O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011

Nie wiem, czy z tymi tytułowymi kilkunastoma latami to nie przesadzam trochę, bo sporadycznie zdarzało mi się siadać za kółkiem i to nawet jadącego samochodu ;) od chwili, kiedy zrobiłem prawo jazdy. Ale biorąc pod uwagę, że były to sytuacje incydentalne i w co najmniej połowie przypadków miały na celu tylko krótki trening, chyba mogę je pominąć bez szkody dla swojej prawdomówności.

Tytuł mógłby sugerować, że dokonuje się jakaś rewolucja w moim życiu, skoro po tylu latach wracam do aktywności, jakiej nie uprawiałem przez spory kawałek czasu, ale nic z tych rzeczy. Przynajmniej z mojego punktu widzenia tak to wygląda. Tak jak dotąd uważałem, że samochód jest mi potrzebny, jak rybie rower, tak nadal uważam. Jednak mimo takiego podejścia, i tak od dłuższego czasu chciałem swój poziom umiejętności prowadzenia samochodu podnieść na tyle, żeby móc w jakiejś sytuacji awaryjnej bez wahania usiąść za kółkiem.

Byłem kilka razy w takich sytuacjach i zawsze miałem ten dyskomfort, że po realnej ocenie swojego przygotowania decydowałem, że jednak nie zdecyduję się prowadzić. Tak więc decyzja o doszkoleniu się w tej umiejętności dojrzała we mnie już dość dawno i czekałem cierpliwie, aż nadarzy się okazja do jej wprowadzenia w życie. Czekałem, mówiąc krótko, na odpowiednią osobę. I doczekałem się. :)

Zanim jednak do tego dojdę, zrobię krótkie résumé moich poprzednich podejść do tematu. Chyba najlepiej zacząć ab ovo, czyli od kursu prawa jazdy, na który poszedłem chyba za wcześnie, bo jeszcze zanim skończyłem tyle lat, żeby móc zdawać na prawko. Dlatego między końcem kursu, a egzaminem musiałem poczekać jeszcze miesiąc. Na kursie trafiłem na instruktora, który był wyjątkowym sk...nem i do dziś jestem przekonany, że on nie chciał mnie nauczyć jeździć, ale chciał mnie przekonać, że się tego nigdy nie nauczę. Udało mu się to na szczęście tylko częściowo, czego dowodzi choćby fakt, że egzamin zdałem i to za drugim razem (część teoretyczną za pierwszym i to bez żadnego błędu). Ale jakaś zadra pozostała.

Po zrobieniu prawka jeździł ze mną trochę mój brat, ale że rzadko bywał w moim grajdołku, to i okazji do trenowania za dużo nie miałem. Mój brat był pierwszą z tych osób, które próbowały mnie z samochodem oswoić na dobre. Problem polegał jednak na tym, że on chęci do tego wykazywał głównie wtedy, gdy wymieniał samochód, bo wtedy poprzedni chciał mi odsprzedać.

Ja jednak dość szybko doszedłem do wniosku, że mnie samochód do szczęścia potrzebny nie jest. Radziłem sobie i radzę bez niego bardzo dobrze. I nie odczuwam jego braku. Natomiast gdybym go już miał, wtedy zapewne bardzo szybko stałby się dla mnie niezbędny, a tego nie chcę. Poza tym kiedy brat chciał mi sprzedać swój pierwszy samochód, całkiem nieźle utrzymanego kaszlaka vel opla astma, wtedy zauważyłem, że jestem jedyną osobą w rodzinie, która nie cieszy się z finalizacji tej transakcji. Ja wtedy widziałem się już w roli rodzinnego szofera, który znakomitą większość czasu za kółkiem spędza na załatwianiu cudzych spraw i ta perspektywa w ogóle mnie nie pociągała.

Dlatego tak za tamtym pierwszym razem, jak i za kolejnymi, dziękowałem bratu, że o mnie myślał, jako o potencjalnym nabywcy jego auta, ale nie skorzystałem z tych ofert. Gdyby było inaczej, miałbym pewnie do dziś najpierw malucha, potem poloneza i w końcu opla. Ale nie mam i nie żałuję. Brat mój zresztą niespecjalnie sprawdzał się w roli instruktora. Nie ma potrzebnej do tego ciepliwości. Wiem to, mimo że nie wystawiłem nigdy jego cierpliwości na poważniejszą próbę. A jeździłem z nim trochę tak i po mieście jak i na trasie z Wrocławia do naszego grajdołka.

Drugą osobą, która miała mnie trochę podszkolić, był kolega ze szkoły. Poprosiłem go o to, kiedy ważyły się losy zakupu pierwszego auta od mojego brata. Lekcję wziąłem jedną. Niewiele mi to pomogło, bo kolega, choć cierpliwszy od mojego brata, nie miał najwyraźniej chęci lub talentu do przekazywania wiedzy. Zresztą może nie w takiej roli się widział. Ot, podjechał ze mną swoim autem na duży parking, przesiadł się na siedzenie pasażera i dał mi prowadzić. Popatrzył jak sobie radzę, wyraził na koniec swoją opinię (umiarkowanie pozytywną) i tyle. Nie udzielił żadnych wskazówek, nie powiedział, co ewentualnie robię źle i jak to robić dobrze. No to więcej mu głowy nie zawracałem.

Ciekawe podejście miał do mojej samochodowej niechęci A. Jako starszy ode mnie o rok zrobił prawo jazdy wcześniej i kiedy ja zrobiłem swoje, on miał już trochę doświadczenia. Miał też dość często do dyspozycji samochód rodziców. Jeśli gdzieś razem jechaliśmy tym samochodem, to za każdym razem najpierw odbywał się ten sam rytuał. On wyciągał w moim kierunku rękę z kluczykami i pytał, czy chcę prowadzić. Ja zaś nieodmiennie pytałem, czy ma ubezpieczenie AC, a ponieważ nie miał, więc odpowiadałem, że w takim razie dziękuję, ale nie.

Do dziś zastanawiam się, czy gdybym powiedział, że tak, poprowadzę, to dałby mi te kluczyki, czy tylko tak mnie kusił? W każdym razie dawniej wiele razy "odgrażał" się, że pojedziemy kiedyś na jakąś mało uczęszczaną drogę, żebym sobie potrenował jazdę. Ale jakoś nigdy swoich zapowiedzi nie zrealizował. Myślę, że mógłby być dobrym instruktorem. Chociaż mógł mieć fałszywe pojęcie o moich umiejętnościach, bo ma o mnie zwykle bardzo dobre zdanie. Czasem tak dobre, że mam wrażenie, że ja nie dorastam do jego opinii o mnie.

W podobny sposób jak A. "odgrażał" mi się też A. (ale, jak łatwo się domyślić, to nie ta sama osoba). Tutaj jednak problemem był brak auta, bo przez większą część naszej znajomości A. takowym sprzętem nie dysponował. A kiedy już miał do swojej dyspozycji auto służbowe przez krótki okres pracy w Warszawie, to akurat jakoś żadnemu z nas nie przyszło do głowy, żeby spróbować. I myślę, że to dobrze, bo temu przedsięwzięciu nie wróżyłem powodzenia z wielu względów, o których już tutaj nie będę pisał. Dlatego chociaż nie wykluczałem, że dałbym mu się potrenować, to myślę, że po jednej jeździe obaj mielibyśmy tego dość i to niekoniecznie ze względu na poziom moich umiejętności.

No i tak wreszcie dochodzimy do sedna, czyli do tego, co powinienem napisać na samym początku. A mianowicie do zdradzenia tajemnicy, kto też się podjął zadania oswojenia mnie z samochodem i jak to poszło. Kto się tego podjął bez żadnych wielkich i licznych deklaracji. Kto nie tylko wziął się za to, ale też podszedł do sprawy tak profesjonalnie, że w ciągu pierwszej próby dowiedziałem się o prowadzeniu auta więcej niż podczas kursu prawa jazdy. Kto wreszcie ma na tyle duży zasób cierpliwości, że jestem niemal pewien, iż nasza współpraca będzie przebiegała bez zakłóceń. Zwłaszcza, że zadeklarował, że "ustawi mnie od zera", a więc nie ma znaczenia, ile obecnie umiem i pamiętam.

Jeśli ktoś przeczytawszy poprzedni akapit założył, że to M., to się nie pomylił. Pojawia się on bwiem ostatnio dość często na stronach mojego bloga. Na tyle często, że tym razem zapytałem, czy nie ma nic przeciwko temu, żebym po raz kolejny go tu przywołał. Nie miał, więc mogę mu tutaj wystawić laurkę, na którą zasłużył. ;)

Przejechałem z nim na razie 11 km, chociaż tylko po parkingu. M. podał mi to tak, jak pilotom liczy się nalot, ale przy tej wielkości to się w ogóle nie ma czym chwalić. Nie będę się wgłębiał w dokładny przebieg pierwszej jazdy, ale napiszę, że poczułem się wyraźnie pewniej za kółkiem. Okazało się też, że pewnych rzeczy się nie zapomina. Dowiaduję się też praktycznych rzeczy, których niestety na kursie prawa jazdy nie próbowano mnie nawet uczyć. Zaczynam też nabierać dobrych nawyków, ale to pewnie zajmie jeszcze trochę czasu. I mam nadzieję, że M. mi ten czas poświeci. Na razie wszystko wskazuje na to, że tak będzie, chociaż na następną okazję przyjdzie trochę poczekać. Ale ja jestem cierpliwy. :)

Tagi: roman j
22:48, roman_j
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 czerwca 2011

Wczoraj wieczorem znowu zagadał do mnie A. I okazało się, że można spokojnie porozmawiać nie dokuczając sobie nawzajem. Przynajmniej z mojej strony tak to wyglądało, bo ani nie poczułem się dotknięty, ani nic z intencją sprawiania przykrości nie napisałem.

Życie jednak nauczyło mnie, że to, co mnie wydaje się neutralnym stwierdzeniem faktu, często bywa odczytywane przez inną osobę jako przykre i nie zawsze potrafię to wyłapać wcześniej. Nie mam więc pewności, czy A. po naszej rozmowie ma równie pozytywne odczucia, bo rozmowa zeszła w pewnej chwili na tak zwane trudne tematy. Ale ja w takiej sytuacji konsekwentnie stosuję pewien cytat znaleziony na FB, którego przesłanie jest takie, że odpowiadam za to, co powiedziałem (lub napisałem), a nie za to, jak to ktoś zrozumiał.

A jakiż to był trudny temat? Tak sobie myślę, że mimo upływu prawie pięciu lat od naszego ostatniego spotkania właściwie prawie każdy temat, jaki poruszamy, jest trudny. Mam jednak wrażenie, że jeden z nich wraca jak bumerang, bo nawet jeśli rozmawiamy o czymś innym, to w końcu sprawa schodzi na ślub A., na którym mnie nie było.

Aluzje dotyczące tej sprawy pojawiały się już wcześniej, ale wczoraj temat wypłynął w pełni. Okazuje się, ku mojemu zdumieniu, że A. wciąż ma mi za złe, że cztery lata temu nie przyjechałem na jego ślub. Moje zdumienie jest tym większe, że kiedy napisałem wczoraj, że nie sądziłem, że poczuje się moją nieobecnością tak dotknięty, on odpowiedział, że nie był dotknięty, lecz zdziwiony.

Może ja się nie znam na ludziach i przeceniam swoją wiedzę na temat tego, jak funkcjonują, ale wydaje mi się, że zdziwienie nie jest motywacją, która sprawia, że ktoś po czterech latach coś komuś wypomina ze źle ukrywanym żalem. Chyba, że temu zdziwieniu jednak towarzyszył żal. Nie wiem jedynie, jakie jest jego źródło?

Dotąd byłem bowiem przekonany, że nie byłem osobą oczekiwaną na tym ślubie. Jak to się potocznie mówi, ani ze mnie brat ani swat. Nie dostałem nawet na ten ślub zaproszenia, w co A. nie wierzy, bo twierdzi, że wysłał je do mnie pocztą. To, że je wysłał, to była kolejna informacja, która wprawiła mnie wczoraj w zdumienie, bo żadne zaproszenie pocztą do mnie nie dotarło. Jest oczywiście jakieś 5% szans, że przyszło, ale tak skutecznie wyparłem ten fakt ze świadomości, że dziś nie pamiętam o tym. Ale są poważne poszlaki, że tak być jednak nie mogło.

Doszedłem do tego wniosku drogą dedukcji, bo pamiętam bardzo dobrze, że niedługo przed tym ślubem zastanawiałem się, czy jednak się nań nie wybrać. Nie wiedząc jednak dokładnie gdzie i o której godzinie się odbędzie, zastanawiałem się, czy jest szansa, że ustalę datę i miejsce bez kontaktowania się w tej sprawie z A. (miałem zamiar pojawić się niezapowiedziany i ulotnić się tuż przed samym końcem uroczystości). Szukałem nawet w tym celu Sieci informacji, ile w P. jest parafii, i jeśli więcej niż jedna, to w której może się ten ślub odbyć? W końcu jednak odpuściłem sobie ten wyjazd.

Wracając do samej rozmowy, ale nie kończąc tematu ślubu, dodam, że zaskoczeń podczas niej było więcej. A. "zastrzelił" mnie stwierdzeniem, że powinienem być na ślubie, bo tak... wypada. To po tym stwierdzeniu podniosłem kwestię tego, że może i wypada być na ślubie, na który ma się zaproszenie. Ale nie mniej zaskakujące było to, że A. przywiązuje wagę do konwenansów i do tego, co rzekomo wypada, a co nie.

Wygląda na to, że nie znam człowieka, z którym, wydawałoby się, byłem na tyle blisko i na tyle długo, żeby wiedzieć, do czego przywiązuje wagę, a do czego nie. Chyba, że ten argument miał być zasłoną dymną. Że został rzucony dla zmylenia, żebym go łyknął i nie dociekał dalej. Ale to by oznaczało, że mimo upływu pięciu lat od naszego ostatniego spotkania wciąż nie potrafimy ze sobą szczerze rozmawiać. Że wciąż są jakieś zadawnione urazy, nieprzepracowane emocje, niewyjaśnione nieporozumienia, nieprzedyskutowane pretensje, które stoją na przeszkodzie.

I może właśnie dlatego od pięciu lat się nie spotkaliśmy, chociaż deklaracje o chęci takiego spotkania ze strony A. padały, a ja nawet raz wziąłem je za dobrą monetę i próbowałem do takiego spotkania doprowadzić, co się jednak nie powiodło. W ostatniej rozmowie A. też wspomniał, że szkoda, że nie ma okazji, żeby sobie bezpośrednio pogadać, ale przestały już na mnie te deklaracje robić jakiekolwiek wrażenie.

Napisać, że coś by się chciało albo, że szkoda, że się coś nie dzieję, jest bardzo łatwo. Ale prawdziwym sprawdzianem, czy się czegoś naprawdę chce, jest podjęcie działania. Dopóki się tylko deklaruje, że się czegoś chce, ale nic w tym kierunku nie robi, to tak naprawdę się tego nie chce. A przynajmniej nie na tyle, żeby warto było o tym w ogóle mówić.

Skoro pięć lat nie wystarczyło, to ile potrzeba? Kolejne pięć? Dekadę? Dwie? Nie wiem. Znam co prawda jedną osobę, która już czwartą czy piątą dekadę pielęgnuje w sobie poczucie krzywdy, dawne urazy i zniewagi. Ale ta osoba, o której myślę, jest głęboko nieszczęśliwa. Tymczasem A. nie podejrzewam o taki stan ducha. Przecież spełnił większość swoich marzeń i pragnień. Ma kochającą żonę, dzieciaka, który jest jego oczkiem w głowie, pracę, w której się realizuje, liczne znajomości i wpływy, którymi mi się chwali. Czego jeszcze chcieć do szczęścia?

A skoro jest szczęśliwy, jak zakładam, to negatywne emocje nie powinny się go trzymać, bo ludzie szczęśliwi nie mają tych haczyków, do których, niczym do rzepów, negatywne przeżycia, emocje i tym podobne stany się czepiają. Pod tym względem ludzie szczęśliwi mają "gładką" psychikę, od której odczepia się nawet coś, co się do niej wcześniej przyczepiło.

No ale dość tych rozważań. Jeśli A. je przeczyta, to pewnie znów mi zarzuci, że coś sobie wymyślam. Ale nic na to nie poradzę, że błądzę po omacku, skoro nie dostaję mapy ani wskazówek albo dostaję mapę sfałszowaną i wskazówki wprowadzające w błąd. Widać mam nie trafić do celu, a jeśli trafię tam przypadkiem błądząc, to i tak się o tym pewnie nie dowiem. To mnie jednak nie zniechęca do szukania. :)

Tagi: roman j
08:49, roman_j
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 czerwca 2011

Kilku osobom opowiadałem, jak zaczęło się w ogóle moje zainteresowanie „Polityką”, ale chyba tutaj na blogu jeszcze o tym nie pisałem. Najpierw więc o tym napiszę i okraszę ten wstęp jak zwykle różnymi dygresjami tak, żeby do końca notki dotrwali wyłącznie najbardziej zainteresowani. ;)

Pierwszy numer tygodnika kupiłem przypadkiem. Jechałem akurat do Niemiec na ostatni semestr studiów. W dniu wyjazdu miałem ostrą jazdę od rana, bo obudziłem się z jedną częścią twarzy spuchniętą jak balon. Okazało się, że to od zęba, którego kilka dni wcześniej mi zaplombowano. Dlatego rano w trybie pilnym udałem się do dentysty, gdzie usunięto mi plombę, przebito ropień, jaki powstał przy korzeniu i wyczyszczono ząb. Na ponowne zaplombowanie nie było już czasu i z takim otwartym aż do nasady korzeni zębem pojechałem do Niemiec, gdzie nie mogłem liczyć na żadną opiekę stomatologiczną (przynajmniej bezpłatną, a na płatną nie byłoby mnie stać).

Tego dnia odjeżdżałem z Łodzi autobusem, który miał mnie dowieźć bezpośrednio na miejsce. Do Łodzi pojechał ze mną ojciec, żeby mi się pomóc zabrać i potem zapakować z manelami do autobus. W oczekiwaniu na autobus zauważyłem w kiosku ranking wyższych uczelni, który był dołączony do tygodnika „Polityka”. I kupiłem właściwie ten ranking, bo towarzyszącą mu „Politykę” wziąłem z dobrodziejstwem inwentarza.

Rankingi tego typu zawsze mnie interesowały, a szczególnie interesowały mnie pozycje w nich uczelni prywatnych. Co prawda jestem z jednej strony zdana, że wiele spośród prywatnych szkół wyższych to tzw. „wyższe szkoły krótkich spódniczek” albo „wyższe szkoły dresów w paski”, ale z drugiej strony jestem daleki od uogólnień i uważam, że i wśród państwowych uczelni trafiają się instytucje mało szacowne.

Ranking przeczytałem, a „Polityki” łaskawie nie wyrzucałem. Pomyślałem, że może się jeszcze przyda. Jak się potem okazało, miałem na miejscu tyle wolnego czasu, że musiałem sobie znaleźć jakieś zajęcie. Najpierw czytałem książki i spacerowałem godzinami z fajką po okolicznych lasach, ale ile razy można oglądać razy wciąż ten sam las? Może i wiele, ale ja jakoś miałem przesyt. I wtedy sięgnąłem po tę zapomnianą „Politykę”. Przeczytałem jeden artykuł, był ciekawy. Potem drugi, też ciekawy i pisany rzeczowo bez zacietrzewienia. Ani się obejrzałem, a cały tygodnik przeczytałem dosłownie od deski do deski razem z reklamami.

Jak tylko skończyłem, wziąłem papier, pióro i napisałem do ojca list (sic!), żeby kupił kilka kolejnych numerów „Polityki” i mi je podesłał. I tak też się stało, a ja te kolejne numery przeczytałem tak samo szybko i dokładnie.

Od tamtej pory kupuję, a od jakiegoś czasu prenumeruję „Politykę”. Nasza relacja miała swoje wzloty i upadki, bo kiedy miałem dość wolnego czasu to potrafiłem cały numer przeczytać w jeden dzień i nie mogłem się doczekać, kiedy przyjdzie kolejny. Ale bywało i tak, że nie miałem czasu na lekturę i robiły mi się zaległości nawet kilkumiesięczne. Miałem nawet ambitny plan przeczytać wszystkie zaległe numery, ale po jakimś czasie zrezygnowałem, bo bywało tak, że czytałem o jakiejś sprawie, która się od czasu napisania artykułu mocno zdezaktualizowała.

Ostatnio staram się czytać przynajmniej po kilka artykułów z każdego numeru, ale kiedy dostałem do ręki ostatni numer i pobieżnie przeleciałem po tytułach i tzw. leadach, stwierdziłem, że ten numer będzie chyba kolejnym przeczytam przeze mnie w całości. Po prostu jest w nim aż gęsto od interesujących treści.

Interesujących mnie, oczywiście, bo przywykłem do tego, że mało kto podziela moje zainteresowania dotyczące mechanizmów funkcjonowania świata. To znaczy mało kto z osób, z którymi mam kontakt. Jeden W. czasem na ten temat ze mną pogada, jak coś akurat wyczyta w Onecie i chce się podzielić refleksjami, ale to wyjątek. Zresztą będąc ode mnie sporo starszy jest reprezentantem zupełnie innego pokolenia.

Dziś raczej większość ludzi patrzy nie dalej niż na czubek swojego nosa. Ma to swoje dobre strony, ale też niesie zagrożenia, bo ja wszyscy skupią się na sobie, to pozostaną bezpańskie całe obszary wspólne, które wtedy szybko zostaną opanowane przez indywidua, którym w innych okolicznościach byśmy tych obszarów nie powierzyli. I po trochu to się już dzieje. Syci, zadowoleni lub przeciwnie, zagonieni za własnymi sprawami ludzie nie interesują się za bardzo tym, co się dzieje wokół nich na dalszych płaszczyznach życia i stąd m. in. choćby upadek polityki (ale tej z małej litery i bez cudzysłowu).

Zapaliła mi się niewielka iskierka nadziei, kiedy M. kiedyś zapytał mnie, a akurat mówiło się o możliwym bankructwie Grecji, jak kraj może zbankrutować. Odpowiedziałem w kilku zdaniach, ale gotowy byłem udzielić dużo obszerniejszych wyjaśnień nawet na pokrewne tematy, jeśli będzie trzeba, przynajmniej w ramach tej wiedzy jaką mam. Ale M. wystarczyło te kilka zdań i temat przestał go interesować, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Na tym tle dość ciekawie brzmi opinia M. (ale nie tego powyżej), który powiedział mi kiedyś, że jest bardzo zbudowany tym, że młodzież ma swoje wyraźne poglądy, do których doszła sama i potrafi je inteligentnie uzasadniać w ciekawej dyskusji. Taką refleksję miał po rozmowie ze swoją siostrzenicą i jej mężem. No cóż, nie pamiętam już, czy wyprowadziłem go z błędu, że chyba nie wszystka młodzież taka jest, że może tak jest tylko w Kanadzie, bo w Polsce większość młodzieży naprawdę nie ma zdania w wielu kwestiach społecznych, politycznych i tym podobnych. Nie ma, bo w ogóle nie zajmuje tym swoich główek. Co więcej, nie uważa tego za jakiś brak.

Tak sobie myślę, że może taka potrzeba refleksji nad światem rodzi się dopiero w którymś kolejnym pokoleniu żyjącym w dobrobycie? A może rodzi w takich pokoleniach, które dorastają w czasach dziejowych burz? Albo w takich, które o coś walczą? A może w ogóle to po prostu sprawa osobnicza. Tak chyba bowiem jest u mnie.

Kiedyś myślałem, że takie zainteresowanie światem to norma, ale dziś mam wrażenie, że to margines. Szeroki, ale jednak margines. Przynajmniej w środowisku, w jakim się obracam. I przez to takie desinteressement udziela się powoli i mnie, bo nie chcę za bardzo odstawać. A poza tym skoro nie mam o tym z kim porozmawiać, to po co w ogóle się tym zajmować? Może zatem powinienem zmienić środowisko?

Chociaż nie. Właśnie uświadomiłem sobie, że jestem niesprawiedliwy, bo przecież mam z kim o tym rozmawiać. Tyle, że rzadko mamy okazję to robić. Przecież to jest jeden z ważniejszych tematów naszych rozmów z J. No ale teraz, kiedy objął na uczelni stanowisko, pewnie będzie miał jeszcze mniej czasu na takie rozmowy. Szkoda, że nasze kółko domorosłych filozofów rozpadło się i jakoś nie chce się na nowo złożyć. Niby chęci są, ale, jak to sam sobie ostatnio zrymowałem, od chcenia nic się nie zmienia. Potrzebne są nie chęci, ale działania.

Chyba starczy tych rozważań. I tak się znów rozpisałem. Chociaż nie poruszyłem jeszcze jednego aspektu, jakim jest fenomen, na tle ogólnej obojętności, betonowo-prawicowych poglądów niektórych młodych ludzi, których znam. Ale może będzie okazja napomknąć o tym przy jakiejś kolejnej notce, kiedyś.

Tagi: roman j
13:53, roman_j
Link Komentarze (12) »
niedziela, 26 czerwca 2011

Wczoraj znowu złożyło się tak, że miałem jednego dnia zajęcie na uczelni do wieczora i jednocześnie w perspektywie imprezę, na której miałem się spotkać z bliżej nie doprecyzowaną liczbą znajomych (i nieznajomych). Tak jak w opisany niedawno czwartek, miałem zaplanowany egzamin, ale tym razem po egzaminie miałem jeszcze w planie konsultacje, więc żadnemu egzaminacyjnemu maruderowi nic nie groziło. ;)

Zresztą chętnych na tym terminie miałem mało. Tylko osiemnaście osób. Spośród nich pięć osób wyszło w trakcie nie oddając pracy. A dwie z tych, które oddały prace, od ręki dostały ocenę niedostateczną ze względu na niedorzeczności, jakie zawarły w swoich pracach. Sam egzamin skończył się przed czasem. Jakiś bardzo łatwy nie był, ale termin też nie był już pierwszy. Zresztą dysponuje tą wiedzą, którą powinien, to nie może powiedzieć, że są zadania łatwiejsze i trudniejsze, ale najwyżej mniej lub bardziej pracochłonne.

Zanim jednak wyszedłem na egzamin chciałem przygotować sobie papiery, żeby zrobić wpisy tym osobom, którym oceny już się należą. No i okazało się, że będzie z tym kłopot, bo... mam awarię zasilania. Akurat w tym gnieździe, do którego podłączony jest mój komputer, nie było prądu. Myślałem, że może to wina korków, więc wziąłem nożyczki i otworzyłem skrzynkę z bezpiecznikami. A tam niespodzianka, wszystkie załączone.

Nie miałem czasu na dalsze dociekania, ale ustaliłem, że mam w pokoju jeszcze jedno niewykorzystane gniazdo. Potrzebowałem tylko przedłużacza, żeby się do niego podłączyć. W ten ostatecznie zaopatrzyłem się na własny koszt w pobliskim K. w czasie przerwy jaką miałem między egzaminiem, a późniejszymi konsultacjami.

Egzamin przeszedł sprawnie, na konsultacjach zainteresowanie notowałem tylko przez pierwsze trzy kwadranse. W końcu dobiegły końca i ruszyłem na imprezę, którą tym razem był koncert "Lata z Radiem", które zawitało do mojego grajdołka. Wcześniej ustaliłem smsowo z M., że towarzystwo, z którym zamierzałem spędzić ten czas zatrzymało się na razie w jednej z knajp na Starym Rynku. Dotarłem tam w pół godziny.

Na miejscu oprócz M. był jeszcze K., E. oraz dwie dziewczyny: G. i koleżanka M. z sąsiedztwa M. (zbieżność inicjałów przypadkowa). Była więc nas szóstka, która po moim przybyciu przemieściła się na plażę nad Wisłę. Liczebność naszej grupy wahała się dość mocno tego dnia, bo najpierw na plaży znaleźliśmy Ł. z jego dziewczyną (imię wyleciało mi z głowy, więc nie będzie inicjału). Poznaliśmy się tydzień wcześniej przy okazji pikniku lotniczego, więc mogę napisać, że to byli już moi znajomi.

Przyszliśmy akurat w trakcie występu IRA. Ten zespół akurat lubię i znam nieco repertuar, słuchałem więc z przyjemnością nucąc sobie chwilami. Po IRA na scenie pokazała się Formacja Nieżywych Schabuff, ale zanim to nastąpiło, konferansjerzy prowadzili nudny i długi przerywnik opowiadając o różnych duperelach i prowadząc konkursy, w których wybrane osoby z publiczności miały szansę dowieść, jak bardzo są... głupie. Może komuś wyda się to określenie za mocne, ale jak określić człowieka, który Szczecin lokuje na mapie Polski w okolicach Koszalina? A takich wpadek było więcej.

FNS też słuchałem z przyjemnością, chociaż niektóre z ich piosenek były jakoś dziwne zaaranżowane. Jakoś inaczej niż pamiętałem je z dawniejszych lat. Na przykład Swobodny Dżordż był zaśpiewany jakoś tak bez jaja. Ja pamiętam ten utwór z bardzo dawnych czasów i wtedy on był grany i śpiewany jakoś tak: Swobodny Dżordż. Może nawet z jeszcze większym nerwem. Podobnie jak piosenka Palę Faję. Ale i tak było miło.

Na koniec zagrał Zakopower. To podobało mi się najmniej, choć niewątpliwie był to najbardziej energetyczny występ. A kiedy słuchając muzyki patrzyło się na wizualizację wyświetlane na ekranie na scenie, można było niemal wpaść w trans. Nie wiem, jaki dokładnie gatunek muzyczny oni reprezentują, ale ja bym to nazwał folkiem psychodelicznym na podobieństwo rocka psychodelicznego.

W trakcie koncertu skład naszej grupy fluktuował. Przyszły m. in. koleżanki dziewczyny Ł., potem chyba ich koledzy, którzy znali też E. Dość szybko się jednak oddalili, a potem na jakiś czas E. się też oddalił. Potem my się przysunęliśmy bliżej sceny, bo zaczęło się robić chłodno, a jak wiadomo, w kupie cieplej (choć śmierdzi). Na sam koniec dołączył do nas K. z dwoma kolegami, których wcześniej nie znaliśmy. Łatwo ich było jednak zapamiętać, bo obaj mieli tak samo na imię - P.

Obejrzeliśmy sobie wspólnie w takim gronie pokaz ogni sztucznych na zakończenie koncertu. Po czym zaczęliśmy się, co począć z tak dobrze rozpoczętą nocą. Stanęło ostatecznie na tym, że ja, M., M. i K. wspinamy się na skarpę i szukamy jakiegoś lokalu, a K. razem z dwoma P. i G. pojedzie odwieźć do domu jednego z P. oraz G. Później mieli do nas dołączyć.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Wylądowaliśmy w jednej z pizzeri, gdzie zamówiliśmy i zjedliśmy całkiem sporą pizzę. Była tak duża w stosunku do stolika, przy którym siedzieliśmy, że odłożyliśmy talerze i jedliśmy ją bezpośrednio z deski, na której ją przynieśli. Kiedy kończyliśmy ją, przyszedł właśnie K. z jednym z P. Odwieźli G. do domu bez komplikacji, a M. dostał od niej w międzyczasie sms z zabawną konstatacją, której jednak nie przytoczę. :)

Po konsumpcji podzieliliśmy się znów na dwie grupy. K. i K. oraz P. poszli w jedną stronę, a ja wraz z M. i M. poszliśmy w drugą. Odprowadziłem oboje taki kawałek drogi, jaki był nam wspólny, po czym ja skręciłem do siebie. Było miło, a noc była ciepła, więc szło mi się bardzo przyjemnie. Po drodze, w okolicach placu po dawnej mleczarni, zauważyłem wóz straży pożarnej, policji i jeszcze mały podnośnik. Kiedy się zbliżyłem, zobaczyłem, że doszło do wypadku. Jeden samochód wylądował chyba na latarni, bo była wygięta, a drugi na pasie zieleni. Ten pierwszy strażacy odcholowali na bok, żeby odblokować ulicę.

Do domu dotarłem po 1.00 w nocy, a rano odczytałem sms, który M. wysłał mi ok. 3.30, że jest już w domu. O tej porze, kiedy on go pisał, to ja już smacznie spałem. Ale za to rano wysłałem odpowiedź i jak się okazało, wtedy to M. jeszcze spał. Nic dziwnego, bo noc miał krótką. :)

Ogólnie było bardzo miło i fajnie byłoby powtórzyć to jeszcze raz, zwłaszcza, że przez wakacje co tydzień będzie u mnie w grajdołku jakaś impreza. Ale przynajmiej podczas części z nich będę gdzieś w Polsce, więc na pewno nie każdą z nich uda mi się odwiedzić. Za tydzień na przykład na pewno mnie nie będzie. Ale może za dwa już tak, jeśli coś akurat będzie. Zapowiadają się więc wakacje pełne wrażeń. :)

Tagi: roman j
16:30, roman_j
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 czerwca 2011

Idąc dziś do pracy starałem się jak zwykle zająć czymś swoją świadomość powierzając podświadomości funkcje kierowania trajektorią mojego ruchu i kontrolowania sygnałów świetlnych. Akurat wzięło mnie na rozważania o religii i jej stosunku do zmian w otaczającym świecie zwłaszcza w kwestiach społecznych i obyczajowych.

Religia, którą znam najlepiej, nie nadąża za tymi zmianami, co widać, i myślę, że z czasem będzie tylko gorzej. Aż do czasu, kiedy powstanie jakaś nowsza jej wersja lub zastąpi ją inna religia. Do wyjaśnienia, dlaczego nie nadąża, wymyśliłem sobie, jak to się często u mnie dzieje w blogu, parabolę matematyczną (ale nie chodzi o funkcję stopnia drugiego, a o pojęcie z zakresu teorii literatury).

Otóż stało się tak, że powstał kiedyś kult czcicieli liczby π. Z czasem pojawili się kapłani tego kultu, którzy postanowili spisać jego zasady. Spisali więc mitologię, w której zawarli swoją wersję dziejów świata oraz okoliczności powstania magicznej liczby π oraz spisali wynikające z tego prawa mające rządzić wspólnotą wiernych. Spisane te prawa nazwali po prostu Księgą. A żeby nikt nie próbował zawartych w niej zasad podważać, przypisali jej autorstwo bytowi transcendentnemu zwanemu bogiem.

Jedną z podstawowych prawd wiary tego kultu było to, że liczba π równa jest dokładnie 3,14 i koniec. Ani jednej cyfry więcej. Była to prawda odwieczna i niepodważalna, głoszono bowiem, że sam bóg stworzył liczbę π w takiej doskonałej, kompletnej, trzycyfrowej postaci z przecinkiem na trzecim miejscu od prawej, co idealnie współgrało z wartością pierwszej cyfry i potwierdzało boski zamysł.

Kult trwał w tej formie przez wieki, aż pojawił się człowiek, który podawał się krewnego boskiego autora zasad kultu liczby π. Człowiek ten głosił, że liczba π tak naprawdę ma dwie cyfry więcej i powinno się z niej korzystać w takiej oto formie: 3,1415. Podkreślał on jednocześnie, że nie zamierza negować tego, co głoszono dotychczas, a chce jedynie przekaz ten wzbogacić. Zresztą, jak argumentował, zaokrąglając 3,1415 zgodnie z najczęściej przyjmowaną zasadą, otrzymujemy właśnie 3,14. Poza tym ostatnią cyfrą tego zapisu liczby π jest piątka, zaś przecinek znajduje się w niej na piątym miejscu od prawej. Czyli boski porządek liczby nie zostaje zachwiany, ale nabiera nowego sensu.

Te argumenty niestety nie przekonał kapłanów starego kultu i człowiek głoszący te herezje skończył marnie. Uśmiercono go znakiem dodawania. Ferment jednak pozostał i wyznawcy liczby π dzielą się od tamtej pory na tych, dla których wynosi ona 3,14 i na tych, którzy uznają kolejne jej dwie cyfry używając jej w postaci 3,1415. Oczywiście obie się wzajemnie traktują nieufnie, a nawet wrogo.

Zwolennicy rozszerzonej wersji spisali na własne potrzeby biografię swojego proroka i nazwali Aneksem do Księgi. Z czasem ich wpływy tak wzrosły, że rozprzestrzenili swój kult na cały świat marginalizując wyznawców krótszej wersji liczby π. Kult rósł w siłę, wpływy i majątek. I wydawało się, że nic nie może zagrozić jego pozycji. Zwłaszcza, że ludzie, którzy odważali się głosić poglądy nie do końca zgodne z ustaleniami Księgi i Aneksu, zwykle z tego powodu kończyli swój żywot gwałtownie.

Tymczasem minęło kilka wieków i kultowi zaczęła zagrażać rozwijająca się nauka, która badając różne sfery otaczającego świata interesowała się także liczbą π. Jej przedstawiciele doszli do wniosku, że, o zgrozo, liczba π ma jeszcze więcej cyfr, a nawet, że ma ich nieskończenie wiele. Ale to, co najpoważniej zachwiało fundamentami kultu, to ustalenie, że kolejna cyfra liczby π wynosi 9! Tego kapłani kultu wyznawców liczby π nie mogli uznać. Przecież 3,14159 zaokrąglone do pięciu cyfr znaczących daje 3,1416, a to jest sprzeczne z Księgą i Aneksem!

Na szczęście wpływy kultu z wiekami uległy osłabieniu i nikogo nie dało się już uśmiercić w majestacie prawa tylko dlatego, że uważał, że bóg stworzył liczbę π jako niewymierną. Jednakże kult czcicieli liczby π próbował wszelkimi sposobami blokować prawo do korzystania z liczby π rozwiniętej o kolejną cyfrę lub o dowolnie wybraną liczbę cyfr. W swoich szeregach zaś osoby chcące liczby π w jej pełniejszej wersji korzystać napomina i grozi im wykluczeniem z prawa do brania czynnego udziału w kulcie, a nawet ze wspólnoty.

No i właśnie tak zachowuje się religia, przynajmniej ta, którą znam najlepiej, bo od urodzenia, względem świata, o którym wiemy coraz więcej i którego obraz się wzbogaca niemal z każdą chwilą waląc w gruzy czasem dość dawno wzniesione gmachy poglądów i wiedzy. Nie reaguje na zmiany w otaczającym świecie. Trzyma się za to kurczowo słów zapisanych tysiące lat temu, którym przypisuje boskie autorstwo, chociaż mają się one dziś często nijak do rzeczywistości.

Nie jestem wierzący i nie należę do kultu czcicieli liczby π, ale gdybym należał, to byłbym jednym z tych dysydentów, którzy utożsamialiby się z odrzucaną cyfrą 9 na piątym miejscu po przecinku. Uważałbym też zapewne, jako wierzący, że bóg stworzył wszystkie cyfry tej liczby, a nie tylko te pięć pierwszych, które są uznawane. I że nie miał na celu wykluczać tych pozostałych niezależnie od tego, co myślał na ten temat może natchniony, ale na pewno niedouczony autor Księgi, przypisujący swojemu dziełu boskie autorstwo.

Mam nadzieję, że ludzie myślący zrozumieją przesłanie, jakie ukryłem w historii kultu liczby π. ;)

Tagi: roman j
17:04, roman_j
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape