O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
piątek, 29 czerwca 2007

Przegląd znajomych blogów ujawnił, że blogosferę ogarnia wakacyjny marazm. Zatem i ja nie będe się dziś specjalnie rozpisywał, a i w kolejnych dniach pewnie będę tu rzadziej zaglądał.

Dziś poprawiłem sobie humor zakupami, a właściwie zakupem. Choć z drugiej strony nie wiem, czy nie było odwrotnie i nie dokonałem po prostu zakupu w przypływie dobrego humoru. Nieważne. Po prostu kupiłem karnisz do sypialni. Muszę go tylko jeszcze przyciąć, bo najkrótszy, jaki mieli w sklepie, jest za długi. Ale to już drobnostka. Przy okazji oględzin miejsca montażu tego karnisza lista niezbędnych zakupów wydłużyła się o następujące pozycje: gips, szpachelka i biała farba emulsyjna. Okazuje się, że pozostałości po poprzednim karniszu maskowały poważne ubytki w ścianie. Ale nic to.

Powraca sprawa parkietu. Różni ludzie przekonują mnie, że warto go ocalić. Sęk w tym, że ci ludzie nie są fachowcami, a na dodatek niektórzy w ogóle go nie widzieli. Zrobię więc tak, że poproszę o opinię specjalistów. Jak uznają, że da się uratować, to uratuję, jak zaproponują ułożenie nowego, to pogonię.

Polubłiem Hermana Hessego, a przynajmniej jego twórczość. Nie napiszę, że jestem "wilkiem stepowym", ale mam z nim coś wspólnego. A po lekturze poleconego mi "Siddharthy" żałowałem, że to tylko fikcja.

Ale cóż. Czas zejść na ziemię, czyli wracać do domu via sklep w okolicy. Do przeczytania wkrótce, ale być może dopiero za kilka dni. Może mój dobry nastrój potrwa dłużej niż jeden dzień, a jeśli tak, to poświęcę czas na nadrabianie zaległości z przeszłości, snucie planów na przyszłość i załatwianie spraw bieżących.

Tagi: roman j
17:20, roman_j
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 czerwca 2007

Sesja się dla mnie dziś skończyła. Przynajmniej ta letnia. Niestety, kilku studentów pozdrowiłem dziś słowami "do zobaczenia we wrześniu", więc na jesieni też będzie co robić. Na szczęście nie było ich zbyt wielu, więc może wyrobię się w trzech terminach, a nie w pięciu.

Skoro jeden słodki obowiązek mi odpadł, czas najwyższy usiąść i zrobić listę priorytetowych zadań na najbliższe dwa miesiące. Właściwie powinna być na niej tylko jedna pozycja: "wypocząć", ale tak dobrze niestety nie będzie. Nie wiem, czy ta pozycja w ogóle zmieści się na liście. Wbrew pozorom to nie obowiązki uczelniane mnie najbardziej męczą. Bardziej męczy mnie na przykład poczucie tymczasowości. Męczy psychicznie i permanentnie, czyli w sposób bardzo dokuczliwy. Jak bardzo jest ze mną źle, może dowodzić fakt, że wkurza mnie pogoda. Zazwyczaj pogodę przyjmuję ze wzruszeniem ramion, bo na to, jaka jest, i tak nie mam wpływu i nie ma kogo objechać za to, że taka właśnie jest.

Mam wrażenie, że wszystko, co próbuję robić, idzie jak po grudzie. Nie układa się, ślimaczy, pojawiają się jakieś komplikacje. W ważnych dla mnie sprawach drepczę w miejscu. Kiedy wydaje mi się, że już za chwilę ruszę z kopyta, pojawia się znowu jakieś zatwardzenie: albo jakieś wątpliwości w wydawałoby się dogłębnie przemyślanej sprawie albo jakieś trudności (wewnętrzne lub zewnętrzne). I znowu drepczę. A dreptać nie lubię. Lubię być w ruchu.

Lubię mieć nawet dużo spraw na głowie, ale tylko wtedy, jeśli jednocześnie mam poczucie, że codziennie jestem bliżej ich załatwienia i że coś się dzieje. Jeśli natomiast, tak jak obecnie, mam poczucie dreptania w miejscu, to choćbym miał tylko jedną sprawę do załatwienia, to męczy mnie to, jak nie przymierzając, ćmiący ząb. A mam tych spraw kilka. I praktycznie w każdej drepczę. W niektórych nawet widzę już metę, ale nie zbliżam się do niej nawet o krok. Mam nadzieję, że przed moim wyjazdem na OWRP choć trochę posunę się do przodu.

Tagi: roman j
19:33, roman_j
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 czerwca 2007
Podobno z mojego bloga można wyczytać, że jestem markotny. Zastanawiam się, czy to rzeczywiście można wyczytać z moich notek, czy to tylko projekcja własnych nastrojów czytelnika (a właściwie czytelniczki)? Może i jestem markotny, ale to pewnie efekt przemęczenia i zamglonego horyzontu mojej przyszłości. W zasadzie nie powinienem w tamtym kierunku za często spoglądać, podobnie jak za siebie, ale jakoś trudno tak na dłuższą metę żyć tylko tu i teraz, czyli patrzeć tylko pod nogi. Zresztą to nawet nieco niebezpieczne, bo lepiej byłoby pewne przeszkody na drodze zauważać z wyprzedzeniem.
Nawiązując do tematu notki: wychodzę ostatnio z pracy późno. Wczoraj około 20.00. Dziś może godzinę wcześniej. Inna sprawa, że przychodzę też do pracy dość późno, ale i tak spędzam tutaj więcej czasu niż wiele innych osób na takich samych stanowiskach. To pewnie dlatego, że w domu nie potrafię sobie znaleźć zajęcia (w pracy czasami też nie). Czytam namiętnie książki, ale ile można? Doszedłem już do tego, że z trzech książek Hermana Hessego wypożyczonych wczoraj, jedną przeczytałem wczoraj wieczorem, a dwie trzecie drugiej dziś rano. Do mojego nowego lokum zaglądam regularnie, ale nie mam na razie czasu na dokończenie malowania (zresztą chcę jeszcze odczekać i zobaczyć efekt próbnego malowania po jakimś czasie). A do tego męczy mnie to krążenie między dwoma mieszkaniami i pracą. Kiedy skończy się sesja, najchętniej przestałbym przychodzić do pracy (zwłaszcza, że zacznę urlop), ale tylko tutaj mam teraz dostęp do Sieci, co oznacza, że raz na jakiś czas muszę się tutaj zjawić. I kółko się zamyka.
Czekam niecierpliwie na OWRP, ale nawet z tego nie potrafię się cieszyć, bo podobno lipiec ma być upalny i burzowy. Bardzo burzowy. Ciekawe, jak to przeżyje mój namiot, a ja razem z nim? Na dodatek nie potrafię się skupić nad wyjazdem i pakowanie zacznę pewnie 48 godzin przed wyjazdem, jeśli nie później. Może to wystarczająca rezerwa czasu w przypadku mniej poważnego, krótszego wyjazdu, ale w tym wypadku przez dwa tygodnie moim domem będzie namiot, przez co wszelkie niedociągnięcia i braki w ekwipunku odczuję wyraźnie, jeśli nie wręcz boleśnie.
A za oknem rozpoczyna się już trzecie dzisiejszego dnia oberwanie chmury, choć pół kilometra dalej niebo jest prawie bezchmurne. Przyjdzie poczekać, aż się znowu natura wysika, bo w taki deszcz do domu nie wrócę.
Wystarczy jednak już na dziś pisania, bo jeśli napiszę jeszcze ze dwa akapity, to każdy z nich będzie w stylu "nic nie boli tak, jak życie", a po co mam się jeszcze dołować swoją własną twórczością.
Tagi: roman j
18:50, roman_j
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Mam już farbę. Na razie wziąłem litr, żeby wypróbować na ścianie, czy nie odlezie, no i jaki będzie ostateczny kolor. Zdecydowałem się jednak na żółć. Dziś przeprowadziłem próbę i na razie jestem zadowolony z efektu. Obawiałem się, że wyjdzie kolor w rodzaju "krew w moczu", bo ta czerwień jest naprawdę intensywna, ale na razie wygląda na to, że będzie dobrze.
Wczoraj wybrałem się do OBI. Głównie po to, żeby zobaczyć, jaki mają asortyment i ewentualnie po natchnienie do przyszłych prac remontowych. Obejrzałem ogrzewacze wody, ale żaden nie przypadł mi do gustu. W Internecie wcześniej znalazłem już junkersa firmy Junkers, na który chyba się zdecyduje, kiedy dojrzeję do rozpirzenia kuchni i zrobienia jej na własną modłę. A stanie to prawdopodobnie już niedługo, bo po lustracji istniejących rozwiązań w kuchni, nie wróżę jej ani sobie długiego żywota.
Obejrzałem też wykładziny i... się przeżegnałem zobaczywszy ceny. Taka, która mi przypadła do gustu, kosztowałaby mnie prawie cztery i pół stówy. Tymczasem za sto złotych mogę kupić szlifierkę do drewna, za pomocą której mógłbym wyremontować parkiet. Nawet doliczając koszt materiałów eksploatacyjnych i lakieru, pewnie wyszłoby taniej. No ale są tego rozwiązania dwa minusy: czas i czas. Pierwszy to czas konieczny do przeprowadzenia renowacji, a drugi to czas potrzebny do "kwarantanny" po lakierze, żeby przestał śmierdzieć, zanim się wprowadzę. Chociaż podobno są teraz takie lakiery, co wręcz pachną w czasie lakierowania (tak piszą na puszkach). Ale kto wie, co to znaczy. W końcu gdybym zatrudnił do malowania jakiegoś narkomana wąchającego klej, o też by mu pewnie pachniało.
Summa summarum miałem wczoraj dylemat, czy wydać prawie czterysta pięćdziesiąt złotych na kawał plastiku, którym przykryje prawdziwe drewno. A. na pewno wybrałby opcję renowacji, a nawet pozostawienie stanu istniejącego. Bardzo mu się spodobał mój parkiet, a szczególnie to, że widać na nim ząb czasu. Odpowiedziałem mu, że ja też lubię chodzić do muzeum, ale niekoniecznie chciałbym w muzeum mieszkać i gotów jestem specjalnie dla niego zachować ten parkiet w stanie nienaruszonym pod wykładziną (wtedy jeszcze nie wiedziałem, ile ona kosztuje). I chyba tak ostatecznie zrobię. Po przespaniu nocy i po obejrzeniu w Sieci strony Komfortu doszedłem do wniosku, że tak będzie lepiej. Taka wykładzina jest na tyle trwała, że poleży dobrych kilka lat, więc się zamortyzuje. A do parkietu zawsze będę mógł kiedyś wrócić.
Parkiet to jest zresztą kolejny przykład marzenia, o których pisałem jakiś czas temu, to znaczy takiego, które nieopatrznie się spełniło i niekoniecznie mnie to teraz cieszy. Kiedy byłem małym chłopcem (hej!) marzyła mi się w mieszkaniu drewniana podłoga. Dziwne to marzenie, ale kto by się doszukiwał racjonalności w dziecięcych marzeniach. Taka podłoga wydawała mi się jednak wtedy szczytem nieosiągalnego luksusu. Tak interpretowałem rozmowy dorosłych, w których czasami przewijało się słowo "parkiet". Ale w tamtych czasach towarem luksusowym była przecież także rolka papieru toaletowego, choć o tym na szczęście marzyć nie musiałem, bo miałem ten luksus w domu. W ogóle marzyłem o tym, żeby mieć całe mieszkanie wyłożone drewnem. To chyba miało jakieś psychologiczne podłoże, którego jednak nie będę tu i teraz roztrząsał. Dość jednak stwierdzić, że to marzenie o parkiecie dość mocno wdrukowało się w moją psychikę. Teoretycznie więc powinienem być teraz w siódmym niebie, skoro w moim przyszłym lokum mam parkiet prawie wszędzie poza wucetem. Jednak chyba wyrosłem już z tego marzenia, a poza tym, jak zwykle w zderzeniu z twardą rzeczywistością, okazało się, że to, o czym marzymy, ma też swoje wady. Nie inaczej jest w tym przypadku. Dlatego jestem zdecydowany przykryć ten parkiet wykładziną przynajmniej w jednym pokoju. W drugim może się pobawię w jego renowację (i przy okazji przetestuję te pachnące lakiery). Co do kuchni i przedpokoju, jeszcze nie podjąłem decyzji, ale tu nie ma pośpiechu. W kuchni i tak muszę zrobić najpierw poważniejszy remont instalacji związany z wymianą junkersa na nowy. Chciałem to trochę odwlec w czasie, ale wygląda na to, że się nie da.
Tagi: roman j
17:13, roman_j
Link Komentarze (5) »
sobota, 23 czerwca 2007
Poranek tego dnia był bardzo zimny. Rano wychodząc z domku stwierdziłem nawet, że jest dziwnie zimno jak na maj. Pomyślałem nawet, że przydałyby się rękawiczki i zaraz stwierdziłem, że chyba się starzeję, skoro w maju chciałbym jeszcze nosić rękawiczki. Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że tej nocy był w Polsce kilkustopniowy mróz. Wtedy nad Głębokim o tym nie wiedziałem, bo nie słuchaliśmy prognozy pogody.
Po śniadaniu i spakowaniu maneli do samochodu, które ledwo się w nim zmieściły, opuściliśmy gościnny ośrodek nad Głębokim i ruszyliśmy w stronę Nowego Tomyśla. Dzień zaczęliśmy po bożemu, bo od zwiedzenia opactwa cystersów w Gościkowie-Paradyżu. Zanim rozpoczęliśmy zwiedzanie, drogą eliminacji wyłoniliśmy spośród siebie przedstawiciela, który poszedł zasięgnąć języka na temat możliwości obejrzenia tego przybytku. Padło na R., bo uznaliśmy, że jest z nas wszystkich najbliżej kasty kapłańskiej i wie najlepiej jak rozmawiać z duchownymi. Czekaliśmy na efekt negocjacji na tyle długo, że zaczęliśmy wątpić w zdolności negocjacyjne naszego wysłannika. W końcu jednak dał nam znać i wygramoliliśmy się z samochodu.
Czekał na nas kleryk imieniem Marcin. Całkiem sympatyczny, ale jakby nieco niedoinformowany. Opowiadał nam o opactwie dość pobieżnie, a kiedy próbowało się go pociągnąć za język, okazywało się, że nic więcej poza tym, co powiedział, nie wie. A i przy tym się często zacinał używając przerywników w rodzaju "yyyy". Zwróciłem jeszcze uwagę na to, że bardzo często używał słowa "radość" dodatkowo wzbogacając go o przymiotnik "wielka", zwłaszcza kiedy mówił o sobie i o pobycie w seminarium. Wielką radością jest to, że tu jest i wielką radością jest to, że za tydzień wyjedzie stąd na tydzień. Nic tylko nieustająca wielka radość. Można by uznać, że "radość" to jego drugie imię. Tak mi ta radość dźwięczała w uszach, że po wyjściu z opactwa miałem ochotę na cały głos wyryczeć piosenkę "Radość" Elektrycznych Gitar.
Po zwiedzeniu opactwa ruszyliśmy dalej do Trzciela. Na miejscu znów wysłaliśmy R. na negocjacje, bo chcieliśmy zostawić samochód na księżowskim podwórku. Tym razem R. miał o tyle ułatwione zadanie, że w miejscowości tej bywał na koloniach z ministrantami. Tym razem negocjacje przebiegły gładko, choć podobno od czasu, kiedy tam był ostatnio, zmieniła się obsada. Ale udało się załatwić naszą prośbę pomyślnie. Zostawiwszy samochód i odwiedziwszy jeszcze po drodze sklep ruszyliśmy na spacer nad jezioro Konińskie. To był spacer wspomnień R., który kilkakrotnie spędzał tutaj część wakacji. Plaża nad jeziorem była wyludniona, jeśli nie liczyć psa. Weszliśmy na pomost, który nadgryziony został zębem czasu, po czym, mimo niewielkiego załamania pogody, z braku lepszych pomysłów postanowiliśmy kontynuować wycieczkę.
Poszliśmy przez las. Prowadził Przodownik Turystyki Pieszej nr 10479, czyli R. Nie wiem, gdzie chciał nas doprowadzić, ale podobno wyszliśmy z lasu jakieś pół kilometra dalej niż mieliśmy. Na szczęście szybko udało się określić na mapie nasza aktualną pozycję i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną do miasteczka. Pod drodze trafiliśmy na ciekawy mostek w konstrukcji stalowo-drewnianej: pomost był drewniany, a konstrukcja nośna stalowa. Oczywiście poprosiłem B. o jego gruntowne obfotografowanie. Poniżej prezentuję jedną z fotek. Ten gość, który się skrada na dole, to ja.
 

Po powrocie do Trzciela zrobiliśmy jeszcze tylko zakupy w miejscowym sklepiku i pojechaliśmy do Nowego Tomyśla, gdzie został zaplanowany kolejny nocleg. Nasze zmęczone ciała i skołatane dusze mieliśmy złożyć na noc w przybytku o wdzięcznej nazwie Mini Hotel u Jagusi. Nazwa sympatyczna, ale z początku jakoś nie wzbudziła we mnie zaufania. Na miejscu jednak okazało się, że niesłusznie, bo warunki były bardzo dobre. Zanim jednak znaleźliśmy się na miejscu, pobłądziliśmy trochę po Nowym Tomyślu. W pewnym momencie o mało nie wyjechaliśmy na miejscowy deptak w centrum, który nazywa się Deptułką.
Na szczęście trafiliśmy w końcu do celu i to nawet jeszcze przed zmrokiem. Zdążyliśmy się jeszcze rozpakować i ruszyć na miasto na kolację. Trafiliśmy do lokalu o nazwie Ramona. Siedliśmy sobie przy dużym stole w oddzielonej od reszty lokalu wnęce, która nasunęła skojarzenia z miejscem narad lokalnego półświatka: dyskretna, cicha i z dobrym oglądem sali i możliwością zamówienia piwa bez wychodzenia przed bar. Obejrzeliśmy kartę i złożyliśmy zamówienia, po czym okazało się, że musimy poczekać, bo kucharz wyszedł po mąkę. Trochę się naczekaliśmy, ale za to porcje nam to wynagrodziły. Aż za mocno. Ja zamówiłem naleśnik na piwie z gulaszem i dostałem taką porcję, że kiedy dopychałem widelcem w gardle ostatnie kęsy, na pierwszych już siedziałem. Najadłem się na dwa dni, dlatego następnego dnia ogłosiłem post, ale o tym napiszę w następnej notce.
Tego samego dnia wieczorem włączyliśmy telewizor, żeby obejrzeć pilota serialu "Dylematu 5", żeby ocenić, czy warto obejrzeć kolejne odcinki. Mnie po obejrzeniu tego pierwszego żałość wielka ogarnęła i niestrawność. To, że "Ryś" jest nędzną kontynuacją "Misia", to pół biedy, bo "Dylematu 5" tak się ma do pierwowzoru, jak stary Mostowiak z "M jak Miłość", do Balcerka z "Alternatywy 4". Dno i dwa metry mułu. Bez żalu darowałem sobie resztę tego serialu.
 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape