O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
wtorek, 31 lipca 2007
Chyba wiem, czego mi potrzeba. I doszedłem do tego sam drogą własnych dość krętych ścieżek logiki. Niestety, nie mam dziś czasu na dłuższy wpis i wyjaśnienia, więc pozostawiam to na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Dodam tylko jeszcze, że kuracja chyba zaczyna działać. Już drugi dzień czuję się znośnie. Trochę dłużej zajęło mi dojście do tego stanu niż poprzednim razem, ale nic to. Ważne, że są efekty.
Tagi: roman j
15:24, roman_j
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 lipca 2007
Miałem dziś pisać na inny temat, mianowicie o celach. Taki temat wpisu zrodził się w mojej głowie gdzieś w drodze. Ale kiedy dotarłem do komputera podłączonego do Internetu, przeszła mi ochota na pisanie w ogóle i dopiero teraz, po pewnym czasie, w którym zdążyłem zajrzeć do ulubionych blogów, nabrałem nieco ochoty do pisania. Napiszę więc o dziwnym zjawisku, które dotyka mnie zwykle po przyjściu do pracy. Ale żeby do tego dojść, muszę zacząć od rana.
Rano nic nie zapowiadało, że będzie to dzień inny niż dotychczasowe. Wstałem dość późno, choć kiedy obudziłem się, było sporo wcześniej, niż sądziłem, że jest. Zjadłem śniadanie, usiadłem przy komputerze, pograłem kilka razy w pasjansa, porysowałem trochę i... poczułem, że mam ochotę dziś zrobić coś konkretnego. Pozałatwiać pare zaległych spraw. Po raz pierwszy od prawie dwóch tygodni sięgnąłem po kalendarz i wypisałem sobie ich listę. Potem szybko wziąłem prysznic, ubrałem się i zacząłem po kolei robić to, co miałem na liście. Najpierw bankomat, potem jeden sklep, drugi sklep, potem moje nowe mieszkanie i kilka drobnych czynności, potem biblioteka, potem jeszcze do sklepu po coś do zjedzenia na obiad, w końcu politechnika i... nagle to przeszło mi. Jak tylko usiadłem przy biurku, tak odeszły mi chęci do robienia czegokolwiek więcej, choć moja lista spraw zawiera jeszcze kilka pozycji. Poprzestałem na przejrzeniu w Internecie tych miejsc, w które zwykle zaglądam, kiedy mam czas i dostęp. Zjadłem też coś a la obiad i zrobiłem sobie kawę. Udało mi się zmobilizować jeszcze do napisania tej notki, ale nie mam nawet ochoty na pisanie komentarzy i odpowiadanie na te, które pojawiły się w moim blogu.
Nie wiem, może to zmęczenie? W końcu zrobiłem dziś po mieście kawałek drogi. Na dodatek pogoda jest tak zmienna, że wziąwszy kurtkę przeciwdeszczową (dość cieżkawą) raz ją błogosławiłem, raz kląłem. Jeśli to rzeczywiście po prostu fizyczne zmęczenie, to przydałoby się popracować nad kondycją. Wiem nawet jak, ale nie napiszę, bo jak napiszę, to z dużą dozą prawdopodobieństwa już tego nie zrobię, a tak może się jeszcze zmobilizuję. Powinienem też pracować nad kondycją psychiczną, ale tutaj nie mam nawet pomysłów, jak to robić. A najtrudniejsze jest to, że trzeba to robić symultanicznie, jednocześnie z normalnym życiem. Nie można sobie pozwolić na komfort skupienia się wyłącznie na swojej psychice (taki komfort mają jedynie pensjonariusze szpitali psychiatrycznych, a ja tam się nie wybieram). Nie można powiedzieć "stop! zatrzymajcie świat, ja na chwilę wysiadam; trzymajcie mi miejsce; wracam za jakiś czas". To znaczy właściwie to można tak zrobić, ale nie warto. Za dużo jest do stracenia. Trzeba zacisnąć zęby, szczerzyć je w fałszywych uśmiechach i jechać dalej.
Tagi: roman j
16:04, roman_j
Link Komentarze (5) »
czwartek, 26 lipca 2007
Czytanie książek rzeczywiście stało się moim nałogiem. Do biblioteki chodzę już niemal co dwa dni i kiedy tylko jakąś książkę przeczytam, zaraz idę ją oddać i wziąć kolejną, żeby mieć w domu dozwolone trzy sztuki.
Dziś skończyłem właśnie "Zbyt głośną samotność" Hrabala i biorę się za "Obsługiwałem angielskiego króla". W zanadrzu czeka już wypożyczona wczoraj "Diuna". Jutro pewnie oddam jednego Hrabala i coś znowu wezmę.
Pisałem już kiedyś o serwisie Biblionetka, z którego korzystam, bo jest w nim usługa polecania książek. Na podstawie ocenionych przeze mnie dotychczas przeczytanych książek system wskazuje, jakie książki mogą mi się spodobać. Dotąd ten system jako tako działał w moim przypadku, ale ostatnio w niego zwątpiłem. Wątpliwości miałem już wcześniej, kiedy polecił mi Biblię, ale niedawno na liście pojawiła się jakaś książka Barbary Wood. Sprawdziłem w katalogu mojej biblioteki, że jest w niej. Na półce wśród beletrystyki jej jednak nie znalazłem. Była za to w "obyczajówce", więc coś mnie tknęło, żeby przeczytać, co napisano na okładce. Ta krótka notatka nie pozostawiła wątpliwości, że to nie jest książka dla mnie.
Kiedy później nad tym myślałem, doszedłem do wniosku, że choćby nie wiem jak mądry był ten algorytm odgadujący mój gust czytelniczy, to zawsze będzie się mylił. Dlaczego? Otóż mój odbiór jakiejś książki nie zależy jedynie od tego, o czym ona jest i jak jest napisana, ale choćby też od mojego aktualnego nastroju. W ten sposób tę samą książkę mogę diametralnie różnie ocenić czytając ją w odmiennych okolicznościach. Kiedyś na przykład wprost zakochałem się w serii "W poszukiwaniu straconego czasu", choć to trudna lektura. Dziś jednak nie potrafię znaleźć tamtego zachwytu. Dlatego aż boję się ponownie sięgnąć po tę książkę, bo chcę ją zapamiętać taką, jaką ja widziałem czytając ją po raz pierwszy. Zresztą nawet ci sami autorzy piszą książki lepsze i gorsze, co nie zawsze chcą przyznać wielbiący ich czytelnicy. To, że mnie i jeszcze komuś podobała się jakaś książka, nie oznacza, że inna książka tego samego autora, która się innym podoba, będzie się podobała mnie. Takie rozczarowanie przeżyłem np. w przypadku książek Terry'ego Pratchetta. Pierwsze były świetne, a każde kolejne przeze mnie czytane coraz trudniejsze do przebrnięcia, choć co jakiś czas zdarzał się autorowi jakiś szczyt formy pisarskiej. Teraz podchodzę do tego autora z rezerwą; może doczytam to, czego nie czytałem z jego twórczości, ale nastawiam się do tego raczej sceptycznie i bynajmniej się do tego nie palę.
Nie zawodzi mnie za to John Irving, choć już dwa razy gdzieś do połowy książki byłem przekonany, że tym razem czytam pierwszy gniot w jego twórczości. Chociaż nie, to byłby drugi gniot, bo jeden kiedyś przeczytałem, ale nie pamiętam już tytułu.
Podsumowując, mechanizm podpowiadający mi książki funkcjonuje kiepsko, ale korzystam z niego, bo nie znam innego, a nie lubię wybierać na ślepo (może powinienem to polubić). Jednak jak się kiedyś zdenerwuję, to zastosuję taktykę polegającą na wyczytaniu z biblioteki wszystkich dzieł tych pisarzy, których dotąd poznałem i którzy mnie nie rozczarowali. A kiedy te książki się skończą wtedy, kto wie, może znajdę sobie inny nałóg. Na przykład pracę. A może wreszcie nauczę się kochać siebie, przestanę przed sobą uciekać i pozbędę się w ogóle nałogów? Taaa, pomarzyć to dobra rzecz...
Tagi: roman j
16:52, roman_j
Link Komentarze (10) »
środa, 25 lipca 2007
Jestem dziś potwornie zmęczony. To pewnie po wczorajszym nieplanowanym wysiłku. A stało się to tak, że po wyjściu z pracy zdecydowałem, że pójdę do mojego nowego lokum posprzątać po malowaniu. Nic innego nie planowałem robić, a wręcz sobie zakazałem. Sprzątanie miało mi zająć maksymalnie pół godziny łącznie z przeleceniem pogłogi mopem.
Niestety, kiedy doszedłem na miejsce i przebrałem się, jakieś licho mnie podkusiło, żeby wziąć masywny wkrętak i popróbować oderwać parę płytek z obudowy w kuchni, której co najmniej połowa jeszcze wisiała na ścianie. Pomyślałem sobie, że przynajmniej zastanowię się chwilę nad tym, jak ją dalej demontować. Zacząłem podważać płytki tu i tam i... zaczęło się. Szło mi na tyle dobrze, że nie chciałem przerywać. W końcu wpadłem chyba w jakiś niszczycielski trans (może nie dosłownie). Każdy kolejny z sukcesem usunięty fragment zachęcał mnie do kontynuowania pracy. Ani się nie obejrzałem, a został już tylko półmetrowy pas pod sufitem. Pot ze mnie leciał ciurkiem. Po drodze dwa razy skaleczyłem się w rękę, ale nie wiem nawet w którym momencie i czym. Po prostu w pewnej chwili zauważyłem plamy z krwi na dłoni (ale nie tej skaleczonej) i poszedłem się obejrzeć do łazienki. Z braku lepszego materiału owinąłem rękę papierem toaletowym i kontynuowałem pracę. No i skończyłem! Wcześniej zakładałem, że będę się z tym jeszcze męczył do końca tygodnia, a tymczasem skończyłem w ciągu jednego wieczoru.
Nie mogę napisać, że po obudowie nie ma śladu, bo ślady są i to wyraźne. Ściana kuchni jest podziobana i podziurawiona otwowami po wkrętach. Wygląda jak po nieprzyjacielskim ostrzale. Mogę teraz moją kuchnię wynajmować do kręcenia filmów z czasów II wojny światowej. Nawet po wrzuceniu granatu pewnie wyglądałaby lepiej. Ale nic to. Rozpiera mnie radość, że mam już ten etap za sobą. Co prawda do końca remontu w kuchni, którego nawet jeszcze na dobre nie zacząłem i nie wiem, kiedy zacznę, jeszcze daleka droga, ale demontaż tego ustrojstwa był chyba jednym z trudniejszych zadań, bo do reszty prac najmę fachowców. Ale dopiero, jak mi się w głowie zrodzi jakaś koncepcja zagospodarowania kuchni.
Wczoraj tak bardzo nie czułem zmęczenia. Zdążyłem jeszcze pod wieczór zwinąć folię malarską i przejechać się na szczotce po podłodze. Na mopa nie starczyło mi już ochoty. Zrobiłem do dziś. Ale dziś też poczułem, jak bardzo mnie zmęczyło to wczorajsze działanie. Kiedy wychodząc z domu stałem przed drzwiami szukając kluczy, cały się trząsłem, jak w delirium. Trzeba się będzie trochę pooszczędzać, ale na szczęście nie mam na razie w planach żadnych ciężkich prac. Na tym etapie muszę wziąć się przede wszystkim za sprzątanie kuchni (zajmie mi to jakiś czas) i szukanie fachowców do podłogi. To ostatnie jakoś mi nie idzie. Mam dwa adresy, które muszę sprawdzić, ale jakoś nie mogę się w sobie zebrać. Liczę na to, że uda mi się to załatwić do końca tygodnia.
A przy okazji dziś dostałem wiadomość, że jedna z moich spraw zaczęła iść po mojej myśli. I to po kilku niepowodzeniach, kiedy już machnąłem na nią ręką i założyłem, że nic z tego nie będzie. Do jej końca jest jeszcze daleko, ale wygląda na to, że mam szansę dopiąć celu.
Tagi: roman j
18:06, roman_j
Link Komentarze (8) »
wtorek, 24 lipca 2007
Od jakiegoś czasu nie chodzę już na mecze piłkarskie, choć były lata, kiedy nie opuściłem ani jednego meczu rozgrywanego u nas (na wyjazdowe mecze nie jeździłem nigdy). Kiedyś emocjonowałem się rozgrywkami do tego stopnia, że założyłem, bardzo dawno temu, pierwszą stronę internetowa poświęconą klubowi (oczywiście nieoficjalną). Była na serwisie polbox.pl. Dziś nie ma po niej nawet śladu. Taka już specyfika Internetu, że to, co z niego znika, znika po jakimś czasie bez śladu i zostaje tylko ślad we własnej pamięci.
To była moja pierwsza strona internetowa założona w ogóle. Brat nauczył mnie wtedy podstaw HTML-a i chciałem to jakoś spożytkować, a ponieważ nie miałem żadnego pomysłu na tematykę strony, dlatego zdecydowałem, że będzie to strona klubu. Była bardzo prosta, wręcz prostacka, ale biorąc pod uwagę, że było to pewnie jakieś 8-9 lat temu, to i tak było osiągnięcie. Internet wtedy u nas dopiero raczkował. Łączenie z nim było możliwe tylko za pomocą modemu. A dodatkowo, żeby się z nim połączyć, trzeba było znaleźć providera, bo TEPSA nie udostępniła wtedy jeszcze numeru, z którego potem długi czas korzystałem.
Pamiętam, że pierwsze połączenie z Internetem wykonałem przez... Wrocław. Brat podał mi numer dostępowy, z jakiego korzystała firma, w której pracował i... połączyłem się. Ale tylko na kilka minut, bo płaciłem za to połączenie, jak za rozmowę międzymiastową z Wrocławiem, a ceny były wtedy dużo wyższe niż teraz. Kiedy zakładałem swoją stronę, uruchomiony był juz numer 0 20 21 22, ale nie pamiętam, czy wtedy już mogłem się łączyć z nim ze swojej strefy numeracyjnej, czy jeszcze przez Warszawę. Zresztą, mniejsza o to. Nie o tym chciałem pisać, więc kończę tę przydługą dygresję.
Obecnie prawie nie interesuję się lokalnym futbolem. Dodatkowo pogłębił mi się ten brak zainteresowania przez mój obecny stan, w którym zobojętniałem na wiele dużo bliższych mi rzeczy. Ale mimo to gdzieś tam jednym okiem śledziłem zmagania klubów z licencjami i możliwe konsekwencje różnych decyzji podejmowanych w tej sprawie dla mojego (czy wciąż jeszcze?) klubu. No i przeczytałem dziś, że klub jednak zagra w II lidze. Gdzieś chyba rzuciło mi się jeszcze w oczy, że "zwyciężył duch sportu". Może bym w to nawet uwierzył, gdybym nie był świadkiem tej wrzawy, jaka się podniosła, kiedy początkowo zapadła decyzja, że Ruch Chorzów nie dostanie licencji, bo kolejny rok z rzędu nie spełnia wymagań. Mówiło się, że to będzie koniec tak zasłużonego klubu. No i pewnie te dwa "argumenty" zdecydowały. Dwa słowa: "koniec" i "zasłużony". Tak to już przecież w życiu jest, że na każdego przychodzi koniec, nawet na zasłużonych. Niejeden zasłużony klub dziś nie istnieje lub obija się gdzieś po ligach okręgowych.
Ten "duch sportu", o którym ktoś tam napomknął, to w rzeczywistości zmora, która prawdziwym kibicom śni się po nocach. Duch-widmo, który krąży nad polskim futbolem i nie daje się odegnać żadnymi egzorcyzmami. Zmora, którą dobrze odmalowano w filmie "Piłkarski poker", do którego kolejne odcinki pisze dziś wrocławska prokuratura. Chociaż można powiedzieć: i co z tego? PZPN to stowarzyszenie, czyli organizacja społeczna rządząca się swoimi prawami (statutem). Może awansować i degradować według swoich wewnętrznych zasad. Może przyznawać licencje lub ich odmawiać albo według stworzonych zasad, albo po uważaniu. I guzik nam do tego, o ile nie jesteśmy tego stowarzyszenia członkami i nie płacimy w nim składek (ja nie jestem i nie płacę). Ale nawet takiemu futbolowemu abnegatowi, jakim się stałem ostatnimi czasy, gdzieś tam się w kieszeni otwiera jakiś scyzoryk, kiedy widzi jak duch sportu zwycięża nad duchem zwykłej, ludzkiej przywoitości.
Tagi: roman j
16:23, roman_j
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape