O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
sobota, 28 czerwca 2008
     Ci z czytelników, którzy znają to hebrajskie słowo, którego użyłem w tytule mojej kolejnej notki, na pewno domyślają się już, o czym będę pisał. Nawet czuję się trochę zawstydzony schematycznością powiązania tematu z tytułem. Ale może nie ma tak wielu wiedzących o co chodzi wśród moich czytelników i będę mógł przynajmniej niektórych znęcić tym słowem i tym wstępem do dalszej lektury.
     Żeby dłużej nie trzymać w niepewności tej drugiej grupy czytelników (tak na marginesie, to jest zabawne, kiedy w swym zadufaniu zakładam, że mam tylu czytelników, że mogę ich dzielić na grupy) napiszę, że czytam właśnie "Na wschód od Edenu" Johna Steinbecka i do napisania tego notki skłonił mnie jeden fragment tej książki, który zresztą odbija się w niej później kilkakrotne echem.
     Sama książka bardzo mi przypadła do gustu. Niedawno zastanawiałem się, czy w ogóle są takie książki, które mi do gustu nie przypadają, ale tuż przed obecną lekturą trafiłem na taką, która była jak kamyk w pachnącym miękiszu swieżego chleba: zazgrzytała na zębach, kiedy się tego w ogóle nie spodziewałem, bo poleciłą mi ją Biblionetka i to z dużą wysokim poziomem zaufania do tej rekomendacji. Może ta pomyłka dowodzi, że nie jestem tak statystycznym czytelnikiem, jakim mnie widział tamtejszy algorytm.
     Wracając do książki, to jest tam taki fragment, w którym bohaterowie pochylają się nad jednym wersem z Księgi Rodzaju. To jest wers Rdz 4,7. Bóg rozmawia tam z Kainem i mówi mu o grzechu, który czai się na progu. Bohaterowie zauważają, że ten wers jest różnie tłumaczony. Raz Bóg mówi Kainowi, że "będziesz nad nim [czyli grzechem] panował", a raz, że "musisz nad nim panować". Brzmi podobnie, ale można to zrozumieć tak, że pierwsze tłumaczenie oznacza gwarancje Boga, że tak świat jest urządzony, że człowiek będzie panował nad grzechem nie dając mu sobą zawładnąć, a drugie tłumaczenie oznacza, że człowiek ma nakaz od Boga panowania nad grzechem. Tymczasem bohaterowie książki Steinbecka kilkanaście stron dalej dowiadują się, że w hebrajskim oryginale Genesis w wersie tym użyte jest słowo "timszel", którego najwierniejszym tłumaczeniem jest "możesz nad nim panować". To znaczy, że jest to w Twoich możliwościach, ale to Ty sam zdecydujesz, czy zapanujesz nad grzechem, czy nie.
      Tak mnie ten pasus zainteresował, że zajrzałem do Internetu, żeby sprawdzić, jak rzeczywiście brzmi ten fragment i czy to prawda z tymi różnicami w przekładach, czy tylko fikcja literacka (podejrzliwy się zrobiłem po lekturze "Innych pieśni" Jacka Dukaja). Po niezbyt długim szperaniu w Internecie znalazłem trzy różne tłumaczenia! Dwa z nich są takie, jak napisał Steinbeck, a trzecie było zapisane w formie pytania "a czy Ty nad nim zapanujesz?" Początkowo nie dotarłem do oryginału, bo nie przyszło mi do głowy, żeby wpisać słowo "timszel" do wyszukiwarki. Ale wpadłem na ten pomysł teraz i znalazłem ciekawą stronę wśród wyników. Nie będę jej streszczał. Kto chce, niech sobie przeczyta. A ja tylko na koniec napiszę, że polecam książkę Steinbecka. I to nie ze względu na ten interesujący motyw. Jest w tej książce wiele mądrości i przenikliwości w opisie tego, co ludziom w duszy gra. A myślę, że wiedzy na ten temat nigdy dość.
Tagi: roman j
23:27, roman_j
Link Komentarze (29) »
czwartek, 26 czerwca 2008
     Mój ojciec mawiał w takich sytuacjach: "jak nie urok, to sraczka albo przemarsz wojsk".
     Urok chyba padł na moje wino, bo wczoraj wieczorem zdechło. Podjąłem natychmiastową reanimację. Zlałem moszcz spod osadu i przelałem do innego balona. Przelałem gorącą wodą osad, żeby wypłukać z niego jeszcze to, co warto i wytłuc ewentualnie to, co mogłoby moje wino zepsuć. Dodałem resztę cukru i zaszczepiłem całość nową porcją drożdży (tym razem bez bawienia się w przygotowywanie matki drożdżowej). Ożyło. Początkowo nieśmiało, ale dziś już raźniej bulgoce.
     Sraczka dopadła moją kocicę. Co zaskakujące, przypadłość tą wywołuje u niej żarcie z torebki marki Whiskas. Żeby było jeszcze śmieszniej, to żarcie z torebki typu Kitekat wywołuje u niej zaparcia. Czyli chyba muszę ją na zmianę karmić raz jednym raz drugim. A może wrócę do sprawdzonego i zarzuconego patentu karmienia jej nereczkami. Po nich przynajmniej nie miała żadnych sensacji żołądkowych, tyle tylko, że nie pachniało to "danie" zbyt ładnie (choć kotce ten zapach bynajmniej nie przeszkadzał).
     Przemarszu wojsk nie było, ale za to zdarzyło się inne nieszczęście. Inaczej tego nazwać nie mogę, kiedy 15 osób pisze zaliczenie i 15 osób nie potrafi go napisać przynajmniej na ocenę 3,0. Po wstępnej selekcji miałem jeszcze nadzieję, bo do dalszych rozgrywek przeszło 8 osób, ale kiedy zacząłem ich prace sprawdzać dogłębniej, po kolei gasły szanse na jakąś pozytywną ocenę. Kilka osób było blisko. Kibicowałem im w duchu, żeby tym razem im się udało, ale niestety bez efektów. Będzie jeszcze jedna, ostatnia szansa we wrześniu. Komu się nie uda, będzie powtarzał semestr. Motywacja silna, dwa miesiące wakacji do nauki, a jak znam życie, we wrześniu znów będzie rzeź. Choć są pewne symptomy, że niektórzy poważnie się wzięli do roboty. Widzę znaczne postępy, ale wciąż jeszcze za małe. Niektórzy w przyspieszonym tempie dojrzewają. Ale są i tacy, którzy wciąż jeszcze na coś liczą. Nie wiem, na co. Na fart? Na moje zmęcznie nimi? Na moją litość? Na jakiś przekręt? Jeśli nadal będą na to liczyć, to zobaczymy się za rok albo już wcale.
     A teraz diametralna zmiana tematu, żeby było ciekawiej. Niedawno trafiłem w Sieci na polską odpowiedź na Jozina z Bazin (warto obejrzeć do końca). Ten "teledysk" przyprawił mnie o opad szczęki, zmieszanie pomieszane z rozbawieniem i kilka innych nietypowych reakcji (może poza torsjami i konwulsjami). Przez kilka dni wydawało mi się, że Gracjan Roztocki człowiekiem nieszablonowym jest. Niekoniecznie jest to komplement. Ale wczoraj siedząc przy laptopie wysłuchałem nadawanej w telewizji porcji reklam i dwie z nich skierowały moje myśli w stronę Gracjana. Najpierw usłyszałem reklamę "Monte dziecka czas", a zaraz po niej była reklama "Pampers Sleep&Play". Obie te reklamy, kiedy się w nie wsłuchać, prezentują poziom zbliżony do podlinkowanego wyżej filmu. Przynajmniej pod względem literacko-muzycznym, bo warstwy wizualnej nie podejmuję się porównywać. I co jest w tym najzabawniejsze, to fakt, że na produkcję tych reklam ktoś wydał grube pieniędze. Niepotrzebnie. Można było poprosić Gracjana. Wyszłoby taniej. Może tylko emisję reklam trzeba by przesunąć w telewizji na późne godziny nocne ze względu na wyraźną skłonność tego filmowca-amatora do eksponowania swojego nagiego ciała nie wyłączając przyrodzenia. ;)
Tagi: roman j
23:59, roman_j
Link Komentarze (19) »
środa, 25 czerwca 2008
     Kilka razy narzekałem w blogu na poziom przygotowania studentów, których uczę i sądziłem, że braki te wynikają z braku nawyku uczenia się oraz że powstały już w czasie studiów. Co prawda w kilku przypadkach doszedłem do wniosku, że ktoś znalazł się na studiach przez pomyłkę, ale były to przypadki jednostkowe. Generalnie uważałem, że sytuacja nie jest beznadziejna. Aż do dzisiaj.
     Idąc dziś na uczelnię, żeby przeprowadzić piąte (sic!) podejście do zaliczenia obrony jednego z projektów spotkałem TZ. Zażartowałem, że idę zrobić rzeź, na co on uraczył mnie taką opowieścią, że szczęka mi opadła. Myślę, że wielu moim czytelnikom ona też opadnie.
    Mowa była o zaliczeniu z logiki. Jednym z zadań było uzupełnienie formy zdania o odpowienie słowa tak, żeby otrzymać zdanie prawdziwe. Forma był następująca: "Każde P jest S". Czyli przykładowe poprawne rozwiązanie brzmi: "Każde drzewo jest rośliną". I wyobraźcie sobie, że po 12 latach edukacji, ludzie w wieku lat 20, czyli mający już jakiś własny rozum, potrafią napisać: "Każda maszyna jest samolotem" albo "Każdy pies jest człowiekiem".
    Diagnoza jest jedna. Obecny system edukacji masowo wypuszcza kretynów. To jest, jak to określił TZ, kataklizm. Ale kataklizm, którego nie widać, bo nic się nie trzęsie, nic nie zalewa, nie ma ofiar w ludziach. Zresztą może nawet nikt tego kataklizmu nie chce zobaczyć, bo wygodniej jest udawać, że nic złego się nie dzieje.
    Nie posądzam polityków o aż tak złą wolę, ale nie mogę nie stwierdzić, że kretynami łatwiej się rządzi. Kretynom łatwiej jest coś wmówić i łatwiej jest coś sprzedać. Pewnie nie o to chodziło, ale w efekcie do tego to się sprowadzi.
Tagi: roman j
17:31, roman_j
Link Komentarze (17) »
wtorek, 24 czerwca 2008
     Lenistwo walczy we mnie o lepsze z chęcią do pracy. Na razie w tej walce jest remis, co jest chyba najlepszym wynikiem. Dzięki temu czas na odpoczynek przeplatam pracą i robię wszystko, co planowałem zrobić, a nawet udaje mi się nadrobić drobne zaległości.
     Dziś jest ostatni dzień dłuższej przerwy w mojej sesji. Od soboty do dziś nie miałem wyznaczonego żadnego terminu konsultacji, ani zaliczenia, a na uczelni pojawiłem się tylko dziś późnym popołudniem, żeby wywiesić wyniki sprawdzonych prac. Zostało mi jeszcze kilka projektów do sprawdzenia, ale to zostawiam sobie na dziś wieczór i na jutrzejsze przedpołudnie.
     Dziś są też imieniny moich rodziców. Ojcu z tej okazji uporządkowałem grób, choć świętowanie imienin zmarłych (i podobnych tego typu świąt) wydaje mi się nieco makabryczne. Jestem głęboko przekonany, że po śmierci z człowieka pozostaje tylko to, co widać i żadna dusza nie ulatuje w zaświaty. Naiwna wiara w to, że jest inaczej, pewnie wielu ludziom przynosi niejaką ulgę po stracie najbliższych. Choć może uczciwiej byłoby powiedzieć sobie, że ten czy ów był, ale już go nie ma i nigdy nie będzie. Ta sama wiara usprawiedliwia też zwykle ludzkie skurwysyństwo. To w jaki sposób traktujemy innych, to dlaczego nie chcemy reagować na niesprawiedliwość czy cudze złe występki (zakładamy, że cierpiący odbiorą swoją nagrodę na tamtym świecie, a sprawców ich cierpień spotka zasłużona kara). Tylko wiarą (swoją lub cudzą) w życie pozagrobowe można usprawiedliwić mord, zwłaszcza na tle religijnym. Można go nawet ubrać we wzniosłe szaty "powołania do nowego życia". Tylko człowiek wmawiający innym, że jest jakieś życie po tym ziemskim mógł wydać podległym sobie żołnierzom dyspozycję: "Zabijcie ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich". A co jeśli był w błędzie? Jeśli nie ma żadnego Boga i innego życia? Gdyby ludzie nie wierzyli w życie po śmierci i uważali, że jedynym życie, jakie mają, jest to doczesne, prawdopodobnie szanowaliby je bardziej i staraliby się żyć tak, żeby sobie i innym go nie zohydzać. Ale może jestem naiwny w swej wierze w ludzkość. Poza tym utopią jest świat bez wiary w życie pozagrobowe, bo musiałby to być świat bez religii, bo nie ma chyba takiej, która by jakiejś formy dalszego bytu po śmierci nie zakładała. Wszystkie mają to w swojej ofercie niezależnie od tego, jak zróżnicowany jest pakiet ich usług dla ludzkości. Pomysł był może nie najgorszy: dobrym życiem zasługujesz sobie człowieku na dobry byt pośmiertny. Tylko, żę ten geniusz, który wpadł na ten pomysł jak zwykle potknął się o ludzką słabość - ludzie wolą odbierać swoją nagrodę tu i teraz niż czekać na nią aż do chwili śmierci. Tego niestety chyba żadna religia w swoich rachubach nie bierze pod uwagę. A szkoda. :)
     Ale dość tej dygresji. Wracam do tematu stwierdzeniem, że od jutra zaczyna mi się znowu orka. Dzień w dzień aż do soboty włącznie. Ze sprawdzaniem to nawet do poniedziałku pewnie. Ale potem już wakacje, których pierwszy tydzień może być jeszcze pracowity.
     Miałem jeszcze trochę popisać i nawet rejestrowałem w ciągu dnia różne drobne zdarzenia, o których chciałem coś napomknąć. Ale jakoś odeszła mi ochota. Wciąż czeka jeszcze mnie spora sterta projektów do sprawdzenia. A potem może znajdę jeszcze chwilę czasu na lekturę "Na wschód od Edenu" Steinbecka.   
     I to jest punkt wyjścia do kolejnych rozważań, na które nie mam już dziś ochoty: czy siedzenie cały dzień w Sieci jest mniej, bardziej czy równie szkodliwe dla, ujmując to wzniośle, duszy niż spędzanie całych dni na lekturze? Jako bibliofil stwierdziłbym, że zdecydowanie mniej, ale uczciwie przyznam, że u podstaw obu tych aktywności leży ta sama motywacja - niechęć do zajęcia się tym, co jest do zrobienia i chęć dostarczenia sobie rozrywki. I w gruncie rzeczy zaczynam myśleć, że trawienie czasu na czytanie książek nie jest wcale bardziej wzniosłym zajęciem niż trawienie go na surfowanie w Sieci. Choć takie myśli przychodzą mi do głowy tylko wtedy, gdy próbuję zdobyć się na odrobinę obiektywizmu. W głębi duszy i tak pewnie książki będę uważał za szlachetniejszą formę zagospodarowywania nadmiaru czasu. :)
Tagi: roman j
21:43, roman_j
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 czerwca 2008
     Zanim przejdę do szczegółowego opisu morderstwa, chciałbym uwagę zainteresowanych czytelników na krótką (a może dłuższą) chwilę skierować w zupełnie inną stronę.
     Ta dygresja nie była przeze mnie zaplanowana, ale myślę, że czytelnicy wybaczą mi, że na chwilę skieruję ich uwagę na wywiad z Gazety, który przeczytałem tuż przed napisaniem tej notki. Będzie to nawet z mojej strony pewna konsekwencja, bo wywiad dotyczy religii, a akcenty religijne pojawiają się moim blogu ostatnio dość często, choć mam poczucie, że dzieje się to nie do końca zgodnie z moimi intencjami.
     Wracając jednak do powyżej podlinkowanego wywiadu chciałbym zachęcić wszystkich moich czytelników, niezależnie od ich stosunku do wiary, kleru i instytucji kościelnych, do lektury. Znajdziecie tam poglądy, które w ustach katolickiego księdza brzmią wręcz niewiarygodnie. Przynajmniej dla Polaków. Nie ukrywam, że liczę na to, że niektórych znajdujące się tam wypowiedzi dźgną w tyłek (głównie praktykujących, choć niekoniecznie wierzących). Może kogoś skłonią do refleksji (głównie wierzących i praktykujących). A może kogoś natchną nadzieją, że może być inaczej (głównie wierzących i niepraktykujących). Pewnie też niewierzący czy wręcz wrogowie religii poczują nić sympatii do tego księdza, który mówi: "Wychodzę z założenia, że posłaniem każdego - wierzącego czy nie - jest być dobrym. To jest najważniejsze. Niektórzy mają jeszcze to szczęście, że otrzymali dar wiary. Ale to nie oznacza, że są lepsi od niewierzących." Poniżej jeszcze dwa cytaty na zachętę. Mam nadzieję, że Gazeta.pl mnie nie będzie cenzurować za ich publikację.
     Kiedy czułem się jeszcze związany z instytucją Kościoła Katolickiego, wtedy tym, co mnie zniechęcało, była kościelna masówka. Ten tryumf ilości nad jakością. Zupełnie, jakby najważniejsza była statystyka, a nie wiara czy życie zgodne z Ewangelią czy Dekalogiem. I proszę, okazuje się, że można myśleć inaczej: "- Z moich doświadczeń wynika, że w przypadku wiary ilość nie ma żadnego znaczenia. Jeśli my, katolicy, mamy być solą ziemi, wystarczy nas szczypta, prawda? W Polsce jest przesolone albo nawet przepieprzone..."
     I ostatni cytat tym razem ze wzmianką o moim ulubieńcu Toruńskim Radiopierniku: "(...) Inna sprawa, że im więcej liberalizmu, tym twardszy konserwatyzm. Po '89 roku w Czechach wielu katolików myślało, że nagle życie religijne ożyje. Gdy tak się nie stało, zrzucili winę na Sobór Watykański II. Teraz, gdy papież Benedykt pozwolił wrócić do mszy trydenckiej, to złapali wiatr w żagle. Mnie konserwatyści nie przeszkadzają, tylko żeby nie narzucali swojej wizji jako jedynej prawdy. Takie Radio Maryja to przykład tego, co się dzieje się, gdy ktoś poczuje, że jest posiadaczem prawdy. Ks. Rydzyka Bóg już pokarał: dał pieniądze i odebrał rozum."
     A teraz, po tym przydługim wstępie, wracam to tematu. Otóż zamordowałem dziś do południa 3,5... kilograma truskawek. Corpus delicti zbrodni znajduje się teraz w baniaku i maceruje się z dodatkiem cukru oraz enzymów rozkładających pektyny. Będzie się tak macerował do jutra, kiedy to dodam do niego matkę (drożdżową, nie moją). A potem będę trzymał kciuki, żeby wyszło z tego dobre, mocne winko.
     Jeśli ktoś jest zdania, że przesadziłem z tytułem, to spieszę donieść, że efekt mojej pracy w tej chwili przypomina zawiesinę poszarpanych tkanek zanurzonych w krwistoczerwonej, tętniczej posoce. Skojarzenia nasuwają się same. Kolor udało mi się zachować dzięki dodaniu 10 g kwasku cytrynowego, który zapobiega ciemnieniu owoców. I teraz nie mogę się napatrzyć na zawartość balonu. Jeśli będziecie kiedyś kręcić film i będziecie potrzebować czegoś, co mogłoby naśladować krew, to polecam zmiażdżone truskawki z domieszką kwasku cytrynowego. Oskar murowany. :) Inna sprawa, że udało mi się kupić naprawdę dobre truskawki. Duże i bardzo dojrzałe. Nawet te mniej dojrzałe były calutkie czerwone. Jedynie może nieco mniej intensywnie. Warto było zerwać się wcześnie z łóżka i wybrać się na giełdę. :)
     Co prawda zakładam, że kiedy ktoś chce znaleźć przepis na wino, to raczej nie będzie go szukał w moim multitematycznym blogu, ale mimo wszystko dla ciekawych podam kilka faktów dotyczących wykonanych już czynności, czynności planowanych i proporcji składników.
     Otóż na 5 l wina wziąłem 3,5 kg przebranych i umytych truskawek bez szypułek. Przy okazji przekonałem się, że najlepszym urządzeniem do odszypułkowania jest... szczęka. Żeby nie zniechęcać do ewentualnej degustacji (może ktoś będzie miał okazję) dodam, że do ust brałem szypułkę, a nie owoc, więc fermentacja nie będzie wspomagana przez znajdujące się w ustach enzymy trawienne rozkładające cukier. :)
     Po zmiażdżeniu truskawek dodałem do nich na razie 0,75 litra wody i 65 dag cukru. Do tego wspomniane wcześniej 10 g kwasku cytrynowego oraz Pektopol (ok. 2 ml). Do tego w słoiku rozrobiłem ok. 4 g pożywki dla drożdży z niewielką ilością moszczu i zaszczepiłem to matką drożdżową. Jutro połączę to z nastawem. Docelowo zamierzam dodać jeszcze 55 dag cukru i wody tyle, ile będzie trzeba, żeby wyszło 5 l wina. Nie wiem, jak długo pozwolę nastawowi fermentować razem z miazgą truskawkową, ale myślę, że nie dłużej niż tydzień. Czyli za tydzień odsączę osad, dodam cukier oraz resztę wody i niech drożdże robią, co do nich należy. :)
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape