O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Izraelscy naukowcy napisali program diagnozujący depresję u blogerów na podstawie używanego przez nich słownictwa. Hmmm. Może powinienem zacząć pisać w jidysz?

wtorek, 22 czerwca 2010

Mam taki smakołyk z dzieciństwa, którego nazwa wyleciała mi z głowy i gdyby nie to, że w opakowaniu po nim trzymam jakieś szpargały, nigdy bym sobie jej nie przypomniał. A tak wiem, że nazywał się ten smakołyk "Druga młodość" i był produkowany z okazji 40-lecia Spółdzielni Pracy Przemysłu Spożywczego "Wrocławianka" z Wróblowic pod Wrocławiem.

Opakowanie, które mam w domu, ma już 22 lata. Tyle lat minęło, a ja wciąż pamiętam ten smak. Od czasu do czasu marzy mi się, że znów to gdzieś kupię, rozglądam się nawet po sklepach za czymś podobnym (choć może pod inną nazwą), ale na razie bezskutecznie. Ostatnio wzięło mnie na to, żeby po informacjach z pudełka spróbować ustalić, czy producent wciąż istnieje. Gdyby istniał, może dowiedziałbym się, czy wciąż produkują "Drugą młodość"?

Kwerenda w Internecie dała wynik takie, że "spółdzielnia" zmieniła się w "zakład" jakieś 14 lat temu, a jeśli do dziś czymś się jeszcze zajmuje, to najwyżej produkcją i serwisem maszyn cukierniczych. Czyli nic z tego.

Ostatnią nadzieją był skład. Przeczytałem na pudełku, że wyrób ten zawierał "mączkę piernikową". Wrzuciłem hasło do wyszukiwarki i też pudło. Okazało się, że dzisiaj wykorzystuje się ją tylko w... wędkarstwie do robienia zanęt. To znaczy, że kiedyś dałem się złapać na haczyk?

niedziela, 20 czerwca 2010

Właśnie skończyłem czytać "Syreny z Tytana" Kurta Vonneguta. Lektura ta, w połączeniu z moim utrzymującym się od jakiegoś czasu minorowym nastrojem, zaowocowała powstaniem w mojej głowie projektu nowej filozofii życiowej odpornej na rozczarowania. Poniżej pokrótce ją streszczę.

Sednem i jedynym właściwie elementem tej filozofii życiowej jest wyznaczanie sobie i osiąganie celów. Jeśli komuś wydaje się, że to filozofia życiowa stara jak świat, to może ma rację. Mnie się jednak wydaje, że ma w sobie ożywczy powiew nowości.

Po pierwsze dlatego, że osiąganie wyznaczonych celów ma być według niej jedyną ważną aktywnością życiową poza zaspokajaniem potrzeb wynikających z ludzkiej fizjologii.

Po drugie dlatego, że źródłem radości ma być nie cel jako taki, ale fakt, że go osiągnęliśmy. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to napiszę wam, że jakkolwiek piękny cel sobie w życiu obierzecie, cel ten was prędzej czy później znudzi, zirytuje, rozczaruje czy też doprowadzi do rozpaczy. Każdy bez wyjątku. Niektóre nawet zaraz po ich osiągnięciu, kiedy okaże się, że coś, co w swoich wyobrażeniach widzieliście jako grudkę drogocennego kruszcu, jest tylko zaschniętą grudką psiego łajna. Zdarza się.

Po trzecie wreszcie, nie należy swoich celów wartościować w sposób, w jaki ludzie zwykle to robią. Nie należy dzielić ich na przykład na przyziemne i wzniosłe, warte i niewarte fatygi, dające przyjemne skutki bądź nieprzyjemne. Nie ma to najmniejszego sensu, bo bez względu na to, jakkolwiek wzniosłe, wartościowe cele sobie wyznaczymy, wszyscy bez wyjątku skończymy jako nawóz. Cele należy więc podzielić tylko na: możliwe do osiągnięcia i niemożliwe. I tymi drugimi nie należy zaśmiecać sobie głowy. Oczywiście tego podziału każdy musi sobie dokonać sam na własne potrzeby.

Wydaje mi się, że jest to jedyna filozofia życiowa nie przynosząca rozczarowań. Pod warunkiem nieprzywiązywania się do efektów swoich działań i wyznaczania sobie kolejnych celów po osiągnięciu wcześniej wyznaczonych. Proszę jednak wziąć pod uwagę, że filozofia ta powstała pod silnym wpływem twórczości pisarza uważanego za jednego z większych pesymistów i w stanie ducha, o którym napomknąłem w poprzedniej notce. Niemniej jednak ja spróbuję wdrożyć tę filozofię w życie. Wszystkie inne, jakie dotąd poznałem, zawiodły. Może ta będzie wyjątkiem.

A teraz, korzystając z tego, że mam wolną niedzielę, idę pomyśleć nad listą pierwszych celów możliwych do osiągnięcia.

 

P.S.: Po namyśle doszedłem do wniosku, że warto dopisać jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze należy sobie wybierać takie cele, żeby na drodze do nich mieć chociaż odrobinę frajdy. Droga do celów bywa bowiem niekiedy długa i brak jakichś pozytywnych doznań mógłby doprowadzić od uschnięcia nasz rdzeń kręgowy zanim byśmy do naszego celu dotarli. Po drugie, co jest może oczywiste, ale i tak o tym wspomnę, im bardziej ambitny cel, tym dłużej jego osiągnięcie sprawia nam frajdę. Ale nie powinno się z tym przesadzać. :)

środa, 16 czerwca 2010

Postanowiłem coś napisać w blogu i potraktować tę czynność jako rozrywkę. Na bardziej wyszukane formy rozrywki jakoś nie mam ochoty. Telewizja mnie nudzi, książki czytam już tak namiętnie, że w rok wyrobię pewnie normę statystycznego Polaka dla dekady. Gdybym się uparł, to znalazłbym jakieś pożyteczne zajęcie zamiast walić w klawiaturę, ale jakoś nie chcę mi się upierać. W końcu nie powinno się za wiele wymagać od człowieka, który zdobył aż 24 punkty w skali Becka. Imponujący wynik. Ale jakoś mnie nie cieszy...

Żeby trochę rozweselić siebie i innych napiszę poniżej dowcip, jaki przeczytałem w ostatnio czytanej książce Kurta Vonneguta. Ten dowcip to chyba jedyna rzecz, jaka mnie naprawdę rozbawiła od co najmniej kwartału. To nie będzie cytat, ale moja parafraza. Oby równie śmieszna.

Rolnikowi zachorował koń, więc udał się do weterynarza. Weterynarz dał mu pół kilo proszku i udzielił instrukcji, jak go zaaplikować koniowi. Kazał mu zrobić papierową tutkę, wsypać do niej proszek, wsadzić tutkę koniowi do pyska i wdmuchać zawartość do przełyku.
Dwa dni później weterynarz spotyka rolnika i pyta:
- Jak się czuje koń?
- Koń świetnie - odpowiada rolnik.
- Ale za to pan nie wygląda najlepiej.
- To prawda. Koń dmuchnął pierwszy.

A skoro już zacząłem pisać, to może napiszę jeszcze w kilku zdaniach, co robiłem w długi weekend w okolicach Bożego Ciała.

Otóż byłem w Bieszczadach. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy pojadę, bo tak bardzo chciałem wyjechać z domu, jak bardzo nie chciałem się z niego ruszać. Ostatecznie pojechałem. Przeważyło chyba to, że nie chciałem robić zawodu R. I tak przyjechałem dwa dni później niż początkowo planowałem. W tym czasie R. z P. zdążyli już zrobić sobie około 30-kilometrową wycieczkę, podczas której przemokli zresztą do suchej nitki.

Noclegi mieliśmy w naprawdę komfortowych warunkach. Mieliśmy do dyspozycji niemal apartament z oddzielną sypialnią (w niej trzy łóżka, a zmieściłyby się jeszcze ze dwa) i czymś na kształt salonu, gdzie był telewizor. Mieliśmy też własną oraz łazienkę z wucetem. Jedyny minus był taki, że bojler elektryczny słabo się wyrabiał z grzaniem wody i czasami leciała z kranu tylko letnia.

Pogoda nam nie dopisała, ale nie bacząc na nią weszliśmy na Tarnicę w samo Boże Ciało. Deszcz padał tego dnia jakby na zamówienie, bo zaczął, kiedy zapakowaliśmy się do samochodu, żeby przejechać z Wetliny do Ustrzyk Górnych, a skończył, kiedy zeszliśmy do Ustrzyk po kilku godzinach marszu przez Wołosate, Tarnicę i Szeroki Wierch. Później tego dnia do końca już nie padał.

Jakby tego było mało, przez większość drogi powyżej granicy lasu widoczność była taka, jak 10 kwietnia pod Smoleńskiem. Na szczęście my nie musieliśmy lądować. Ale za to po zejściu z Tarnicy, gdy szliśmy Szerokim Wierchem, rozpętała się nad nami burza. I to naprawdę nie jest miłe doświadczenie, kiedy idzie się we mgle po najwyższym grzbiecie w okolicy, a dookoła błyska i grzmi. Jakoś jednak doszliśmy. I nie żałuję tej wyprawy, chociaż przemokłem do suchej nitki mimo płaszcza przeciwdeszczowego.

W piątek mieliśmy pojechać do Sanoka zwiedzać miasto, ale deszczowa pogoda nie odpuszczała, więc zwiedziliśmy tylko tamtejszy Kaufland. Resztę dnia suszyliśmy się popijając niskoprocentowe trunki (tylko ja i R. jako pełnoletni) i grając w makao.

W sobotę zaplanowaliśmy wyjazd do Lwowa. Zerwaliśmy się rano około 4.00 i pojechaliśmy do Medyki. Tym razem pogoda była wymarzona do wyjścia w góry. Słoneczko świeciło, chociaż na pewnych odcinkach drogi, którą jechaliśmy, zalegała mgła gęsta jak mleko. Dojechaliśmy do Przemyśla, a potem do Medyki dość wcześnie rano. R. zaparkował samochód nieopodal przejścia, po czym pieszo przeszliśmy granicę polsko-ukraińską. W Szeginiach po drugiej stronie granicy załapaliśmy się na busa, który nas zawiózł do Lwowa za jedyne 15 hrywien (ok. 7,5 zł).

Lwów nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Ja generalnie nie mam sentymentu do Kresów, ale myślałem, że może to miasto jest tak magiczne, jak o nim piszą i mówią, i że mnie jakoś poruszy. Inna sprawa, że może nie byłem w takim nastroju, żeby mnie coś mogło poruszyć. Nie mieliśmy planu zwiedzania, więc po prostu kupiwszy mapę przeszliśmy z okolic dworca do Rynku, a potem jeszcze na Cmentarz Łyczakowski. W międzyczasie zjedliśmy obiad w restauracji "U pani Stefy". Wziąłem sobie soliankę i jakąś pieczeń, która przypominała gulasz (nazwę zapomniałem). Poza tym byliśmy we Lwowie na pchlim targu, ale nic nie kupiliśmy. A po wizycie na Cmentarzu Łyczakowskim weszliśmy do położonej niedaleko knajpki, gdzie wypiliśmy chłodne piwko (ja wziąłem Lwowskie).

Jak już pisałem, Lwów nie zrobił na mnie wrażenia. Uznałem, że jest skrzyżowaniem Lublina, Krakowa i Wrocławia, bo jest prowincjonalny jak Lublin, ma tyle kościołów co Kraków i rynek jak Wrocław.

Kiedy szukaliśmy busa, żeby nim wrócić nad granicę, poczułem, że muszę koniecznie zajrzeć do ubikacji. Skorzystałem z niej na kolejowym dworcu podmiejskim. Wewnątrz był syf i malaria. Spod oderwanych płytek i wydłubanego tynku wystawały rury. Jednak z tym widokiem konstrastowały ładne, białe, całkiem nowe pisuary z napisem... "KOŁO". Poczułem się niemal jak w domu.

Na granicę wróciliśmy pod wieczór. Przez ukraińskie posterunki przeszliśmy właściwie bez większych komplikacji i opóźnień. Dopiero po polskiej stronie trzeba było poczekać, bo nasi celnicy "trzepali" prawie wszystkich przekraczających granicę. Ja nie miałem żadnej kontrabandy ani nawet dozwolonych ilości alkoholu czy papierosów. Jedyne, co przewiozłem przez granicę, to ukraiński chleb i wodę mineralną, które konsumowałem jeszcze po powrocie do domu (chleb był naprawdę smaczny).

W końcu przeszliśmy za granicę i zapakowaliśmy się do samochodu, którym R. zawiózł nas do Przemyśla. Tutaj mieliśmy zaplanowany nocleg w domu wycieczkowym PTTK. Ceny dość wysokie, ale standard, jak na takie ceny, niski. Dodatkową niespodzianką, także dla obsługi tego przybytku, był przyjazd kawalkady węgierskich motocyklistów, którzy postanowili tutaj zanocować. Zanosiło się na ciężką noc, bo Węgrzy na powitanie urządzili sobie przed wejściem małą bibkę z tokajem i innymi trunkami (usłyszałem kilka razy niemal kultowe dla mnie "Ege szege"). Zapowiadało się źle, ale albo mocno spaliśmy, albo Węgrzy zachowali się kulturalnie, bo jak zasnąłem, tak obudziłem się dopiero rano.

Do domu wróciłem w niedzielę. Było fajnie, szkoda tylko, że tak krótko i w takim właście czasie, kiedy moje samopoczucie predestynuje mnie do zdobywania wysokich wyników w teście Becka. Tak czy inaczej w Bieszczady chciałbym jeszcze wrócić, choć wyleczyłem się ich romantycznej wizji. Ot, góry jak inne. Natomiast do Lwowa już chyba nie będę wracał. Choć niczego nie wykluczam z góry. W każdym razie ze wszystkich sąsiadów Polski (tych, z którymi graniczymy lądem) nie odwiedziłem jeszcze tylko Rosji, czyli obwodu Kaliningradzkiego.

Mógłbym o tym wyjeździe napisać więcej, ale nie potrafię się zmobilizować. Pewnie już do tego tematu nie wrócę, więc resztę wrażeń z wyjazdu zachowam dla siebie.

piątek, 11 czerwca 2010

Budzę się ostatnio rankiem z silną potrzebą pogadania z kimś na temat tego, co mnie gnębi. I jak na złość dwóch osobników, z którymi takie rozmowy zwykle odbywam (ale nie z oboma na raz), akurat wybrało się na dwutygodniowe urlopy. Jest co prawda jeszcze trzeci. A może raczej był? Sam już nie wiem, bo od dłuższego czasu mogę na ten temat tylko snuć domysły. Bardzo dawno nie rozmawialiśmy (do tej kategorii rozmów nie zaliczam zdawkowych wymian uprzejmości na komunikatorze) i nie wiem, czy mamy jeszcze o czym.

Próbowałem się "wygadać" w odręcznym dzienniku, nawet zacząłem, ale w pewnym momencie ręka odmówiła posłuszeństwa. Zrobiło mi się gorąco i zacząłem bazgrać tak, że sam nie wiem, czy się kiedyś rozczytam, o ile wrócę kiedyś do tamtej notki. Ja, który zwykle słyszałem komplementy (myślę, że na wyrost), że ładnie piszę biorąc pod uwagę to, jak szybko piszę. Wstyd teraz mi było patrzeć na te bazgroły, które wychodziły spod mojej drżącej ręki, więc czym prędzej skończyłem. Chyba łatwiej byłoby to powiedzieć niż napisać.

A ponieważ jest późno, więc nie będę dalej snuł moich rozważań. Zacytuję za to znowu Kurta Vonneguta (jak się to komuś znudziło, to może tutaj zakończyć czytanie). Wiem, że jestem monotematyczny, jak ten Jasio, co mu się wszystko z d... kojarzyło, ale znowu będzie o religii.

Dzisiejsza okazja skłania mnie do sfomułowania w paru słowach ideału, który ukazali mi moi rodzice, Twain i reszta i który teraz ja przekazuję. Oto ów ideał, osiągnięty przez nielicznych: "Żyj tak, byś mógł powiedzieć Bogu w dniu Sądu Ostatecznego: Byłem bardzo dobrym człowiekiem choć w Ciebie nie wierzyłem". (...) My, sceptycy religijni, chcielibyśmy paradować po niebie mówiąc innym, którzy większość czasu drżeli z lęku w kościołach: "Nigdy nie martwiłem się, czy zadowalam, czy gniewam Boga - nigdy nie uwzględniałem go w swoich rachubach".

 

 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape