec podzielę się taką refleksją, że z dwóch możliwości wolałbym widzieć tęczę na każdym tym miejscu, gdzie dziś widuję krzyż. Krzyż bowiem jest symbolem, pod którym i w imię którego przez wieki pozbawiono życia całkiem sporo ludzi. I to nie tylko innowierców, ale również współwyznawców. Tęcza zaś, o ile wiem, nie jest w ten sposób historycznie obciążona. Gdyby trzymać się sfery, której dotyczą skojarzenia pana Cejrowskiego, to symbolizuje ona miłość. I to zdecydowanie bardziej niż krzyż, który za swoje logo przyjęli ci, którzy do głoszenia miłości bliźniego są ponoć powołani. A fakt, że miłość symbolizowana przez tęczę jest tego rodzaju, którego pan Cejrowski tolerować nie chce, to już jest chyba przede wszystkim jego problem. Zwłaszcza, że nikt go przecież do praktykowania takiej miłości zmuszać ani namawiać nie zamierza.

P.S.: Zdecydowałem się po napisaniu tej notki na kilka dni upublicznić znowu blog. Nie wiem, jeszcze, na jak długo. Czas pokaże. :)

Tagi: roman j
19:59, roman_j
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape