O mnie i o tym, jak widzę świat. Słowem, nihil novi w blogosferze
Kategorie: Wszystkie | Cytaty | Darmstadt | KNKWG | Konkurs | Mapka | Mądrości Romana | OWRP | Turystyczne
RSS
środa, 30 lipca 2008
     Nabawiłem się wczoraj kontuzji kolana. Nie wiem, którą część skomplikowanego stawu kolanowego nadwyrężyłem, ale skutek jest taki, że przy niektórych ruchach lewej nogi czuję kłujący ból w jej lewej części. Okoliczności nabawienia się tej kontuzji są dla mnie dość niejasne. Prawdopodobnie stało się to wtedy, gdy pomagałem zepchnąć uszkodzony samochód z jezdni.
     A było to tak, że wracając do domu zauważyłem, że zrobił się korek na ulicy, na której to się dotąd nie zdarzało. Za chwilę zobaczyłem, jaka była przyczyna - samochód, który najwyraźniej odmówił posłuszeństwa. Zobaczyłem też dwie kobiety, które próbowały usunąć zawalidrogę. Jedna z nich podchwyciła mój wzrok i zapytała, czy bym im nie pomógł. Bez słowa podszedłem i zacząłem pomagać. Samochód nie był mały, a ja chciałem, żeby go jak najszybciej zepchnąć. Chciałem mieć to szybko z głowy. I chyba w czasie tego siłowania się z tą nieruchawą kupą żelastwa musiałem ustawić jakoś niewłaściwie nogę albo ją przeciążyć.
     Nie poczułem bólu od razu. Ten złapał mnie nieoczekiwanie w okolicznościach, które nie wyjaśniały, dlaczego. Pomyślałem początkowo, że to jeden z tych rzadkich kilku- lub kilkunastominutowych ataków bólu, które czasami pojawiały się bez wyraźniej przyczyny i równie bezprzyczynowo same się kończyły. Tym razem jednak po pierwszym epizodzie bólu przyszły kolejne.
     Spać kładłem się z nadzieją, że rano będzie po sprawie. Ale moje rachuby zawiodły. Kolano dokuczało, a ja ledwo pokuśtykałem po zakupy. Zacząłem się rozglądać za czymś, co mogło uśmierzyć ból, który pojawiał się nieregularnie co jakiś czas. Mojego ulubionego Ben Gaya nie znalazłem w domu. Zamiast tego musiałem się zadowolić jakąś maścią z jadem żmii (sic!). Nazywa się to Viprosal B.
     Nie sądziłem, że mi pomoże, ale jakiś kwadrans po użyciu musiałem wyjść z domu i okazało się, że noga nie boli. Początkowo jeszcze szedłem bardzo ostrożnie spodziewając się bólu przy kolejnym stąpnięciu, ale po kilku minutach szedłem już żwawo, jakbym mi nigdy kolano nie dokuczało. Nie wierzę jednak w cudowne ozdrowienia i wiedziałem, że za jakiś czas maść przestanie działać. Zresztą to nawet dobrze, bo kiedy likwiduje się ból nie likwidując przyczyny, można sobie zrobić jeszcze większą krzywdę. Oczywiście ból wrócił. Jakieś trzy godziny później. Ale byłem wtedy już z powrotem w domu, a to, co miałem do załatwienia, udało mi się załatwić bez bólu. Jutro pewnie też skorzystam z tej maści, bo czeka mnie 6-kilometrowy "spacer" do pracy i z powrotem.
     Na koniec mam dobre wieści dla zainteresowanych moim niekończącym się remontem. Rozmówiłem się wstępnie z elektrykiem (ale nie tym, o którym pisałem wcześniej, bo jak poszedł w tango, tak chyba jeszcze nie wrócił) i w przyszłym tygodniu ma obejrzeć, co jest do zrobienia. Być może za dwa tygodnie weźmie się za robotę. Może to dość odległy termin, ale mnie się nie spieszy. Poza tym człowiek wydaje mi się wiarygodny, dlatego wolę na niego poczekać, niż liczyć na kogoś, kto może zrobiłby to szybciej, ale chwilowo nie wiadomo, gdzie się podziewa.
Tagi: roman j
21:13, roman_j
Link Komentarze (22) »
wtorek, 29 lipca 2008
     No może nie do końca bez treści. Usiadłem do komputera z zamiarem napisania notki, ale po lekturze kilku zaległych wpisów w moim ulubionym blogu doszedłem do słusznego skądinąd wniosku, że jestem przeciętnym grafomanem i szkoda zabierać czytelnikom czas, jaki poświęcą na czytanie mojej dzisiejszej twórczości.
     Nie oznacza to bynajmniej, że nie napiszę tutaj już nigdy nic więcej. To, że jestem przeciętnym grafomanem wiedziałem już dużo wcześniej i wcale się z tego powodu źle nie czuję. Dziś jednak wzięła górę niechęć do kalania treści, które przeczytałem swoimi własnymi, płytkimi rozważaniami. Do przeczytania innym razem. A ja idę spać i mam nadzieję, że to, co przeczytałem, nie rozwieje się w mojej głowie nim nie zasnę. Dobranoc. :)
Tagi: roman j
22:25, roman_j
Link Komentarze (11) »
niedziela, 27 lipca 2008
     Zgodnie z przyjętą przez siebie regułą, żeby spędzać w domu jak najmniej czasu, wybrałem się dzisiaj do M. Wczoraj się nie spotkaliśmy, bo ja się w końcu nie wybrałem na spotkanie absolwentów, gdyż dość późno wróciłem z pieszej wycieczki i byłem za bardzo zmęczony. Myślałem, że moja nieobecność na spotkaniu przejdzie niezauważona, tak jak wielokrotnie wcześniej moja obecność, a tymczasem ledwo zdążyłem trochę pobyć w domu, a już zadzwonił do mnie W. z pytaniem, czy będę. Dziś natomiast dowiedziałem się, że moja obecność (lub nie) interesowała też jedną z dziennikarek robiących relację ze spotkania, bo podobno pytała M., czy będę.
     Wracając do dnia dzisiejszego to wyjechałem o 10.00 do B. i na miejscu trafiłem akurat na całkiem nieźle już rozkręcający się odpustowy piknik. Jako że M. mieszka w sąsiedztwie kościoła, mszę mieliśmy gratis (po tacę tu nie przychodzą) i bez ruszania się z foteli. Jedna już trwała, akurat kiedy przyjechałem, a niedługo potem zaczęła się suma. Chwilami tak hałasowali, że trudno się było dogadać. A na końcu jeszcze obejrzeliśmy sobie procesję. Niestety, średnia wieku uczestników oscylowała ok. 60-tki, więc nie było nawet na kogo popatrzeć. :)
     Była okazja do uzyskania odpustu zupełnego, ale nie skorzystałem. Zresztą nie sądzę, żeby mi się on do czegokolwiek kiedykolwiek przydał. Petard też nie kupiłem, ani kogucików na druciku czy kojarzących mi się kiedyś wyłącznie z odpustami obarzanków. Zamiast tego spędziłem czas na "werandzie" rezydencji M., gdzie rozmawialiśmy sobie o tym i owym. M. dziwił się na przykład, że A. się ze mną nie kontaktuje, ale wyjaśniłem mu z grubsza, jak sprawy się mają. 
     Liczyłem, że przy okazji tej wizyty u M. uda mi się rozmówić z tym fachowcem, który u niego pracuje i dowiem się, jakie muszę zrobić zaopatrzenie, zanim on weźmie się za moją instalację. Ale okazało się, że go nie ma i że M. nie wie, kiedy będzie. Miał dziś od rana pracować, ale nie pojawił się już wczoraj. Dziś około 11.00 dał znać, że będzie za 2 godziny i... nie zjawił się do 18.00, kiedy razem z M. wyjechaliśmy (ja do domu, a M. na koncert). Widzę więc, że choć to przysłowiowa złota rączka, to trzeba go będzie przypilnować. M. już mnie uprzedził, żebym mu nie dawał żadnych zaliczek. Tak też zrobię mądrzejszy o to, czego dziś się dowiedziałem.
     Dzień ogólnie upłynął mi bardzo miło. Gdyby jeszcze tylko to słońce tak nie dokuczało, to by w ogóle było bardzo przyjemnie. :)
Tagi: roman j
19:57, roman_j
Link Komentarze (8) »
piątek, 25 lipca 2008
     Chociaż lekko nie jest. Choróbsko mnie męczy, a ja męczę je. Czasem ono jest górą, czasem ja. Mimo to staram się nie dawać i planować sobie pracowity dzień. Dziś zaczęło się od nasiadówki o 9.00 w sprawie, która mnie jeszcze przez kilka dni będzie angażować. Potem rozpędzony tak dobrze rozpoczętym dniem poszedłem do fotografa dać sobie zrobić fotkę. Postanowiłem wyrobić sobie wreszcie legitymację służbową, jak się to fachowo nazywa, bo jako nauczyciel mam różne zniżki np. w schroniskach PTSM-u, o ile potrafiłbym udowodnić swój status. Teraz będę miał na to dokument.
     Niestety, po południu choroba wzięła górę i zanim zwlokłem się z łóżka, było za późno, żeby odebrać zdjęcia. Zrobię to jutro z rana. A potem wyjeżdżam za miasto połazikować. Spotkałem w tygodniu mojego imiennika, który powiedział, że w sobotę wybiera się z grupką za miasto. Będą szukać brodu na Skrwie. Przyłączę się. To lepsze niż siedzieć w domu przed kompem. W domu czuję się, jakbym był martwy, a w najlepszym przypadku pół-żywy. Dlatego uciekam stąd, kiedy tylko się da.
     Jutro po południu mam być na nieformalnym spotkaniu absolwentów mojego liceum. Do ostatniej chwili wahałem się, czy iść. Doszedłem do wniosku, że nie znajduję w tej imprezie upodobania. Zwłaszcza teraz, kiedy jestem chory. Ale chyba jednak pójdę. Jestem tam w końcu uważany za jednego z organizatorów, a to zobowiązuje. Zresztą będzie M. i już mnie telefonicznie mobilizował do przyjścia.
     A skoro wspomniałem o M., to poświęcę mu oddzielny akapit. Wreszcie udało nam się spotkać. I przy okazji tego spotkania udało mi się wstępnie umówić z człowiekiem, który zrobi mi remont instalacji elektrycznej w mieszkaniu, co oznacza reaktywację remontu i otwarcie frontu dalszych robót. Trzymam kciuki, żeby się to wszystko udało, bo to może poważnie posunąć mi pracę do przodu. Po wymianie instalacji będę mógł wreszcie zrobić podłogę w jednym pokoju, a drugi wymalować. Można też będzie pomyśleć o pierwszych meblach i skupić się na obmyśleniu koncepcji rozwiązania kuchni. M. też wziął się za remont swojej rezydencji. Dziś okazało się, w jak opłakanym jest stanie, kiedy przy kuciu bruzd pod kable zaczęły się sypać nadproża i tynki ze ścian. Z racji tej małej katastrofy rozpoczęcie remontu u mnie opóźni się o kilka dni. To nawet dobrze, bo będę mógł na spokojnie zrobić niezbędne zaopatrzenie.
     Pisałem wcześniej, że mam robotę, ale idzie mi ona jak po grudzie. Na dodatek na każdym kroku napotykam jakieś przeszkody. Miałem dziś coś do przeliczenia na uczelni, ale okazało się, że program, z którego chciałem skorzystać, nie chce się uruchomić. Dzięki temu zrobiłem sobie ponad 6-kilometrowy spacer wyłącznie dla rekreacji.  Ale nie żałuję. Lepsze to niż siedzenie w domu. Nawet do biblioteki poszedłem oddać jedną książkę i wypożyczyć kolejną, choć mam jeszcze dwie w zapasie. Każda okazja do wyjścia z domu jest dobra. Choć czasem tak mi się nie chce...
Tagi: roman j
22:56, roman_j
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 lipca 2008
     Zanim przejdę do opisu tegorocznego OWRP wypadałoby zakończyć opis rajdu sprzed dwóch lat, który to opis rozpocząłem i jakiś czas temu zawiesiłem. Jest teraz dobra okazja, żeby do tematu wrócić, więc wracam. Oto ciąg dalszy opowieści.
 
     W Paczkowie, który nazywany jest "polskim Carcassone", a który ja przechrzciłem swojsko na "Piczków", mieliśmy do wyboru dwie opcje noclegu. A nawet, jak dobrze policzyć, to trzy. Pierwsza opcja, bliższa, to był nocleg na polu namiotowym, czyli OWRP-owski standard. Ponadstandardowe było to, że można sobie było na miejscu wynająć domek kempingowy, z czego niektórzy skwapliwie skorzystali. Mnie przez chwilę też taka myśl przeszła przez głowę, ale odrzuciłem ją z gorliwością neofity jako niegodną prawdziwego wysokokwalifikowanego turysty pieszego.
     Drugą opcją była możliwość spędzenia nocy w szkole, ale wiązały się z tym pewne utrudnienia. Po pierwsze trzeba się było do tej szkoły dostać, a po drugie nie bardzo było wiadomo, co dalej z bagażami, bo wszystkie zostały przywiezione na pole i raczej nie zanosiło się, żeby można było liczyć na ich transport do wspomnianej szkoły. Trochę kusił mnie ten nocleg pod dachem, ale w końcu zdecydowałem się zostać na polu podobnie jak reszta naszej paczki.
     Ulokowaliśmy się nieco na boku. Po drugiej stronie ścieżki niż większość i do tego jeszcze w najniższym miejscu. Na szczęście natura była łaskawa i deszcze już tego dnia nie padały. Co więcej, zrobiła się nawet ładna pogoda. Kiedy się rozstawialiśmy, a ja zastanawiałem się, w jakich okolicznościach przyrody skonsumować obiad, czyli puszkę "Gulaszu angielskiego", przyjechała do nas aprowizacja.
     Do dziś nie wiem, komu zawdzięczamy to dożywianie, ale faktem jest, że konserwę cisnąłem w kąt namiotu (mój namiot wbrew pozorom ma kąty), a na obiad zjadłem pyszną gorącą grochówkę ze słusznym kawałkiem kiełbasy i bułką. Słowem, były powody do mruczenia... ;-))
     Mimo tak dobrego obiadu dopadła mnie jednak jakaś obniżka formy. Korzystając z ładnej pogody wyciągnąłem karimatę z namiotu, rozłożyłem na trawie i ległem na niej jak długi. Zamknąłem oczy i leżałem tak, aż się ściemniło. W międzyczasie trwała koło mnie zwykła krzątanina reszty naszej trójki, której jedynym niezwykłym akcentem było "kuszenie R.".
     A było to tak, że na terenie naszego pola znajdował się odkryty basen. Na mnie ta informacja nie zrobiła większego wrażenia, bo pływać zarówno umiem jak i lubię średnio, a na basenach odkrytych jeszcze mniej. Ostatni raz w takim basenie kąpałem się chyba na koloniach w NRD gdzieś w późnych latach 80-tych. Natomiast do tego basenu bardzo zapaliła się B. A jeszcze dodatkowo nakręciły ją powieści tych, którzy z tego przybytku skorzystali. Sęk, a właściwie nawet dwa sęki, były w tym, że trochę długo się na ten basen decydowała i jak już się zdecydowała, to było trochę późno, więc nie chciała się tam udać sama. Szukała więc dobrego towarzystwa. Te warunki spełnialiśmy tylko my dwaj, tzn. R. i ja. ;) Z tej dwójki ja odpadłem w przedbiegach ze względu na bardzo wyraźnie manifestowany niezbyt przyjazny stosunek do otoczenia, więc nasza Ewa wzięła się za kuszenie R. Nie będę opisywał, jak próbowała go namawiać. Niech to zostanie w sferze domysłów. Napiszę tylko, że kuszenie okazało się bezskuteczne. R. nie dał się skusić, choć momentami wydawało mi się, że już, już się złamie.
     Padła jeszcze propozycja, żeby wstać rano o 6.00 i popluskać się przed wyjściem, ale obudzić R. o takiej porze na OWRP to byłby sadyzm, barbarzyństwo i grzech ciężki bez szansy na rozgrzeszenie. Tak więc z kąpieli wyszły nici. Na szczęście później zdarzyła okazja aby to nadrobić z nawiązką, ale o tym będzie w jednej z dalszych części opowieści.
     Tej nocy nie było chyba żadnych baletów, a przynajmniej ja żadnych nie pamiętam. Jakoś w tym czasie opuściło nas kilkoro nastolatków i jeden pies. Pies ten, a właściwie suka, był akurat z całej trójki zwierząt na naszej trasie najmniej uciążliwy, a i te dzieciaki nie były dokuczliwe (bardziej rozrywkowe było towarzystwo w wieku lekko pół średnim, które zostało). Ale dowiedziałem się z drugiej ręki, że doszło do jakiejś wymiany poglądów, której konkluzja brzmiała, że jesteśmy sztywni. I choć to nie miał być komplement, to myślę, że niektórzy mogli się poczuć nawet dumni, że w swoim wieku wciąż jeszcze są sztywni. Tak, czy inaczej doszło do małego rozłamu i straciliśmy część uczestników na rzecz trasy nr 2.
     Był to o tyle nierozsądny wybór ze strony secesjonistów, że tamta trasa liczyła sobie dwie setki ludzi, czyli ponad dwa razy więcej niż u nas. A to oznaczało dużo trudniejszy dostęp do toalet, umywalek i pryszniców. U nas natomiast automatycznie robiło się luźniej, więc nawet specjalnie nie żałowałem tej straty.
     Tak oto minął wieczór i poranek dzień trzeci.
Tagi: roman j
16:22, roman_j , OWRP
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape