O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

Regres dotknął mój blog. To widać, więc może nie warto o tym pisać, ale pisząc o tym sygnalizuję, że jestem tego świadom. Zaradzać temu nie zamierzam. Sytuacja musi się sama wyklarować. Są symptomy, że może być lepiej, ale czegoś brakuje. Dziś na przykład miałem chęć i pomysł na napisanie notki po lekturze artykułów z Gazety dotyczących mojej działki - świata akademickiego, jakości wykształcenia, itp. Miałem tę notkę już w głowie, "przegadałem" ją sobie w myślach idąc do pracy. Podobała mi się. Ale niestety, nie kułem żelaza, póki było gorące i teraz gdzieś mi te zgrabne zdania pouciekały. Trochę szkoda. Widocznie jeszcze nie tym razem.

Pogoda tymczasem zrobiła się uciążliwa. Wysoka temperatura i duża wilgotność, kiedy występują razem, są wyjątkowo trudne do zniesienia. Wychodzę na ulicę i robię się od razu mokry. W powietrzu jest tyle wilgoci, że mam wrażenie, że gdyby temperatura spadła o kilka stopni, otoczyłaby nas gęsta mgła.

Sesja na szczęście ma się ku końcowi. Dziś wreszcie nadrobiłem zaległości i jestem na bieżąco. Sprawdziłem jeszcze ostatni egzamin, a jutro mam ostatnie w tej sesji konsultacje. Zadowolony jestem umiarkowanie. Ostatni egzamin poszedł studentom słabo, co ma o tyle przykre konsekwencje, że więcej ich pojawi się we wrześniu i będzie więcej pracy ze sprawdzaniem kolejnych ich dokonań.

Ja się pracy nie boję, ale kiedy obcuję zbyt często z dowodami cudzej ignorancji, to zaczynam odczuwać zniechęcenie. Niektórzy studenci przychodzą na egzaminy i zaliczenia z założeniem, że może im się uda. Nie jest to wtedy dla nich żaden wysiłek coś napisać (to widać po poziomie tych prac). Ale dla mnie jest to wysiłek, żeby sprawdzić i ocenić to, co napiszą. Wysiłek zwykle owocujący perspektywą kolejnej porcji równie światłych dokonań intelektu. Każda kolejna dwója wystawiona tej samej osobie oznacza marnotrawienie mojego czasu. Dlatego teraz nie prowadzimy już z W. strategii "zaliczeń aż do skutku". Skoro niektórym w zeszłym roku nie wystarczyło do tego siedem terminów, to i czternaście mogłoby być mało. W końcu nie każdy musi mieć ukończone studia. I właśnie to miała być myśl przewodnia mojej notki, o której wspomniałem na początku.

A skoro mowa o studentach, to w związku z zupełnie inną sferą mojej działalności ukułem sobie powiedzenie, czym różni się praktykujący inżynier od studenta politechniki (na moim własnym przykładzie). Otóż student w ramach jednego projektu ma zrobić to w ciągu całego semestru, co inżynier niekiedy musi zrobić w ciągu doby. I żeby było ciekawiej, zdarza się i tak, że obaj startują do swojego zadania z takim samym poziomem wiedzy na temat sposobu jego realizacji. :)

Tagi: roman j
00:43, roman_j
Link Komentarze (6) »
sobota, 27 czerwca 2009

Sezon truskawkowy w pełni, więc może warto kilka słów poświęcić tym owocom. Najlepiej na własnym przykładzie. :)

Truskawki lubię i jadam najchętniej świeże. Lubię je tak bardzo, że często jem je kompulsywnie. A mechanizm tego jedzenia jest następujący.

Widzę naczynie pełne dojrzałych, umytych truskawek. Mam w pamięci wzorzec smaku Idealnej Truskawki. Podchodzę biorę jeden z owoców i zamierzam rozkoszować się jego smakiem, a tutaj... zonk. Truskawka nie smakuje tak, jak powinna. Zwykle jest za bardzo kwaśna jak na swój kolor. Najbardziej zdradliwe są te owoce, które są calutkie ciemnoczerwone. Te obiecują rozkosz smaku, a często okazują się nijakie.

Po pierwszej porażce myślę sobie, że druga truskawka na pewno będzie lepsza. Staranniej ją też wybieram. Biorę do ust i... co u diabła, znowu kwaśna. Wkurzony z lekka sięgam po trzecią, czwartą, przy dziesiątej przestaję już nawet je wybierać, bo okazuje się, że wygląd nijak się ma do smaku i smaczniejsze są często te mniej dojrzałe z wyglądu. Przy piętnastej przyspieszam, bo zaczyna mi w głowie świtać myśl, że nie zjem dzisiaj ani jednej truskawki, która smakować będzie tak, jak powinna (według mnie). W końcu z kilograma truskawek zostają marne resztki, a ja odchodzę objedzony, ale nieustatysfakcjonowany.

Myślicie, że gdybym znalazł taką odpowiednią truskawkę, to bym się zatrzymał? Ale gdzie tam, szukałbym następnej. Tylko naczynie pełne Idealnych Truskawek jest mnie w stanie powstrzymać przed wchłonięciem zbyt dużej ich liczby. Zaspokojony od razu i do tego wielokrotnie mógłbym się zatrzymać po kilkunastu sztukach zakładając, że pozostałe są równie dobre i mogę sobie je zostawić na później.

A skoro pisałem o tym, że truskawki są nieraz zdradliwe, bo wyglądają smakowicie, ale smakuje nijak, to wczoraj miałem lekcję poglądową, że sa truskawki i "truskawki". Wracając z pracy do domu przechodziłem niedaleko chłodni i zaleciał mnie stamtąd intensywny zapach truskawek. Aż kusiło, żeby tam pójść i je pojeść. Natomiast w domu wszedłem po ciemku do kuchni i zanim zapaliłem światło, wciagnąłem głęboko powietrze. Pomyślałem sobie, nie ma truskawek, bo nic nie czuć. Włączyłem światło i widzę całą salaterkę ciemnoczerwonych, dorodnych owoców. Jednak węch mnie nie zawiódł. W smaku żaden z tych owoców nie przypominał truskawki. Właściwie to niczego nie przypominał. Nawet ogórki bywają bardziej wyraziste.

Tagi: roman j
15:31, roman_j
Link Komentarze (12) »
środa, 24 czerwca 2009

Szedłem dziś do sklepu po mąkę do pieczenia chleba, kiedy na mojej drodze stanął ślimak. Właściwie to nie stanął, bo szedł, ale ponieważ szedł bardzo wolno, więc właściwie stał.

Taki ślimak to niby nic wielkiego. Po ostatnich deszczach co rusz widuję ślimaki spacerujące po chodnikach. Kiedy jednak spojrzałem na tego akurat osobnika, w jednej chwili poznałem jego przyszłość. Wiedziałem, że zmierza on mozolnie i nieuchronnie ku swojemu tragicznemu przeznaczeniu.

Nie, nie jestem jasnowidzem. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć, co spotka ślimaka, który zmierza w kierunku bardzo ruchliwej jezdni z trzema pasami ruchu. Jego szanse na przeżycie kolejnych kilku godzin były bliskie zeru.

Widok ślimaka, który mozolnie zmierzał ku swojemu przeznaczeniu nastroił mnie tak jakoś filozoficznie (a może to pogoda?). Pomyślałem sobie, że ten zwierzak nie wie, że idzie wprost na spotkanie swojej śmierci i może gdyby to wiedział, to by zawrócił. Ale nie wie i się nie dowie. Z co najmniej dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy jest taki, że ślimak nie ma świadomości. Drugi jest natomiast taki, że z jego ślimaczej perspektywy nie widać tego, co widać z perspektywy człowieka. Wrócę jeszcze do tego kawałek dalej. Przyszło mi jeszcze do głowy, że mogłem bardzo łatwo zmienić jego los. Ale było już na to za późno, bo już go minąłem, a wracać się nie myślałem.

Poszedłem dalej i nie myślałem już o tym. Doszedłem do sklepu, zrobiłem zakupy i ruszyłem z powrotem do domu. I traf chciał, że w drodze powrotnej, kiedy już zapomniałem o tym ślimaku, znów go spotkałem. Był o kilkanaście centymetrów bliżej śmierci. Tym razem widząc go postanowiłem zabawić się w ślimacze przeznaczenie. Zatrzymałem się, pochyliłem, złapałem delikwenta za muszlę i cisnąłem go najdalej, jak mi się udało, w trawę w kierunku przeciwnym do jego marszruty.

Naszły mnie po tym kolejne filozoficzne refleksje. Oto bowiem zrobiłem rzecz całkowicie pozbawioną znaczenia. Jeden ślimak mniej, czy więcej, jaka to różnica? Czym jest jeden ślimak wobec Wszechświata? Ot kawałek bezmyślnej żywej galaretki zamkniętej w skorupie muszli. I do tego obojnak. :) Ani to myśli, ani mówi. Nie podziękuje, nie odwdzięczy się. Zresztą nie wiem nawet, czy wyświadczyłem mu przysługę, czy wręcz przeciwnie. Może za kilka tygodni kierowany jakimś nieświadomym impulsem znów znajdzie się na drodze ku swojej zagładzie. A może coś go wcześniej zeżre.

Pomyślałem też, jak wspominałem wcześniej, że ślimak ze swojej perspektywy, gdyby nawet jakimś cudem obdarzony był samoświadomością, nie mógłby ocenić, że jest prostej drodze ku swojej zagładzie. Myślę, że i człowiek czasem znajduje się w takiej sytuacji. I podobnie jak ten ślimak nie zdaje sobie z tego spawy. Tylko że nad człowiekiem nie ma już nikogo, kto by go w odpowiednim momencie złapał za muszlę i przestawił na inny tor życia. Taka już nasza dola jedynego gatunku, który uważa siebie za rozumny. Jesteśmy zdani tylko na siebie.

Tagi: roman j
22:51, roman_j
Link Komentarze (12) »
wtorek, 23 czerwca 2009

Wczoraj dowiedziałem się, że projekt, w którego tworzeniu brałem udział, nie został oceniony pozytywnie w ministerstwie i nie będzie finansowany. Czyli nie będę jego kierownikiem. Specjalnie się tym nie przejąłem. Zwłaszcza, że żaden z dziewięciu projektów złożonych przez wydziały Politechniki Warszawskiej nie został oceniony pozytywnie. Zawsze to trochę raźniej.

Ja byłem w kwestii sukcesu umiarkowanym pesymistą. Skoro projektów było prawie 200, pieniędzy 200 milionów złotych, a budżet naszego projektu to było prawie 5 milionów, to już te proporcje wskazywały, że łatwo nie będzie. Okazało się w ostatecznym rozrachunku, że pieniędzy starczyło na mniej niż 30 projektów, czyli mniej więcej połowę tych, które zostały ocenione pozytywnie. U mnie na Wydziale niektórzy twierdzili, że pieniądze dostaniemy na pewno, bo oni je tam w ministerstwie muszą wydawać, a mają ich tyle, że i dla nas starczy. Okazało się, że tak dobrze nie jest.

Fiasko tej inicjatywy nieco komplikuje moją sytuację, bo nie mam teraz powodu, żeby zrezygnować z sekretarzowania WKR. Nie twierdzę, że nie lubię tego zajęcia, bo jest wręcz przeciwnie, ale ono koliduje z tym, na co czekam co roku z niecierpliwością, czyli z OWRP (nota bene nie dostałem jeszcze potwierdzenia, że jestem przyjęty na moją trasę). W tym roku udało mi się pogodzić jedno z drugim, choć odbyło się to kosztem kompromisów, które i jednej i drugiej działaności przyniosą nieco uszczerbku. Bardziej ucierpi mój wypoczynek, który będzie musiał być przerywany.

Tymczasem teraz jestem zapracowany po uszy. Sesja, sesja i jeszcze ze dwa razy sesja. Do tego mam trochę pracy z dyplomami, bo dyplomanci się starają i prą do przodu, a ja zaczynam nie nadążać. Zakładam, że jutro i w czwartek się trochę obrobię, bo w piątek i sobotę będę miał kolejne prace do sprawdzania. Do tego dochodzą inne zajęcia. Chyba muszę wcześniej zaczynać dzień. I w ogóle wziąć się za siebie, bo moja waga wskazuje, że się zapuściłem. Dawno nie jeździłem na rowerku. W plener też nie mam kiedy się wybrać. Kiedy wczoraj zadzwonił do mnie M. z pytaniem, co u mnie słychać, powiedziałem mu, że jestem zarobiony i do końca miesiąca tak pewnie zostanie (z drugiej strony za wiele tego miesiąca już nie zostało; powinienem już myśleć o pakowaniu się na OWRP, a pewnie jak zwykle spakuję się w ostatniej chwili).

Dziś jednak postanowiłem trochę poleniuchować, stąd ta notka w blogu, na zajmowanie się którym ostatnio nie miałem czasu. Zresztą nawet po tej notce widać, że nie mam za wiele czasu, bo kiedy mam czas, to siedzę i myślę, (a kiedy nie mam to ino siedzę), a jak myślę, to różne dziwne rzeczy przychodzą mi do głowy i o niektórych z nich tutaj piszę. A jak nie mam czasu rozmyślać albo nie mam siły przelać tego, co mi się w jakiejś wolnej chwili po czaszce kołatało, to robi się z tego bloga taki typowy dziennik zapracowanego człowieka pod hasłem "robię, robię, w kółko robię".

Na mój turystyczny blog to już nawet nie zaglądam, bo mi głupio, że tyle rozgrzebanych tematów czeka tam na swoje lepsze czasy, a kilku nawet jeszcze nie rozgrzebałem. Jakby mi ktoś dał dwa miesiące płatnego urlopu "literackiego" to przynajmniej podokańczałbym rozpoczęte tam wątki. Ale nie mam co o tym marzyć. Wakacje wcale nie będą czasem laby, jak się może niektórym wydawać. Mam wrażenie, że im dłużej pracuję na uczelni, tym pracuję więcej. Kiedyś po 1 lipca zdarzało mi się nie widzieć murów uczelni przez całe dwa miesiące. A teraz mam już poumawianych dyplomantów, że będą w wakacje chcieli kończyć prace, do tego na pewno będę miał co robić w komisji rekrutacyjnej i tylko wspomniane na początku fiasko wniosku o pieniądze z UE ma ten plus, że nie będę miał mnóstwa roboty we wrześniu, żeby projekt ten rozruszać. Może więc znajdę jeszcze czas na jakiś kilkudniowy wyjazd. Dotąd zakładałem, że nie będzie takiej możliwości.

Tagi: roman j
21:42, roman_j
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 czerwca 2009

W ramach ciągu dalszego krótkich popielgrzymkowych reminiscencji napiszę, jak to udało mi się dobrze wyjść na transakcjach z białoruskimi bankami. Otóż jak wiadomo jadąc do obcego kraju warto być zaopatrzonym w jego walutę. Ja w ramach wspomnianej piegrzymki zwiedziłem spory kawałek Białorusi i stąd zaszła potrzeba zaopatrzenia się w białoruskie "dolary", czyli rubelki.

Wymianę robiliśmy w banku w Nowogródku, gdzie z prawdziwym zdumieniem skonstatowałem, że bank może nam sprzedać ruble dając za złotówkę 600 rubli, ale odkupując je od nas da nam złotówkę aż za 900 rubli. Takiego spreadu, to nie ma chyba żaden bank w Polsce, choć raz po raz czytam, jak to banki polskie zdzierają pieniądze z biorących kredyty w obcej walucie zwiększając różnicę między kursami sprzedaży i kupna.

Ja nie zrobiłem wymiany w banku, bo stwierdziłem, że nie chce mi się czekać w kolejce, skoro obok jest bankomat. A ponieważ akceptował moją kartę, więc tam sobie zrobiłem wypłatę. Później dopiero przyszło mi do głowy, że na pewno za tę wypłatę bank sobie naliczy sutą prowizję i trochę żałowałem tego ruchu. Do czasu. Wczoraj obejrzałem sobie wyciąg z konta i co się okazało. Gdybym wymieniał pieniądze w okienku, wtedy za 30.000 białoruskich rubli musiałbym zapłacić 50 złotych. Wyciągają taką samą kwotę z bankomatu zapłaciłem 35,35 zł, czyli naliczyli mi około 850 rubli za złotówkę. I nawet jeśli doliczę do tego bradzo dużą prowizję (8,50 zł), to i tak jestem do przodu, choć wtedy wychodzi już tylko około 650 rubli za złotówkę.

Stąd moja dobra rada. Zanim na Białorusi zdecydujecie się wymieniać pieniądze, sprawdźcie najpierw, jaka jest różnica między kursem kupna i sprzedaży. Jeśli tak duża, jak podałem, to nie warto się dawać naciągać bankowi i lepiej wziąć pieniądze ze ściany. Nawet uwzględniając prowizję to się może bardziej opłacać. Co ciekawe, taka różnica kursów występowała tylko w przypadku złotówki. W przypadku innych walut spread był poniżej dziesięciu procent. Na przykład w przypadku euro: około 4100 rubli (sprzedaż) i około 3800 rubli (skup).

Tagi: roman j
11:12, roman_j
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape